Strona główna

Terry pratchett


Pobieranie 387.64 Kb.
Strona5/9
Data18.06.2016
Rozmiar387.64 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

Władca demonów pozwolił, by lustro pociemniało. Przez chwilę bębnił palcami po biurku. Potem chwycił rurę komunikacyjną i dmuchnął.

Po chwili odezwał się stłumiony głos:



  • Słucham szefie?

  • Słucham, sir! – poprawił gniewie król.

Głos wymruczał coś niezrozumiale.

  • Słucham, SIR – dodał.

  • Czy niejaki Quelcamisoatl u nas pracuje?

  • Sprawdzę, szefie – Głos ucichł. Potem, powrócił. – Pracuje, szefie.

  • Jest księciem, diukiem, hrabią albo baronem? – zainteresował się władca.

  • Nie, szefie.

  • No to kim jest?

Po drugiej stronie zapanowała cisza.

  • No? – ponaglił król.

  • Nikim ważnym, szefie.

Przez moment król gniewnie wpatrywał się w rurę. Starasz się, myślał. Kreślisz palny, chcesz coś zorganizować, chcesz ludziom pomóc, a oni tak się zachowują...

  • Przysłać go do mnie – rozkazał.



Na zewnątrz muzyka zabrzmiała w ostrym crescendo i umilkła nagle. Z dalekiej dżungli obserwowało ceremonię tysiące lśniących oczu.

Najwyższy kapłan powstał i wygłosił mowę. Eryk rozpromienił się jak dynia w Zaduszki. Tezumeni długim szeregiem wnosili kosze klejnotów, które przed nim rozsypywano.

Potem najwyższy kapłan wygłosił drugą mowę. Ta kończyła się chyba pytaniem.


  • Świetnie – powiedział Eryk. – Doskonale. Tak trzymać. – Podrapał się za uchem i spróbował: - Wszystkim przyznaję pół dnia wolnego

Najwyższy kapłan powtórzył pytanie tonem odrobinę zniecierpliwionym.

  • Ja nim jestem, w samej rzeczy – rzekł Eryk na wypadek, gdyby nie było to jasne. – Odgadłeś bezbłędnie.

Najwyższy kapłan przemówił znowu. Tym razem odrobina nie została wzięta pod uwagę.

-Powtórzmy to jeszcze raz – rzekł władca demonów. Oparł się wygodniej na tronie. – Przypadkiem trafiłeś kiedyś na Tezumenów i uznałeś, jeśli dobrze pamiętam twoje sformułowanie, że są “bandą beznadziejnych frajerów z epoki kamiennej, którzy siedzą sobie w bagnie i nikomu nie zawadzają”. Zgadza się? Po czym wstąpiłeś w umysł któregoś z ich najwyższych kapłanów... zdaje się, że w owym czasie czcili jakiś patyk... doprowadziłeś go do obłędu, skłoniłeś plemiona do zjednoczenia, sterroryzowania sąsiadów i stworzenia na kontynencie nowego narodu, wyznającego teorię, że wszyscy ludzie powinni zostać doprowadzeni na szczyt ceremonialnych piramid i tam pocięci na kawałki kamiennymi nożami. – Król zajrzał do notatek. – A tak, niektórzy mieli jeszcze być obdarci żywcem ze skóry – dodał.

Quelcamisoatl przestąpił z nogi na nogę.



  • Następnie – ciągnął król – natychmiast rozpoczęli długotrwałą wojnę z praktycznie wszystkimi dookoła, sprowadzając śmierć i zniszczenie na tysiące mniej więcej przyzwoitych ludzi, i tak dalej i tak dalej. No więc takim działaniom musimy położyć koniec!

Quelcamisoatl odchylił się lekko do tyłu.

  • To było takie, no... hobby. Myślałem, no... że to właściwe zachowanie, mniej więcej. Śmierć zniszczenie i w ogóle...

  • Tak myślałeś, co? – warknął król. – Śmierć tysięcy w przybliżeniu niewinnych ludzi? Którzy wymknęli się nam z rąk?- Pstryknął palcami. – O tak. Prosto do swoich krain szczęśliwych łowów czy czego tam jeszcze. W tym cały problem. Nie dostrzegacie Ogólnego Obrazu. Spójrz na Tezumenów. Posępni, bez wyobraźni, obsesyjni... Do tej pory mogliby wynaleźć całą biurokrację i system podatkowy, który umysły całego kontynentu zmieniłby w żużel. Zamiast czego są tylko bandą drugorzędnych krwawych morderców. Co za strata.

Quelcamisoatl wiercił się niespokojnie.

Król zaczął bujać się na tronie.



  • A teraz wrócisz do nich i powiesz, że ci przykro – rzekł

  • Słucham?

  • Powiesz, że zmieniłeś zdanie. Powiesz, że tak naprawdę to żądasz od nich, żeby dniem i nocą pracowali, by ulżyć doli swych bliźnich. To będzie piękne zagranie.

  • Co? – nie zrozumiał Quelcamisoatl. Był wyraźnie wzburzony. – Chcesz, panie, żebym się zamanifestował?

  • Przecież już cię widzieli, prawda? Obejrzałem posąg. Jest bardzo podobny.

  • No...tak. Pojawiłem w snach i w ogóle – przyznał niepewnie demon.

  • No właśnie. Bierz się do dzieła.

Quelcamisoatl był z jakiegoś powodu bardzo nieszczęśliwy.

  • Ehm – zaczął. – Chcesz, panie, żebym się naprawdę, no, zmaterializował To znaczy osobiście pojawił na miejscu?

  • Tak!

  • Oj...



Więzień otrzepał się i wyciągnął do Rincewinda pomarszczoną dłoń.

  • Wielkie dzięki. Ponce da Quirm.

  • Słucham?

  • Tak się nazywam.

  • Aha

  • To godne, starożytne nazwisko – oznajmił da Quirm, szukając we wzroku Rincewinda śladów kpiny.

  • Piękne – przyznał mag obojętnie.

  • Szukaliśmy Źródła Młodości – mówił dalej da Quirm.

  • Rincewind zmierzył go wzrokiem od stóp do głów.

  • Znaleźliście? – spytał uprzejmie.

  • Niespecjalnie. Nie.

Rincewind zajrzał do jamy.

  • Mówiłeś “my” – zauważył. – Gdzie są pozostali?

  • Trafiła ich religia.

Rincewind zerknął na posąg Quelcamisoatla. Wyobrażenie sobie, jakiego rodzaju to religia, nie wymagało specjalnej wyobraźni.

  • Myślę – stwierdził z namysłem – że powinniśmy stąd wyjść.

  • Szczera prawda – zgodził się starzec. – I to szybko. Zanim pojawi się Władca Świata.

Rincewind zesztywniał. Zaczyna się, pomyślał. Wiedziałem, że to musi się źle skończyć i teraz właśnie się zaczęło. Pewnie mam instynkt do takich rzeczy.

  • Skąd o tym wiesz? – zapytał.

  • Mają takie proroctwo. Właśnie nawet nie proroctwo, ale raczej całą historię świata, od początku do końca. Jest spisana na ścianach tej piramidy – wyjaśnił uprzejmie da Quirm. – Słowo daję, nie chciałbym być na miejscu tego Władcy. Oni mają plany.


Eryk wstał.

  • Posłuchajcie mnie uważnie – rzekł. - Nie mam zamiaru dłużej tego znosić. Jestem w końcu władcą...


Rincewind obejrzał najbliższe posągu bloki. Tezumeni poświęcili dwie kondygnacje, dwadzieścia lat i dziesięć tysięcy ton granitu, by wyjaśnić, co zrobią z Władcą Świata. Rezultat był hm... obrazowy. Nie pozostawią mu cienia wątpliwości, że są zirytowani. Można nawet posunąć się dalej i wydedukować, że są rozłoszczeni.

  • Ale po co dawali mu na początku te klejnoty? – zapytał, wskazując palcem.

  • Cóż, jest przecież Władcą – wyjaśnił da Quirm. – należy mu się trochę szacunku.

Rincewind kiwnął głową. Była w tym jakaś sprawiedliwość. Jeśli człowiek należał do plemienia zamieszkującego bagno pośrodku wilgotnej dżungli, nie znał metalu, dostał takiego boga jak Quelcamisoatl, a potem spotkał kogoś, kto twierdził, że zarządza całym tym interesem, to pewnie byłby skłonny poświęcić nieco czasu, by mu wytłumaczyć, jak bardzo jest rozczarowany. Tezumeni nigdy nie odkryli powodów dla subtelnego postępowania z bóstwami

Świetnie uchwycono podobieństwo do Eryka.

Wzrokiem podążał za opowieścią na sąsiednią ścianę.

Ten blok pokazywał postać bardzo podobną do Rincewinda. Z papugą na ramieniu.



  • Chwileczkę! – zawołał. – To ja!

  • Zobacz jeszcze, co z tobą robią na następnym bloku – poradziła złośliwie papuga. – Jakmutam ci się przekręci.

Rincewind spojrzał na sąsiedni blok. Jakmutam wręcz mu zawirował.

  • Wyjdziemy stąd po cichutku – oznajmił stanowczo. – I nie zatrzymamy się, żeby im podziękować za przyjęcie. Zawsze potem możemy wysłać liścik. Wiecie, żeby nie wyjść na gburów.

  • Chwileczkę – poprosił da Quirm, gdy Rincewind szarpnął go za ramię. – Nie miałem dotąd okazji przeczytania wszystkich bloków. Chcę zobaczyć, jak się skończy świat...

  • Nie wiem, jak skończy się dla kogoś innego – odparł ponuro Rincewind, wciągając go do tunelu. – Ale wiem, jak skończy się dla mnie.

Wyszedł na światło porannej jutrzenki – i to było właściwe. Błędem było wyjście wprost na półokrąg Tezumenów. Trzymali włócznie. Miały pięknie wyciosane z obsydianu groty, które – podobnie jak miecze- nie były nawet w przybliżeniu tak zaawansowane, co zwykła, masowo produkowana i bezduszna broń stalowa. Czy przyjemniej jest wiedzieć, że człowiek zostanie przebity autentycznym egzemplarzem sztuki ludowej, a nie paskudnym, pochodzącym z kuźni przedmiotem, wykutym przez ludzi nie mających kontaktu z cyklami natury?

Raczej nie, uznał Rincewind.





  • Zawsze twierdziłem – oznajmił da Quirm – że we wszystkim należy szukać dobrych stron.

Rincewind, przywiązany do sąsiedniego kamiennego bloku, z trudnością odwrócił głowę

  • A gdzież one są w tej konkretnej sytuacji? – zapytał.

Da Quirm spojrzał ponad bagnem i koronami drzew w dżungli.

  • No... Na przykład mamy stąd wspaniały widok.

  • Rzeczywiście - przyznał Rincewind. - wiesz, nigdy nie ująłbym tego w taki sposób. Masz absolutną rację. To widok, jaki będzie się pamiętać do końca życia. Co zresztą nie wymaga specjalnego wysiłku pamięci.

  • Nie musisz być taki sarkastyczny. To przecież była tylko luźna uwaga.

  • Chcę do mamy – odezwał się Eryk ze środkowego bloku.

  • Głowa do góry, mały – pocieszał go da Quirm. – Przynajmniej zostaniesz złożony w ofierze dla czegoś wartego ofiary. Przed chwilą właśnie im zasugerowałem, żeby spróbowali używać kół ustawionych pionowo, mogą się wtedy toczyć. Obawiam się, że nie są przesadnie otwarci na nowe idee. Mimo to, nil desperandum. Póki życia, póty nadziei.

Rincewind warknął. Jeśli czegoś naprawdę nie mógł znieść, to ludzi nieustraszonych a obliczu śmierci. Sam pomysł naruszał w nim coś absolutnie fundamentalnego.

  • Powiem więcej – dodał da Quirm. – Wydaje mi się...- na próbę przetoczył się z boku na bok, napinając trzymające go liany.

  • Tak... Mam wrażenie, że kiedy wiązali te sznury... tak, stanowczo...

  • Co? Co? – powtarzał nerwowo Rincewind

  • Zdecydowanie – stwierdził da Quirm. – Jestem absolutnie pewien. Związali je bardzo mocno i profesjonalnie. Nie ustąpią ani odrobiny.

  • Dziękuję – burknął Rincewind.

Płaski obszar na szczycie ściętej piramidy miał całkiem spore rozmiary. Było tu dość miejsca dla posągów, kapłanów, kamiennych bloków, kanałów ściekowych, linii produkcyjnych kamiennych noży i wszelkich innych elementów, niezbędnych Tezumenom dla hurtowego usuwania produktów religii. Tuż przed Rincewindem kilku kapłanów pracowicie wyśpiewywało listę skarg dotyczących bagien, moskitów, braku rud metali, wulkanów, pogody, że obsydian ciągle się tępi, problem z bogiem jak Quelcamisoatl, że koła nigdy nie działają jak należy, choćby nie wiem jak często kłaść je na płaski popychać i tak dalej

Kapłani większości religii zwykle chwalą i dziękują odpowiednim bóstwom albo w rezultacie głębokiej pobożności, albo w nadziei, że on czy ona zrozumie aluzję i zacznie zachowywać się odpowiedzialnie Tezumeni, rozejrzawszy się dokładnie po swoim świecie, doszli do śmiałego wniosku, że jest źle i gorzej już właściwie nie może. Udoskonalili zatem sztukę melodyjnego narzekania.



  • To już niedługo – oznajmiła papuga, siedząca na posągu któregoś z mniej ważnych bóstw Tezumenów.

  • Dostała się tam w rezultacie ciągu zdarzeń, obejmujących wiele skrzeków, chmurę pierza i trzech tezumeńskich kapłanów ze spuchniętymi kciukami.

  • Najwyższy kapłan właśnie wykonuje jamutam ku czci Ouelcamisoatla - mówiła dalej konwersacyjnym tonem. – Ściągnęliście sporo publiczności.

  • Przypuszczam, że nie dasz rady zeskoczyć tu i przedziobać tych lian? – spytał Rincewind.

  • Nie ma szans.

  • Tak myślałem.

  • Wkrótce wzejdzie słońce – podjęła papuga.

Rincewind miał wrażenie, że zabrzmiało to nadmiernie optymistycznie.

  • Poskarżę się, demonie – jęczał Eryk. – Poczekaj, niech tylko mama się dowie. Moi rodzice mają wpływy...

  • Dobrze – zgodził się słabym głosem Rincewind. – Może wytłumaczysz kapłanowi, że jeśli wytnie ci serce, jutro rano mama przybiegnie do szkoły i złoży skargę.

Tezumeńscy kapłani pokłonili się słońcu, a oczy zebranego w dole tłumu skierowały się w stronę dżungli...

... gdzie coś się działo. Słychać było trzask tratowanego poszycia. Ptaki tropikalne wylatywały z wrzaskiem ponad drzewa.

Rincewind, naturalnie, nie mógł tego widzieć.


  • Nie powinieneś mówić, że chcesz być władcą świata – powiedział.- No bo właściwie czego się spodziewałeś? Trudno oczekiwać, żeby ci ludzie cieszyli się na twój widok. Nikt nie lubi , kiedy wraca gospodarz.

  • Ale oni chcą mnie zabić!

  • To ich sposób wyrażenia, metaforycznie rzecz ujmując, że mają już dość czekania, aż pomalujesz korytarze i naprawisz rynny.

W dżungli panowało zamieszanie. Zwierzęta wybiegały z gąszczy jakby uciekały przed pożarem. Głuche wstrząsy wskazywały, że padają drzewa.

Ostatni przerażony jaguar wybiegł z krzaków i pomknął drogą. Bagaż pędził o kilka stóp za nim.

Pokrywały go pędy, liście i pióra rozmaitych rzadkich odmian dżunglowego ptactwa, z których kilka było teraz jeszcze rzadszych. Jaguar mógłby umknąć, odskakując w prawo lub w lewo, ale przeszkodziła mu zaciemniająca mózg groza. Popełnił błąd i obejrzał się, by sprawdzić, co go ściga.

Był to ostatni błąd w jego życiu.



  • Pamiętasz tę swoją skrzynię? – zapytała papuga.

  • Co z nią?

  • Biegnie tutaj.

Kapłani spoglądali w dół, na pędzący kształt. Bagaż miał prostą zasadę traktowania wszelkich obiektów znajdujących się pomiędzy nim a jego celem: ignorował je.

W tej właśnie chwili, wbrew wszelkim swym instynktom, mocno zalękniony, a przed wszystkim a całkowitej nieświadomości aktualnych wydarzeń, sam Quelcamisoatl postanowił się zmaterializować na szczycie piramidy.

Niektórzy kapłani zauważyli go. Noże wypadły im z rąk.


  • Ehm... – pisnął demon.

Inni kapłani obejrzeli się.

  • Dobrze. A teraz słuchajcie uważnie - popiskiwał Quelcamisoatl, przykładając maleńkie dłonie do głównych ust, by ktoś go usłyszał.

Sytuacja była niezwykle krępująca. Lubił być bogiem Tezumenów, pochlebiało mu głębokie oddanie obowiązkom religijnym, był wdzięczny za posąg ze znakomicie uchwyconym podobieństwem. I naprawdę było mu przykro, że musi ujawnić, iż pod jednym bardzo istotnym względem rzeźbiarz się pomylił.

Quelcamisoatl miał sześć cali wzrostu.



  • Słuchajcie – powtórzył. – To bardzo ważne...

Niestety, nikt nigdy nie dowiedział się dlaczego. Dokładnie w tej chwili Bagaż dotarł na szczyt piramidy – nóżki pracowały mu niczym śmigła - i z wyskoku wylądował na platformie.

Rozległ się krótki, urwany pisk.



Świat jest zabawny, stwierdził da Quirm. Trzeba się śmiać, bo w przeciwnym wypadku człowiek oszaleje. Prawda? W jednej chwili przywiązani do kamiennych bloków czekali na niezrównane tortury, a w następnej zaoferowano im śniadanie, czystą odzież, gorącą kąpiel i darmowy przejazd do granic królestwa. Można było uwierzyć, że bóg naprawdę istnieje Oczywiście, Tezumeni wiedzieli, że bóg istnieje i że jest teraz niedużą irytującą i tłustą plamą na szczycie piramidy. Co oznacza pewne problemy.

Bagaż przykucnął na głównym placu miasta. Cały kler siedział dookoła i obserwował go uważnie na wypadek, gdyby zrobił coś zabawnego albo religijnego.



  • Zostawisz go tutaj? – zdziwił się Eryk.

  • To nie takie proste – wyjaśnił Rincewind. – Zwykle dołącza. Lepiej odejdźmy stąd jak najszybciej.

  • Ale zabierzemy daninę, prawda?

  • Sądzę, że to wyjątkowo marny pomysł. Oddalmy się stąd dyskretnie, póki są w dobrym nastroju. Bagaż straci wkrótce urok nowości

  • A ja musze podjąć swoje poszukiwania Źródła Młodości – dodał da Quirm.

  • No tak... – mruknął Rincewind

  • Poświęciłem temu całe życie – dodał z dumą starzec.

Rincewind zmierzył go wzrokiem.

  • Naprawdę?

  • Tak. Wyłącznie temu. Od chłopięcych lat

Wyraz twarzy Rincewinda sugerował niebotyczne zdumienie.

  • W takim razie - zaczął tonem jakim przemawia się do dziecka – czy nie byłoby lepiej...no wiesz, rozsądniej... gdybyś wziął się za...

  • Co? – spytał Quirm.

  • Zresztą nieważne. Ale coś ci powiem. Żeby ocalić cię przed, no wiesz, przed nudą, damy ci w prezencie tę cudowną gadającą papugę. – Rincewind chwycił ją błyskawicznie, trzymając kciuku z dala od zagrożenia. – To ptak dżungli – dodał. – Byłoby okrucieństwem zmuszać go do życia w mieście.

  • Urodziłam się w klatce, ty durny jakmutam! – wrzasnęła papuga.

Rincewind spojrzał jej prosto w oczy, nos, dziób.

  • Albo to, albo pieczeń – zagroził.

Papuga otworzyła dziób żeby złapać go za nos, oceniła to, co malowało się na jego twarzy i zrezygnowała.

  • Polly chce ciasteczko – wymamrotała, dodając sotto voce:- jakmutamjakmutamjakmutam...

  • Moja własna kochana ptaszyna – ucieszył się da Quirm. – Będę dbał i nią.

  • ...jakmutamjakmutamjakmutam...

Weszli do dżungli. Kilka minut później potruchtał za nimi Bagaż

W królestwie Tezumenów nastało południe.

Z wnętrza głównej piramidy dobiegały odgłosy rozbijania bardzo wielkiego posągu.

Kapłani siedzieli w kręgu i rozmyślali głęboko. Od czasu do czasu któryś z nich wstał i wygłaszał mowę.

Było jasne, że nakreślono ogólne wnioski. Ustalono na przykład, że gospodarka królestwa zależy od przemysłowej produkcji noży z obsydianu, że sąsiednim podbitym królestwom niezbędne są stanowcze rządy, a także cięcie, kłucie i wypruwanie flaków z polecenia stanowczych rządów oraz że straszliwy los czeka narody nie mające bogów. Ludzie bezbożni mogą porwać się na wszystko. Mogą zwrócić się przeciwko wspaniałym tradycjom mądrości i ofiarności (cudzej), które uczyniły królestwo tym, czym jest dzisiaj. Mogą zacząć się zastanawiać, po co – skoro nie mają boga – są potrzebni wszyscy ci kapłani... Na wszystko.

Zwięźle ujął to Mazuma, najwyższy kapłan, gdy oświadczył:


  • Zgnieciona-postać-ze-złamanym-nosem, szpon jaguara, trzy pióra, stylizowany kolczasty mrówkojad.

Po chwili przystąpiono do głosowania.

Wieczorem kamieniarze królestwa pracowali nad nowym posągiem. Najkrócej mówiąc, przedstawiał prostopadłościan z nóżkami.



Władca demonów bębnił palcami o biurko. Nie roztkliwiał się nad losem Quelcamisoatla, który będzie musiał spędzić kilka stuleci w jednym z niższych piekieł, zanim wyhoduje sobie nowe ciało. Dobrze mu tak, wrednemu pokurczowi. Nie chodziło mu też o wydarzenia na piramidzie. W końcu cała sztuka w życzeniowym interesie polegała na tym, żeby klient otrzymał dokładnie to, o co prosił, i dokładnie to, czego naprawdę nie chciał.

Po prostu miał wrażenie, ze nie panuje nad sytuacją.

To śmieszne, oczywiście. Gdyby już doszło do najlepszego, zawsze się może zmaterializować i osobiście dopilnować sprawy. Wolał jednak, by ludzie wierzyli, że wszystko, co złe, przytrafia im się jedynie zrządzeniem losu i przeznaczenia. Była to jedna z niewielu rzeczy, jakie sprawiały mu przyjemność.

Wrócił do zwierciadła. Po chwili musiał wyregulować przekaźnik temporalny.



W jednej chwili wśród dusznych, wilgotnych dżungli Klatchu, w następnej...

  • Myślałem, że wracamy do mojego pokoju – poskarżył się Eryk.

  • Ja tez tak myślałem – odparł Rincewind krzycząc, by być słyszanym wśród huku.

  • Pstryknij jeszcze raz palcami, demonie.

  • Nigdy w życiu! Istnieje mnóstwo miejsc gorszych od tego!

  • Ale tu jest gorąco i ciemno.

Rincewind musiał się z tym zgodzić. Było też dygocząco i hałaśliwie. Kiedy oczy przyzwyczaiły się do mroku, dostrzegł tu i tam kilka plamek światła. Ich słaby blask sugerował, ze znaleźli się wewnątrz czegoś w rodzaju łodzi. Wokół siebie wyczuwał drewno; pachniało mocno wiórkami i klejem. Jeśli to naprawdę łódź, to miała ciężkie wodowanie – po pochylni wysypanej kamieniami.

Wstrząs pchnął go ciężko na wręgę.



  • Muszę przyznać – poskarżył się Eryk – że jeśli tutaj mieszka najpiękniejsza kobieta na świecie, to marnie sobie wybrała budur. Mogłaby chyba rozrzucić parę poduszek.

  • Budur? – zdziwił się Rincewind.

  • Musi go mieć. – odparł z dumą Eryk.- Czytałem o tym. Wypoczywa w nim

  • Powiedz mi, czy odczuwałeś kiedy potrzebę zimnej kąpieli i szybkiego biegu dookoła boiska?

  • Nigdy.

  • Powinieneś spróbować.

Grzmoty ucichły nagle.

Coś szczeknęło z dala. Taki dźwięk mogłoby wydawać zamykane ciężkie wrota. Rincewindowi zdawało się, że słyszy cichnące w dali głosy i śmiechy. Nie był on szczególnie przyjemny, przypominał raczej drwiący chichot. I komuś nie wróżył niczego dobrego. Rincewind domyślił się komu.

Przestał się zastanawiać, jak tu trafił, cokolwiek owo “tutaj” mogło oznaczać. Pewnie jakieś złowrogie siły... Przynajmniej chwilowo nią działo się z nim nic strasznego.. Prawdopodobnie była to tylko kwestia czasu.

Pomacał wokół siebie i trafił palcami na coś, co okazało się – po zbadaniu w świetle padającym z dziury w sęku – sznurową drabinką. Dalsze poszukiwania jednym z końców kadłuba – czy co to było – doprowadziło go do niewielkiej, okrągłej klapy. Zaryglowanej od środka.

Poczołgał się z powrotem do Eryka.


  • Tam są drzwi – szepnął.

  • Dokąd prowadzą?

  • O ile zauważyłem, stoją w miejscu.

  • Sprawdź dokąd, demonie!

  • To może być bardzo zły pomysł – ostrzegł Rincewind.

  • Do roboty!

Rincewind poczołgał się smętnie ku klapie i pociągnął za kabel.

Klapa uchyliła się ze zgrzytem.

W dole – całkiem daleko w dole – leżał mokry bruk, nad którym wiatr przesuwał kilka strzępków porannej mgiełki. Rincewind westchnął cicho i opuścił drabinkę

Dwie minuty później stali w półmroku na czymś, co wyglądało jak spory plac. We mgle majaczyło kilka budynków.



  • Gdzie jesteśmy? – spytał Eryk.

  • Nie mam pojęcia.

  • Jak to? Ty nie wiesz?

  • Nawet nie próbuję zgadywać.

Eryk przyjrzał się ponuro spowitej w mgłę architekturze.

  • Marna szansa, żeby w takiej dziurze spotkać najpiękniejszą kobietę świata – burknął

Rincewindowi przyszło do głowy, żeby sprawdzić, z czego właśnie wypełzli.

Podniósł głowę.

Ponad nimi – wysoko ponad nimi – wsparty na czterech masywnych nogach opadających do wielkiej platformy na kołach wznosił się ogromny, bez wątpienia drewniany koń, a raczej zad wielkiego drewnianego konia.

Budowniczy mógł umieścić klapę wyjściową w bardziej eleganckim miejscu, jednak zrezygnował z tego dla własnych, humorystycznych zapewne powodów.



  • Hm... – mruknął Rincewind.

Ktoś kaszlnął.

Rincewind spojrzał w dół.



Rozpraszająca się mgła odsłoniła szeroki krąg uzbrojonych mężczyzn. Wielu z nich uśmiechało się, wszyscy dźwigali masowo produkowane, bezduszne, ale przede wszystkim ostre i długie włócznie.

  • Ach – powiedział Rincewind.

Obejrzał się na klapę. Wyjaśniała właściwie wszystko.


1   2   3   4   5   6   7   8   9


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość