Strona główna

Szkoła integracyjna czy specjalna?


Pobieranie 62.59 Kb.
Data18.06.2016
Rozmiar62.59 Kb.
Anna Sobolewska URODZENI TRZY RAZY

Szkoła integracyjna czy specjalna?

Cela ma już dziewiętnaście lat. W tym roku kończy gimnazjum specjalne i będzie się dalej uczyć w specjalnej szkole zawodowej. Niedawno przeżywaliśmy wraz z nią jej trudne wejście w dorosłość. Cela wielokrotnie opisywała siebie samą, wypełniając różne ankiety. Ostatnią z nich jest ankieta stylisty Oiko Petersena, autora kolekcji mody z udziałem młodych dorosłych „Downtown”. Zaprojektował on dla Celi wspaniały strój Królowej Śniegu (albo Białej Czarownicy), czyli zimowej, choć czarnowłosej czarodziejki, której moc budzi niepokój. W tej ankiecie Cela rozwinęła początki takich zdań, jak: „Moje hobby…”, „Nie lubię…”, „Marzę o…”.



Nazywam się Cela Sobolewska. Mam 19 lat. Na co dzień jestem na nogach od rana. W weekendy w sobotę chodzę do Atelier, robię malarstwo, rzeźbiarstwo i szkice. Moje hobby to czytanie. Interesuję się muzyką, filmem, a szczególnie Bollywoodem. Lubię podróże po całych Indiach. Najbardziej na świecie chcę zostać artystą. Nie lubię chłopców normalnych, a ja lubię ludzi na zespół Downa. Uwielbiam sztukę i piękno. Nienawidzę złych ludzi. Marzę o miłości. Chciałabym kiedyś zostać mistrzynią sztuki i malarstwa. Mój ulubiony film to „Czasem słońce, czasem deszcz”, a ulubiona książka „Opowieści z Narni”, „Harry Potter”, „Ronja, córka zbójnika” i wiersze Rabindranatha Tagore. Ulubiona muzyka to Bollywood i „Złote przeboje”, piosenki Agnieszki Osieckiej i Beatlesów. Moje ulubione jedzenie to mięso, warzywa, pizza, spaghetti, ryby i lody. Najlepiej się czuję, kiedy jest wesoło z rodziną. Najbardziej mi smutno, jak jest pusto w domu. Kocham całą rodzinę, przyjaciółkę i koty. Zawoja, lipiec 2008.

Kariera szkolna Celi przebiega znacznie lepiej, odkąd zrezygnowaliśmy z integracji i Cela przeniosła się do Gimnazjum Specjalnego w Zespole Szkół Specjalnych przy ulicy Elektoralnej. W swojej klasie nareszcie znalazła koleżanki i kolegów, a nawet przyjaciółkę. W przyszłym roku wybiera się – wraz z całą, zaledwie ośmioosobową, klasą –do Szkoły Specjalnej Przysposabiającej do Pracy przy ulicy Długiej. Cela nie musi wybierać konkretnego zawodu, ale będzie się uczyć różnych życiowych umiejętności. Ten projekt edukacyjny jest podzielony na „moduły”: dom, kuchnia, ogród, biuro, urzędy. Szkoła specjalna przysposabiająca do pracy ma za zadanie przygotować młodzież do pełnienia różnych ról społecznych oraz samodzielnego (w miarę możliwości) i aktywnego życia.

W gimnazjum Cela odkryła prawdziwe więzy koleżeńskie, satysfakcję ze współpracy i radość towarzyszącą szkolnym wycieczkom i koloniom. Jej klasa pod opieką dwóch świetnych polonistek – Krystyny Tumielewicz-Słysz i Joanny Baranowskiej-Jędras, które kolejno pełniły funkcję wychowawczyń – stała się wesołą, zintegrowaną grupą. W tej szkole program dostosowany jest do ucznia, Cela ma łatwiejszy program z matematyki i innych przedmiotów ścisłych, a bardziej ambitny z polskiego, historii oraz biologii. Wielu znajomych rodziców w ostatnich latach przeniosło swoje dorastające dzieci z zespołem Downa z klas integracyjnych do szkół specjalnych, najczęściej do „szkół życia”. Integracja niepełnosprawnych umysłowo w procesie edukacji jest szlachetną, choć niestety utopijna ideą. Rzecznicy integracji nie biorą pod uwagę uwarunkowań społecznych i technicznych, jak niedoinwestowanie szkół, a także psychologicznych, jak ludzka skłonność do segregacji, do budowania własnej tożsamości przez wykluczanie innych. Zamaskowane, często nieuświadomione poczucie dystansu i obcości wobec niepełnosprawnych może nawet – paradoksalnie– iść w parze z tolerancją, życzliwością i dobrym wychowaniem. W klasach integracyjnych stosunek do upośledzonych umysłowo kolegów bywa nienaganny, wzorowy. A jednak młodzi ludzie z zespołem Downa czują się osamotnieni, nie uczestnicząc w zabawie, plotkach, uczniowskich wyskokach… Obecnie w krajach Unii Europejskiej ideologia integracji ma nowa formułę: „nauczanie włączające”. Nauczanie integracyjne podlega ścisłym regułom: małe, kilkuosobowe klasy, stała obecność pedagoga specjalnego, zajęcia kompensacyjne. Obawiam się, że nowa ideologia „nauczania włączającego” może być po prostu okazją do wrzucenia niepełnosprawnego ucznia do zwykłej trzydziestoosobowej klasy. Ideały integracji oraz edukacji włączającej stwarzają przestrzeń społecznej obłudy, gdyż zdrowa młodzież i jej rodzice są oficjalnie zachwyceni i – mówiąc językiem kościelnym – „ubogaceni” dzięki kontaktom z niepełnosprawnymi kolegami, które to kontakty do niczego ich nie zobowiązują i kończą się na progu szkoły, a nawet na progu klasy, bo już w szatni obie grupy są osobno. Nie uważam, że dobra szkoła integracyjna jest niemożliwa, ale program integracji wymagałby uczciwej analizy niepowodzeń pedagogicznych i porzucenia języka politycznej poprawności.

Przeciwnicy szkół specjalnych mają mocne i logiczne argumenty, twierdząc, że placówki specjalne to „getta”, izolowane od społeczeństwa. Straszą oni perspektywą wykorzenienia ucznia z naturalnego środowiska. Tymczasem to właśnie w zwykłych szkołach, także integracyjnych, niepełnosprawni uczniowie żyją jak w getcie – na marginesie klasy. W szkole specjalnej, gdzie problemy są różne, żaden uczeń nie czuje się gorszy. Jest tyle programów, ilu uczniów, tak że nikt nie jest zmuszony do rywalizacji. Należy się także zastanowić, czym jest „naturalne środowisko” niepełnosprawnego ucznia. Być może nie są to wcale koledzy z podwórka, ale inni niepełnosprawni i ich rodzice, a także pomagający im dorośli z różnych kręgów: rodziny, sąsiedztwa, grup terapeutycznych, stowarzyszeń.. W pierwszej i drugiej klasie szkoły podstawowej Cela była uczennicą klasy integracyjnej, w której panowały relacje nauczyciela i uczniów będące zaprzeczeniem reguł nie tylko integracji i pedagogiki specjalnej, ale także podstawowych zasad etyki. Wówczas Cela rzadko komentowała swoją sytuację, sądziliśmy nawet, że nie w pełni ją rozumie, a potem przez wiele lat nigdy tej szkoły nie wspominała. Następna szkoła integracyjna – klasy od trzeciej do szóstej– okazała się o wiele lepsza. Nasza córka znalazła się pod dobrą opieką pedagogiczną. Niemniej jednak bliski kontakt utrzymywała tylko z miłymi nauczycielkami i innymi uczniami niepełnosprawnymi. Po latach, już jako uczennica gimnazjum specjalnego, napisała – jako wypracowanie szkolne – dramatyczny „Pamiętnik ze szkoły”, który mógłby być krytycznym głosem uczennicy w publicznej dyskusji o integracji.



Pamiętnik ze szkoły Dawno temu, gdy ja przebywałam w szkole, zdarzyło się tak, że były okropne panie w pierwszej podstawówce. Nikt mnie nie lubił. Jak miałam to przeżyć? Tak było dawno temu. Chłopcy pobili dziewczynę, a ja nic nie robiłam, byłam przerażona, pobiegłam do pani, żeby powiedzieć: ,, Chłopcy biją dziewczynę”, a panie nie chciały mnie w ogóle słuchać. Pani powiedziała: „Proszę o dzienniczek ucznia za bicie koleżanki”. Pojawiła się koleżanka z pobitą dziewczyną, która płakała i powiedziała: „To nieprawda, aby niewinna Cela mogła bić własną koleżankę”. A pani krzyknęła wprost do mnie: „Cela! Dzienniczek!” A ja miałam łzy w oczach. Zaczęłam tłumaczyć, że to nie ja. Zaczęłam płakać, tym razem na dobre. A dziewczyna, która była pobita przez chłopców, przestała już płakać i powiedziała tak, jakby stanęła w mojej obronie: „Pani za bardzo krzywdzi Celę, ona jest niewinnym dzieckiem”. Ale panie też nie chciały jej słuchać, powiedziały, że zrobią zebranie rodziców, aby porozmawiać, ale pani Renia i pani Małgosia zrobiły awanturę. Strasznie miałam złe oceny i byłam samotna i krzywdzona przez okropne panie. A w drugiej klasie podstawówki tak samo co w pierwszej. A w trzeciej klasie pani Hania i pani Ania bardzo mnie lubiły, ale uczniowie nie chcieli mnie w ogóle, bo nie lubili mnie. Później skończyłam swoją podstawówkę i przeszłam do gimnazjum specjalnego i poznałam nowe koleżanki: Anetę K. i Anetę B., włosy miały podobne, a ja nie mogłam ich odróżnić, kto jest kim? Trudne pytanie do rozwiązania. Poznałam również Małgosię i Monikę. Patryka znam z podstawówki. Poznałam: Andżelikę, Patrycję i Paulinę. Poznałam nowych kolegów Michała, Roberta i Marcina. Dziwiłam się, gdy ujrzałam Natalię. Pojawiła się nieoczekiwanie w gimnazjum. Możliwe, że mogłam ją kiedyś zobaczyć, ona jest ze znanej rodziny? Jeszcze zobaczymy. Poznałam nową nauczycielkę Panią Krystynę Słysz. Polubiłam Panią Słysz i Natalię od pierwszego wejrzenia w gimnazjum i chciałam, aby mnie poznała. Też była skrzywdzona i samotna w tym samym wieku.

Chciałam się zaprzyjaźnić z nią i zapoznać się również z Małgosią i ze wszystkimi w szkole, ale ona była wrażliwa, jakby coś do mnie czuła i były problemy w szkole, oj były przyjemne problemy w pierwszej gimnazjum. Trzeba trochę kultury, przyjaźni do innych, czułości. Jak się ma przyjaciółkę z całego serca, czasem są problemy, zwłaszcza w szkole. Trzeba myśleć o innych, a nie o sobie, zawsze coś trzeba miłego powiedzieć. Tak mówi dobry człowiek do przyjaciół albo przyjaciółki. Zadałam sobie pytanie, czy warto myśleć o sobie? Chyba nie warto myśleć o sobie, bo to grzech wielki, aby ktoś myślał tylko o sobie. Natalia też myśli o innych, a nie o sobie. Trzeba dbać o innych i o siebie też, i o bliskich dbać i kochać.

Sukcesy i rozczarowania

W gimnazjum specjalnym Cela zaczęła odnosić sukcesy sportowe; wielka w tym zasługa jej nauczycielek WF-u. Cela bierze udział w zawodach w bocce oraz w konkurencjach pływackich: międzyszkolnych, warszawskich, a nawet regionalnych. Jest członkiem sekcji pływackiej Olimpiady Specjalnej. Pływa stylem klasycznym. Zdobyła już wiele złotych, srebrnych i brązowych medali, które powiesiła na lampie w swoim pokoju. Jest jeszcze kilka innych ciekawych miejsc odwiedzanych przez Celę co tydzień: zajęcia teatralne w naszym dzielnicowym Bemowskim Ośrodku Kultury „Art-Bem”; różnorodne zajęcia, m.in. taneczne, w Ośrodku Terapii Dziecięcej, należącym do Polskiego Stowarzyszenia na Rzecz Upośledzonych Umysłowo; zajęcia plastyczne w „Atelier”, szkole sztuk plastycznych prowadzonej przez malarkę Teresę Starzec, gdzie obecnie (wiosna 2009) wisi wystawa jej komiksów. Tam Cela robi szkice, a potem maluje, najczęściej martwe natury, rzeźbi lub projektuje różne przedmioty. Jej projekt krowy, czerwonej w czarne kropki jak biedronka, przeznaczony na unijną Paradę Krów na ulicach Warszawy w 2005 roku został wybrany do realizacji razem z podobnym projektem jej koleżanki, a Cela otrzymała dyplom z podziękowaniem od Prezydenta Warszawy. Cela miała wystawę rysunków w Instytucie Mikołowskim w Mikołowie, a jesienią (listopad 2008) jej komiks o przyjaźni znalazł się na wystawie Wola Art, której tematem było przeżywanie szczęścia, w klubie „Chłodna 25” w Warszawie.



Cela dużo pisze na komputerze. Jej wypracowania szkolne często zamieniają się w długie opowiadania. Wymyśliła nową wersję legendy o smoku wawelskim i historii Fausta, zakończonej oszukaniem Mefista i ocaleniem grzesznego alchemika. W gimnazjum zaczęła pisać nie tylko opowieści fantastyczne, ale historie z życia, jak wspomnienia z wakacji w Bułgarii i egzotycznej wyprawy do Indii północnych. Cierpliwie tłumaczyłam Celi reguły pisania reportażu, gatunku tak odległego od jej ulubionych popisów wyobraźni i czarnego humoru. Cela potraktowała to poważnie i napisała reportaż z kolonii szkolnej w Porąbce na internetowy konkurs „Ten Inny” Stowarzyszenia Młodych Dziennikarzy „Polis”. Jej praca zdobyła wyróżnienie. Cela wraz z innymi młodymi dziennikarzami wzięła udział we wspólnym klejeniu łańcucha przyjaźni. Takie sytuacje, gdy Cecylia jest wśród młodych nie jako podopieczna, ale na równych prawach, są rzadkie i cenne. W tym miejscu warto oddać jej głos i przytoczyć w całości ten reportaż, w którym doszły do głosu wielkie sympatie i ostre konflikty.

Wakacje mojej klasy. Reportaż z kolonii w Porąbce Ja, Cela Sobolewska, mieszkam w pokoju z Angeliką, Pauliną i Anią. Spotkałyśmy się na Dworcu Wschodnim na peronie i czekałyśmy na pociąg do Bielska-Białej. W Porąbce poszłyśmy z koleżankami na śniadanie, a po śniadaniu był odpoczynek. Później poszłyśmy do Porąbki na zakupy i wróciłyśmy do swojego domu. Natalia próbowała mnie wyrzucić z pokoju, bo chciała mieszkać z inną koleżanką. Ona siedziała na schodach taka smutna, aż żal było na to patrzeć. Lubię, jak ona jest wesoła. A potem była wesoła i przeprosiła mnie. Był obiad, a później był basen. Wieczorem był grill i tańce. Fajnie było z Natalią na początku, bo czytała bardzo fajną książkę na dobranoc i bardzo lubiłam, jak ona czyta, to sprawia mi przyjemność i lubię być z nią w pokoju razem z koleżankami. Ja z Natalią wybaczyłyśmy sobie nawzajem i ona powiedziała: „moja kochana Cela” i przytuliła się. Później lał deszcz i była burza. Natalia kręciła się w nocy i czekała, aż przejdzie burza i spała aż do południa. Natalia trochę za dużo gadała, a ja chciałam trochę z nią pożartować, ale nie chciałam jej obrazić. Był jakiś dramat i Natalia przeprowadziła się do Karoliny, a chwilę później przeniosła się do nas. Cieszyłam się, że Ania przeniosła się do naszego pokoju. Było fajnie z Anią, ale trochę miałam żal do Natalii. Była wycieczka w góry przez zaporę i było drzewo czereśni pysznych, słodkich i dojrzałych jak drzewo w raju i wróciłyśmy na obiad. Byłyśmy w lesie i na grillu. Jadłyśmy kiełbasy strasznie upieczone i była dyskoteka. Była wycieczka w góry z wysiłkiem i codzienna rehabilitacja. Będziemy mieli dużą wycieczkę prawie do granicy, tak mówią panie. Lubię wszystkie trzy panie: Panią Alę, Panią Iwonę i Panią Tamarę. Było zebranie o problemach, o ważnych sprawach, o zachowaniu dzieci i młodzieży, podsumowanie zachowania i wyniki konkursu czystości. Karolina jest taka fajna, bo dla wszystkich jest kochana i miła, i dla pań, i jest sobą. Byłam u Natalii. Był problem z jej komórką. Asia pomaga Natalii esemesować, a Patryk i Piotr wychodzą i wchodzą do pokoju Asi, Natalii i Karoliny. Był wspaniały kabaret z dzwonieniem i dużo śmiechu. Podobała mi się scena z kartami. Nad rzeką siedzieliśmy na kocach i były zdjęcia. Później wszyscy ustawiliśmy się nad rzeką. Natalia ustawiła się za mną i wyszło wspaniałe zdjęcie nad rzeką. Byłyśmy na basenie i poszłyśmy na obiad, a po obiedzie jest cisza odpowiednia, czyli poobiednia. Byłyśmy na ćwiczeniach i pan doktor masował wszystkim plecy. Były ćwiczenia z panią rehabilitantką na dworze. Potem cały czas padał deszcz i siedziałyśmy w swoich pokojach. Karolinę boli ucho i leży w łóżku, a ja jej współczuję, zwłaszcza że ją boli ząb. Bierze antybiotyk. „Ach, co za przykrość, czy świat jest taki?” – myślę sobie. Karolina leży w łóżku, a pani Iwona siedzi obok Karoliny na łóżku. Byłam z młodzieżą na stadionie na przedstawieniu „Księżniczka na ziarnku grochu”. Na końcu przedstawienia śpiewali „Pszczółka Maja”. [...] Karolina wyładowała swoją komórkę, Asia śpi na swoim łóżku. Natalia jest jakaś smutna, myślę sobie. A może w oczach ma jakiś dziwny czar? Dalej myślę, co ona kombinuje? Ciekawe co? Natalia hałasowała i rzucała butem. Powiem na zebraniu, jak ona się zachowuje – jak dziecko nieodpowiedzialne, jak sześciolatka, tak dobrze ją znam. Ania pomagała mi zdobyć zgodę i przyjaźń Natalii i innych koleżanek. Były wycieczki do różnych miejsc. Było losowanie, dyskoteki albo podchody. Bawiliśmy się w podchody zwłaszcza w nocy, mieliśmy latarki. Musiałam zawyć jak wilk przy świetle księżyca, a one się przeraziły. Moja latarka słabo świeciła, jak latarka włóczęgi, i koleżanki znikły w moich oczach. Biegłam za nimi i znalazłam je, a Natalia była przerażona, bo wszyscy usłyszeli moje wycie. Ja chciałam powstrzymać wszystkie koleżanki od gęstych krzaków, bo tam są węże i żmije. Pomagałam małej Natalii znaleźć jej komórkę, bo zgubiła w gęstych krzakach, jak biegała. Ja też nie mogłam znaleźć tej komórki. Miałam chorobę lokomocyjną w autobusie i nie mogłam oddychać. Trochę bolały pięty od butów, ale nic się nie stało. Było moczenie nóg w ciepłej wodzie, jak wróciliśmy. Mieliśmy wspaniałą wycieczkę, oglądaliśmy zwierzęta i wróciliśmy do autobusu, a panie mówią, że najwięcej opiekowałam się Natalią. To prawda, mam dbać o innych, tak samo dbam o przyjaciółkę. To u nas rodzinna tradycja dbać o innych. Na wyjeździe do Porąbki dbam o koleżanki i o przyjaciółkę, a w Warszawie dbam o rodzinę i koty. Natalia, moja przyjaciółka, dbała o mnie, to bardzo miło oceniam i cieszę się bardzo, bo w sercu się cieszyłam i to bezgranicznie. Ciekawa jestem, jaka jest siła przyjaźni i miłość do innych. Było bardzo wesoło w Porąbce. Smaczne były śniadania, obiady i kolacje. Ja mało jem, zwłaszcza biorę witaminy. Jechałam wyciągiem z młodzieżą. Zaprzyjaźniłam się z Karoliną w tajemnicy przed Natalią. Natalia stała się przyjaciółką dzięki Ani. Zaczęła kochać mnie jako przyjaciółkę, a czy tak naprawdę cały czas kochała, nie jestem tego pewna. Ja i Natalia mamy zespół Downa, czyli my obie mamy takie same gesty i jesteśmy w tym samym wieku i obie pojechałyśmy ze szkoły specjalnej gimnazjum z młodzieżą z Elektoralnej na tę kolonię. A ja na przyszłość będę opiekować się z dziećmi z zespołem Downa, pomagać im i pisać o nich, jakie mają talenty. I o przyjaciółce też napiszę i dołączy do młodzieży z zespołem Downa. Były konkursy i zebrania. Łukasz jest taki zabawny. Rozśmieszył Natalię żartami, kawałami i dowcipami. Patryk, duży Łukasz i Piotr zorganizowali dyskotekę, przynieśli sprzęt i pilnowali. Jak byłam na wyciągu z młodzieżą z Góry Żar, gdy Natalia jadła sobie loda, spytałam, jakie jest twoje miłe słowo? A ona odpowiedziała, że kocha lody, i ja strasznie się zdziwiłam, zastygłam bez ruchu, bo czekałam na jakieś miłe słowo od niej, bo jak ona pyta, jakie jest twoje miłe słowo, to ja pytam: a na jaką literę? A ona mówi literę, ja pytam później o drugą literę, a później ja mówię, co to za miłe słowo. Pomagałam Karolinie chodzić jak miła koleżanka, bo ona upadła i zbiła sobie kolano. Natalia tak samo zbiła sobie kolano na rehabilitacji, przy mnie się przewróciła o ziemię, aż zabolała mnie kość i nogi. A powinna bardzo uważać na siebie, bo jej nie wolno biegać w gęste krzaki, tam gdzie są węże i żmije. Ja naprawdę bałam się o przyjaciółkę w nocy w zabawie w podchody. Bałam się, że stracę przyjaciółkę Natalię. Byłam u Natalii, grałam w karty. Lał deszcz, a później było piękne słońce i grzało ich pokój i dom. Na następną kolonię w Porąbce zabiorę karty Króla i Czarnego Piotrusia. Były moje 18 urodziny. Natalia broniła moich cukierków, a Piotrek złapał ją za ręce. Stanęłam w jej obronie i powiedziałam: „Łapy precz od mojej przyjaciółki!” A Natalia się odwdzięczyła, bo w pociągu Piotrek zaczepiał mnie, a Natalia mnie obroniła. A w szkole, gdy chłopcy się bili, jeden rozdeptał rękę Natalii, ona pochyliła głowę w dół, a ja ją przytuliłam, żeby nie płakała przy mnie. Zobaczyłam jej rękę, była nadeptana i czerwona. Wyjęłam chusteczkę i obwiązałam jej rękę. A później był dzwonek na lekcje, ręka przestała boleć i poszłyśmy razem na lekcje. A na basenie chłopcy chlapali Natalię, a ja podpłynęłam w ich stronę i powiedziałam: „Zostawcie ją!” i w ten sposób ją uratowałam przed chłopcami i to była odwaga. Raz Natalia zostawiła tornister w szkole i poszła do kina. Nie było jej na lekcji gotowania. Pilnowałam jej tornistra na wszystkich lekcjach, bo ja byłam odpowiedzialna za przyjaciółkę, a po lekcjach poszłam na świetlicę, aby oddać Natalii tornister. Wróciła z kina „Femina” do szkoły i oddałam jej tornister Raz Natalię rozbolał brzuch w Porąbce, kupiłam w sklepie wodę Beskid i pomogło jej. Były dwie butelki Beskidu, jedna była dla mnie, a druga dla Natalii, i to był dobry uczynek dla przyjaciółki. Piękna jest Porąbka i bardzo udany był turnus szkolny. Poznałam różne koleżanki i kolegów i zaprzyjaźniłam się ze wszystkimi, nauczyłam się, jaki jest świat, grać w karty i jak się tańczy normalnie. Ale najważniejsza jest zgoda z moją przyjaciółką Natalią. Muszyna, lipiec 2007 r. 1

Recepty na szczęście

wypracowanie na zadany przez panią od polskiego temat „Moja recepta na szczęście”, w którym opisała jeden szczęśliwy rodzinny wieczór przy wyobrażonym kominku.



Moja recepta na szczęście Życzę wam dobrej nocy. Chciałabym siedzieć przy kominku. Idę spać, jestem już w piżamie przykryta ciepłym kocem przy ciepłym kominku, pijąc gorącą czekoladę. Razem z rodziną i z kotami Mama, Tata, Ciocia Ania, Chrzestna Mama z Mikołowa, Marek, siostrzeniec, siostra i ja. Ja będę opowiadać historie i mity. A tata będzie opowiadać bajki dla siostrzeńca, siostry i dla mnie. Ja gram na skrzypcach, koty miauczą, siostra śpiewa, a Mama z Tatą i Marek z siostrzeńcem tańczą, ciocia i Chrzestna Mama słuchają i klaszczą. Jemy kolację słuchając muzyki Mamy z młodości. A ja żegnam gości i mówimy dobranoc i idziemy spać. Dobranoc!

Cela od lat notuje własne marzenia senne. Często ujawnia się w nich wizja rodzinnego szczęścia, prawdopodobnie zainspirowana wakacjami w Bułgarii:



Śniło mi się, że pływam z rodziną w mleku. Maciuś pluskał się, a Marek i Justyna pływali za Maciusiem. Tata, mama i ja tańczyliśmy i udawaliśmy, że my jesteśmy delfiny.

Celi nie wystarcza już życie chronione w ramach domu, szkoły, ośrodka terapii. Przestała powtarzać swoje mantry: „Śmiej się i żyj!”, „Ciesz się chwilą!” czy „Proszę o uśmiech!” Cela zaczyna dostrzegać życiowe ograniczenia związane z zespołem Downa. Może ma poczucie, że marzenia ja zdradziły? Czasem mówi o sobie, że jest „upośledzona”, chociaż już nie używa się tego słowa. Powtarza, że nie chce być „półdzieckiem”. W tym roku nowa pani od polskiego zadała podobne pytanie o przyszłość i szczęście. Okazało się, że Cela marzy o życiu samodzielnym, o wolności. Chciałaby mieć własny dom z ogrodem, wspólny z przyjaciółką Natalią, a nawet własne koty.



Moje marzenie Zostanę twórcą ludowym w malarstwie. Będę pomagać przyjaciółce w ogrodnictwie i będę odwiedzać moich rodziców. Chciałabym być razem z przyjaciółką, razem mieszkać i karmić koty w domu. Chciałabym pomagać „Bardziej Kochanym” i przyjaciółce na zespół Downa, a ona zaprzyjaźni się ze mną. Chciałabym pomagać w lekcjach w szkole na Długiej. A w domu i rodzinie pomagać, opiekować się domem, przyjaciółką i karmić koty. Chciałabym zostać sławnym artystą, malować modelkę na obrazie i kwiaty w ogrodzie. Sandomierz, listopad 2008

Cecylia – tak obecnie Cela podpisuje swoje utwory –często układa piosenki, wielozwrotkowe, z refrenem. Piosenka o przyjaźni jest projektem piosenki, jeszcze nie rozpisanym na zwrotki. Cela projektuje w niej samodzielne życie z przyjaciółką. Piosenka „opowiada, jak żyją Natalka i Cela, obie przyjaciółki, które są już dojrzałe, stały się młodzieżą, obie są dorosłe, przeżywają wiele przygód. Jestem rysunkowiec, czeka mnie wiele pracy na rysowanie komiksów i napiszę książki dla ludzi jak dorosła”.



Co robić z tymi marzeniami? Wyjaśniać, że osoby z zespołem Downa nie mogą żyć samodzielnie? Może nie trzeba niczego tłumaczyć, bo uwielbiana przyjaciółka odzywa się rzadko. Cecylia – podobnie jak Georges, bohater filmu Ósmy dzień – nie przyjmuje do wiadomości faktów niepasujących do jej marzeń. Bohater filmu Jaco Van Dormaela wyruszył na poszukiwanie mamy, wiedząc, że ona jest już „w niebie”. Porzucił bezpieczny dom opieki, wiedząc, że nie osiągnie celu. Nie może już znieść kontrolowanego życia w tym domu, ma dość terapii zajęciowej i różnych atrakcji, które pensjonariuszom mają wypełnić pustkę. Ósmy dzień różni się radykalnie od licznych filmów „afirmacyjnych”, które pokazują, jak wiele potrafią osoby w zespołem Downa, które są przecież „prawie normalne” i potrzebują niewielkiej pomocy, żeby dobrze funkcjonować w społeczeństwie (por. seriale Dzień za dniem i Klan).

Urodzeni trzy razy.

Na festiwalu w Wenecji w 2004 roku wywołał poruszenie – podobnie jak Ósmy dzień w Cannes – trudny i „niepoprawny” film fabularny Klucze do domu w reżyserii Gianniego Amelia według powieści Giuseppe Pontiggii Urodzone dwa razy. Bohaterem książki i filmu jest ojciec chłopca z porażeniem mózgowym, który powoli dorasta do roli ojca. Włoski pisarz ma niepełnosprawnego fizycznie i umysłowo syna. Tę rolę gra w filmie Amelia piętnastoletni Andreas z porażeniem mózgowym. Jak pisał Pontiggia: „Takie dzieci rodzą się dwa razy. Muszą nauczyć się poruszać w świecie, który stał się dla nich trudno dostępny po pierwszych narodzinach. Ponowne przyjście na świat zależy od was, od tego, co potraficie dać waszemu dziecku. Ponieważ urodziło się ono dwukrotnie, nie będzie wam łatwo. Po jakimś czasie jednak również wy poczujecie się jak nowo narodzeni”2. Tę koncepcję podwójnych narodzin można by zrozumieć tak, że w pierwszej fazie chcemy udowodnić sobie i światu, że nasze dziecko jest takie samo jak inne. Wybieramy placówki integracyjne, szukamy pomocy u specjalistów, a czasem u szarlatanów, którzy obiecują dziecko „naprawić”. W drugiej fazie – trudniejszej – staramy się zaakceptować jego inność i ograniczenia. W tej fazie tytuł filmu Jacka Bławuta Nienormalni już nie szokuje, natomiast śmieszą eufemizmy typu „sprawny inaczej”. W filmie Amelia nie ma jednak optymizmu. Ojciec przeżywa fale obcości i wstydu, z trudem szukając wspólnego języka z synem. A może potrzebna jest jeszcze jedna, trzecia faza akceptacji, trzecie narodziny naszego dziecka? To czas, gdy po latach szczęśliwego dzieciństwa i spóźnionego dorastania nasze dorosłe już dziecko zaczyna tracić radość życia, nie widząc perspektywy dorosłości. Jak powiedziała mi niedawno mama niepełnosprawnego dwudziestolatka, jej syn zrozumiał, że nie ma dla niego miejsca w społeczeństwie, i zamknął się w sobie. Na wczasach nie chce nawet schodzić do jadalni na wspólne posiłki. Inna matka wyznała, że starała się wychowywać swoją córkę z zespołem Downa „do samotności”. To jest ostateczność, o której wolę nie myśleć. I tę fazę trzeba wspólnie przeżyć, nie poddając się zniechęceniu i rozpaczy. Tadek napisał o tym trudnym doświadczeniu w numerze „Więzi” poświęconym słabości jako kategorii chrześcijańskiej i po prostu ludzkiej: Radość, która towarzyszyła nam przez lata, przyćmiła się. Stanęliśmy przed nowym wyzwaniem. Uświadomiliśmy sobie istnienie granic możliwości, których przedtem jakbyśmy nie uznawali. Tak jakby to ona, Cela, prowadziła nas za sobą, udzielając nam szczęścia i radości. Tymczasem jej naturalna zdolność do szczęścia natrafiła na opór. Odczuła swoją samotność. Fantazja przestała wystarczać, zderzyła się boleśnie z rzeczywistością. Cela marzy o wspólnocie, której nie ma. O tym, by zamieszkać razem z rodzicami i z wyimaginowaną bratnią duszą. Właściwie nie ma w tym nic dziwnego. Ona tęskni do tego wszystkiego, za czym tęsknią jej dorastające rówieśniczki: do przyjaźni, do miłości. Choć ona dorosnąć nie może. I boryka się z tym dylematem. Powiedziała kiedyś: „człowiek czasem głód czuje, a czasem serce”. Są w niej jakby dwie osoby. Jedna potrzebuje tej drugiej, żeby być sobą. Ma w sobie nadmiar świadomości, której nie umie dźwignąć3.

Świat osoby niepełnosprawnej.

A jak radzą sobie inni dorośli z zespołem Downa? Czasem żyją szczęśliwie, pozbawieni gorzkiej samowiedzy, a czasem nie potrafią jej wyrazić. Głosy dorosłych z zespołem Downa są mniej słyszalne niż głosy młodzieży. Rzadko udzielają wywiadów. Najczęściej inni wypowiadają się w ich imieniu. W kwartalniku „Bardziej Kochani” ukazały się wspomnienia Barbary Lityńskiej. W pamiętniku Basi jest i wiara w siebie, i zwątpienie, akceptacja zespołu Downa i bunt, doświadczenie samotności i rozbudowane kontakty z ludźmi (głównie przez telefon). Jak pisze Basia:



Telefon służy mi do wydawania pieniędzy, bo lubię dzwonić, gdzie popadnie. [...] Dzwonię do ludzi i męczę ich 4. Barbara – podobnie jak Cela – lubi się uczyć. Uczyła się tańca, występowała w przedstawieniach teatralnych, z sukcesem brała udział w olimpiadach specjalnych. Sama porusza się po mieście. Chce być naprawdę osobą dorosłą i jej się to udaje. Jest regularnym gościem na konferencjach Stowarzyszenia Rodzin i Opiekunów Osób z Zespołem Downa Bardziej Kochani. Rodzice innych „Downów” podziwiają jej niezależność i samodzielność. Podobnie jak Cela jest bohaterką dwóch ciekawych filmów dokumentalnych. Barbara uważa się za osobę spełnioną i zadowoloną z życia, a jednak w jej pamiętniku dochodzą do głosu nie całkiem realne marzenia o karierze zawodowej i dalekich podróżach, wskazujące na potrzebę zmiany dotychczasowego życia. Jej wspomnienia otrzymały redakcyjny tytuł …lubię wyjazdy gdziekolwiek. Barbara Lityńska tak tworzy swój autoportret: Wydaje mi się, że rozumiem świat osoby niepełnosprawnej, ponieważ jestem dotknięta chorobą, która nazywa się zespół Downa. Z tą chorobą można żyć i to wspaniale. Pracując nad sobą, daję do zrozumienia innym, że ja też mogę się odnajdywać w społeczeństwie. [...] Uważam, że jest człowiekiem wartościowym, dlatego, że pewne wartości uzyskałam dzięki mojej babci. To ona była przyczyną, że zaakceptowałam siebie taką, jaka jestem, i nie muszę się tego wstydzić. [...] Świetnie daję sobie radę. Staram się być aktywna, nie zamykać się w sobie. Czuję, że akceptuję siebie. Zaczęłam chodzić do psychologa. Dzięki niemu odzyskuję wiarę, że ja też mogę być człowiekiem odpowiedzialnym za siebie, człowiekiem dorosłym. [...] Mam poważne i duże plany na dalsze moje życie. Chcę objechać świat dookoła i też myślę nad tym, żeby być dziewczyną sukcesu. Chciałabym zrobić karierę zawodową. [...] To mnie boli, że inni mają lepiej niż ja. A najlepiej to lubię wyjazdy gdziekolwiek.5

Cela również zaczęła chodzić na indywidualną psychoterapię. Może teraz opowiadać o sobie i swoich problemach bez rodzicielskiej cenzury. Jedną z form terapii jest rozwijanie samodzielności w takim zakresie, jak to tylko jest możliwe, a także rozszerzanie jej kontaktów towarzyskich w rozmaitych środowiskach. Obecnie, gdy jej coś proponujemy, Cela najczęściej odpowiada: „Mam inne plany”, ale po namyśle łaskawie zgadza się na kino i obiad na mieście. Włoski pisarz Claudio Magris w książce Podróż bez końca dzieli się z czytelnikami relacją z przypadkowego spotkania w galerii w Barcelonie. Zobaczył tam dziwną parę – starego ojca i dorosłego syna z zespołem Downa. Ojciec cierpliwie objaśniał synowi tajemnice mistrzów malarstwa: Kiedy staje przed „Portretem Marianny Austriaczki, królowej Hiszpanii”, pochyla się, aby przeczytać nazwisko autora, potem nagle się wyprostowuje i oznajmia nieco podniesionym głosem: „Velazquez!”, uchylając przy tym kapelusza i unosząc go tak wysoko, jak tylko się da. Krzyż w postaci upośledzenia syna, jaki kazała mu nieść niewybaczalna niesprawiedliwość, nie przytłoczył go, nie przygniótł, nie uczynił złym, nie odebrał radości, jaką jest rozpoznanie geniusza, złożenie mu hołdu w obecności osoby, dla której najprawdopodobniej żyje, swojego syna 6Dalej pisarz rozważa i komentuje ten piękny gest, dochodząc do wniosku, że ból towarzyszący upośledzeniu może zostać przezwyciężony przez miłość i dzielenie się zachwytem – na przekór wszelkim ograniczeniom:



Często ból niszczy, czyni zgorzkniałym, sprawia, że odrzucamy to, co inni obdarzeni hojnie przez los, zdołali stworzyć, stając się sławni; szczególnie ból, tak jak owo upośledzenie, zmuszający do przebywania w cieniu, nie pozwala cieszyć się blaskiem będącym udziałem innych. To pełne szacunku i radosne uchylenie kapelusza jest królewskim gestem i jest nim jeszcze bardziej oczywista przyjemność, z jaką stary człowiek przekazuje swój zachwyt synowi 7.

Ten szkic włoskiego pisarza pokazuje nam, rodzicom, piękną, choć trudną drogę codziennego dzielenia się wszystkim, co uważamy za cenne. Łatwiej powiedzieć o młodej osobie z zespołem Downa: „Ona ma swój świat” niż zapraszać ją cierpliwie do naszego świata, narażając się czasem na ból niezrozumienia czy odrzucenia.



Upośledzony znaczy ludzki.

„Cudza inność uświadamia nam coś, czego nie chcemy wiedzieć o nas samych, bo kwestionuje to naszą własną tożsamość”8 – napisał Tadek w recenzji argentyńskiego filmu reżyserki Luzii Puenzo XXY, ukazującego dramat odmieńca-hermafrodyty, który jest dorastającym chłopcem i dziewczynką równocześnie. Takie filmy jak Ósmy dzień, Klucze do domu czy XXY pokazują, że czasem trzeba przyjąć postawę solidarności, akceptując odmienność i wiedząc, że pewne bariery są nie do pokonania.



Niemniej jednak filmy o niepełnosprawnych, bardziej lub mniej optymistyczne, pomagają nie tylko niepełnosprawnym i ich rodzinom. Jak twierdzi Tadek: „Filmy o niepełnosprawnych – takie jak film Amelia czy filmy Bławuta – mają znaczenie czysto religijne. Jeśli o mnie chodzi, zastępują mi Pasję. Są czymś lepszym, prawdziwszym, bliższym chrześcijaństwu niż tamten sadystyczny spektakl”9. Cela już nie broni swego „ja” za pomocą mitów i baśni. Nie twierdzi, że jest chłopcem lub lwem. Zaczyna świadomie identyfikować się z ludźmi z zespołem Downa. Usiłuje szukać dobrych stron w ich osobowości i życiu. Zachęciłam ją do napisania tekstu o nich i dla nich.

Młodzież z Zespołem Downa Są osoby, które mają zespół Downa, na przykład ja, bo ja też mam zespół Downa i moi znajomi przyjaciele i przyjaciółki z Ośrodka na Krasińskiego i ta, która chodzi na ogrodnictwo do szkoły specjalnej na Długiej.Z Ośrodka są takie osoby, które mają zespół Downa: Ewa M., która skończyła szkołę i ma 20 lat. Zuzia S., która się wygłupia w Ośrodku. Małgosia W. jeździ na koniu. Agnieszka S. to przyjaciółka Ewy M. ze szkoły na Czarnieckiego. Marta Z., która jest chuda, ale ma piękną duszę. Natalia P., która jest wielka, ale ma duszę anioła. Natalia S., która powiedziała do Celi, że jest Herkulesem. Jacek P., który tańczy z Ewą. Erwin K., z którym tańczyła Cela Sobolewska. Michał K. kiedyś tańczył z Małgosią W. w Ośrodku na Krasińskiego. Tomek O. tańczy z Małgosią. Wojtek M. widziałam go kiedyś w Ośrodku Krasińskiego. Natalia S. to moja najlepsza przyjaciółka, ma zespół Downa. Michał L. mieszka w Sandomierzu.Są pytania: jak można pomóc? I jakie mają problemy? Mama mojej przyjaciółki Natalii miała problem z córką, która ma zespół Downa. Były problemy ze wstawaniem z łóżka co rano do szkoły, a nawet z obudzeniem był problem. Natalia spóźniała się do szkoły, nawet o 3 lekcje. [...] Był również problem, bo jadła słodycze, nie było innej rady. Czasem wagarowała, też nie było rady, a nawet uciekała ode mnie i nie słuchała. Jak na przyjaciółkę, która jest życiem dla swojej rodziny, a zwłaszcza dla mnie, czasami źle się zachowuje przy rodzicach, może nawet kłamać w rodzinie, a nawet przy mnie. A potem już zmieniła się w klasie III gimnazjum. Przychodziła do szkoły i dobrze się uczyła. To pilna uczennica, chwaliła ją pani S. i inni nauczyciele, a jej mama jest dumna. Była przewodniczącą klasy i gospodynią, wynagrodziłam ją od wszystkich problemów które miała dotychczas, i już nie ma problemów od swojego zespołu Downa. Moja przyjaciółka Natalia ma niezwykłe zdolności. Świetnie gra w ping-ponga w dolnej świetlicy w mojej szkole jako gość, bo ona chodzi na ogrodnictwo w zawodówce i ma tam koleżanki i kolegów.

Dzieci i młodzież z zespołem Downa czasem źle się zachowują, krzyczą, biją się, źle zachowują się przy rodzicach w domu, rzucają kamienie w szybę, palą papierosy. Są chorzy na swój zespół Downa, bo czasami wariują. Tacy sobie są dzieci i młodzież na zespół Downa. Mają talenty do rysowania, pisania, malowania, śpiewają różne piosenki, tańczą w zespole, tańczą na występach grają w teatrze. Oni mają talent plastyczny do malarstwa i do rysowania na blokach, wycinają papier kolorowy nożycami, robią z plasteliny albo z gliny, z modeliny, czytają książki obrazkowe albo poważne książki, a czasami z wierszami, są takie książki. Grają na komputerze albo na zabawkach do gry i uprawiają sport, czasem na olimpiadzie dla niepełnosprawnych. Umieją pływać żabką albo crawlem dla zdrowia, a Marcin S. gra w koszykówkę na wózku w olimpiadzie sportowej. Uczą się jazdy konnej, a Małgosia W. ma medale z olimpiady z jazdy konnej w dyscyplinie sportu dla zdrowia niepełnosprawnych. I Natalia tak samo uczy się jazdy konnej od dziecka, tak jak ja, i umie pływać żabką, klasycznym stylem na olimpiadzie młodzieżowej dla niepełnosprawnych, i ma medale za pływanie jak ja. Ja mam medale także za boccę i to wszystko. Na przyszłość, gdy ona wyzdrowieje, chciałabym, żeby to wiedziała i żeby to czytała, że o niej myślę. Koniec. Zawoja, czerwiec 2008 rok

Można by dodać, że osoby z zespołem Downa są dobrymi aktorami. Niestety nie mają wielu możliwości występowania. Młodzież z zespołem Downa chodzi na zajęcia teatralne z młodszymi dziećmi. Tak było z Celą. Grała rolę wilka w przedstawieniu Czerwonego Kapturka w osiedlowym Domu Kultury, gdy była już w szkole, a inni aktorzy – jeszcze w przedszkolu. Niemniej jednak istnieje w Warszawie dorosły, poważny i ambitny teatr niepełnosprawnych. Justyna Sobczyk prowadzi taki zespół teatralny „Teatr 21” w Szkole Specjalnej przy ul. Głogowej. Widziałam niezwykłą Alicję w Krainie Czarów. Dla mnie to przedstawienie wiąże się w szczególny sposób z trudnym dorastaniem Celi. Alicja jest oskarżona o „długotrwałe i niebezpieczne przebywanie w Krainie Czarów”. Wpadając do nory królika Alicja „wpadła po uszy”… w depresję. Aktorzy – figury karciane czy pionki –muszą odpowiedzieć sobie i widzom na pytanie „kim jesteś?” „Bo ja nie jestem sobą” – mówi jeden z nich. Aktorzy z zespołem Downa wspominają z nostalgią swoje dzieciństwo i posuwają się z trudem z pola na pole, dźwigając piętno „nieprawidłowego rozwoju”, popychani i kontrolowani. Nie rozumiem tylko, dlaczego finałem tej rozgrywki z losem jest ceremonialne spotkanie z królową Alicją i bierne słuchanie bajki na jej polu. Nie wiemy, czy Alicja jest dobrowolną lokatorką Krainy Czarów, czy jest skazana na wieczne przebywanie w tej Krainie? Może tkwi w więzieniu własnej wyobraźni razem ze swoim dworem? Jako widz – i jako matka Celi – wolałabym, żeby te wszystkie pionki z Alicją na czele zbuntowały się i przekreśliły wyroki sądu!

Jesienią 2008 roku Cecylia przystąpiła do bierzmowania wraz z cała klasą. Cela nadal jest osobą religijną. Jej religia jest religią wolności i nadmiaru: „Trzeba wierzyć we wszystkich bogów” . Nie jest to uproszczenie, ale jej własny światopogląd. „Nasz Zbawiciel jest bratem Buddy” – twierdzi Cela. Co rok Cela układa własne kolędy, zawsze występuje w nich święty Mikołaj z prezentami. Ale nie tylko. Kryje się tam jej własna optymistyczna teologia. W ostatniej kolędzie powtarza się zdanie: „dusza prosto do raju”. Cecylia zachwyca się filmem Bertolucciego Mały Budda. Podoba jej się ta historia zwykłego chłopca z Ameryki, który nagle dowiedział się, że jest wcieleniem bóstwa, i odnalazł swoją nową duchową ojczyznę w Tybecie. Pod wpływem filmu Cela napisała dla mnie laurkę, czyli „Życzenia dla Matuli”, zakończone tak: „Nie ma strachu ani śmierci. Miłość jest wieczna, zawsze będziemy żyć, a nasza miłość będzie twoja aż do śmierci i do starości. Spotkamy się w niebie i nie trzeba się bać śmierci”. Napisała też, że „wiele jest w nas wspomnień i tajemnic”. Czytam sobie te życzenia w trudnych chwilach.

Problem dorosłości osób z zespołem Downa jest tym punktem, w którym nasze oczekiwania i wyidealizowane perspektywy rozwoju zostają skonfrontowane z rzeczywistością. W artykule Niechciana dorosłość Urszula Jarecka pisze, że „wzorce medialne pokazujące dorastanie czy dorosłość osób niepełnosprawnych intelektualnie, jeśli już pojawiają się, zazwyczaj są nadmiernie optymistyczne («przesłodzone») i przez to nierealne”10. Stawia pytanie: czy istnieje dorosłość częściowa? I stwierdza, że tak – w sytuacji młodzieży z zespołem Downa możliwa jest tylko częściowa dorosłość czy dojrzałość11. Ani przyjęcie pełnej odpowiedzialności za własne życiowe decyzje, ani pełnienie wielu ról społecznych osoby dorosłej nie jest możliwe. A mimo to rodzice i opiekunowie dążą do rozszerzania sfery wolności, w której osoby niepełnosprawne umysłowo będą mogły zarządzać własnym życiem – organizować swój czas, wybierać zajęcia, spotykać się z przyjaciółmi (z dyskretną pomocą opiekunów).W życiu Celi to dążenie do wolności przybiera czasem formy żartobliwe, jak w tej kartce zakończonej dwukropkiem i miejscem na podpisy rodziców:



Kochani rodzice!

Jestem w szkole na Elektoralnej z przyjaciółką swoją, koleżankami i kolegami. Rozmawiam z panią Alą, Tamarą, Iwoną i Żanetą.

Będę na kolacji z przyjaciółką. Wrócę późno.

Zgoda rodziców:……………………………….

Kolacja z przyjaciółką zdarzyła się tylko w wyobraźni, ale wszystko wydaje się jeszcze możliwe.

Przypisy:

1. C. Sobolewska, Wakacje mojej klasy, „Bardziej Kochani”, 2008, nr ...

W tym i innych tekstach Celi została poprawiona ortografia, interpunkcja oraz końcówki fleksyjne, natomiast styl jest jej własny. We wszystkich tekstach zostawiamy tylko imiona koleżanek i kolegów lub imiona z inicjałem.

2. Cyt. za T. Sobolewski, Wielka podróż Amelio, „Gazeta Wyborcza” 2004,

nr 214.

3 T. Sobolewski, Trudniejsza nadzieja, „Więź” 2009, nr 3.

4 B. Lityńska, …lubię wyjazdy gdziekolwiek, „Bardziej Kochani” 2006, nr 6.

5 Ibid.


6 C. Magris, Ojciec, syn w zbiorze: Podróż bez końca, przeł. J. Ugniewska, Warszawa 2009.

7 Ibid.


8 T. Sobolewski, Nienormalność jest częścią natury, „Gazeta Wyborcza” 12–13 .I. 2008.

9 Wielka podróż Amelio.



10 U. Jarecka, Niechciana dorosłość. „Bardziej Kochani” 2008, nr 4.

11 Ibid.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość