Strona główna

Terry pratchett


Pobieranie 387.64 Kb.
Strona6/9
Data18.06.2016
Rozmiar387.64 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

Jedyne, czego nie pojmuję – wyznał dowódca gwardii – to dlaczego tylko wy dwaj. Spodziewaliśmy się raczej setki. Wyprostował się na stołku, poprawił na kolanach ciężki hełm z pióropuszem i uśmiechnął się z zadowoleniem.

  • Ech wy Efebianie! – rzekł. – Zabawni jesteście. Myślicie, żeśmy się wczoraj urodzili? Przez całą noc tylko piłowanie i walenie młotkami, a potem widzimy przed bramą tego wściekle wielkiego drewnianego konia z otworami wentylacyjnymi. Otwory wentylacyjne! Widzicie, zawsze spostrzegamy takie szczegóły. No to zebrałem chłopców, wyszliśmy całkiem wcześnie i wciągnęliśmy go przez bramę, zgodnie z oczekiwaniami. A potem przysiedliśmy cicho i czekaliśmy, co z tego wyjdzie. Że tak powiem. Do rzeczy. – Przysunął nie ogoloną twarz do twarzy Rincewinda. – Macie, rozumiesz, wybór. Miejsce na górze albo miejsce na dole. Wystarczy, że powiem słowo. Nie grajcie ze mną w dyski*, to i ja z wami nie będę.

  • Jakie miejsce? – Rincewindowi kręciło się w głowie od zapachu czosnku.

  • W wojennej triremie – wyjaśnił uprzejmie sierżant. – Trzy miejsca, rozumiesz, jedno na drugim. Triremy. Przykuwają cię do wiosła na długie lata, rozumiesz, i wszystko zależy, czy siedzisz na górze, na świeżym powietrzu, czy na dole... – Wyszczerzył zęby. – Na mniej świeżym. Jak chcecie chłopcy. Dogadamy się, to będziecie się martwić tylko o mewy. Do rzeczy. Slaczego tylko dwóch?

    Odsunął się znowu.

    • Przepraszam bardzo – wtrącił Eryk. – Czy to przypadkiem nie Tsort?

    • Chyba nie żartujesz sobie ze mnie mój mały? Pamiętaj, że są jeszcze quinquiremy. A tam by ci się wcale nie spodobało.

    • Nie... – odparł Eryk. – Proszę pana – dodał jeszcze. – Ale wie pan, jestem tylko małym chłopcem, który wpadł w złe towarzystwo.

    • Dziękuję ci uprzejmie – zawołał rozgoryczony Rincewind.- Tylko przypadkiem wykreśliłeś parę okultystycznych kręgów i ...

    • Sierżancie! Sierżancie! – Do warowni wpadł zdyszany żołnierz.

    Sierżant obejrzał się.

    • Jest jeszcze jeden, sierżancie! Tym razem tuż przed bramą!

    Sierżant uśmiechnął się tryumfująco.

    • A wiec to tak? Byliście tylko grupą rozpoznawczą i mieliście otworzyć bramę czy coś w tym rodzaju! Dobrze. Pójdziemy teraz i załatwimy sprawę z waszymi kolegami. Zaraz wracamy. – Wskazał żołnierzowi jeńców. – Ty zostajesz. Jeśli się ruszą, zrób im coś okropnego.

    Rincewind i Eryk zostali sami z gwardzistą.

    • Wiesz chyba, co narobiłeś? – zapytał chłopiec. – Przeniosłeś nas do czasów Wojny Tsortiańskiej. Tysiące lat! Przerabialiśmy to w szkole, drewnianego konia i wszystko! Jak to piękna Eleonora została porwana Efebianom... a może przez Efebian... a potem było to oblężenie, żeby ją odzyskać i w ogóle. – Urwał znowu. – O rany – dodał.

    Rincewind rozejrzał się po pokoju. Nie wyglądał na starożytny, ale chyba nie powinien, bo przecież jeszcze nie był W każdym punkcie czasu było teraz, jeśli człowiek już się tam znalazł. A raczej wtedy. Próbował sobie uświadomić, co zapamiętał z historii klasycznej, ale była to jedynie mieszanina bitew, jednookich olbrzymów i kobiet, których twarze tysiące okrętów wysyłały w morze.

    • Nie rozumiesz? – szepnął Eryk. Okulary błyszczały mu gorączkowo. – musieli wciągnąć tego konia, zanim weszli do środka żołnierze. Wiemy teraz, co się wydarzy! Możemy zdobyć fortunę!

    • Ale jak właściwie?

    • No... – Chłopiec zawahał się. – Moglibyśmy obstawiać zwycięskie konie na wyścigach albo co...

    • Świetny pomysł.

    • Tak, a potem...

    • Wystarczy tylko stąd uciec, sprawdzić czy w Tsorcie mają wyścigi, a jeszcze później bardzo się postarać i przypomnieć sobie imiona koni które tysiące lat temu te wyścigi wygrywały.

    * W owym czasie gra w kulki nie była jeszcze znana na Dysku.

    Znowu zapatrzyli się smętnie w podłogę. Wszystkie podróże w czasie mają jedną wspólną cechę: człowiek nigdy nie jest do nich przygotowany. Rincewind uznał, że może teraz liczyć tylko na jedno: że znajdzie Źródło Młodości Quirma i zdoła jakoś przeżyć parę tysięcy lat, by w odpowiedniej chwili zamordować własnego dziadka. Był to jedyny aspekt podróży w czasie, który wydał mu się choćby śladowo interesujący. Zawsze uważał, że jego przodkom należy się jakaś nauczka..

    Ale to zabawne... Przypomniał sobie słynnego drewnianego konia, we wnętrzu którego oblegający przedostali się do ufortyfikowanego miasta. Ale nie pamiętał, żeby były dwa.

    Kolejna myśl pojawiła się z nieuchronnością przeznaczenia.


    • Przepraszam – zwrócił się do strażnika. – Ten...hm... ten drugi drewniany przedmiot u bramy...nie jest zapewne koniem, prawda?

    • Wy przecież wiecie – burknął żołnierz.- jesteście szpiegami.

    • Założę się, że jest podłużny i mniejszy – dodał Rincewind. Jego twarz była wizerunkiem niewinnej ciekawości.

    • Wygrałbyś. Brakuje wam dranie, wyobraźni.

    • Rozumiem. – Rincewind złożył ręce na kolanach.

    • Spróbuj ucieczki – zaproponował gwardzista. – No spróbuj. Zobaczysz co się stanie.

    • Przypuszczam, że twoi koledzy wciągną to coś do miasta – kontynuował Rincewind.

    • Możliwe – przyznał żołnierz.

    Eryk zachichotał.

    Żołnierz uświadomił sobie nagle, że z oddali dobiegają jakieś krzyki. Ktoś usiłował zadąć w róg, ale po kilku taktach zacharczał i ucichł.



    • Chyba się biją, sądząc po odgłosach – zauważył Rincewind. – Ludzie zdobywają ostrogi, dokonują bohaterskich czynów, zwracają na siebie uwagę oficerów...Takie rzeczy. A ty siedzisz tu z nami.

    • Muszę pozostawać na posterunku!

    • Właściwa postawa. Nieważne, że wszyscy inni walczą mężnie, broniąc miasta i kobiet przed wrogami. Ty stój tutaj i pilnuj nas. Oto duch bojowy. Pewnie wystawią ci pomnik na rynku, jeśli zostanie jakiś rynek. “Spełnił swój obowiązek”, wyryją na cokole.

    Żołnierz zastanawiał się. Tymczasem od strony głównej bramy dobiegł straszliwy trzask pękającego drewna.

    • Wiecie ... – wykrztusił zrozpaczony. – Skoczę tam tylko na chwilę...

    • Nie martw się o nas – zachęcił Rincewind. – Przecież nawet nie mamy broni.

    • Rzeczywiście – ucieszył się żołnierz. – Dzięki.

    Uśmiechnął się niespokojnie do Rincewinda i odbiegł w kierunku hałasu. Eryk spojrzał na maga z czymś zbliżonym do podziwu.

    • To było niesamowite – oświadczył.

    • Ten chłopak daleko zajdzie – stwierdził Rincewind. – Prawdziwy wojskowy myśliciel. No dobrze. A teraz uciekamy.

    • Dokąd?

    Rincewind westchnął. Wiele już razy usiłował wyjaśnić ludziom podstawy swej filozofii, ale jakoś nic do nich nie docierało.

    - Nie martw się o “dokąd” – powiedział. – z moich doświadczeń wynika, że ta kwestia zawsze się jakoś rozwiąże. Kluczowym słowem jest “stąd”



    Kapitan ostrożnie wyjrzał zza barykady i skrzywił się gniewnie.

    • To tylko mała skrzynia sierżancie – burknął. – Przecież nie zmieści się tam nawet jeden człowiek.

    • Przepraszam , sir – odparł sierżant. Jego twarz była obliczem kogoś, komu świat w ciągu ostatnich kilku minut zmienił się całkowicie. – Ma w sobie co najmniej czterech. Kaprala Nieużytka i jego grupę, sir. Posłałem ich, żeby ją otworzyli.

    • Jesteście pijani, sierżancie?

    • Jeszcze nie, sir – odparł z przekonaniem podoficer.

    • Małe skrzynki nie zjadają ludzi, sierżancie.

    • Potem się rozzłościła, sir. Widzi pan, co zrobiła z bramą.

    Kapitan raz jeszcze wyjrzał zza połamanych belek.

    • I pewnie wypuściła nogi i przeszłą aż tutaj, co? – mruknął ironicznie.

    Sierżant uśmiechnął się z wyraźną ulgą. W końcu jakoś się dogadali.

    • Trafił pan, sir – potwierdził. – nóżki. Setki nóżek, sir.

    Kapitan zmierzył go gniewnym wzrokiem. Sierżant przybrał wyraz twarzy pokerzysty – umiejętność przekazywana przez pokolenia podoficerów od czasów, kiedy jeden protopłaz przekazał innemu, niższemu stopniem protopłazowi, żeby zebrał drużynę kijanek i Wziął... Tę...Plażę... Kapitan miał osiemnaście lat i niedawno skończył akademię, gdzie z honorami zaliczał takie przedmioty jak Taktyka Klasyczna, Ody Pożegnalne i Gramatyka Wojskowa. Sierżant miał lat pięćdziesiąt pięć, a zamiast się kształcić, spędził około czterdziestu z nich atakując lub odpierając ataki harpii, ludzi, cyklopów, furii i przerażających stworów z nogami. Czuł się wykorzystywany.

    • Mam zamiar przyjrzeć się tej skrzyni sierżancie...

    • To nie najlepszy plan, sir, jeśli wolno...

    • ... a kiedy już się jej przyjrzę, zaczną się kłopoty.

    Sierżant zasalutował

    • Tak jest, sir – przepowiedział.

    Kapitan parsknął wzgardliwie, wspiął się na barykadę i ruszył ku skrzyni, która tkwiła milcząca i nieruchoma pośrodku kręgu zniszczenia. Tymczasem sierżant, za najgrubszą belką, jaką udało mu się znaleźć, osunął się do pozycji siedzącej i z niezwykłą determinacją naciągnął hełm na uszy.

    Rincewind przekradał się ulicami miasta. Eryk człapał za nim niechętnie.

    • Czy poszukamy gdzieś Eleonory? – zapytał.

    • Nie – odparł stanowczo Rincewind. – Poszukamy, czegoś innego: wyjścia. I przejdziemy przez nie.

    • To niesprawiedliwe!

    • Ona jest o tysiące lat starsza od ciebie! To znaczy owszem, rozumiem dojrzała kobieta może być atrakcyjna. Niech będzie. Ale nic z tego nie wyjdzie.

    • Żądam, żebyś mnie do niej zaprowadził – zajęczał Eryk. – Natychmiast!

    Rincewind zatrzymał się tak nagle, że Eryk wpadł na niego.

    • Posłuchaj mnie – rzekł. – Trafiliśmy w sam środek najsłynniejszej ze wszystkich bezsensownych wojen w historii. Lada minuta tysiące wojowników stanie do śmiertelnego starcia, a ty chcesz, żebym znalazł tę babę, którą nie wiadomo czemu wszyscy się zachwycają, i powiedział: przepraszam, ale mój przyjaciel chciałby zapytać, czy się pani z nim umówi. No więc nic z tego.

    Podszedł do kolejnej bramy w miejskich murach. Była mniejsza od głównej, nie pilnowana, a we wrota wbudowano małą furtkę. Rincewind odsunął sztaby.

    • Nie mamy z tym nic wspólnego – oznajmił. – Jeszcze się nie urodziliśmy, jesteśmy za młodzi, żeby walczyć, to nie nasza sprawa i nie zrobimy już nic, co mogłoby zmienić bieg historii. Jasne?

    Otworzył furtkę, czym zaoszczędził wysiłku całej efebiańskiej armii. Właśnie mieli zastukać.

    Przez cały dzień wrzała bitwa. Późniejsi historycy rozpisywali się w kronikach o porywanych pięknych kobietach, o wypływających flotach, drewnianych zwierzętach i walczących ze sobą bohaterach. Całkowicie jednak pominęli rolę odegrane przez Rincewinda, Eryka i Bagaż. Efebianie jednak zauważyli, z jakim entuzjazmem biegną ku nim tsortiańscy żołnierze... nie tyle pragnąc włączyć się do walki, ile raczej próbując oddalić się od czegoś innego

    Historycy pominęli również inny ciekawy fakt dotyczący starożytnej sztuki wojennej Klatchu. Tkwiła ona jeszcze na etapie prymitywizmu, toteż walka toczyła się tylko między żołnierzami i nie dopuszczano do niej publiczności. Najkrócej mówiąc, wszyscy wiedzieli, że jedna lub druga strona w końcu zwycięży, kilku pechowych generałów straci głowy, wielkie kwoty pieniędzy zostaną wypłacone zwycięzcom tytułem kontrybucji, wszyscy wrócą do domu na żniwa, a ta przeklęta baba będzie musiała zdecydować, po czyjej jest stronie, latawica jedna...

    W rezultacie życie na ulicach Tsortu toczyło się mniej więcej normalnie. Obywatele wymijali napotykane grupki walczących albo próbowali sprzedawać im kebab. Kilkunastu bardziej przedsiębiorczych zaczęło już rozbierać drewnianego konia na pamiątki.

    Rincewind nawet nie próbował tego zrozumieć. Zajął miejsce w ulicznej kawiarni i obserwował zażarte walki między straganami. Nawoływania: “Dojrzałe oliwki!” zakłócały jęki rannych i krzyki “Proszę uważać, bitwa się zbliża!”

    Nie pojmował, dlaczego żołnierze przepraszają, wpadając na kupujących. Nie pojmował również, jak przekonał właściciela kawiarni, by przyjął monetę, na której wybito profil kogoś, kogo praprapradziadek jeszcze się nie urodził. Jakoś zdołał mu wmówić, że przyszłość to inny, daleki kraj.


    • I lemoniadę dla chłopca – dodał.

    • Rodzice pozwalają mi pić wino – zaznaczył Eryk. – mam prawo do jednej szklanki.

    • Na pewno – zgodził się Rincewind.

    Właściciel pracowicie przetarł blat, zmieniając powłokę mętów i rozlanej retsiny w cienką warstwę werniksu

    • Przyszliście na bitwę? – spytał.

    • W pewnym sensie – potwierdził ostrożnie Rincewind.

    • Na waszym miejscu nie kręciłbym się zanadto. Mówią, że podobno jakiś cywil wpuścił tu Efebian... Nie żebym miał coś przeciwko Efebianom, wspaniali ludzie... – dodał szybko właściciel, kiedy obok przetoczyła się grupka walczących. – Podobno obcy. To oszustwo. Nie wolno używać cywilów. Już go szukają, żeby mu to wytłumaczyć...

    Wykonał gest rąbania. Rincewind jak zahipnotyzowany wpatrywał się w jego rękę.

    Eryk otworzył usta...

    ... jęknął i chwycił się za goleń.


    • Wiedzą jak wygląda?- spytał Rincewind.

    • Chyba nie.

    • No cóż, życzę im szczęścia. – Rincewind wyraźnie poweselał.

    • Co się stało chłopakowi?

    • Skurcz.

    • Nie musiałeś mnie przecież kopać – syknął Eryk, gdy właściciel wrócił za ladę.

    • Masz absolutną rację. To była moja własna inicjatywa.

    Ciężka dłoń opadła na ramię Rincewinda. Obejrzał się i spojrzał prosto w twarz efebiańskiego centuriona.

    • To on, sierżancie – oświadczył stojący obok żołnierz.

    • Kto by pomyślał...- mruknął dowódca. Uśmiechnął się do Rincewinda złowróżbnie. – Idziemy przyjacielu. Wódz chce z tobą zamienić słówko.



    Niektórzy wspominają Aleksandra, niektórzy Herkulesa, Hektora czy Lysandera albo innych herosów. Właściwie w całej historii multiversum ludzie mówią różne miłe rzeczy o każdym wymachującym mieczem osiłku z uszami jak kalafiory – przynajmniej kiedy znajduje się w pobliżu – słusznie podejrzewając, że tak jest bezpieczniej. To zabawne, że zwykle szacunkiem cieszą się wodzowie proponujący strategię typu: “Niech teraz pięćdziesiąt tysięcy z was, chłopaki, ruszy szturmem na nieprzyjaciela”. A wodzowie myślący, którzy mówią rzeczy w stylu: “Może zbudujemy takiego wściekle wielkiego drewnianego konia, a potem wywalimy tylną bramę, kiedy oni będą stali dookoła zwierzaka i czekali, aż wyjdziemy”, uważani są za tylko trochę lepszych od zwykłych oferm i nie za ludzi, którym można pożyczyć pieniądze.

    To dlatego, że większość wodzów pierwszego rodzaju to ludzie odważni, gdy tymczasem tchórze są o wiele lepszymi strategami.

    Rincewinda zawleczono przed efebiańskich dowódców, którzy założyli stanowisko dowodzenia na miejskim rynku, by wygodnie obserwować szturm wewnętrznej cytadeli, wznoszącej się na niebotycznie wysokim wzgórzu. Nie za blisko jednak, ponieważ obrońcy rzucali kamienie.

    Kiedy przybył na miejsce, omawiali właśnie strategię. Przeważała opinia, że gdyby do szturmu na szczyt wysyłać odpowiednio wielką liczbę żołnierzy, dostatecznie dużo przeżyje spadające kamienie, by zdobyć cytadelę. Takie właśnie myślenie jest podstawą wszelkich wojskowych strategii.

    Gdy zbliżali się Rincewind z Erykiem, kilku co bardziej imponująco odzianych wodzów podniosło głowy, obrzuciło ich wzrokiem sugerującym, że larwy zasługują na większe zainteresowanie, po czym odwróciło się znowu. Jedyny człowiek, sprawiający wrażenie zadowolonego z ich widoku...

    ... wcale nie wyglądał na żołnierza. Miał zmatowiałą zbroję i hełm z pióropuszem, którego używał chyba kiedyś jako pędzla. Poza tym był chudy i prezentował postawę wojskową godną łasicy. Jego twarz wydawała się dziwnie znajoma. Rincewind uznał, że jest całkiem przystojna.

    “Zadowolony z ich widoku” określa jego postawę jedynie przez porównanie. Był jedynym, który otwarcie zauważył ich obecność.

    Siedział na stołku i karmił Bagaż kanapkami.



    • A, witajcie – rzucił posępnie. – To wy.

    Zdumiewające, ile informacji da się zmieścić w kilku słowach. Aby osiągnąć ten sam rezultat, mężczyzna mógłby powiedzieć: mam za sobą ciężką noc, sam muszę załatwiać wszystko, od budowy drewnianego konia po kolejność prania, ci idioci są mniej więcej tak pomocni jak gumowy młotek, zresztą wcale nie chciałem tu przyjeżdżać, a teraz na dodatek jeszcze wy; witajcie.

    Wskazał ręką Bagaż, który wyczekująco uchylił wieko.



    • To twój? – zapytał.

    • Mniej więcej – przyznał Rincewind. – Ale nie stać mnie za wszystko, co on zrobi.

    • Zabawny kuferek, nieprawdaż...- stwierdził żołnierz. – Znaleźliśmy go, gdy zapędzał w kąt pięćdziesięciu Tsortian. Jak sądzisz, dlaczego to robił?

    Rincewind zastanowił się pospiesznie.

    • Ma zadziwiającą zdolność wyczuwania, kiedy ludzie myślą o zrobieniu mi krzywdy – odparł.

    Spojrzał na Bagaż ponuro, jak można patrzeć na bezczelnego, złośliwego i ogólnie nieznośnego psa, który po latach gryzienia gości nagle przewrócił się na swój parszywy grzbiet i udaje Słodkiego Szczeniaczka, by zabawić dozorcę domu.

    • Tak? – mruknął niezbyt zdziwiony mężczyzna. – Magia zapewne?

    • Tak.

    • Coś w tym drewnie, prawda?

    • Tak.

    • Mieliśmy szczęście, że nie zbudowaliśmy z czegoś takiego naszego konia.

    • Tak.

    • Zdobyłeś go z pomocą magii?

    • Tak.

    • To właśnie pomyślałem. – Rzucił w Bagaż kolejną kanapką. – Skąd jesteś?

    Rincewind postanowił mówić prawdę.

    • Z przyszłości – oświadczył.

    Nie wywarł oczekiwanego wrażenia. Mężczyzna kiwnął tylko głową.

    • No no – powiedział. I dodał: - Wygraliśmy?

    • Tak.

    • Aha. Pewnie nie pamiętasz żadnych wyników wyścigów konnych? – zapytał bez wielkiej nadziei.

    • Nie.

    • Tak właśnie przypuszczałem. Dlaczego otworzyłeś nam bramę?

    Rincewind uznał, że choć to dziwne, jednak twierdzenie, że zawsze entuzjastycznie popierał efebiańska politykę, nie byłoby właściwe. Postanowił raz jeszcze spróbować prawdy. To nowatorskie podejście wydało mu się warte eksperymentu.

    • Szukałem wyjścia – powiedział.

    • Żeby uciec...

    • Tak.

    • Zuch. To jedyna rozsądna decyzja, biorąc pod uwagę okoliczności.

    Zerknął na Eryka, który wpatrywał się w stojących wokół stołu, pogrążonych w dyskusji wodzów.

    • Hej, chłopcze – rzucił – Chcesz zostać żołnierzem, kiedy dorośniesz?

    • Nie, sir.

    Mężczyzna poweselał nieco.

    • Słuszna decyzja.

    • Chciałbym zostać eunuchem, sir. – dodał Eryk.

    Rincewind odwrócił głowę tak nagle, jakby ktoś ją szarpnął.

    • Dlaczego? – spytał zdumiony, a oczywista odpowiedź przyszła mu w tej samej chwili, gdy Eryk jej udzielił:

    • Żeby całymi dniami pracować w haremie!

    Wypowiedzieli to chórem. Mężczyzna chrząknął.

    • Nie jesteś jego nauczycielem, co?

    • Nie.

    • Myślisz, że ktoś mu już wytłumaczył...?

    • Nie.

    • Może byłoby dobrze, gdybym ściągnął tu któregoś z centurionów, żeby z nim pogadał? Byłbyś zdumiony, jak ci chłopcy opanowali właściwy język.

    • Bardzo by mu się to przydało – zgodził się Rincewind.

    Mężczyzna wziął hełm, westchnął, skinął na sierżanta i wygładził zmarszczki na swoim płaszczu. Był to brudny płaszcz.

    • Powinienem chyba jakoś cię ukarać albo co – stwierdził.

    • Za co?

    • Popsułeś bitwę.

    • Popsułem bitwę?

    Mężczyzna westchnął.

    • Chodź przejdziemy się kawałek. Sierżancie... wy i kilku chłopców, proszę.

    Kamień przemknął nad nimi ze światem i rozpadł się na kawałki.

    • Mogą nas tu trzymać jeszcze całe tygodnie – mruknął posępnie mężczyzna, kiedy już odeszli. Bagaż dreptał cierpliwie za nimi.- Jestem Lavaeolus. A ty?

    • To mój demon – wyjaśnił Eryk.

    • Lavaeolus uniósł brew, co miało wyrażać niezwykłe u niego zaskoczenie.

    • Doprawdy? No cóż, różni się trafiają. Jak sobie radzi z przedostawaniem się do zamkniętych miejsc?

    • Lepiej mu idzie z wydostawaniem.

    • No tak...

    Lavaeolus przystanął pod ścianą budynku, potem zaczął przechadzać się tam i z powrotem, pukając czubkiem sandała o bruk.

    • Chyba tutaj, sierżancie – stwierdził po chwili.

    • Tak jest, sir.

    • Widziałeś ich – powiedział Lavaeolus, gdy sierżant i jego ludzie zaczęli podważać kamienie. – Tych przy stole. Dzielni chłopcy, nie zaprzeczę, ale przyjrzyj się im. Zajęci pozowaniem do zwycięskich posągów i pilnowaniem, żeby historycy prawidłowo zanotowali ich imiona. Przez piekielne długie lata oblegaliśmy to miasto... Tak wypada, to bardziej po wojskowemu, mówili. Uwierzysz, że im się to podobało? A przecież kiedy wszystko już się skończy, kogo to będzie obchodzić? Załatwmy tę wojnę i wracajmy do domu... Zawsze to powtarzam.

    • Znalazłem, sir – zawołał sierżant.

    • Świetnie.- Lavaeolus nawet się nie obejrzał.- No dobrze...- Roztarł dłonie. – Zróbmy, co trzeba, a będziemy mogli wcześniej iść spać. Zechcesz mi towarzyszyć? Twój pieszczoszek może się przydać.

    • A co będziemy robić? – zapytał podejrzliwie Rincewind.

    • Mamy tylko spotkać się z pewnymi ludźmi.

    • Czy to niebezpieczne?

    Kamień przebił dach pobliskiego domu.

    • Nie, niespecjalnie – uspokoił Rincewinda Lavaeolus. – W porównaniu z pozostaniem tutaj. A jeśli tamci spróbują szturmu na mury, no wiesz, we właściwy, wojskowy sposób...

    Otwór prowadził do tunelu. Tunel, po kilku zakrętach, doprowadził do schodów. Lavaeolus powlókł się na górę, od czasu do czasu kopiąc kawałki cegieł, jakby miał do nich osobiste pretensje.

    • Ehm – chrząknął Rincewind. – Dokąd tędy dojdziemy?

    • To tylko tajemne przejście do cytadeli.

    • Wiesz, właśnie myślałem, że to pewnie coś takiego. Mam instynkt do tych rzeczy. I pewnie będą tam wszyscy najważniejsi Tsortianie?

    • Mam nadzieję – odparł Lavaeolus, wspinając się na kolejne stopnie.

    • I mnóstwo strażników?

    • Dziesiątki, jak przypuszczam.

    • Świetnie wyszkoleni?

    • Najlepsi – przytaknął Lavaeolus.

    • I tam właśnie zmierzamy – upewnił się Rincewind. Postanowił ocenić w pełni grozę sytuacji, tak jak się odruchowo dotyka językiem bolącego zęba.

    • Zgadza się.

    • Wszystkich sześciu.

    • I twój kufer, oczywiście.

    • A tak – mruknął Rincewind i skrzywił się w ciemności.

    Sierżant pochylił się i stuknął go lekko w ramię.

    • Proszę się nie martwić o wodza, sir – powiedział – To najlepszy wojskowy umysł na kontynencie.

    • Skąd wiesz? Czy ktoś go widział?

    • Wie pan, sir, on chce to wszystko załatwić tak, żeby nikt nie zginął. A zwłaszcza on sam. Dlatego wymyśla takie rzeczy jak ten koń, sir. I przekupywanie ludzi, i w ogóle. Wczoraj w nocy przebraliśmy się w cywilne łachy i upiliśmy się w barze z pałacowym sprzątaczem. Powiedział nam o tunelu.

    • No tak, ale to przecież tajne przejście... Na końcu będą czekać straże i w ogóle...

    • Nie, sir. Trzymają tu rzeczy do sprzątania.

    Coś brzęknęło w ciemności przed nimi: to Lavaeolus potknął się o miotłę.

    • Sierżancie...

    • Słucham, sir.

    • Otwórzcie te drzwi, dobrze?

    Eryk pociągnął Rincewinda za szatę.

    • Czego? – spytał niechętnie mag.

    • Wiesz chyba, kim jest Lavaeolus – szepnął chłopiec.

    • No...

    • To... to Lavaeolus!

    • Dasz mi spokój?

    • Nie znasz Klasyki?

    • To chyba nie te wyścigi konne, które mieliśmy zapamiętać?

    Eryk westchnął ciężko.

    • Lavaeolus doprowadził do upadku Tsortu, ponieważ był taki sprytny – wyjaśnił. – A potem dziesięć lat zajął mu powrót do domu i miał mnóstwo przygód z kusicielkami, syrenami i zmysłowymi czarodziejkami.

    • Widzę, że studiowałeś jego dzieje. Dziesięć lat, powiadasz? A daleko mieszkał?

    • Jakieś dwieście mil stąd – odparł Eryk z zapałem.

    • Gubił drogę, co?

    • Kiedy już wrócił, walczył z zalotnikami swojej żony i w ogóle, a jego ukochany stary pies rozpoznał go i zdechł.

    • Ojej...

    • Przez piętnaście lat nosił w pysku jego kapcie. To go zabiło.

    • Straszne.

    • I wiesz co, demonie? Wszystko to jeszcze się nie wydarzyło. Moglibyśmy oszczędzić mu kłopotów

    Rincewind zastanawiał się chwilę.

    • Na początek możemy mu poradzić, Żeby zabrał lepszego nawigatora. – stwierdził.

    Coś zgrzytnęło – to żołnierze otworzyli drzwi.

    • Wszyscy do szeregu, czy jak tam brzmi ta durna komenda – rzucił Lavaeolus. – Magiczna skrzynia przodem, jeśli można. Nikogo nie zabijać, póki nie będzie to absolutnie konieczne. Starajcie się niczego nie potłuc. Wszystko jasne? Naprzód..

    Drzwi wychodziły na korytarz zdobiony kolumnami. Usłyszeli stłumione głosy.

    Oddział posuwał się w tamtą stronę, aż dotarł do ciężkiej zasłony. Lavaeolus odetchnął głęboko, odsunął ją, wystąpił naprzód i rozpoczął przygotowaną mowę.



    • Chcę, żeby to było całkiem jasne – rzekł. – Nie życzę sobie żadnych nieprzyjemności, żadnego wzywania straży ani nic. W ogóle żadnych krzyków. Zabierzemy tylko młodą damę i wrócimy do domu, gdzie zresztą powinien siedzieć każdy, kto ma odrobinę rozsądku. W przeciwnym razie będę musiał zarąbać wszystkich, a nie znoszę kiedy zmusza się mnie do takich czynów.

    Oświadczenie to nie wywarło specjalnego wrażenia na publiczności. Pewnie dlatego, że składała się ona z małego dziecka na nocniku.

    Lavaeolus zmienił bieg myśli i kontynuował płynnie:



    • Z drugiej strony jednak, jeśli nie powiesz mi, gdzie są wszyscy, poproszę sierżanta, żeby ci wlepił porządnego klapsa.

    Dziecko wsadziło sobie palec do buzi.

    • Mama pilnuje Cassie – wyjaśniło. – czy jesteś panem Beekle?

    • Nie sądzę – odparł Lavaeolus.

    • Pan Beekle jest głupi – Wyjęło palec z buzi i tonem osoby podsumowującej trudne badania dokończyło: - Pan Beekle to nocnik.

    • Sierżancie!

    • Tak, sir?

    • Strzeżcie tego dziecka.

    • Tak jest. Kapralu!

    • Słucham, panie sierżancie?

    • Zajmijcie się dzieciakiem.

    • Tak jest, sierżancie. Szeregowy Archeios!

    • Tak jest, panie kapralu – odezwał się żołnierz głosem ciężkim od ponurych przewidywań.

    • Pilnujecie bachora.

    Szeregowy Archeios rozejrzał się. Pozostali mu tylko Rincewind z Erykiem, a chociaż cywil jest pod każdym względem najniższą możliwą szarżą i plasuje się gdzieś za kompanijnym osłem, wyraz ich twarzy wskazywał, ze nie mają zamiaru słuchać poleceń.

    Lavaeolus przeszedł przez komnatę i przytknął ucho do kolejnej zasłony.



    • Moglibyśmy opowiedzieć mu o przyszłości. – szepnął Eryk.

    • Spotkały go... to znaczy spotkają...najprzeróżniejsze przygody. Katastrofy morskie, czary, cala jego załoga zamieniona w zwierzęta i takie rzeczy.

    • Owszem. Możemy mu zaproponować, żeby wracał piechotą.

    Kotara odsunęła się z szelestem.

    Za nią siedziała kobieta: pulchna, przystojna, choć o nieco wyblakłej urodzie, w czarnej sukni i ze śladami wąsika nad górną wargą. Za nią chowało się kilkoro dzieci w różnych rozmiarach. Rincewind naliczył ich przynajmniej siedmioro.



    • Kto to? – zainteresował się Eryk.

    • Ehem – odpowiedział Rincewind. – Myślę że to chyba Eleonora Tsortiańska.

    • Nie żartuj – szepnął chłopiec. – Wygląda jak moja mama. Eleonora był dużo młodsza i bardziej...- Głos go zawiódł. Wykonał rękami kilka falistych ruchów, sugerujących kształt kobiety, która zapewne nie potrafiłaby utrzymać równowagi.

    Rincewind starał się nie patrzeć na sierżanta.

    • Owszem – zgodził się, czerwieniejąc trochę. – Widzisz, tego...Hm... Masz absolutną rację, ale hm, oblężenie trwało bardzo długo, prawda, więc przy tym i owym...

    • Nie wiem, co to ma do rzeczy – stwierdził surowo Eryk. – Klasyka nic nie wspomina o dzieciach. Piszą, że przez cały czas snuła się po wieżach Tsortu i rozpaczała po utraconej miłości.

    • No cóż, przypuszczam ze trochę rozpaczała – zgodził się Rincewind. – Tyle że nie można rozpaczać bez przerwy, a na tych wieżach było pewnie dość chłodno.

    • Od snucia można się ciężko pochorować – kiwnął głową sierżant.

    Lavaeolus z namysłem przyglądał się kobiecie. Wreszcie podszedł i skłonił się.

    • Przypuszczam, że wiesz po co przyszliśmy, pani.

    • Jeśli dotkniecie moich dzieci, zacznę krzyczeć – oznajmiła zimno Elenora.

    Po raz kolejny Lavaeolus wykazał, że obok znanych umiejętności taktycznych cechowała go wyraźna niechęć do marnowania przemowy, którą ułożył sobie w głowie

    • Piękna panno – zaczął. – Pokonaliśmy wiele niebezpieczeństw, by cię uratować i oddać w ramiona ukochanego...- Głos mu się załamał. –Hm... Ukochanej rodziny. Tego... Wszystko to poszło całkiem nie tak jak powinno, prawda?

    • Nic nie poradzę – odrzekła Elenora. – Oblężenie trwało strasznie długo, król Mauzoleum był bardzo miły, a w Efebie i tak nigdy mi się nie podobało...

    • Gdzie są wszyscy? To znaczy Tsortianie? Poza tobą.

    • Jeśli już musisz wiedzieć, to są na murach i zrzucają kamienie.

    Lavaeolus rozpaczliwie rozłożył ręce.

    • A nie mogłaś, czy ja wiem, przesłać nam liściku albo coś w tym rodzaju? Zaprosić na jakieś chrzciny?

    • Kiedy tak dobrze się bawiliście...

    Lavaeolus odwrócił się i z ponurą miną wzruszył ramionami.

    • W porządku – powiedział. – Świetnie. QED*. Nie ma sprawy.

    Marzyłem, żeby wyjechać z domu i przez dziesięć lat tkwić w bagnie z bandą tępych kretynów. U siebie nie miałem nic ważnego do roboty, ot, zwykłe królestwo do rządzenia, nic więcej. No dobrze. Niech tam. Możemy właściwie wracać. Nie mam pojęcia, jak im to powiedzieć- przyznał z goryczą. – tak świetną mieli zabawę. Pewnie wydadzą jakiś gigantyczny bankiet, będą rechotać i upiją się. To w ich stylu.

    Obejrzał się na Rincewinda i Eryka.



    • Równie dobrze możecie mi powiedzieć, co się teraz wydarzy. Jestem przekonany, że wiecie.

    • - Hm- stwierdził Rincewind.

    • Miasto się spali – wyjaśnił Eryk. – Zwłaszcza niebotyczne wieże. Nie zdążyłem ich obejrzeć. – dodał smętnie.

    • Kto to zrobił? Ich czy nasi?

    • Chyba wasi.

    Lavaeolus westchnął.

    • To do nich podobne- mruknął. Zwrócił się do Elenory. – Nasi...to znaczy moi ludzie spalą miasto – ostrzegł. – Brzmi to niezwykle bohatersko. Akurat to najbardziej lubią. Może lepiej, żebyś poszła z nami. Zabierz dzieci. Niech to będzie rodzinna wycieczka. Czemu nie?

    Eryk przyciągnął ucho Rincewinda do swoich warg.

    • To tylko żart, prawda? – zapytał cicho. – Ona nie jest naprawdę piękną Elenorą? Nabierasz mnie?

    • Z tymi gorąco krwistymi rasami zawsze tak to wygląda – wyjaśnił Rincewind. – Po trzydziestce piątce zaczynają się szybko starzeć.

    • To przez makaron – dodał sierżant.

    • Ale czytałem, że była najpiękniejszą...

    • No wiesz – mruknął sierżant. – Jeśli masz zamiar wszystko czytać...

    • Rzecz w tym – wtrącił pospiesznie Rincewind – co nazywają dramatyczną koniecznością. Nikt by się nie zainteresował wojną stoczoną o całkiem miłą damę, dość atrakcyjną przy sprzyjającym oświetleniu. Prawda?

    Eryk był bliski łez.

    • Ale tam było napisane, że jej twarz tysiąc okrętów wyprawiła w morze...

    • To się nazywa metafora.

    * Quod erat demonstrandum – co było do okazania.




    • Kłamstwo – wyjaśnił uprzejmie sierżant.

    • Zresztą nie powinieneś wierzyć we wszystko, co wyczytasz z Klasyki – dodał Rincewind. – Oni nigdy nie sprawdzają faktów. Usiłują tylko wcisnąć ci legendy.

    Lavaeolus tymczasem spierał się zawzięcie z Elenorą.

    • Dobrze już, dobrze- powiedział, - Zostań, jeżeli koniecznie chcesz. Co mnie to obchodzi? Dobra, chłopcy. Wracamy. Co wy robicie, szeregowy?

    • Jestem koniem, sir – wyjaśnił żołnierz.

    • To jest pan kucyk – oznajmiło dziecko w hełmie szeregowego Archeiosa na głowie.

    • Kiedy skończycie być koniem, poszukajcie lampy oliwnej. Poobijałem sobie kolana w tym tunelu.


  • 1   2   3   4   5   6   7   8   9


    ©snauka.pl 2016
    wyślij wiadomość