Strona główna

Terry pratchett


Pobieranie 387.64 Kb.
Strona2/9
Data18.06.2016
Rozmiar387.64 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

Północ spłynęła z zegara.


Magowie z rady przetarli oczy i popatrzyli sennie po sobie. Oni też uważali, że powinno to być zabronione, zwłaszcza że nie oni na to pozwolili.

Wreszcie nowy nadrektor, Ezrolith Churn, stłumił ziewnięcie, wyprostował się w fotelu i spróbował przyjąć odpowiednio godny wygląd. Wiedział, że właściwie nie nadaje się na nadrektora. Nie chciał nim zostać. Miał dziewięćdziesiąt osiem lat i osiągnął ten szacowny wiek konsekwentnie nie sprawiając nikomu kłopotów i nie będąc nikogo zagrożeniem. Miał nadzieję, że swe ostatnie lata poświęci na dokończenie siedmiotomowego traktatu o “Pewnych mało znanych aspektach kuiańskich rytuałów przyzywania deszczu”. W jego opinii był ot temat idealny dla akademickich badań, jako że rytuały te działały jedynie na Ku, który to kontynent kilka tysięcy lat temu został pochłonięty przez ocean **. Problem w tym, że ostatnio średnia długość życia nadrektora uległa pewnemu skróceniu. W rezultacie naturalna u magów ambicja zdobycia tego stanowiska ustąpiła dziwnej skromności i uprzejmości. Pewnego dnia Ezrolith Churn zszedł na dół i zauważył, że wszyscy zwracają się do niego “sir ”. Dopiero po kilku dniach zorientował się dlaczego.

Głowa go bolała. Miał uczucie, że od tygodni nie kładł się do łóżka. Ale coś musiał przecież powiedzieć.


  • Panowie... – zaczął.

  • Uuk.

  • Przepraszam. I małpy...

  • Uuk!

  • Znaczy: człekokształtne, ma się rozumieć...

  • Uuk.

Nadrektor w milczeniu kilkakroć otworzył i zamknął usta, próbując rozplątać wątek swoich myśli. Bibliotekarz był z urzędu członkiem rady naukowej. Nikt nie znalazł prawa wykluczającego orangutany z udziały w posiedzeniach, choć po kryjomu wszyscy pilnie go szukali.

* Księgi z czarami do wywoływania duchów

** Potrzebował trzydziestu lat, by zatonąć. Mieszkańcy przez długi czas brodzili w wodzie. Sprawa ta przeszła do historii jako najbardziej krępująca katastrofa kontynentalna multiversum.



  • To nawiedzenie – wysunął hipotezę nadrektor – Może jakiś typ ducha. Wymaga dzwonu, świecy i księgi.

  • Próbowaliśmy tego, sir – westchnął kwestor.

Nadrektor pochylił się ku niemu.

  • I co ?

  • Mówiłem, że już próbowaliśmy! – powtórzył głośniej kwestor, prosto w nadrektorskie ucho – Po kolacji. Pamiętasz? Użyliśmy “Imion mrówek” Humptempera i zadzwoniliśmy Starym Tomem*

  • Tak było? Rzeczywiście? I podziałało, co?

  • Nie, nadrektorze.

  • Co?

  • Zresztą nigdy wcześniej nie mieliśmy kłopotów z duchami – wtrącił najstarszy wykładowca. – Magowie po prostu nie nawiedzają swojej uczelni.

Nadrektor szukał choćby strzępka otuchy.

  • A może to całkiem naturalne zjawisko? Może szum podziemnego źródła? Ruchy ziemi? Coś w rurach kanalizacyjnych? Czasem wydają takie dziwne odgłosy, zwłaszcza kiedy wiatr wieje w odpowiednią stronę.

Rozpromieniony, oparł się wygodnie.

Pozostali członkowie rady porozumieli się wzrokiem.



  • Rury nie brzmią jak biegnące stopy – wyjaśnił znużony kwestor.

  • Chyba że ktoś nie dokręcił kranu – zauważył najstarszy wykładowca.

Kwestor zmarszczył groźnie brwi. Siedział akurat w wannie, kiedy przez pokój przebiegło to niewidzialne i krzyczące zjawisko. Było to doświadczenie, jakiego wolałby nie przeżywać ponownie.

Nadrektor pokiwał głową.



  • A zatem mamy rozwiązanie – rzekł i usnął.

Kwestor przyglądał mu się przez chwilę. Potem zdjął mu kapelusz i delikatnie podłożył pod głowę.

  • No tak... – mruknął. – Czy ktoś ma jakieś propozycje?

Bibliotekarz podniósł rękę.

  • Uuk – powiedział.

  • Brawo, świetna myśl – pochwalił szybko kwestor. – Czy jeszcze ktoś?

Orangutan spojrzał na niego z niechęcią, a pozostali magowie zgodnie pokręcili głowami.

  • To drżenie osnowy rzeczywistości – stwierdził najstarszy wykładowca.

  • A co powinniśmy z tym zrobić?

  • Nie mam pojęcia. Chyba, że spróbujemy pradawnego...

  • Nie przerwał mu kwestor. – Nie mów tego. Proszę, jest zbyt niebezpieczny...

Słowa przeciął krzyk, który zaczął się w kącie pokoju i z dopplerowskim przeskokiem wysokości przesunął się wzdłuż stołu. Towarzyszył mu odgłos wielu biegnących nóżek. Magowie rozpierzchli się wśród trzasku wywracanych krzeseł.

Płomyki świec wyciągnęły się w długie, wąskie języki oktarynowego światła, po czym zgasły.

Potem zapadła cisza – szczególna cisza, z tych, które następują po naprawdę drażniącym dźwięku.


  • No dobrze – zdecydował kwestor. – Poddaję się. Spróbujemy Rytuału AshkEnte.



To najpoważniejszy rytuał, jaki może odprawić ośmiu magów. Przyzywa śmierć, która oczywiście wie

o wszystkim, co się dzieje wszędzie.

I oczywiście wykonuje się go raczej z oporami, ponieważ starsi magowie są zwykle bardzo starzy i raczej wolą nie zwracać na siebie uwagi Śmierci.

Rytuał miał zostać odprawiony nocą, a w Głównym Holu Uniwersytetu, wśród obłoków kadzidła, świec, runicznych inskrypcji i magicznych kręgów. Nie były one niezbędne, ale magowie lepiej się z nimi czuli. Jaśniała magia, zaklinano zaklęciami i stanowczo inwokowano inwokacje.

Magowie spoglądali wyczekująco we wciąż pusty czarnoksięski oktogram. Po chwili stojące kręgiem postacie w długich szatach zaczęły mruczeć coś między sobą.


  • Musieliśmy coś pomylić.

  • Uuk.

  • Może gdzieś wyszedł?

  • Albo jest zajęty...

* Stary Tom był pękniętym spiżowym dzwonem, jedynym na uniwersyteckiej dzwonnicy. Serce wypadło mu wkrótce po odlaniu, ale nadal co godzinę wybijał wspaniałe dźwięczne milczenia




  • Może lepiej to przerwać i iść do łóżka?

A NA KOGO WŁAŚCIWIE CZEKACIE?

Kwestor obejrzał się wolno na swego sąsiada.

Szatę maga zawsze łatwo rozpoznać. Jest obszyta cekinami, klejnotami, futrem i koronką, a wewnątrz ma zwykle sporą ilość maga. Jednak ta szata była całkowicie czarna. Materiał wyglądał, jakby wybrano go ze względu na wytrzymałość. Podobnie jego właściciel. Gdyby napisał książkę o dietach stałaby się bestsellerem.

Śmierć obserwował oktogram z wyrazem uprzejmego zainteresowania.



  • Ehm... – wyjąkał kwestor. – Rzecz w tym, że tak naprawdę, tego, powinieneś być wewnątrz...

BARDZO PRZEPRASZAM

Śmieć przeszedł z godnością na środek i spojrzał pytająco na kwestora.

MAM NADZIEJĘ, ŻE NIE BĘDZIEMY JUŻ WRACAĆ DO TEGO “OHYDNEGO CIENIA”, rzekł


  • Nie przerwaliśmy ci chyba żadnego ważnego zajęcia? – spytał grzecznie kwestor

MOJA PRACA ZAWSZE JEST WAŻNA.

  • Naturalnie.

DLA KOGOŚ.

  • Ehm...ehm... Przyczyna, ohyd...sir, dla której cię tu wezwaliśmy, to jest...

TO RINCEWIND.

  • Co?

PRZYCZYNA, DLA KTÓREJ MNIE WEZWALIŚCIE. OPOWIEDŹ BRZMI: TO RINCEWIND.

  • Przecież nie zadaliśmy jeszcze pytania!

NIE SZKODZI. ODPOWIEDŹ BRZMI: TO RINCEWIND.

  • Posłuchaj, chcemy się dowiedzieć, co powoduje te dziwne...aha

Śmierć z godnością strzepnął niewidoczny pyłek z ostrza kosy.

Nadrektor przyłożył do ucha pomarszczoną dłoń.



  • Co on powiedział? Kto to jest ten z kijem?

  • To Śmierć, nadrektorze – wyjaśnił cierpliwie kwestor.

  • Co?

  • Śmierć, sir. Wiesz przecież.

  • Powiedz mu, że niczego nie chcemy – odparł starzec, machając laską.

Kwestor westchnął.

  • Ale my go tu wezwaliśmy, nadrektorze.

  • Tak? A po cóż mielibyśmy to robić? Bardzo nierozsądne posunięcie.

Kwestor spojrzał na Śmierć i uśmiechnął się z zakłopotaniem. Niewiele brakowało, a przeprosiłby za zachowanie nadrektora, tłumacząc je podeszłym wiekiem. Uświadomił sobie jednak, że w danej sytuacji jest to całkiem zbędne.

  • Czy mówimy o magu Rincewindzie? Tym, co miał...- Kwestor zadrżał – Miał ten okropny Bagaż na nóżkach? Ale przecież wyleciał w powietrze podczas tej historii z czarodzicielem...*

WYLECIAŁ DO PIEKIELNYCH WYMAIRÓW. A TERAZ PRÓBUJE WRÓCIĆ DO DOMU.

  • Czy to możliwe?

TYLKO PRZY NIEZWYKŁEJ KONIUNKCJI OKOLICZOŚCI. RZECZYWISTOŚĆ MUSIAŁABY ZOSATĆ OSŁABIONA NA KILKA NIEOCZEKIWANYCH SPOSOBÓW.

  • Mała szansa, żeby się to zdarzyło, prawda? – spytał nerwowo kwestor.

Ludzie twierdzący ze przez dwa miesiące przebywali z wizytą u ciotki, zawsze się denerwują na myśl o ludziach, którzy mogą się zjawić i omyłkowo uznać, że tamci wcale u niej nie przebywali. A w wyniku złudzenia optycznego może im się nawet wydawać, że widzieli, jak ci pierwsi robią pewne rzeczy, których w żaden sposób robić nie mogli, ponieważ właśnie byli u ciotki.

SZANSA JEDNA NA MILION, stwierdził Śmierć. DOKŁADNIE JEDNA NA MILION

- Och – westchnął z ogromną ulgą kwestor. – Ojej... Co za pech...- Poweselał wyraźnie. – Oczywiście, ten hałas trochę przeszkadza. Ale, na nieszczęście, nie pożyje on tam chyba za długo.

* Kwestor napomknął tu o ponurym okresie, kiedy to z winy Uniwersytetu niemalże nastąpił koniec świata, a nastąpiłby z pewnością, gdyby nie ciąg wydarzeń, w których uczestniczyli Rincewind, latający dywan i połówka cegły w skarpecie (por. “Czarodzicielstwo”). Cała ta sprawa była dość krępująca dla magów, jak zwykle dla ludzi, którzy po fakcie odkrywają, że przez cały czas stali po niewłaściwej stronie *. Zadziwiające, jak wielu starszych pracowników Uniwersytetu twierdziło teraz stanowczo, że w owym czasie chorowali, byli z wizytą u ciotki albo prowadzili badania za zamkniętymi drzwiami, nucąc przy tym głośno, w wyniku czego nie mieli pojęcia, co się dzieje na zewnątrz. Prowadzono potem luźne rozmowy o wystawieniu Rincewindowi pomnika; jednak w wyniku działania niezwykłej alchemii umysłu, jaka uaktywnia się w takich drażliwych sytuacjach, posąg szybko zmienił się w tablice pamiątkową, potem we wpis do Listy zasłużonych, wreszcie naganę za niewłaściwy ubiór.

* to znaczy po tej która przegrała

TO ISTOTNIE MOŻLIWE, odparł uprzejmie Śmierć. JESTEM JEDNAK PEWIEN, ŻE NIE CHCIELIBYŚCIE, BYM ZBYT CZĘSTO WYGŁASZAŁ STANOWCZE OPINIE W TAKICH KWESTIACH.



  • Nie! Oczywiście, że nie – zapewniał szybko kwestor. – No dobrze. Cóż, wielkie dzięki. Biedny chłopak. Co za szkoda. Ale nie ma rady. Powinniśmy podejść do tego filozoficznie.

MOŻE POWINNIŚCIE.

  • Nie będziemy cię dłużej zatrzymywać.

DZIĘKUJĘ

  • Żegnaj.

DO ZOBACZENIA.

Hałasy ustały tuz przed śniadaniem. Jedynie bibliotekarz zasmucił się z tego powodu. Rincewind był jego asystentem i przyjacielem, a także niezastąpionym pomocnikiem przy obieraniu bananów. Poza tym miał wyjątkowe zdolności do ucieczek przed wszelkimi zagrożeniami. Zdaniem bibliotekarza nie należał do typów, które łatwo dają się złapać.

Zapewne nastąpiła niezwykła koniunkcja okoliczności..

Było to o wiele bardziej prawdopodobne wyjaśnienie.




1   2   3   4   5   6   7   8   9


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość