Strona główna

Terry pratchett


Pobieranie 387.64 Kb.
Strona7/9
Data18.06.2016
Rozmiar387.64 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

Nad Tsortem huczały płomienie. Od Osi całe niebo rozjaśniła czerwona poświata.

Rincewind i Eryk obserwowali to ze skały na brzegu.



  • To wcale nie są niebotyczne wieże – stwierdził po chwili Eryk. – Widzę ich szczyty i z pewnością nie dotykają nieba

  • Pewnie chodziło im o nietykalne wieże. – domyślił się Rincewind, gdy kolejna padła w płomieniach w ruiny miasta. – I z tym też się pomylili.

Przyglądali się chwilę w milczeniu.

  • To zabawne – rzekł wreszcie Eryk. – Jak potknąłeś się o Bagaż, upuściłeś lampę i w ogóle.

  • Tak - przyznał krótko Rincewind.

  • Widocznie historia zawsze znajdzie jakiś sposób, żeby się dopełnić.

  • Tak.

  • Ale dobrze, że Bagaż wszystkich jakoś uratował.

  • Tak.

  • Śmiesznie wyglądały te dzieciaki, kiedy siedziały mu na wieku.

  • Tak.

  • Wszyscy byli chyba zadowoleni.

W każdym razie walczące armie z całą pewnością. Nikt nie pytał o zdanie cywilów, jako że nie można polegać na ich zdaniu o wojnie. Wśród żołnierzy, a przynajmniej wśród żołnierzy pewnej rangi, klepano się po ramionach, opowiadano anegdoty i przyjaźnie wymieniano tarcze. Panowała powszechna opinia, że z pożarami, oblężeniami, armadami, drewnianymi końmi i całą resztą, była to naprawdę znakomita wojna Głośne śpiewy niosły się ponad falami ciemnymi jak wino.

  • Posłuchaj tylko – odezwał się Lavaeolus, wynurzając się z mroku między wyciągniętymi na piach okrętami Efebian. – Zaraz zaczną piętnaście zwrotek “Raz młody bosman Filodefus miał wychodne”. Zapamiętaj moje słowa. Banda idiotów z mózgami pod tuniką.

Usiadł na kamieniu.

  • Dranie – rzekł z przekonaniem.

  • Myślisz, że Elenora wytłumaczy to jakoś swojemu narzeczonemu? – spytał Eryk.

  • Chyba tak – mruknął Lavaeolus. – one to potrafią.

  • Wyszła za mąż. I miała mnóstwo dzieci – dodał Eryk.

Lavaeolus wzruszył ramionami.

  • Szaleńcza chwila namiętności – stwierdził. Spojrzał badawczo na Rincewinda. – Hej ty, demonie – rzucił. – Jeśli wolno, chciałbym zamienić słówko na osobności.

Poprowadził maga między okręty. Stąpał po mokrym piasku, jakby coś ciążyło mu na duszy.

  • Dziś w nocy z odpływem wyruszam do domu – rzekł. – nie warto tu tkwić, skoro wojna skończona i w ogóle.

  • Dobry pomysł.

  • Jeśli czegoś naprawdę nienawidzę, to morskich podróży – wyznał Lavaeolus. Poczęstował kopniakiem najbliższy okręt. – To przez tych idiotów, którzy biegają w kółko i wrzeszczą. Wciągnąć to, opuścić tamto, zrzucić jeszcze coś innego. I dostaję morskiej choroby.

  • Ja nie znoszę wysokości – wtrącił współczująco Rincewind.

Lavaeolus raz jeszcze kopnął w burtę. Wyraźnie zmagał się z problemem natury emocjonalnej.

  • Rzecz w tym – wykrztusił w końcu – że może wiesz, czy dopłynę cały do domu.

  • Co?

  • To tylko paręset mil. Podróż nie powinna trwać długo. Jak myślisz?

  • No...

Rincewind spojrzał na twarz wodza. Dziesięć lat, myślał. I jeszcze różne dziwaczne przygody ze skrzydlatymi jak i tam i morskimi potworami. Z drugiej strony, czy coś mu przyjdzie z ostrzeżenia?

  • Dopłyniesz cały i zdrowy – powiedział. – Jesteś wręcz słynny z tego powodu. Twój powrót do domu przejdzie do legendy.

  • - Uff. – Lavaeolus oparł się o kadłub, zdjął hełm i otarł czoło. – Powiem szczerze, że kamień spadł mi z serca. Bałem się, że bogowie mogą się na mnie gniewać.

Rincewind milczał.

  • Trochę się irytują, kiedy człowiek zaczyna wpadać na takie pomysły jak drewniane konie labo tunele – mówił dalej Lavaeolus. – Wiesz są tradycjonalistami. Wolą, żeby ludzie zwyczajnie się wyrzynali, Myślałem, rozumiesz, że gdyby pokazać ludziom, jak w łatwiejszy sposób uzyskać to, na czym im zależy, przestaliby się tak bezsensownie zachowywać.

Daleko na brzegu męskie głosy wzniosły się w pieśni:

  • Z sześciu westalek z Heliodelifilodelfiboschronenos tyś jedyna...

  • To się nigdy nie udaje – stwierdził Rincewind.

  • Ale chyba warto próbować. Prawda?

  • Jasne.

Lavaeolus klepnął go w plecy.

- Nie martw się tak – powiedział. – Teraz sprawy mogą już tylko iść ku lepszemu.

Weszli w ciemne fale, gdzie stał na kotwicy okręt Lavaeolusa. Rincewind patrzył, jak wódz płynie, wchodzi na pokład, jak wysuwają wiosła – albo może wsuwają, czy jak to się tam nazywa, kiedy wtykają je w te dziury po bokach – i okręt wypływa wolno z zatoki.

Wiatr doniósł jeszcze na brzeg ostatnie słowa:



  • Przesuńcie ostry koniec w tę stronę, sierżancie.

  • Aye, aye, sir!

  • I nie krzyczcie. Czy kazałem wam krzyczeć? Dlaczego wszyscy muszą tak wrzeszczeć? Schodzę pod pokład trochę odpocząć.

Rincewind powlókł się plażą z powrotem.

  • Kłopot w tym – powiedział – że sprawy nigdy nie idą ku lepszemu. Zostają takie same, tylko jeszcze bardziej. Ale jego i tak czeka dość zmartwień.

Za plecami Rincewinda Eryk tylko pociągnął nosem.

  • To najsmutniejsza rzecz, jaką słyszałem.

Na plaży armie tsortiańska i efebiańska wciąż zawodziły pełnymi głosami przy ogniskach.

  • ...była z niej wioskowa harpia...

  • Chodź – rzucił Rincewind. – Wracamy do domu.

  • Wiesz co zabawnego jest w jego imieniu? – spytał Eryk.

  • Nie. Nie o co chodzi?

  • Lavaeolus oznacza “Spłukiwacz wiatrów”. To w tutejszej mowie “Rinser of winds”.

Rincewind spojrzał na niego badawczo.

  • Jest moim przodkiem?

  • Kto wie...

  • O rany. – Rincewind pomyślał chwilę. – Szkoda. Mogłem go uprzedzić, żeby się nie żenił. I unikał odwiedzin w Ankh –Morpork.

  • Chyba go jeszcze nie zbudowano.

Rincewind spróbował pstryknąć palcami.

Tym razem poskutkowało.



Astfgl wyprostował się. Zastanawiał się, co takiego mogło spotkać Lavaeolusa.

Bogowie i demony, jako istoty spoza czasu, nie poruszają się w nim jak bańki powietrza w strumieniu. Dla nich wszystko dzieje się równocześnie. Powinno to oznaczać, że wiedząc o tym, co się wydarzy, ponieważ w pewnym sensie już się wydarzyło. Nie wiedzą, ponieważ rzeczywistość jest wielka i toczy się w niej wiele interesujących spraw. Śledzenie wszystkich przypomina korzystanie z ogromnego magnetowidu bez funkcji pauzy ani licznika taśmy. Zwykle łatwiej jest po prostu zaczekać.

Któregoś dnia będzie musiał to obejrzeć.

Ale teraz i tutaj, o ile można użyć tych słów dla obszaru poza czasem i przestrzenią, sprawy nie rozwijały się pomyślnie. Eryk wydawał się odrobinę bardziej sympatyczny, co było nie do przyjęcia. W dodatku zmienił chyba bieg historii, chociaż to niemożliwe, jako że bieg można historii jedynie ułatwić.

Potrzebował czegoś wyjątkowego. Czegoś naprawdę destrukcyjnego dla dusz.

Władca demonów uświadomił sobie, że podkręca wąsy.



Kłopot z pstrykaniem palcami polega na tym, że nie wiadomo, dokąd może zaprowadzić.

Wokół Rincewinda wszystko było czarne. I nie tylko w sensie braku koloru. Była to czerń twardo negująca samą możliwość istnienia jakiejkolwiek barwy.

Stopy niczego nie dotykały. Miał wrażenie, że pływa. I brakowało jeszcze czegoś, choć nie potrafił określić, czego właściwie.


  • Jesteś tam, Eryku?- spróbował.

  • Tak – odpowiedział mu wyraźny głos tuż obok. – Jesteś tam, demonie?

  • Ta...ak.

  • Gdzie jesteśmy? Czy my spadamy?

  • Nie sądzę – odrzekł Rincewind, mówiąc z własnego doświadczenia – Nie ma pędu powietrza. Kiedy spadasz, czujesz pęd powietrza. Poza tym całe życie przewija ci się przed oczami. A jak dotąd nie zauważyłem jeszcze niczego, co bym rozpoznał.

  • Rincewindzie...

  • Słucham?

  • Kiedy otwieram usta, nie wydobywa się żaden dźwięk.

  • Nie bądź... – Rincewind zawahał się. On także nie wydawał głosu. Wiedział co mówi, tyle że nie przedostawało się to do zewnętrznego świata. A przecież słyszał Eryka. Może słowa dały sobie spokój z uszami i trafiały prosto do mózgu?

  • To chyba jakieś czary albo co...- uznał. – Nie ma powietrza. Dlatego nie rozchodzą się dźwięki. Normalnie wszystkie te małe kawałki powietrza uderzają o siebie jak kulki i w ten sposób powstaje głos.

  • Naprawdę? O rany...

  • Czyli że otacza nas absolutne nic. Nic totalne. – Rincewind zawahał się. – Jest na to takie słowo...To, co masz, kiedy już nic ci nie zostało i wszystko jest zużyte.

  • Wiem. To się nazywa “rachunek”

Rincewind zastanowił się. Brzmiało to mniej więcej właściwie.

  • Dobrze - rzekł. – rachunek. W nim właśnie jesteśmy. Płyniemy w rachunku absolutnym. Całkowitym, zupełnym, nieprzeniknionym rachunku.



Astfgl zaczął się gorączkować. Użył zaklęć znajdujących kogokolwiek, gdziekolwiek i kiedykolwiek, a tamtych nigdzie nie było. W jednej chwili widział ich na brzegu, w następnej – nic.

Pozostały więc tylko dwa miejsca.

Na szczęście najpierw sprawdził to niewłaściwe.



  • Nawet parę gwiazd wyglądałoby lepiej – zauważył Eryk.

  • Jest w tym wszystkim coś dziwnego – stwierdził Rincewind. – Pomyśl: czujesz zimno?

  • Nie.

  • A może ciepło?

  • Nie.

  • Nie ma zimna, nie ma ciepła, nie ma światła, nie ma powietrza... – wyrecytował Rincewind. – Nic nie ma . Tylko rachunek. Jak długo tu tkwimy?

  • Nie wiem. Mam wrażenie, że całe wieki, ale...

  • Aha. Nie mam pewności, czy istnieje czas. W każdym razie nie taki prawdziwy. Tylko taki tworzony przy okazji przez ludzi.

  • Nie spodziewałem się, że jeszcze kogoś tutaj zastanę – zabrzmiał głos przy uchu Rincewinda.

Był to głos nieco urażony, głos odpowiedni do narzekania, ale przynajmniej nie brzmiała w nim groźba. Rincewind pozwolił swemu ciału obrócić się.

Mały człowieczek o szczurzej twarzy siedział ze skrzyżowanymi nogami i przyglądał mu się nieco podejrzliwie. Miał za uchem ołówek.



  • Oj... dzień dobry – powiedział Rincewind. – A gdzie właściwie jest to “tutaj”?

  • Nigdzie. Na tym rzecz polega, nie?

  • Zupełnie nigdzie?

  • Jeszcze nie.

  • No dobrze – ustąpił Rincewind – A kiedy to już będzie gdzieś?

  • Trudno powiedzieć - stwierdził człowieczek. – Patrząc na was dwóch i dodając jedno do drugiego, tempo metabolizmu i takie tam różne, powiedziałbym, że to miejsce znajdzie się gdzieś w ciągu...hm... mniej więcej, powiedzmy, pięciuset sekund. – zaczął odwijać pakunek, który trzymał na kolanach. – Masz może ochotę na kanapkę? Skoro i tak musimy czekać...

  • Co? Czy ja... – W tym momencie żołądek Rincewinda, świadom, że jeśli pozwoli mózgowi na samodzielność, ryzykuje utratą inicjatywy, wtrącił się i skłonił do pytania: - A z czym?

  • Nie mam pojęcia. A z czym chciałabyś, żeby była?

  • Słucham?

  • Nie marudź. Powiedz tylko, z czym chciałbyś, żeby była.

  • Aha... – Rincewind przyjrzał mu się uważnie. – Gdybyś miał z jajkiem i rzeżuchą...

  • Niech się stanie jajko i rzeżucha, mniej więcej – powiedział człowieczek. Sięgnął do pakunku i wręczył Rincewindowi biały prostokąt.

  • O rany – ucieszył się mag. – Co za przypadek.

  • Lada chwila powinno się zacząć. O tam... Co prawda nie mają tu jeszcze żadnych porządnych kierunków, ale niech będzie.

  • Widzę tylko ciemność – poskarżył się Eryk.

  • Wcale nie – zaprzeczył tryumfująco człowieczek. – Widzisz tylko to, co jest, zanim się zainstaluje ciemność. Mniej więcej. – rzucił jeszcze- nie- ciemności niechętne spojrzenie. – No już – mruknął.- Na co czekamy, na co czekamy...

  • A na co czekamy? – zainteresował się Rincewind.

  • Na wszystko.

  • Na wszystko co?

  • Wszystko. Nie wszystko co. Wszystko, mniej więcej.



Astfgl rozejrzał się wśród wirujących obłoków gazowych. Przynajmniej trafił we właściwe miejsce. Koniec wszechświata był wydarzeniem, którego nie można przypadkiem ominąć

Ostatnie iskierki zamigotały i zgasły. Czas i przestrzeń zderzyły się bezgłośnie i zapadły w siebie

Astfgl odchrząknął. Można się poczuć samotnym, kiedy jest się dwadzieścia milionów lat od domu.


  • Jest tu kto?- zapytał.

TAK.

Głos zabrzmiał tuż przy jego uchu. Nawet władcom demonów zdarzają się lodowate dreszcze.



  • Ale oprócz ciebie – dodał szybko. – Widziałeś kogoś?

Tak

  • Kogo?

WSZYSTKICH.

Astfgl westchnął.



  • Chodzi mi o to, czy widziałeś ostatnio.

BYŁO BARDZO SPOKOJNIE, stwierdził Śmierć.

  • A niech to...

SPODZIEWAŁEŚ SIĘ KOGOŚ INNEGO?

  • Myślałem, że mógł się tu zjawić ktoś o imieniu Rincewind – zaczął Astfgl. – Ale...

Oczodoły Śmierci rozbłysły czerwienią.

TEN MAG?


  • Nie, to de... – Astfgl urwał.

Przez okres, który byłby – gdyby istniał jeszcze czas – kilkoma sekundami, szybował zdjęty straszliwym podejrzeniem.

  • Człowiek? – warknął.

TO MOŻE LEKKA PRZESADA, ALE W ZASADZIE MASZ RACJĘ...

  • Niech mnie piekło pochłonie! – zaklął Astfgl.

MAM WRAZENIE, ŻE TO JUŻ NASTĄPIŁO.

Władca demonów wyciągnął przed siebie drżącą dłoń. Narastająca wściekłość pokonała jego dobre maniery; czerwony jedwab rękawiczek pękł z trzaskiem, gdy wysunęły się szpony.

Potem, ponieważ nigdy nie należy narażać się komuś z kosą, Astfgl powiedział:


  • Przepraszam, jeśli sprawiłem kłopot...

I zniknął. Zawył ze złości dopiero gdy uznał, że znalazł się poza zasięgiem niezwykle czułego słuchu Śmierci.

Nicość rozwijała swą nieskończoną długość przez rozległe przestrzenie na końcu czasu.

Śmierć czekał. Po chwili jego kościste palce zabębniły na drzewcu kosy.

Ciemność falowała wokół niego. Nie istniała już nawet nieskończoność.

Spróbował zagwizdać przez zęby kilka taktów niepopularnych melodii, ale nicość wsysała wszelkie dźwięki.

Wieczność dobiegła końca. Wszystkie piaski się przesypały. Wielki wyścig między entropią a energią zakończył się i faworyt został jednak zwycięzcą.

Noże powinien jeszcze raz naostrzyć kosę?

Nie.


To przecież nie ma sensu.

Wszystkie kłęby absolutnie niczego rozciągały się w coś, co można by nazwać dalą, gdyby istaniała czasoprzestrzenna rama, dająca takim słowom jak “dal” jakieś rozsądne znaczenie.

Nie miał właściwie nic do roboty.

MOŻE PORA KOŃCZYĆ PRACĘ, pomyślał.

Odwrócił się, by odejść, i wtedy właśnie usłyszał najlżejszy z możliwych odgłosów. Był wobec dźwięku tym, czym foton wobec światła: tak słaby i delikatny, że z pewnością nie słyszany w huku działającego wszechświata.

To maleńki skrawek materii rodził się w pustce.

Śmierć podszedł do punktu jego pojawienia i spojrzał uważnie.

I zobaczył spinacz*

To już jakiś początek.

Kolejne puknięcie przyniosło mały biały guzik od koszuli, wirujący łagodnie w próżni.

Śmierć odprężył się nieco. Oczywiście, to musi trochę potrwać. Musi upłynąć czas interludium, nim wszystko to stanie się dostatecznie złożone, by wytworzyć obłoki gazowe, galaktyki, planety i kontynenty. Nie wspominając już o maleńkich stworzonkach w kształcie korkociągu, pełzających po błotnistych kałużach i zastanawiających się, czy ewolucja warta jest wysiłku hodowania sobie płetw, nóg i organów. Jednak zaobserwowane przed chwilą zjawisko wskazywało początek niepowstrzymanego rozwoju.

Musi tylko być cierpliwy, a cierpliwości nigdy mu nie brakowało. Całkiem niedługo pojawią się żywe istoty; będą rozwijać się jak szalone, biegać i śmiać się w promieniach nowego słońca. Będą się męczyć i starzeć.

Śmierć usiadł. Może poczekać.

Kiedy tylko okaże się im potrzebny, będzie na miejscu.



Wszechświat zaistniał.

Każdy na-nowo-stworzony-kosmolog powie wam, że najciekawsze rzeczy dzieją się w pierwszych kilku minutach, kiedy nicość skupia się razem, by uformować przestrzeń i czas, pojawia się mnóstwo maleńkich czarnych dziur i tak dalej. Potem, jak twierdzą, w tej materii panuje już, no... materia. Cała zabawa dobiega końca, jeśli nie liczyć promieniowania mikrofalowego.

Z bliska jednak wydarzenia charakteryzowały się pewną jarmarczną atrakcyjnością.

Mały człowieczek prychnął niechętnie.



  • Za bardzo widowiskowe – ocenił. – Cały ten huk był zupełnie zbędny. Równie dobrze moglibyśmy tu mieć Wielki Syk albo jakąś muzyczkę.

  • Naprawdę? – zdziwił się Rincewind.

  • Tak, A na granicy dwóch pikosekundach wyglądało to trochę groźnie. Na pewno połatali byle czym. Ale tak to jest w dzisiejszych czasach. Rzemiosło upada. Kiedy byłem jeszcze chłopcem, trzeba było paru dni, żeby zrobić porządny wszechświat. Człowiek mógł być z niego dumny. A teraz poskładają go byle jak, zrzucają z przyczepy i dalej. I wiesz co?

  • Nie – odparł Rincewind słabym głosem.

  • Podkradają materiał z budowy. Znajdują w sąsiedztwie kogoś, kto chce sobie trochę poszerzyć wszechświat, i ani się człowiek obejrzy, a już zwiną kawał firmamentu i zrobią z niego jakąś przybudówkę.

Rincewind wpatrywał w niego zdumiony.

  • Kim ty jesteś?

Człowieczek wyjął zza uch ołówek i w zamyśleniu przyjrzał się przestrzeni wokół Rincewinda.

  • Robię rzeczy – wyjaśnił.

  • Jaki rzeczy?

  • A jakie byś chciał?

  • Jesteś stwórcą!

* Wielu uczonych sądzi, że powinien to być atom wodoru, co przeczy jednak obserwowanym faktom. Każdy, kto odkrył nieznaną wcześniej trzepaczkę do piany, blokującą niewinną szufladę w kuchennej szafce, wie dobrze, że pierwotna materia bezustannie dopływa do wszechświata w pewnych określonych postaciach. Pojawia się normalnie w popielniczkach, wazonach i skrytkach na rękawiczki. Wybiera formę, mającą odwrócić podejrzenia; typowe jej manifestacje to spinacze biurowe, szpilki z opakowań koszul, gałki do kaloryfera, szklane kulki, kawałki kredek, tajemnicze elementy urządzeń kuchennych i stare albumy Kate Bush. Dlaczego materia tak postępuje, nie zostało dotąd wytłumaczone. Wydaje się wszakże pewne, że materia ma Plany.

Jest także jasne, że jako sposób konstrukcji wszechświatów stwórcy preferują czasem Wielki Wybuch, kiedy indziej zaś wybierają łagodniejszą metodę Ciągłej Kreacji. Zgodne jest to z badaniami kosmoterapeutów, którzy wykryli, że gwałtowny Wielki Wybuch może w starszym wieku wywołać u wszechświata poważne problemy psychiczne.

Człowieczek był wyraźnie zakłopotany.



  • Nie Stwórcą. Daj spokój. Zwykłym stwórcą. Nie biorę zleceń na wielkie elementy, gwiazdy, gazowe olbrzymy, pulsary i takie tam. Specjalizuję się, można by powiedzieć, w robocie na miarę.- Wyprostował się z dumą. – Sam robię swoje drzewa, wiesz? – zwierzył się.- Porządne rzemiosło. Przez lata trzeba się uczyć, jak zrobić drzewo. Nawet jałowiec.

  • Och – westchnął Rincewind.

  • Nikogo nie wynajmuję, żeby kończył za mnie robotę. Żadnych podwykonawców: To moja dewiza. Łobuzy, zawsze każą czekać, bo akurat instalują gwiazdy albo jeszcze coś dla kogoś innego. – Człowieczek westchnął ciężko. – Wiesz, ludziom się wydaje, że stwarzanie to łatwa robota. Żw wystarczy polatać nad wodami i pomachać trochę rękami. A to wcale nie tak.

  • Nie?

Człowieczek podrapał się w nos.

  • Na przykład szybko ci się kończą pomysły na płatki śniegu.

  • Kończą się?

  • Wtedy zaczynasz myśleć, że łatwo będzie przepchnąć dwa identyczne.

  • Zaczynasz?

  • Myślisz sobie: przecież jest ich bilion trylionów squilionów. Nikt nie zauważy. Ale wtedy liczy się profesjonalizm, mniej więcej.

  • Liczy się?

  • Niektórzy... – w tym miejscu stwórca obrzucił surowym wzrokiem wirującą dookoła nie uformowaną materię – uważają, że wystarczy zainstalować kilka podstawowych zasad fizycznych, wziąć pieniądze i zwiewać. A miliardy lat potem na całym niebie są przecieki, latają czarne dziury wielkie jak głowa, a kiedy człowiek zjawia się z reklamacją, znajduje za ladą tylko panienkę, która powtarza, że nie wie gdzie wyszedł szef. Osobiście sądzę, że ludzie preferują kontakt osobisty.

  • Aha... – wykrztusił Rincewind. – To znaczy... Kiedy kogoś trafi błyskawica, tego... to nie z powodu jakiś wyładowań elektrycznych i najwyższych punktów i w ogóle, ale tego... naprawdę to zaplanowałeś?

  • Nie, to nie ja. Nie kieruję wszechświatem. Stwarzanie go jest wystarczająco trudne i nie wymagaj, żebym jeszcze nim sterował. Jest całą masa innych wszechświatów – dodał, a w jego głosie zabrzmiała delikatna oskarżycielska nuta. – mam listę zleceń długą jak twoje ramię.

Sięgnął w dół i wyjął wielką, oprawną w skórę , na której musiał przedtem siedzieć. Otworzył ją z szelestem.

Rincewind poczuł, że ktoś go szarpie za szatę.



  • Słuchaj – powiedział Eryk. – To chyba nie jest... nie On, prawda?

  • Mówił, że tak.

  • A co my tu robimy?

  • Nie wiem.

Stwórca obejrzał się gniewnie.

  • Można trochę ciszej? – rzucił z irytacją.

  • Ale posłuchaj – szeptał Eryk. – Jeśli to naprawdę stwórca świata, to twoja kanapka jest relikwią religijną!

  • O rany... – jęknął Rincewind. Nie jadł już chyba od wieków. Zastanowił się, jaką karę przewidziano za zjedzenie obiektu kultu. Prawdopodobnie surową

  • Mógłbyś umieścić ją w jakiejś świątyni, a miliony ludzi przychodziłoby popatrzeć.

Mag ostrożnie podniósł kromkę chleba.

  • Nie ma majonezu – zauważył. – Czy taka też się liczy?

Stwórca odchrząknął i zaczął czytać na głos.

Astfgl sunął po zboczu entropii: gniewna czerwona iskra na tle wirów międzyprzestrzeni. Wściekłość zdzierała z niego ostatnie warstwy samokontroli. Kaptur ze stylowymi różkami był teraz zaledwie strzępem czerwieni zwisającymi z czubka jednego z ogromnych, zakręconych baranich rogów wyrastających z czaszki

Ze zmysłowym trzaskiem pękł czerwony jedwab na grzbiecie i rozwinęły skrzydła.

Konwencjonalnie nazywa się je skórzastymi, ale w tym otoczeniu skóra nie przetrwałaby nawet kilku sekund. Poza tym nie składa się najlepiej.

Te skrzydła zrobione były z magnetyzmu i ukształtowanej przestrzeni. Rozwijały się, aż były delikatną zasłoną na tle płonącego firmamentu. Uderzały tak wolno i niepowstrzymanie, jak powstają cywilizacje.

Nadal przypominały skrzydła nietoperza, ale tylko ze względu na tradycję.

Gdzieś około dwudziestego dziewiątego tysiąclecia król demonów został wyprzedzony, nie dostrzegając tego nawet, przez coś niewielkiego i podłużnego, co było chyba jeszcze bardziej rozzłoszczone od niego.



Do stworzenia świata potrzeba ośmiu zaklęć. Rincewind wiedział o tym aż za dobrze. Wiedział też, że zaklęcia te zostały spisane w Octavo, ponieważ egzemplarz tej księgi wciąż znajdował się w Bibliotece Niewidocznego Uniwersytetu – aktualnie wewnątrz skrzyni z kutego żelaza umieszczonej na dnie specjalnie wykopanego szybu, gdzie można było opanować jej magiczną radiację

Często rozmyślał, jak się to wszystko zaczęło. Wyobrażał sobie coś w rodzaju eksplozji, tyle że od tyłu: międzygwiezdne gazy zbierają się z rykiem i formują Wielkiego A’Tuina albo przynajmniej grom. Albo cokolwiek.

Tymczasem zabrzmiał cichy, melodyjny gong i tam, gdzie nie było świata Dysku, świat Dysku był, jakby przez cały czas czekał gdzieś schowany.

Rincewind uświadomił sobie także, że uczucie spadania, z którym tak niedawno nauczył się żyć, było również tym uczuciem, z którym wedle wszelkiego prawdopodobieństwa umrze. Kiedy bowiem w dole pojawił się świat, przyniósł ze sobą specjalną ofertę eonu: grawitację, dostępną w szerokim zakresie natężeń z najbliższego masywnego ciała planetarnego.



  • Aargh – powiedział, jak często się zdarza przy takich okazjach.

Stwórca wciąż siedzący spokojnie w pustce, pojawił się obok spadającego maga.

  • Ładne chmury, nie sądzisz? Dobra robota – stwierdził.

  • Aargh – powtórzył Rincewind.

  • Coś się stało?

  • Aargh.

  • Tak to jest z ludźmi – westchnął stwórca. – zawsze gdzieś pędzą. – Przysunął się bliżej. – To nie moja sprawa, oczywiście, ale często się zastanawiałem, co wam chodzi po głowie.

  • Za chwilę to będą ,moje stopy!- wrzasnął Rincewind.

Spadający nie opodal Eryk szarpnął go za kostkę.

  • Nie można się tak zwracać do stwórcy wszechświata! – zawołał. – Poproś go, żeby coś zrobił, zmiękczył grunt albo co!

  • Nie jestem pewien, czy mi wolno – odparł stwórca. – Chodzi o przepisy przyczynowości. Inspektor rzuciłby się na mnie jak cetnar...cetnar... cetnar ciężaru. Chociaż chyba mógłbym wam stworzyć jakieś rzadkie bagno. Albo ruchome piaski, ostatnio bardzo popularne. Mógłbym podstawić kompletne ruchome piaski z bagnem i mokradłami en suite. Żaden problem.

  • ! – odpowiedział Rincewind.

  • Musisz mówić trochę głośniej. Zaczekaj chwilę.

Znów zabrzmiał harmonijny dźwięk gongu.

Kiedy Rincewind otworzył oczy, stał na plaży. Eryk również. Stwórca unosił się w pobliżu.

Nie było pędu powietrza. Rincewind nie miał nawet siniaka.


  • Wbiłem taki klinik między pędy i położenia – wyjaśnił stwórca, zauważywszy jego minę. – A teraz: co takiego chciałeś mi powiedzieć?

  • Chciałem raczej przestać spadać...

  • Aha. To dobrze. Cieszę się, że to załatwiliśmy. – Stwórca rozejrzał się z roztargnieniem. – Nie widziałeś tu gdzieś mojej księgi? Kiedy zaczynałem, zdawało mi się, że trzymam ją w ręku. – Westchnął. – Następnym razem zgubię własną głowę. Kiedyś zrobiłem cały świat i całkiem zapomniałem o finglach. Ani jednego łobuza. Nie mogłem ich dostać na czas i pomyślałem, że wrócę, jak tylko będą na składzie. Wyobraź sobie , ze całkiem mi to wyleciało z pamięci. Oczywiście, nikt niczego nie zauważył, bo przecież oni tam wyewoluowali i nie mieli pojęcia, że powinny być jakieś fingle. Jednak wyraźnie budziło to w nich głębokie psychiczne niepokoje. Gdzieś w głębi duszy wiedzieli, że czegoś im brakuje. Mniej więcej.

Stwórca spoważniał.

  • Trudno. Zresztą i tak nie mogę tu tkwić całymi dniami. Mówiłem już, że mam mnóstwo zleceń.

  • Mnóstwo? – zdziwił się Eryk. – Myślałem, że jest tylko jedno.

  • Nie jest ich cała masa. – Stwórca zaczął się rozpływać. – To jest, widzisz, mechanika kwantowa. To nie tak, ze zrobisz coś raz i masz spokój. Nie; stale się rozgałęziają. Nazywają to wielokrotnym wyborem; to jakby wtaczać pod górę taki wilki, wielki... no takie coś, co stale się stacza i trzeba zaczynać od nowa. Dobrze im mówić, że wystarczy zmienić jakiś drobny szczegół. Ale który...to jest prawdziwy zgryz. No, miło mi było was poznać. Gdybyście potrzebowali czegoś ekstra, jakiegoś dodatkowego księżyca albo coś...

  • Hej!

Stwórca pojawił się znowu. Z lekkim zdziwieniem uniósł brew.

  • Co się teraz stanie? – zapytał Rincewind

  • Teraz? Przypuszczam, że niedługo zjawią się bogowie. Zwykle nie czekają, żeby się wprowadzić. Jak muchy nad... much nad... jak muchy. Myślę, że już sami zajmą się ludźmi i tak dalej. – Stwórca nachylił się Rincewindowi do ucha. – Ludzie nigdy mi jakoś nie wychodzą. Nie mogę sobie poradzić z rękami i nogami.

Zniknął.

Czekali.


  • Chyba teraz odszedł na dobre – stwierdził po chwili Eryk. – Był bardzo miły.

  • Po tej rozmowie z pewnością lepiej zrozumiesz, dlaczego świat jest taki, jaki jest – powiedział Rincewind.

  • A co to jest mechanika kwantowa?

  • Kobieta, która naprawia kwanty. Tak myślę.

Rincewind spojrzał na swoją kanapkę z jajkiem i rzeżuchą. Wciąż brakowało w niej majonezu, a chleb już przemakał, ale miną tysiące lat, zanim zjawi się następna. Muszą powstać początki rolnictwa, udomowienie zwierząt, ewolucja noża kuchennego od jego prymitywnych krzemiennych przodków, rozwój technik mleczarskich...A jeśli zechce się ją przygotować jak należy, to również hodowla drzew oliwnych, pieprzu, wydobycie soli, fermentacja octowa i opanowanie elementarnej chemii spożywczej. Dopiero wtedy świat zobaczy taką drugą kanapkę. Była wyjątkowa: biały prostokąt pełen anachronizmów, zagubiony i samotny w nieprzyjaznym świecie.

Ugryzł ją mimo wszystko. Smakowała doskonale.



  • Nie rozumiem tylko – wyznał Eryk- dlaczego tu jesteśmy.

  • Zgaduję , że jest to problem filozoficzny – domyślił się Rincewind. – Zgaduję, że chcesz wiedzieć dlaczego znaleźliśmy się tutaj, u zarania kreacji, na tej plaży właściwie jeszcze nie używanej?

  • Tak. O to właśnie mi chodzi.

Rincewind usiadł na kamieniu i westchnął.

  • Wydaje mi się to całkiem oczywiste – rzekł. – chciałeś żyć wiecznie.

  • Ale nic nie mówiłem o podróżach w czasie. Sformułowałem to bardzo wyraźnie, żeby nie było żadnych sztuczek.

  • To nie sztuczka. Życzenie stara się pomóc. Pomyśl, to przecież jasne. “Wiecznie” oznacza pełen zakres czasu i przestrzeni. Wiecznie. Przez całą wieczność. Rozumiesz?

  • To znaczy, że trzeba zacząć tak jakby na Kwadracie Pierwszym?

  • Dokładnie.

  • Ale to przecież na nic! Miną całe lata, zanim ktoś jeszcze się tu zjawi!

  • Wieki – poprawił go Rincewind. – Milenia. Łona. A potem czekają cię różne wojny, potwory i reszta. Większa część historii jest dość przerażająca, kiedy się jej dokładnie przyjrzeć. Albo nawet niezbyt dokładnie.

  • Ale przecież ja chciałem...chciałem żyć wiecznie od teraz – tłumaczył gorączkowo Eryk. – To znaczy od wtedy. Popatrz tylko, co to za miejsce. Żadnych dziewczyn. Żadnych ludzi. Nic do roboty w sobotni wieczór.

  • Jeszcze tysiące lat nie będzie sobotnich wieczorów. Tylko wieczory.

  • Masz natychmiast mnie stąd zabrać. Rozkazuję ci! Precz!

  • Powiedz to jeszcze raz, a dostaniesz w ucho – zagroził Rincewind.

  • Przecież wystarczy ci pstryknąć palcami!

  • Nie zadziała. Miałeś swoje trzy życzenia. Przykro mi.

  • To co mam teraz zrobić?

  • No... Jeśli zobaczysz jak coś wypełza z morza i próbuje oddychać, mógłbyś mu wytłumaczyć, żeby dało sobie spokój.

  • Myślisz pewnie, że to zabawne?

  • Dość śmieszne, jeśli się zastanowić – przyznał Rincewind z nieruchomą twarzą.

  • Przez lata ten żart pewnie ci się znudzi – uznał Eryk.

  • Co?

  • Przecież nigdzie się nie wybierasz, prawda? Musisz tu ze mną zostać.

  • Bzdura! Ja...

Rincewind rozejrzał się zrozpaczony. Ja co, pomyślał.

Fale obmywały łagodnie brzeg - w tej chwili niezbyt silne, gdyż dopiero orientowały się w terenie. Ostrożnie zbliżał się pierwszy przypływ. Nie było jego śladów na piasku, tej falistej linii wyschniętych wodorostów i muszli, które pozwoliłyby zgadnąć, do czego może być zdolny. Powietrze pachniało czystością; pachniało powietrzem, które, które nie poznało jeszcze wyziewów leśnego podłoża ani zawiłości rozstrojonego systemu trawiennego.

Rincewind dorastał w Ankh – Morpork. Lubił powietrze, które bywało już tu i ówdzie, które poznało ludzi, w którym się żyło.


  • Musimy wracać – oznajmił z naciskiem.

  • Cały czas to powtarzam – odparł Eryk tonem nadwerężonej cierpliwości.

Rincewind odgryzł jeszcze kęs kanapki. Wiele razy patrzył Śmierci prosto w twarz, a raczej Śmierć patrzył jemu prosto w tył gwałtownie oddalającej się głowy. Lecz nagle perspektywa wiecznego życia nie wydała mu się tak atrakcyjna. Oczywiście, mógłby poznać rozwiązania wielkich, ważnych problemów, na przykład jak powstało życie i wszystkich innych... Jednak jako sposób spędzania całego wolnego czasu, aż do kolejnej nieskończoności, nie wytrzymał on porównania ze spokojną wieczorną przechadzką ulicami Ankh.

Ale za to zyskał przodka. To już coś. Nie każdy przecież ma przodków. I co w takiej sytuacji uczyniłby jego przodek?

Nie było go tutaj.

No tak, oczywiście, ale poza tym na pewno by... na pewno by użył swego strategicznie wyćwiczonego umysłu, by rozważyć dostępne narzędzia. To właśnie by zrobił.

Rincewind miał: obiekt pierwszy, jedna wpół zjedzona kanapka z jajkiem i rzeżuchą. Całkiem na nic. Wyrzucił ją.

Miał: obiekt drugi, siebie. Odhaczył się na piasku. Nie był pewien, na co może się przydać, ale jeszcze się nad tym zastanowi.

Miał: obiekt trzeci, Eryk. Trzynastoletni demonolog i epicentrum ataku trądziku młodzieńczego

To chyba wszystko.

Przez chwilę wpatrywał się w czysty, świeży piasek. Bezwiednie kreślił coś palcem.

A potem powiedział spokojnie:



  • Eryku. Pozwól tu na chwilę...


1   2   3   4   5   6   7   8   9


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość