Strona główna

Terry pratchett


Pobieranie 387.64 Kb.
Strona3/9
Data18.06.2016
Rozmiar387.64 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

Rzeczywiście nastąpiła niezwykła koniunkcja okoliczności. Szansa jedna na milion sprawiła, że ktoś właśnie obserwował, studiował i szukał właściwych narzędzi do szczególnego zadania.


I natrafił na Rincewinda.

To było niemal zbyt proste...



I tak Rincewind otworzył oczy. Nad sobą zobaczył sufit. Gdyby to była podłoga miałby kłopot.

Na razie dobrze.

Ostrożnie obmacał powierzchnię wokół siebie. Była nierówna, drzewna, z jakąś samotną dziurą po gwoździu. Ludzki typ powierzchni.

Uszy wychwyciły trzask ognia i jakiś bulgot, źródło nieokreślone.

Nos, czując się pozostawiony nieco z boku, pośpiesznie zameldował o zapachu siarki.

W porządku. Co z tego wynikało? Że leży na szorstkiej, drewnianej podłodze w pokoju oświetlonym blaskiem ognia, gdzie coś bulgocze i wydziela zapach siarki. W owym nierzeczywistym, sennym stanie Rincewind był całkiem zadowolony z tego procesu dedukcyjnego.

Co jeszcze?

A tak.


Otworzył usta i wrzeszczał, i wrzeszczał, i wrzeszczał.

Poczuł się trochę lepiej.

Poleżał jeszcze chwilę. Przez splątany kłąb wspomnień przebiła się pamięć o porankach w łóżku, kiedy był małym chłopcem i rozpaczliwie dzielił mijający czas na coraz mniejsze fragmenty, by jak najdalej odsunąć straszną chwilę, gdy będzie musiał wstać i zmierzyć się z problemami życia. Takimi jak – w danej sytuacji – kim jest, gdzie jest i dlaczego jest.


  • Czym jesteś? – zapytał głos z samej granicy świadomości.

  • Właśnie do tego dochodziłem – wymruczał Rincewind

Pokój falował przez chwilę, nim znieruchomiał, a Rincewind uniósł się na łokciach.

  • Ostrzegam – zawołał głos, dochodzący chyba od stołu – Chronią mnie liczne i potężne amulety.

  • To świetnie – pochwalił Rincewind. – Żałuję, że mnie nie chronią.

Z mgły zaczęły destylować szczegóły. Znalazł się w długim, niskim pomieszczeniu, którego jeden koniec całkowicie zajmował ogromny kominek. Na biegnącej wzdłuż całej ściany ławie stała kolekcja szkła, wyraźnie stworzona przez dręczonego czkawką pijanego dmuchacza. Na haku w swobodnej pozie wisiał szkielet. A na drążku obok niego ktoś przybił wypchanego ptaka. Jakiekolwiek grzechy popełniło w życiu nieszczęsne zwierzę, nie zasłużyło na to, co uczynił z nim dermoplasta.

Wzrok Rincewinda omiótł podłogę. Było jasne, że od dawna nie zaznała innego omiatania. Tylko wokół niego usunięto odłamki szkła i retort, robiąc miejsce dla...

Magicznego kręgu.

Wyglądał bardzo solidnie. Ktokolwiek go wykreślił, musiał dokładnie zdawać sobie sprawę, że celem kręgu jest podział universum na dwie części, zewnętrzną i wewnętrzną.

Rincewind, oczywiście, znalazł się w wewnętrznej.


  • Aha – powiedział.

Ogarnęło go doskonale znane i niemal pocieszające uczucie bezradności i zgrozy.

  • Zaklinam i zakazuję ci wszelkich wrogich ataków, demonie z otchłani – zabrzmiał głos dobiegający, jak uświadomił sobie Rincewind, zza stołu

  • Dobrze, dobrze – rzucił szybko. – Jeśli o mnie chodzi, nie mam nic przeciw temu. Tego...Czy jest możliwe, że nastąpił malutki błąd?

  • Precz!

  • Zgoda! – Rincewind rozejrzał się nerwowo. – Jak?

  • Nie myśl, że zdołasz zwabić mnie i doprowadzić do zguby owym kłamliwym językiem, potworze Shamharotha – oznajmił stół. – Jestem oświecony w sprawach demonów. Wykonuj rozkazy, bo odeślę cię do wrzących piekieł, skąd przychodzisz. Z których przychodzisz, przepraszam. Właściwie: z których przybywasz. I nie żartuję

Zza stołu wysunęła się postać. Była dość niska, a większą jej część skrywały najrozmaitsze znaki, amulety i talizmany, które - choć niezbyt skuteczne przeciw magii – z pewnością stanowiłyby dostateczną ochronę przed średniej mocy pchnięciem miecza. Postać nosiła okulary i miała kapelusz z długimi klapkami po bokach; nadawały jej wygląd krótkowzrocznego spaniela.

W drżącej dłoni ściskał miecz, tak głęboko rzeźbiony w magiczne symbole, że zaczynał się krzywić.



  • Wrzących piekieł, mówiłeś? – upewnił się Rincewind.

  • Właśnie. Gdzie krzyki przerażenia dręczonych, torturowanych...

  • Tak, tak. Zrozumiałem. Ale, widzisz, rzecz w tym, że tak naprawdę wcale nie jestem demonem. Wobec tego, czy mógłbyś mnie wypuścić?

  • Nie oszuka mnie twój wygląd, demonie – oznajmiła postać. I bardziej normalnym głosem dodała: - Zresztą demony zawsze kłamią. To ogólnie znany fakt.

  • Doprawdy? – Rincewind chwycił się ostatniej deski ratunku. – W takim razie... jestem demonem.

  • Aha! Zdradzony przez własne usta!

  • Słuchaj! Nie mam zamiaru tego znosić – stwierdził Rincewind. – Nie wiem, kim jesteś ani co się tu dzieje, ale mam zamiar się czegoś napić. Zgoda?

Zamierzał wyjść z kręgu i zesztywniał nagle od wstrząsu: iskry strzeliły z runicznych inskrypcji i uziemiły się w całym jego ciele.

  • Zaiste nie w wtw... nie wwt... – Przywoływacz demonów zrezygnował. – Nie uda ci się wyjść z tego kręgu, dopóki cię nie uwolnię. Jasne? Nie chcę być nieuprzejmy, ale gdybym zwyczajnie cię wypuścił, mógłbyś przyjąć swoją prawdziwą postać. I to straszliwą postać, jak się domyślam. Precz! – dodał czując, że nie utrzymuje właściwego tonu.

  • Dobrze, dobrze. Chętnie odejdę – uspokoił go Rincewind, rozcierając łokieć. – Ale i tak nie jestem demonem.

  • To dlaczego odpowiedziałeś na przywołanie? Pewnie tylko przypadkiem przechodziłeś akurat przez paranormalny wymiar, co?

  • Coś w tym rodzaju, jak sądzę. Nie pamiętam dokładnie.

  • Spróbuj czegoś innego, to za bardzo prymitywne. – Przywoływacz oparł miecz o pulpit, na którym leżała gruba, ociekająca zakładkami otwarta księga. A potem zatańczył nagle. – Udało się! – zawołał. – Hihi!

Zauważył osłupiałe spojrzenie Rincewinda i opanował się szybko. Chrząknął z zakłopotaniem i podszedł do pulpitu.

  • Naprawdę nie jestem... – zaczął Rincewind.

  • Gdzieś tu miałem listę – mruknęła postać. – zaraz.... O, jest. Nakazuję ci...tobie, znaczy...abyś...Mam. Abyś spełnił trzy moje życzenia. Tak chcę władzy nad królestwami tego świata, chcę spotkać najpiękniejszą kobietę, jaka kiedykolwiek istniała, i chcę żyć wiecznie.

Spojrzał na Rincewinda zachęcająco.

  • To wszystko? – spytał mag sarkastycznie.

  • Tak.

  • Drobiazg. A potem do wieczora będę miał wolne?

  • I chcę jeszcze kufer pełen złota. Żebym miał z czym zacząć.

  • Widzę, że przemyślałeś sobie wszystko.

  • Tak. Precz!

  • Dobrze. Tylko że... – Rincewind zastanowił się pospiesznie. On jest szalony, myślał, ale szalony z mieczem w ręku; muszę go pokonać na jego warunkach. – Widzisz, nie jestem bardzo potężnym demonem i obawiam się, że takie polecenia przekraczają moje możliwości. Przykro mi. Możesz mnie preczować ile zechcesz, ale zwyczajnie nie potrafię.

Niska postać przyjrzała mu się nad okularami.

  • Rozumiem – stwierdził kwaśno. – A czego mógłbyś dokonać?

  • No więc...Mógłbym chyba pobiec do sklepu i przynieść paczkę miętówek albo coś...

Przez chwilę trwała cisza.

  • Naprawdę nie umiesz robić tych rzeczy?

  • Przykro mi. Ale coś ci powiem. Wypuść mnie, a ja zawiadomię wszystkich w...- Rincewind zawahał się. Gdzie do wszystkich diabłów, mieszkają diabły? - ...Demon City – zaryzykował.

  • Chcesz powiedzieć: w Pandemonium? – spytał podejrzliwie jego dozorca.

  • No właśnie. O to mi chodziło. Wszystkim powiem, że gdy tylko trafią do realnego świata, niech koniecznie poszukają... Jak się nazywasz?

  • Thursley. Eryk Thursley.

  • Właśnie.

  • Demonolog, Aleja Śmietnikowa. Pseudopolis. Zaraz obok garbarni – dodał z nadzieją Thursley.

  • Zapamiętam. O nic się nie martw. A teraz, gdybyś mnie wypuścił...

Thursley skrzywił się, zawiedziony.

  • Na pewno nie potrafisz? – upewnił się, a Rincewind nie mógł nie usłyszeć błagalnej nuty w jego głosie. – Wystarczy nawet mała szkatułka złota. No i nie musi być najpiękniejsza kobieta w całej historii. Druga co do urody zupełnie mi wystarczy. Albo trzecia. Zresztą wybierz dowolną z pierwszej set...tysiąca. Cokolwiek masz w zapasie.

Pod koniec wypowiedzi głos aż wibrował z tęsknoty.

Rincewind miał ochotę powiedzieć: słuchaj rzuć te zabawy z chemikaliami w ciemnych pokojach, ogól się ostrzyż, weź kąpiel, albo lepiej dwie kąpiele, kup sobie nowe ubranie i wyjdź wieczorem, a wtedy...- tu musiałby szczerze przyznać, że nawet umyty, ogolony i wymoczony w solach kąpielowych Thursley nie miał szans na żadną z nagród...- a wtedy możesz dostać w twarz od dowolnej kobiety, jaką sobie wybierzesz.

Owszem, nie jest to wiele, ale zawsze jakiś fizyczny kontakt.


  • Przykro mi – powtórzył jeszcze raz.

Thursley westchnął.

  • Woda się gotuje – powiedział – Chcesz herbaty?

Rincewind ruszył naprzód, w trzask psychicznej energii.

  • Tego...- mruknął niepewnie Thursley, gdy mag ssał palce- Wiesz co? Rzucę na ciebie urok przymuszenia.

  • Zapewniam cię, że nie ma takiej potrzeby...

  • Nie. Tak będzie najlepiej. To znaczy, że będziesz mógł chodzić swobodnie. I tak miałem tu wszystko przygotowane na wypadek, gdybyś mógł wyruszyć, no wiesz, po nią.

  • Dobrze – zgodził się Rincewind.

A kiedy demonolog mamrotał słowa z księgi, myślał: stopy...drzwi...schody...Wspaniały zestaw.

Przyszło mu na myśl, że jest w demonologu coś nietypowego, ale nie mógł określić, co właściwie. Wyglądał całkiem jak demonolodzy, których pamiętał z Ankh-Morpork: Zgarbieni, poplamieni chemikaliami, ze źrenicami jak łebki szpilek od chemicznych oparów. Ten tutaj świetnie by do nich pasował. Tyle że było w nim coś dziwnego.



  • Szczerze mówiąc – rzekł Thursley, pracowicie ścierając część kręgu – jesteś moim pierwszym demonem. Nigdy dotąd mi się nie udało. Jak ci na imię?

  • Rincewind.

Thursley zastanowił się.

  • Jakoś nie kojarzę. W “Demonologii” jest Riinjswin. I Winswin. Ale mają więcej skrzydeł od ciebie. Teraz możesz wyjść. Muszę przyznać, że materializacja była pierwsza klasa. Patrząc na ciebie, nikt by nie uwierzył, że jesteś potworem. Większość demonów, gdy chce udawać ludzi, materializuje się w postaciach arystokratów, królów i książąt. A wizerunek nadgryzionego przez mole maga jest wyjątkowo sprytny. Prawie mnie nabrałeś. Szkoda że nie umiesz spełniać tych życzeń

  • Nie wiem dlaczego chcesz żyć wiecznie – stwierdził Rincewind. Prywatnie postanowił, że jeśli tylko trafi się okazja, ktoś tu zapłaci za tego “nadgryzionego przez mole”. – Odzyskać młodość... to bym zrozumiał.

  • E tam. Być młodym to żadna przyjemność – odparł Thursley i przerażony zakrył dłonią usta.

Rincewind pochylił się.

Około pięćdziesięciu lat. Tego właśnie brakowało.



  • To fałszywa broda! – zawołał. – Ile masz lat?

  • Osiemdziesiąt siedem – wychrypiał Thursley.

  • Widzę haczyki za uszami!

  • Siedemdziesiąt osiem! Słowo! Precz!

  • Jesteś małym chłopcem!

Eryk wyprostował się dumnie.

  • Wcale nie! – zaprotestował. – mam prawie czternaście lat!

  • Aha!

Chłopiec machnął na Rincewinda mieczem.

  • To i tak nieważne! – krzyknął. – Można być demonologiem w każdym wieku, a ty nadal jesteś moim demonem i musisz robić, co ci każę!

  • Eryku! – zawołał jakiś głos z dołu.

Chłopiec zbladł nagle.

  • Tak, mamo? – odpowiedział, wpatrując się błagalnie w Rincewinda. Jago usta wyszeptały bezgłośnie: tylko nic nie mów, proszę...

  • Co to za hałasy?

  • Nic mamo.

  • Zejdź i umyj ręce, skarbie! Śniadanie gotowe!

  • Już idę, mamo. – Spojrzał bezradnie na Rincewinda. – To moja matka – wyjaśnił.

  • Ma mocne płuca- zauważył Rincewind.

  • Chyba... musze już iść. Ty tu zostaniesz, oczywiście.

Przyszło mu do głowy, że jego autorytet nieco ucierpiał. Machnął mieczem.

  • Precz! – rzekł. – Rozkazuję ci nie opuszczać tego pokoju!

  • Pewnie. No jasne – zgodził się Rincewind, badając wzrokiem okna.

  • Obiecujesz? Inaczej zostaniesz odesłany w Otchłań.

  • Nie tego bym nie chciał. Biegnij już. Nie martw się o mnie.

  • Zostawię tutaj miecz i resztę. – Eryk zdjął większość elementów swego kostiumu. Odsłoniły szczupłego, ciemnowłosego chłopca, którego twarz wyglądałaby pewnie o wiele lepiej, gdyby się pozbył trądziku. – Jeśli ich dotkniesz, spotkają cię straszne rzeczy.

  • Nawet o tym nie myślę – zapewnił Rincewind.

Kiedy został sam, podszedł do pulpitu i obejrzał księgę. Tytuł, wypisany imponująco zakręconymi czerwonymi literami, brzmiał Mallificarum Sumpta Diabolicite Occularis Singularum, Księga Ostatecznej Kontroli. Znał ją. Gdzieś w bibliotece mieli egzemplarz. Chociaż magowie nigdy z niego nie korzystali.

Być może wyda się to dziwne. Ponieważ jeśli już mag zgodziłby się przehandlować za coś własną babkę, to tylko za władzę i moc. Ale nie takie dziwne, ponieważ każdy mag dostatecznie sprytny, by przeżyć pięć minut, jest też wystarczająco rozsądny by wiedzieć, że w całej demonologii władza i moc tkwi wyłącznie w demonach. Wykorzystanie ich dla własnych celów przypominałoby próbę zatłuczenia myszy grzechotnikiem.

Nawet magowie uważali demonologów za dziwaków. Byli to zwykle bladzi, przemykający się chyłkiem ludzie, którzy w zaciemnionych pomieszczeniach wykonywali jakieś skomplikowane czynności i mieli wilgotne, miękkie dłonie. Nic, co by przypominało solidną czystą magię. Żaden szanujący się mag nie chciał mieć nic wspólnego z dziedzinami demonicznymi, których mieszkańcy tworzyli zbiór czubków jak w solidnej kiści bananów.

Rincewind dokładnie obejrzał szkielet, tak na wszelki wypadek. Ten jednak nie zdradzał ochoty do żadnych działań ani czynności.



  • Należał do jego jakmutam, dziadka – zabrzmiał nagle zgrzytliwy głos

  • Dość nietypowy spadek – uznał Rincewind.

  • Nie, to nie szkielet dziadka. Ten tylko kupił go w jakimś sklepie.

Rincewind zamyślił się głęboko, po chwili zapytał, nie odwracając głowy.

  • Z czym ja właściwie rozmawiam?

  • Jestem jakmitam. Mam to na końcu języka. Zaczyna się na P.

Rincewind odwrócił się powoli.

  • Jesteś papugą? – spytał.

  • Trafiłeś.

Rincewind przyjrzał się temu czemuś na półce. Miało tylko jedno oko, błyszczące jak rubin. Większą część reszty pokrywała różowofioletowa skóra, nabijana kikutami piór. Całość przywodziła na myśl przygotowaną do pieczenia szczotkę. Podrygiwała artretycznie na drążku, wreszcie straciła równowagę i zawisła głową w dół.

  • Myślałem że jesteś wypchana.

  • Sam się wypchaj, magu.

Rincewind zignorował sugestię i na palcach podszedł do okna. Było nieduże, ale wychodziło na łagodnie nachylony dach. Za nim czekało prawdziwe życie, prawdziwe niebo, prawdziwe budynki. Wyciągnął rękę, by otworzyć okiennice...

Prąd z trzaskiem popłynął mu wzdłuż ramienia i uziemił się w rdzeniu kręgowym

Rincewind usiadł na podłodze i ssał palec.


  • Mówił ci przecież – przypomniała papuga, huśtając się w przód i w tył, wciąż głową w dół. – Ale nie chciałeś jakmutam. Trzyma cię na jakmutam.

  • Ale to powinno działać tylko na demony!

  • Ha! – zawołała papuga. Nabrała rozpędu i przekręciła się znowu głową w górę, gdzie wyhamowała resztkami tego, co kiedyś było skrzydłami. – To zależy. Jeśli przechodzisz przez drzwi z napisem “Jakimtam”, to jesteś traktowany jak jeden z jakimtam. Demon znaczy się. Podlegasz wszystkim zasadom i jakimtam. Ciężka sprawa.

  • Ale ty chyba wiesz, że jestem magikiem?

Papuga zaskrzeczała.

  • Widziałam je kolego. Prawdziwe jakimtam. Mieliśmy tu takie, że na ich widok udławiłbyś się swoim prosem. Wielkie łuskowate, ogniste jakimtam. Tygodniami trzeba było zdrapywać ze ścian sadzę – dodała tonem aprobaty. – To za czasów jego dziadka, oczywiście. Dzieciak w ogóle sobie nie radził. Aż do dzisiaj. Zdolny chłopak. To wina jego jakimtam, rodziców. Nowobogaccy. Handel winem. Rozpuścili go jak dziadowski bicz, pozwalali się bawić rzeczami jakmutam. “Och, jakiż to inteligentny chłopiec, cały czas z nosem w książce” – przedrzeźniała papuga. – Nigdy nie dostał od nich tego, czego najbardziej potrzebuje wrażliwy, dorastający jakmutam. Takie jest moje zdanie.

  • Chodzi ci o miłość i dobrą radę? – spytał Rincewind.

  • Chodzi mi o porządne, solidne jakmutam, lanie – wyjaśniła papuga.

Rincewind ścisnął bolącą głowę. Jeśli wszystkie demony przechodziły to co on, nic dziwnego, że zawsze były zirytowane.

  • Polly chce ciasteczko – rzekła papuga bez związku, takim tonem, jakim ludzie mówią “hm” albo “o czym to mówiłem”. Po czym kontynuowała: - Jego dziadek się tym zajmował. Tym i gołębiami.

  • Gołębiami – powtórzył Rincewind.

  • Co nie znaczy, że odnosił jakieś sukcesy. Wszystko robił trochę metodą prób i jakimtam.

  • Wspomniałaś chyba o wielkich, łuskowatych...

  • O tak. Ale to nie o takie mu chodziło. Próbował przywołać sukkuba. – Złośliwy uśmieszek u kogoś posiadający dziób nie powinien być możliwy. Jednak papudze się udało. – To żeński demon, który przychodzi nocą i wywołuje szalone, namiętne jakim...

  • Słyszałem o nich – przerwał jej Rincewind. – Okropnie niebezpieczne.

Papuga przechyliła głowę na bok.

  • Nigdy mu się nie udało. Sprowadził tylko neuralgera.

  • Co to jest?

  • To demon, który przybywa i wywołuje ból glowy.



Demony istnieją na Dysku co najmniej tak długo jak bogowie, których pod wieloma względami przypominają. Różnica jest zasadniczo taka, jak między terrorystami a bojownikami o wolność.

Większość demonów zamieszkuje obszerny wymiar bliski rzeczywistości, tradycyjnie udekorowany w odcieniach płomieni i utrzymywany w temperaturze piekarnika. Nie jest to konieczne, ale jeśli przeciętny demon już jest czemuś wierny, to tradycji.

W centrum inferna. Wyrastając majestatycznie w jeziora substytutu lawy i z niezrównanym widokiem na Osiem Kręgów, leży miasto Pandemonium*. W tej chwili wydawało się godne swej nazwy.

Astfgl’ nowy król demonów, był wściekły. Nie tylko dlatego, że znowu popsuła się klimatyzacja, ani dlatego, że ze wszystkich stron otaczali go idioci i spiskowcy, i nawet nie dlatego, że nikt jeszcze nie umiał poprawnie wymówić jego imienia. Był wściekły przede wszystkim dlatego, że właśnie otrzymał złe wieści. Demon, który został drogą losowania wybrany do ich przekazania, kulił się przed tronem z ogonem między nogami. Był nieśmiertelnie przerażony, że zaraz przytrafi mu się coś cudownego **.



  • Co zrobił? – zapytał Astfgl.

  • On tego... Otworzył się, panie. Krąg w Pseudopolis.

  • Aha. Sprytny chłopak. Wiązaliśmy z nim wielkie nadzieje.

  • I ten... Zamknął się znowu, panie. – Demon zamknął oczy.

  • A kto przez niego przeszedł?

  • No...- Demon obejrzał się na kolegów, zebranych na drugim końcu długiej na milę sali tronowej.

  • Pytałem, kto przeszedł.

  • Szczerze mówiąc, panie...

  • Tak?

  • Nie wiemy. Ktoś.

* Demony i piekło są czymś zupełnie innym od Piekielnych Wymiarów, tych nieskończenie równoległych pustkowi poza czasem i przestrzenią. Smutne, obłąkane Stwory w Piekielnych Wymiarach nie rozumieją świata, ale pragną światła i formy. Próbują ogrzać się przy ogniskach rzeczywistości, gromadzą się wokół nich, co – gdyby się kiedyś przedarły – miałoby taki efekt, jakby ocean próbował ogrzać się od świecy. Tymczasem demony należą do mniej więcej tej samej czasoprzestrzeni jak jej tam co ludzie. Przejawiają głębokie i trwałe zainteresowanie codziennymi sprawami ludzkości. Co ciekawe, bogów dysku nigdy nie interesowały sądy nad duszami zmarłych, więc ludzie szli do Piekła tylko wtedy, gdy w głębi serca wierzyli, że powinni tam trafić. Oczywiście nie wierzyli, jeśli nie wiedzieli o jego istnieniu. To tłumaczy, dlaczego tak ważne jest, by strzelać bez ostrzeżenia do wszelkich misjonarzy.

** Demony mają skrzywioną skalę wartości.



  • Wydałem chyba rozkaz, żeby w razie sukcesu przed chłopcem zmaterializował się diuk Vassenego i zaproponował mu zakazane przyjemności oraz mroczne rozkosze, by nagiąć go do naszej woli.

Król warknął wściekle. Problem ze złem polegał na tym, co musiał przyznać, ze demony nie są wielkimi myślicielami czy odkrywcami. Potrzebują odrobiny ludzkiej pomysłowości. I naprawdę liczył w tym względzie na Eryka Thursleya, obdarzonego rzadką odmianą pozbawionej skrupułów, wybitnej inteligencji. Piekło potrzebowało takich straszliwie błyskotliwych egoistów jak Eryk. We wszelkich brzydkich czynach byli o wiele lepsi od demonów.

  • Istotnie – przyznał demon. – I diuk od lat oczekiwał przywołania, odrzucając wszelkie inne pokusy, wytrwale i cierpliwie studiując świat ludzi...

  • Więc gdzie wtedy był?

  • Ehm. Nadnatura go wezwała, panie – bełkotał demon. – Nie odszedł nawet na dwie minuty, a już...

  • A już ktoś przeszedł?

  • Próbujemy właśnie znaleźć...

Cierpliwość lorda Astfgla, i tak mająca odporność kitu, w tym miejscu pękła. Tego już za wiele. Miał poddanych, którzy używali słowa “znaleźć”, kiedy chodziło im o “ustalić”. Potępienie to dla nich zbyt wielka łaska.

  • Wynoś się – syknął.- Dopilnuję, żebyś otrzymał za to nagrodę...

  • Panie mój, proszę...

  • Wynoś się!

Płomiennymi korytarzami król pomaszerował do swoich osobistych apartamentów.

Jego przodkowie preferowali kosmate tyle kończyny oraz kopyta. Asfgl odrzucił takie pomysły od razu. Utrzymywał, że ci zarozumiali dranie z Dunmainfestin nie potraktują poważnie kogoś, kogo tylna połowa należy do przeżuwacza. Chętnie więc nosił płaszcz z czerwonego jedwabiu, fioletowe pończochy, kaptur z dwoma różkami o dość skomplikowanych kształtach i trójząb. Z trójzęba wciąż odpadał koniec, ale Astfgl uważał, że króla demonów w takim kostiumie trzeba traktować poważnie.

W chłodzie swych komnat – na wszystkich bogów, czy raczej nie na wszystkich bogów, całe wieki trwało, zanim doprowadził je do jakiegoś cywilizowanego stanu; poprzednikom zupełnie wystarczało leniuchowanie i kuszenie ludzi, nigdy nie słyszeli o stresie kierowniczym – delikatnie uniósł zasłonę ze Zwierciadła Dusz. Zamigotało, budząc się do życia.

Zimną czarną powierzchnię otaczała ozdobna rama, z której bezustannie wznosiły się kłęby gęstego dymu.



Twoje życzenie, panie? Spytało.

  • Pokaż mi wydarzenia z ostatniej godziny, wokół bramy Pseudopolis – polecił król i usiadł.

Po chwili wstał i sprawdził imię “Rincewind” w kartotece, jaką kazał niedawno założyć na miejsce stojących tu przedtem, tragicznie oprawionych starych woluminów. System wymagał jeszcze drobnych poprawek, jako że tępe demony ułożyły wszystkich pod literą L, jak Ludzie.

Potem już tylko przyglądał się migającym obrazkom i dla uspokojenia nerwów bawił się sprzętem biurowym.

Miał do dyspozycji cały blat swego biurka: notesy z magnesami na spinacze, podręczne przyrządy do przytrzymywania pióra, bloki kartek, które zawsze się przydają, śmieszne figurki ze sloganami w stylu “Ty tu jesteś szefem!”, a także chromowane kulki i sprężyny, działające na zasadzie fałszywego i krótkotrwałego wiecznego ruchu. Ktokolwiek spojrzałby na biurko, nie miałby cienia wątpliwości, że były to przedmioty prawdziwie potępione.


  • Rozumiem – stwierdził Astfgl i jednym szponem pobudził do ruchu zestaw błyszczących kulek.

Nie przypomniał sobie żadnego demona o imieniu Rincewind. Z drugiej strony, było tu chyba kilka milionów tych nieszczęsnych istot, bez żadnego porządku wędrujących po Piekle. A nie miał dotąd czasu, by wprowadzić przyzwoitą klasyfikację i odesłać niepotrzebnych na emeryturę. Na tego Rincewinda przypadało chyba mniej kończyn a więcej samogłosek niż na większość. Ale przecież musiał być demonem...

Vassenego to zarozumiały głupiec, jeden ze starszych demonów, które uśmiechają się i gardzą nim, i są nie-tak- całkiem posłuszne. Wszystko dlatego, że król – pracując ciężko przez całe tysiąclecia – zdołał przebyć drogę od skromnych początków do swej obecnej pozycji. Vassenego był zdolny zrobić coś takiego specjalnie, tylko po to, by go rozgniewać.

No cóż, później się tym zajmie. Wyśle mu notatkę służbową albo coś w tym rodzaju. Teraz i tak już za późno. Musi osobiście zająć się tą sprawą. Przed Erykiem Thursleyem malowały się zbyt dobre perspektywy, żeby o nim zapomnieć. Zdobycie Eryka Thursleya naprawdę zirytuje bogów.

Bogowie! Jakże ich nienawidził! Bardziej nawet niż starej gwardii typu Vassenego; bardziej nawet niż starej gwardii typu Vassenego; bardziej niż ludzi. W zeszłym tygodniu wydał małe przyjęcie. Dokładnie je zaplanował. Chciał pokazać, że potrafi zapomnieć o dawnych utarczkach i wspólnie z nimi pracować nad budową nowego, lepiej zorganizowanego wszechświata. Nazwał je “Bankietem Zapoznawczym”. Były kiełbaski na patykach i wszystko. Starał się jak mógł, żeby zapewnić dobry nastrój.

Nie zadali sobie nawet trudu, żeby odpowiedzieć na zaproszenia. A przecież sam przypilnował, żeby na każdym wypisać “Będę wdzięczny za szybką odpowiedź”.


1   2   3   4   5   6   7   8   9


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość