Strona główna

Terry pratchett


Pobieranie 387.64 Kb.
Strona4/9
Data18.06.2016
Rozmiar387.64 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

Demonie?

Eryk wyjrzał zza drzwi.

  • W jakiej jesteś formie? – zapytał.

  • W fatalnej – odparł Rincewind.

  • Przyniosłem ci trochę jedzenia. Odżywiasz się, prawda?

Rincewind spróbował. Dostał miskę owsianki z orzechami i suszonymi owocami. O nic nie miał do nich pretensji. Rzecz w tym, że jakiś element procesu przygotowania uczynił z tymi niewinnymi składnikami to, co ciążenie miliona G czyni z materią gwiazdy neutronowej. Gdyby człowiek umarł po zjedzeniu takiej potrawy, nie musieliby go grzebać; wystarczyłoby położyć zwłoki na miękkim gruncie.

Udało mu się trochę przełknąć. To nie było trudne, kłopot w tym, by jedzenie kontynuowało podróż w dół.



  • Świetne – wykrztusił

Papuga wykonała znakomitą pantomimę człowieka, który wymiotuje.

  • Postanowiłem cię uwolnić – oznajmił Eryk. – Nie ma chyba sensu trzymać cię tutaj.

  • Najmniejszego.

  • Nie dysponujesz żadną mocą?

  • Przykro mi. Całkowita klęska.

  • Szczerze mówiąc, nie wyglądasz demonicznie – przyznał Eryk.

  • Oni nigdy nie wyglądają. Nie wolno ufać jakimtam - wychrypiała papuga. Znowu stracila równowagę. – Polly chce ciasteczko – dodała, wisząc głową w dół.

Rincewind odwrócił się gwałtownie.

  • Nie wtrącaj się ty dziobaku!

Wokół nich zabrzmiał dźwięk jakby wszechświat, próbował odchrząknąć. Kredowe linie magicznego kręgu na moment rozjarzyły się oślepiająco, stały się kołem ognia na wytartych deskach, a potem coś wypadło z pustki i ciężko wylądowało na podłodze.

Był to wielki okuty kufer. Upadł na półokrągłe wieko. Po chwili zaczął się kołysać, wysunął setki różowych nóżek i przewrócił się z wysiłkiem.

W końcu przebierając nóżkami wykonał obrót i spojrzał na Eryka i Rincewinda. Było to tym bardziej niepokojące, że przyglądał im się, choć nie miał oczu zdolnych do przyglądania.

Eryk ocknął się pierwszy. Chwycił domowej roboty magiczny miecz i zamachał gwałtownie.



  • A więc jesteś demonem! – zawołał. – A już prawie uwierzyłem, że nie jesteś.

  • O rany! – wykrzyknęła papuga.

  • To tylko mój Bagaż – wyjaśnił załamany Rincewind. – Coś w rodzaju...No, chodzi za mną wszędzie; nie ma w nim nic demonicznego...hm...- Zawahał się. – W każdym razie niewiele – dokończył niepewnie.

  • Precz!

  • Nie, znowu zaczynasz!

Chłopiec zajrzał do księgi.

  • Moje wcześniejsze rozkazy pozostają w mocy – oznajmił stanowczo. – Najpiękniejsza kobieta, jaka kiedykolwiek żyła, władza nad wszystkimi królestwami świata i wieczne życie. Bierz się do roboty.

Rincewind stal jak skamieniały.

  • No już – ponaglił go Eryk. – Powinieneś zniknąć w kłębach dymu.

  • Słuchaj, jeśli ci się wydaje, że wystarczy pstryknąć palcami...

Rincewind pstryknął palcami.

Pojawił się kłąb dymu.



Rincewind obrzucił swoje palce długim, zdumionym spojrzeniem, jak ktoś mógłby spoglądać na strzelbę, która od dziesięcioleci wisiała na ścianie, aż nagle wypaliła i podziurawiła kota.

  • Nigdy dotąd się tak nie zachowywały – mruknął.

Popatrzył w dół.

  • Aargh – powiedział i zamknął oczy.

W ciemności pod powiekami świat prezentował się lepiej. Gdyby zastukał nogą, mógłby sam siebie przekonać, że czuje podłogę, uwierzyć, że stoi w pokoju i że pilne sygnały od pozostałych zamysłów, przekonujące go, iż wisi w pustce jakieś tysiąc mil nad Dyskiem, to tylko zły sen, z którego może się obudzić. Szybko jednak skreślił tę myśl. Jeśli spał, to wolał nadal śnić. W snach człowiek może latać. Jeśli jednak się zbudzi, będzie bardzo długo spadał.

Może umarłem i naprawdę już jestem demonem, pomyślał.

Była to interesująca teoria.

Uchylił powieki.



  • O rany! – rzekł Eryk. Oczy mu błyszczały. – I mogę dostać to wszystko?

Chłopiec stał w tej samej pozycji, jaką zajmował w pokoju. Podobnie bagaż. Podobnie, ku irytacji Rincewinda, papuga. Przysiadła w powietrzu i spoglądała z namysłem na kosmiczną panoramę na dole.

Dysk wyglądał niemal tak, jakby został stworzony do podziwiania go z przestrzeni; nie po to – Rincewind był absolutnie pewien – żeby na nim mieszkać. Musiał jednak przyznać, że wygląda imponująco.

Słońce miało właśnie zniknąć za Krawędzią i wzdłuż połowy obwodu rozpaliło linię ognia. Długi, powolny zmierzch ogarniał rozległy mroczny pejzaż.

Poniżej, ostro oświetlony w martwej pustce przestrzeni, sunął pod ciężarem Stworzenia Wielki A’Tuin, żółw świata. Na jego – lub jej, ta kwestia nie została wyjaśniona – skorupie cztery słonie z wysiłkiem podtrzymywały sam Dysk.

Istnieją może bardziej efektywne metody konstrukcji świata. Można zacząć od kuli płynnego żelaza i pokrywać ją kolejnymi warstwami skały, jak staromodny lizak. Otrzymałoby się wtedy całkiem przyzwoitą planetę, ale nie wyglądałaby tak ładnie. A poza tym od dołu wszystko by z niej spadło.


  • Całkiem niezłe – stwierdziła papuga.- Polly chce kontynent.

  • Jest ogromny...- szepnął Eryk.

  • Istotnie – przyznał obojętnie Rincewind.

Czuł że oczekują czegoś więcej.

  • Nie zepsuj go – dodał.

Dręczyły go poważne wątpliwości. Jeżeli przyjąć – czysto teoretycznie – że jest demonem, a ostatnio przydarzyło mu się tyle rzeczy, że mógł umrzeć i w ogólnym zamieszaniu tego nie zauważyć* - to wciąż nie rozumiał, dlaczego miałby oddać komuś świat. Przecież świat nie należał do niego. Był przekonany, że ma swoich właścicieli, którzy też tak sądzą.

Był również pewien, że demon powinien coś dostać na piśmie.



  • Musisz chyba coś podpisać – rzekł. – Krwią.

  • Czyją? – zainteresował się Eryk.

  • Chyba twoją. Ale wystarczy i ptasia – dodał Rincewind i zerknął znacząco na papugę, która wykrzywiła się niechętnie.

  • Czy nie mogę najpierw go wypróbować?

  • Co?

  • No, przypuśćmy, że nie będzie działać. Niczego nie podpiszę, dopóki nie zobaczę, jak działa.

Rincewind przyjrzał się chłopcu. Potem spojrzał na szeroką panoramę królestw tego świata. Ciekawe, czy w tym wieku byłem do niego podobny pomyślał. Ciekawe, jak zdołałem przeżyć.

  • To jest świat – wyjaśnił cierpliwie. – Oczywiście, że działa jak należy. Popatrz tylko. Huragany, dryf kontynentalny, cykle klimatyczne... wszystko na miejscu. Wszystko tyka jak pieklielny zegarek. Taki świat wystarczy ci na całe życie... Byle używać go rozważnie.

Eryk obejrzał świat krytycznie. Miał wyraz twarzy kogoś, kto wie, że wszystkie najlepsze prezenty wymagają psychicznego odpowiednika dwóch baterii R20, a sklepy są zamknięte przez całe święta.

  • Muszą mi złożyć daninę – oznajmił stanowczo.

  • Co muszą?

  • Królowie świata. Muszą mi złożyć daninę.

  • Solidnie to przestudiowałeś, co? – burknął z irytacją Rincewind. – Tylko daninę? Nie masz ochoty na księżyc, skoro już jesteśmy tu na górze? Specjalna oferta, tylko w tym tygodniu: jeden darmowy satelita do każdego zdominowanego świata.

  • A są tam jakieś użyteczne minerały?

  • Co?!

Eryk westchnął ciężko, jakby jego cierpliwość wystawiono na ciężką próbę.

  • Minerały – powtórzył – Ruda. No wiesz.

Rincewind poczerwieniał

  • Mam wrażenie, że człowiek w twoim wieku nie powinien nawet myśleć o...

  • To znaczy metale i inne takie. Jeśli to tylko kawał skały, to jest mi całkiem zbędny.

Rincewind zerknął w dół. Maleńki księżyc Dysku wyłonił się właśnie zza dalekiej krawędzi i bladym światłem zalewał układankę lądów i mórz.

* Rincewind dowiedział się kiedyś, że śmierć jest jak przejście do innego pokoju. Różnica polega na tym, że kiedy człowiek zawoła: “Gdzie są czyste skarpetki?”, nikt mu nie odpowie



  • Właściwie nie wiem. Wygląda ładnie – stwierdził. – Posłuchaj, jest już ciemno. Może rano wszyscy złożą ci daninę?

  • Chcę trochę danin natychmiast.

  • Tego się obawiałem.

Rincewind przyjrzał się uważnie swoim palcom. Pstrykanie nimi właściwie nigdy mu dobrze nie wychodziło.

Spróbował jeszcze raz.

Kiedy znowu otworzył oczy, stał po kostki w błocie.

Wśród talentów Rincewinda najbardziej znanym była jego umiejętność ucieczki, którą przez lata doprowadził do poziomu czystej nauki. Nieważne, przed czym czy dokąd się ucieka, dopóki się ucieka. Jedynie ucieczka ma znaczenie. Uciekam, więc jestem. A raczej: uciekam, więc przy odrobinie szczęścia nadal będę.

Ale miał również zdolności językowe i talent geografii praktycznej. Potrafił krzyczeć “Ratunku!” w czternastu językach i skamleć o litość w kolejnych dwunastu. Przewędrował przez wiele krain na Dysku, przez niektóre z dużą prędkością, a podczas długich, cudownie nudnych godzin pracy w Bibliotece umilał sobie czas czytaniem o wszystkich egzotycznych krajach, których nie odwiedził. Pamiętał, wzdychał wtedy z ulgą, że nigdy nie będzie do tego zmuszony.

A teraz właśnie tu trafił.

Otaczała go dżungla. Nie była to ta miła, ciekawa dżungla, prze którą mogliby pędzić bohaterowie okryci skórami lampartów. Była to poważna, realna dżungla, dżungla wyrastająca solidnymi, kolczastymi i kłującymi blokami zieleni; dżungla, w której każdy reprezentant królestwa roślin podwijał gałęzie i brał się do trudnej pracy przerośnięcia wszystkich konkurentów. Ziemia nie była wcale ziemią, ale martwymi roślinami we wszystkich kolejnych stadiach, aż do kompostu. Woda kapała z liścia na liść, owady brzęczały w wilgotnym, pełnym zarodników powietrzu. Panowała straszna, martwa cisza, wywoływana przez nagle gasnące motory fotosyntezy. Jodłujący bohater, który chciałby przefrunąć tędy na lianie, równie dobrze mógłby spróbować szczęścia w młynku do kawy.


  • Jak ty to robisz? – zdziwił się Eryk.

  • To chyba wrodzone zdolności.

Eryk poddał cuda Natury powierzchniowej i wzgardliwej obserwacji.

  • To nie wygląda na królestwo – poskarżył się. – Mieliśmy polecieć do królestwa. Czy to ono?

  • To chyba tropikalne dżungle Klatchu – stwierdził Rincewind. – Pełno tu zaginionych królestw.

  • Chodzi ci o tajemnicze, starożytne rasy amazońskich księżniczek, które wszystkich jeńców płci męskiej poddają niezwykłym i wyczerpującym rytuałom prokreacyjnym? – spytał Eryk. Okulary zaszły mu mgłą

  • Ha ha – odparł z kamiennym spokojem Rincewind. _ Ależ ten dzieciak ma wyobraźnię.

  • Jakmutam, jakmutam, jakmutam ! – wrzasnęła papuga.

  • Czytałem o nich – wyjaśnił Eryk, wpatrując się w gęstą zieleń. – Oczywiście, te królestwa też do mnie należą. – Spojrzał w głąb osobistej, wewnętrznej wizji. – O rany – dodał zachłannie.

  • Na twoim miejscu skupiłbym się na daninach – poradził mu Rincewind i ruszył czymś, co być może było ścieżką.

Jaskrawe kwiaty na pobliskim drzewie przesunęły się, by patrzeć, jak odchodzi.

W dżungli środkowego Klatchu rzeczywiście istnieją zagubione królestwa tajemniczych amazońskich księżniczek, które chwytają mężczyzn i wykorzystują ich do specyficznie męskich zadań. W samej rzeczy są one trudne i wyczerpujące, a nieszczęsne ofiary nie wytrzymują długo*.

Są tam również niedostępne płaskowyże, gdzie spacerują potworne gady z dawnych epok, są cmentarzyska słoni, zaginione kopalnie diamentów i pradawne ruiny ozdobione hieroglifami, których sam widok potrafi zmrozić najmężniejsze serce. Na każdej w miarę dokładnej mapie tego regionu brakuje miejsca na drzewa.

Nieliczni śmiałkowie, którzy zdołali powrócić, przekazali wyruszającym ich śladem kilka cennych wskazówek, takich jak: 1) w miarę możliwości unikaj wszelkich wiszących pędów z paciorkowatymi oczami i rozdwojonym językiem na końcu; 2) nie podnoś żadnych pędów w żółto-czarne pasy, leżących na ścieżce i poruszających się nieznacznie, ponieważ na końcu często maja tygrysa; i 3) nie chodź tam.

Jeśli jestem demonem, myślał sennie Rincewind, to czemu wszystko próbuje mnie ukłuć albo przewrócić? Przecież może mnie zranić tylko wbity w serce drewniany sztylet. A może raczej czosnek?

W końcu dżungla rozstąpiła się, odsłaniając rozległą równinę sięgającą aż po daleki, błękitny łańcuch wulkanów. Teren pokrywała szachownica jezior, błotnistych pól, tu i tam urozmaiconych wielkimi schodkowymi piramidami, każda udekorowana smużką dymu rozpływająca się w porannym powietrzu. Ścieżka zmieniła się w wąską, ale brukowaną drogę.


* To dlatego, że naprawa bezpieczników, wieszanie półek, sprawdzanie dziwnych hałasów na strychu i stzryżenie trawników może w końcu pokonać nawet najsilniejszy charakter.


  • Gdzie jesteśmy, demonie? – zapytał Eryk

  • To wygląda na jedno z królestw Tezumenów – wyjaśnił Rincewind. – Rządzi nimi chyba Niepomiernej Wielkości Muzuma.

  • Jest amazońską księżniczką?

  • To dziwne, ale nie. Byłbyś zaskoczony wiedząc, jak wielu królestwami nie rządzą amazońskie księżniczki.

  • Wygląda prymitywnie. Jak z epoki kamiennej.

  • Tezumeńscy kapłani znali precyzyjny kalendarz i mieli zaawansowaną horologię.

  • Aha – mruknął Eryk. – To niedobrze.

  • Nie – wyjaśnił cierpliwie Rincewind. – To oznacza sztukę pomiaru czasu.

  • Aha. To dobrze.

  • Spodobaliby ci się. Są podobno znakomitymi matematykami.

  • Hm... – Eryk mruknął posępnie. – Niewiele chyba mają do liczenia w tak zacofanej cywilizacji.

Rincewind przyjrzał się rydwanom szybko pędzącym w ich stronę.

  • Myślę, że zwykle liczą ofiary. – rzekł.



Imperium Tezumeńskie w porośniętych dżunglą dolinach środkowego Klatchu znane jest ze swych ogrodów warzywnych, wspaniałych wytworów rzemiosła z obsydianu, piór i nefrytu oraz masowych ludzkich ofiar składanych na cześć Quelcamisoatla, Pierzastego Boa, boga masowych ludzkich ofiar. Mówi się, że z Quelcamisoatlem człowiek zawsze wie, na czym stoi. Zwykle z liczną grupą innych ludzi na szczycie wielkiej schodkowej piramidy, gdy ktoś w eleganckim pióropuszu na głowie specjalnie dla niego wyłupuje przepiękny nóż z obsydianu.

Tezumeni znani są na kontynencie jako najbardziej samobójczo posępny, nerwowy i pesymistyczny naród, jaki w ogóle można spotkać. Powody tego wkrótce staną się jasne. Prawdą również są pogłoski o ich metodach pomiaru czasu. Tezumeni już dawno odkryli, że wszystko idzie ku gorszemu, a jako obdarzeni straszną cechą dosłowności, opracowali złożony system, pozwalający określić, o ile gorszy jest każdy kolejny dzień.

Wbrew powszechnym wierzeniom, to jednak Tezumeni wynaleźli koło. Tyle tylko, że mieli radykalnie inne pomysły jego wykorzystania.

Jeszcze nigdy w życiu Rincewind nie widział rydwanu zaprzężonego w lamy. Zresztą nie to było najdziwniejsze. Najdziwniejsze było, że nieśli go ludzie: po dwóch trzymało każdy koniec osi. Biegli za zwierzętami, a ich sandały tupały głośno po kamieniach bruku.


  • Myślisz, że to ma związek z daniną? – zdziwił się Eryk.

W pierwszym rydwanie, poza woźnicą, mieścił się tylko krępy, wręcz sześcienny w formie mężczyzna, okryty skórą pumy i w pióropuszu na głowie.

Biegnący wyhamowali zdyszani. Rincewind zobaczył, że każdy z nich nosi coś, co można by chyba nazwać prymitywnym mieczem, wykonanym metodą mocowania obsydianowych odprysków do drewnianej pałki. Wydały mu się nie mniej śmiercionośne od skomplikowanych technicznie, cywilizowanych mieczy. Szczerze mówiąc, wyglądały nawet gorzej.



  • No? – zniecierpliwił się Eryk.

  • No i co? – nie zrozumiał Rincewind.

  • Powiedz mu. Żeby mi złożył daninę.

Gruby mężczyzna dumnie zstąpił na ziemię, podszedł do Eryka i ku całkowitemu zdumieniu Rincewinda padł na twarz.

Mag poczuł, że coś wdrapuje mu się po plecach i na ramię. A głos podobny do dźwięku rozdzieranego na części arkusza blachy , powiedział:



  • Tak lepiej. O wiele jakmutam, wygodniej. Spróbuj tylko mnie strącić, demonie, a możesz się jakmutam ze swoim uchem. Nagły zwrot sytuacji, co? Wygląda na to, że go oczekiwali.

  • Dlaczego stale powtarzasz “jakmutam”? – spytał Rincewind.

  • Ograniczony jakmutam. Coś. Rzecz. No wiesz. W środku są słowa.

  • Słownik? – domyślił się Rincewind.

Pasażerowie pozostałych rydwanów także wysiedli i padli na twarze przed Erykiem, który uśmiechał się promiennie jak idiota.

Papuga zastanowiła się.



  • Tak, chyba tak – stwierdziła. – Muszę ci to przyskrzydlić- mówiła dalej – że z początku uważałam cię trochę za jakmutam, ale teraz widzę, że dotrzymujesz jakmutam.

  • Demonie – rzucił Eryk.

  • Słucham?

  • O co im chodzi? Mówisz ich językiem?

  • Hm...Nie – odparł Rincewind. – Ale umiem go czytać – dodał gdy Eryk się odwracał. – Gdybyś mógł dać im znak, żeby to wszystko zapisali...



Zbliżało się południe. W dżungli za Rincewindem piszczały i ryczały rozmaite istoty, a wokół niego brzęczały moskity wielkości kolibrów.

Kamieniarz odstąpił, oddał asystentowi ostatnie stępione obsydianowe dłuto i spojrzał oczekująco na Rincewinda.

Rincewind odsunął się o krok i krytycznie obejrzał skalną płytę.



  • Bardzo dobre – ocenił. – Znaczy się : doskonale uchwycone podobieństwo. Złapałeś fryzurę i resztę. Oczywiście, normalnie nie jest taki, no...kwadratowy, ale owszem, bardzo dobre. Tutaj mamy rydwan, a tam piramidy schodkowe. No tak. Chcą chyba, żebyś udał się z nimi do miasta – wyjaśnił Erykowi.

  • Powiedz im: tak – odparł stanowczo chłopiec.

Rincewind zwrócił się do przywódcy.

  • Tak – powiedział.

  • Zgarbiona-postać- w-potrójnym-pióropuszu-nad-trzema-kropkami?

Rincewind westchnął kamieniarz bez słowa wsunął mu w dłoń świeże obsydianowe dłuto i przepchnął na pozycję nowy blok granitu

Życie Tzeumena nie jest łatwe. Nie licząc nawet posiadania takiego boga jak Quelcamisoatl, wystarczy zauważyć, że jeśli nagle zechcą zamówić na jutro dodatkową butelkę mleka, to wiadomość do mleczarza muszą pisać od zeszłego miesiąca. Tezumeni to jedyni ludzie, którzy potrafią popełnić samobójstwo, tłukąc się na śmierć własnym listem pożegnalnym.



Zbliżał się wieczór, kiedy rydwan dotruchtał do kamiennego miasta wokół największej piramidy. Witał go szpaler wiwatujących Tezumenów.

  • To mi się podoba – stwierdził Eryk, łaskawie machając dłonią na powitanie. – bardzo się cieszę z naszego przybycia.

  • Owszem – przyznał ponuro Rincewind. – Ciekawe dlaczego.

  • Przecież jestem ich nowym władcą. To jasne.

  • Hmmm...

Rincewind zerknął z ukosa na papugę, która od pewnego czasu była nienaturalnie milcząca, a teraz kuliła mu się za uchem jak stara panna w barze ze Striptizem. Właśnie poważnie się zastanawiała nad wspaniałymi pióropuszami.

  • Jakimtam dranie – zaskrzeczała. – Jeśli któryś jakmutam spróbuje mnie dotknąć, to ten jakmutam zostanie bez palca. Mówię ci.

  • Coś mi się tu nie podoba – mruknął Rincewind.

  • Co takiego?

  • Wszystko.

  • Mówię ci, wystarczy jedno piórko...

Rincewind nie był przyzwyczajony do ludzi, którzy cieszą się na jego widok. To było nienaturalne i źle wróżyło. Ci tutaj nie tylko krzyczeli, ale jeszcze rzucali kwiaty i kapelusze. Wykute z kamienia, ale liczą się intencje.

Rincewind pomyślał, że kapelusze wyglądają dziwnie. Miały tylko ronda. Właściwie były kamiennymi dyskami z otworem w środku.

Procesja zmierzała szerokimi alejami przez miasto w kierunku kilku budowli u stóp piramidy, gdzie oczekiwała kolejna grupa dygnitarzy.

Nosili sporo biżuterii i ozdób. Wyglądały zasadniczo podobnie. Na wiele sposobów można wykorzystać kamienny dysk z otworem w środku, a Tezumeni zbadali je wszystkie prócz jednego.

Ważniejsze okazały się jednak ustawione przed nimi skrzynie i skrzynki. Wypełnione klejnotami.

Eryk szeroko otworzył oczy.



  • Danina! – wykrztusił.

Rincewind zrezygnował. To naprawdę działało. Nie widział jak, nie wiedział dlaczego, ale wreszcie wszystko szło Jak Należy. Promienie zachodzącego słońca błyskały na prawdziwych fortunach. Oczywiście, należały pewnie do Eryka, ale może wystarczy i dla niego...

  • Pewnie – zgodził się słabym głosem. – A czego się spodziewałeś?

Były jeszcze przyjęcia i długie przemowy, co prawda dla Rincewinda niezrozumiałe, ale akcentowane okrzykami i ukłonami w stronę Eryka. Były recitale tezumeńskiej muzyki, która brzmi jakby ktoś czyścił szczególnie oporną dziurkę nosa.

Rincewind zostawił Eryka siedzącego dumnie na tronie w blasku ognia i nieszczęśliwy powlókł się wzdłuż piramidy.



  • Podobało mi się na jakmutam – oznajmiła z wyrzutem papuga.

  • Nie mogę usiedzieć spokojnie – wyjaśnił Rincewind. – Przepraszam cię , ale coś takiego nigdy mi się jeszcze nie zdarzyło. Te klejnoty i w ogóle. Wszystko idzie zgodnie z oczekiwaniami. To nie jest normalne.

Spojrzał na niebotyczną ścianę piramidy, czerwoną w migotliwym blasku ognia. Każdy wielki blok pokrywały płaskorzeźby Tezumenów wyczyniających straszliwie pomysłowe rzeczy ze swymi wrogami. Sugerowały, że niezależnie od ich – być może wspaniałych – cech charakteru, nie mieli tradycyjnych skłonności do entuzjastycznego witania obcych przybyszów i obsypywania ich klejnotami. Zebrane razem rzeźby wywierały ogólnie artystyczne wrażenie. To tylko szczegóły były przerażające.

Idąc wolno wzdłuż ściany, dotarł do ciężkich wrót, na których udatnie sportretowano grupę więźniów, najwyraźniej poddawaną kompletnym badaniom medycznym*

Za nimi otwierał się krótki, oświetlony pochodniami tunel. Rincewind przeszedł nim kilka kroków, tłumacząc sobie, że zawsze może zawrócić i szybko wybiec. Aż dotarł do wysokiej, pustej przestrzeni, zajmującej większą część wnętrza piramidy.

Na ścianach płonęły liczne pochodnie, oświetlające wszystko wyraźnie. Co było przypadkiem niezbyt szczęśliwym, ponieważ oświetlały również gigantyczny posąg Quelcamisoatla, Pierzastego Boa.

Jeśli ktoś musiał się znaleźć w tym samym pomieszczeniu, co posąg, wolałby, żeby panowała w nim nieprzenikniona ciemność.

A może i nie. Lepszym rozwiązaniem byłby posąg w zaciemnionym pomieszczeniu i człowiek cierpiący na bezsenność o tysiąc mil od tego miejsca, próbujący zapomnieć, jak posąg wygląda.

To tylko posąg, przekonywał sam siebie Rincewind. Nie jest prawdziwy. Stworzyli go z wyobraźni, to wszystko.


  • Co to jakmutam jest? – spytała papuga.

  • To ich bóg.

  • Żartujesz?

  • Nie, poważnie. To Quelcamisoatl. Pół człowiek, pół kura, pół jaguar, pół wąż, pół skorpion i pół szalony.

Papuga poruszyła dziobem, obliczając w pamięci.

  • To razem w jakjejtam daje trzech morderczy maniaków.

  • Tak, to się mniej więcej zgadza – przyznał posąg.

  • Ale z drugiej strony – zapewnił z naciskiem Rincewind – uważam za niezwykle ważne, by ludzie mieli prawo praktykowania kultu w zgodzie z własną tradycją. A teraz chyba już pójdziemy, więc...

  • Proszę nie zostawiajcie mnie tutaj! – jęknął posąg. – zabierzcie mnie ze sobą.

  • Może być trudne, hm, bardzo trudne...- Rincewind cofnął się nerwowo. – Nie chodzi o mnie, rozumiesz, ale tam, skąd pochodzę, powszechne są rasowe uprzedzenia wobec trzydziestostopowych osób z kłami i szponami i naszyjnikami z czaszek na całym ciele. Obawiam się, że miałbyś problemy z adaptacją.

Papuga dziobnęła go w ucho.

  • Głos dobiega zza posągu, ty durny jakmutam – zaskrzeczała.

Okazało się, że dobiega z otworu w podłodze. Z głębi jamy krótkowzrocznie spojrzała na Rincewinda blada twarz. Była starsza, dobroduszna i chyba czymś zmartwiona.

  • Witaj – powiedział Rincewind.

  • Nie masz pojęcia, co to znaczy znowu usłyszeć przyjazny głos – twarz wykrzywiła się w uśmiechu. – Gdybyś mógł mi pomóc tak jakby, no... wyjść stąd...

  • Słucham? – zdziwił się Rincewind. – Przecież jesteś więźniem, prawda?

  • Niestety, tak jest w istocie.

  • Nie jestem przekonany, czy mogę ot, tak sobie, uwalniać więźniów. Wiesz, mogłeś przecież popełnić wszystko...

  • Zapewniam cię, że nie jestem winien żadnej zbrodni.

  • No tak... Ty tak twierdzisz – stwierdził posępnie Rincewind. – Ale Tezumeni osądzili...

  • Jakmutam jakmutam jakmutam! – wrzasnęła mu w ucho papuga, podskakując na ramieniu. – czy nie masz bladego? Gdzieś ty się chował? To więzień w świątyni! Trzeba ratować więźniów ze świątyni! Przecież tylko po to tam siedzą, u licha!

* Przynajmniej tak to wyglądało z daleka. Z bliska nie.



  • Wcale nie – warknął gniewnie Rincewind. – Nie znasz się. On pewnie siedzi tu, żeby zostać złożony w ofierze. Mam rację?

Spojrzał na więźnia, szukając potwierdzenia.

Twarz przytaknęła.



  • Istotnie, masz rację. Dokładniej: żywcem obdarty ze skóry.

  • No właśnie – zwrócił się Rincewind do papugi. – Widzisz? A myślisz, że zjadłaś wszystkie rozumy. Siedzi tu, żeby zostać żywcem obdarty ze skóry.

  • Każdy jej skrawek zostanie usunięty z towarzyszeniem niezrównanego bólu – dodał więzień tonem wyjaśnienia.

Rincewind urwał. Zdawało mu się, że zna znaczenie słowa “niezrównany” i w żaden sposób nie wiązało się ono ze słowem “ból”

  • Jak to? Każdy skrawek?- upewnił się.

  • W samej rzeczy.

  • O rany. A co takiego zrobiłeś?

Więzień westchnął.

  • Nigdy byś nie uwierzył...- zaczął.

1   2   3   4   5   6   7   8   9


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość