Strona główna

Terry pratchett


Pobieranie 387.64 Kb.
Strona8/9
Data18.06.2016
Rozmiar387.64 Kb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9

Fale były o wiele silniejsze. Załapały już o co chodzi z pływami i teraz sprawdzały, jak sobie radzą z przybojem

Astfgl zmaterializował się w chmurze dymu.



  • Aha! – zawołał, ale nie wypadło to najlepiej, gdyż nie było nikogo, kto mógłby go usłyszeć.

Zauważył odciski stóp na piasku. Całe setki. Zakręcały tam i z powrotem, jakby coś prowadziło gorączkowe poszukiwania. I znikały.

Pochylił się. Trudno było je rozpoznać przy wszystkich tych śladach, falach i wietrze, ale na samej granicy morskiej piany znalazł wyraźne ślady magicznego kręgu

Astfgl wypowiedział klątwę, która piasek wokół przetopiła w szkło. I zniknął.

Przypływ nie przerwał pracy. Kawałek dalej ostatnia fala sięgnęła do zagłębienia między głazami. Nowiutkie słońce świeciło tu na nasiąknięte wodą resztki na wpół zjedzonej kanapki z jajkiem i rzeżuchą. Przewrócił ją prąd cofającej się fali. Tysiące bakterii znalazło się nagle w ognisku eksplozji smaku. Zaczęły mnożyć się jak szalone.

Gdyby tylko było tam trochę majonezu... Całe życie mogłoby okazać się całkiem inne. Może bardziej pikantne, może z niewielkim dodatkiem śmietany.

Podróże z pomocą magii mają poważne wady. Człowiek ma uczucie, że żołądek zostaje w tyle. A umysł wypełnia groza, ponieważ cel zawsze jest odrobinę niepewny. Nie znaczy to, że można trafić dokądkolwiek. “Dokądkolwiek” reprezentuje mocno ograniczony zakres możliwości w porównaniu z miejscami, do których może przenieść magia. Sama podróż jest łatwa. Prawdziwa sztuka to osiągnięcie celu, w którym – na przykład – uda się przeżyć we wszystkich czterech wymiarach równocześnie.

Margines błędu był tak ogromny, że przybycie do całkiem zwyczajnej, wysypanej piaskiem jaskini wzbudziło niemal rozczarowanie.

W ścianie jaskini tkwiły drzwi.

Bez wątpienia były to drzwi złowieszcze. Wyglądały, jakby ich budowniczy przestudiował wszystkie drzwi ciemnic i lochów, po czym wziął się do pracy i stworzył – można powiedzieć – pełną wizualną symfonię. Bardziej przypominały portal. Na pokruszonym szczytowym łuku zostało wyryte jakieś pradawne, zapewne przerażające ostrzeżenie. Jednak odczytanie nie było mu przeznaczone, gdyż ktoś zakleił je jasnoczerwoną kartką z białym napisem “nie musisz być przeklętym, żeby tu pracować. Ale to pomaga!!!”

Rincewind raz tylko na nią zerknął.


  • Oczywiście umiem to przeczytać – stwierdził. – Ale zwyczajnie w to nie wierzę. Wielokrotne wykrzykniki – ciągnął dalej, kręcąc głową – są pewne oznaki chorego umysłu.

Obejrzał się. Rozjarzone linie magicznego kręgu Eryka zamigotały i zgasły.

  • Wiesz, nie jestem wybredny – powiedział. – Miałem tylko wrażenie, że obiecałeś zabrać nas z powrotem do Ankh. To nie jest Ankh. Poznaje po pewnych drobnych szczegółach, jak choćby migotanie czerwonych cieni na ścianach jaskini i daleki krzyki. W Ankh krzyki rozlegają się na ogół z bliższej odległości – dodał.

  • Dobrze, że w ogóle udało się go uruchomić – naburmuszył się Eryk. – Podobno magiczny krąg nie może działać na odwrót. W teorii oznacza to, że ty stoisz wewnątrz, a rzeczywistość przesuwa się dookoła. Bardzo dobrze sobie poradziłem. Rozumiesz – w głosie chłopca zawibrował entuzjazm – jeśli przepisać kodeks źródłowy i ... to najtrudniejsze... przefazować go przez wysoki poziom...

  • Tak, tak bardzo sprytne, co tez jeszcze ludzie wymyślą – przerwał mu Rincewind. – Jest tylko pewien problem. Widzisz, całkiem możliwe, że trafiliśmy do Piekła.

  • Tak?

Brak reakcji Eryka trochę go zaskoczył.

  • No wiesz – dodał. – takie miejsce z demonami w środku.

  • Tak?

  • Na ogół przyjmuje się, że jest to dobre miejsce, żeby się w nim znaleźć.

  • Myślisz, że uda się im to wytłumaczyć?

Rincewind zastanowił się. Najkrócej mówiąc, nie był pewien, co mogą z nim zrobić demony. Ale wiedział, co mogą zrobić ludzie. A po całym życiu spędzonym w Ankh- Morpork, Piekło może się okazać wcale nie gorsze. A na pewno cieplejsze.

Przyjrzał się kołatce. Była czarna i przerażająca, co zresztą nie miało znaczenia, gdyż była również zawiązana, a zatem nie nadawała się do użytku. Obok niej, z wszelkimi znakami niedawnej instalacji, ktoś nie wiedział, co robi i nie chciał tego robić, w podrapanym drewnie tkwił czerwony przycisk. Rincewind na próbę dźgnął go palcem

Dźwięk, jaki się rozległ, mógł być kiedyś popularną melodią, może nawet napisaną przez zdolnego kompozytora, na którego przez jeden ekstatyczny moment spłynęła muzyka sfer. Teraz jednak zabrzmiał po prostu: bing –BONG – ding – DONG.

Byłoby też niedbałym wykorzystaniem słownika nazwanie “koszmarną” istoty, która otworzyła drzwi. Koszmary wyglądają zwykle niezbyt sensownie i trudno jest komukolwiek wytłumaczyć, co jest tak przerażającego w fakcie, że czyjeś skarpety nagle ożyły, albo w gigantycznych marchewkach wyskakujących zza żywopłotu. Ta istota była tego rodzaju straszliwą istotą, jaka może zostać stworzona przez kogoś, kto długo siedzi i bardzo wyraźnie snuje potworne myśli. Miała więcej macek niż nóg, ale mniej ramion niż głów.

Miała też identyfikator.

Napis na nim głosił: “nazywam się Urglefloggah, Pomiot Otchłani i Odrażający Strażnik Wrót Strach. W czym mogę pomóc?”



Nie była tym zachwycona.

  • Czego? – warknęła.

Rincewind wciąż czytał napis na identyfikatorze.

  • A w czym możesz pomóc? – zapytał osłupiały.

Urglefloggah, trochę podobny do zmarłego tragicznie Quelcamisoatla, zgrzytnął niektórym zębami.

  • Witamy – zaczął tonem kogoś, kogo cierpliwie wyuczył roli ktoś inny, z rozpalonym do czerwoności drągiem w ręku. – Jestem Urglefloggah, Podmiot Otchłani i dzisiaj będę waszym przewodnikiem... Niech wolno mi będzie jako pierwszemu powitać was w naszych luksusowo wyposażonych...

  • Chwileczkę – wtrącił Rincewind.

  • ...pamiętając o waszej wygodzie...

  • Coś się tu nie zgadza – stwierdził Rincewind.

  • ... w pełni uwzględniając życzenia WASZE, naszych klientów... – kontynuował demon ze stoickim spokojem.

  • Przepraszam bardzo! – zawołał Rincewind.

  • ... możliwie przyjemnym – zakończył Urglefloggah. Gdzieś z głębi gąszczu macek wydobył się głos podobny do westchnienia ulgi. Po raz pierwszy demon sprawiał wrażenie, że słucha. – Tak? Czego? – zapytał.

  • Gdzie jesteśmy? – chciał wiedzieć Rincewind.

Liczne usta wykrzywiły się radośnie

  • Rżyjcie, śmiertelni!

  • Co? Jesteśmy w stajni?

  • Drżyjcie i pełzajcie, śmiertelni! – poprawił się demon. – Bowiem zostaliście skazani na wiecz... – Przerwał nagle i jęknął cicho. – Czeka was krótka terapia korekcyjna – poprawił się znowu, wypluwając kolejne słowa. – mamy nadzieję, że zdołamy uczynić ją przyjemną i pouczającą, zachowując w należytej powadze wszelkie prawa WAS, naszych klientów.

Kilkorgiem oczy spojrzał na Rincewinda.

  • Okropne, prawda? – odezwał się normalniejszym głosem. – To nie moja wina. Gdyby to ode mnie zależało, mielibyście znowu te płonące cosie w czymś tam. Szybko i sprawnie

  • To jest Piekło, prawda? – spytał Eryk. – Widziałem obrazki.

  • Masz rację – przyznał żałośnie demon. Usiadł, a każdym razie złożył się w niepojęty sposób. – Kiedyś było inaczej. Osobista obsługa. Ludzie czuli, że się nimi interesujemy, że nie są numerami na liście, ale tymi... ofiarami. Mieliśmy bogate tradycje. Akurat Go to obchodzi. Ale po co opowiadam wam o swoich kłopotach. Macie dość własnych, skoro nie żyjecie i trafiliście tutaj. Nie jesteście przypadkiem muzykami?

  • Nie jesteśmy nawet mar... – zaczął Rincewind.

Demon nie słuchał go, lecz ruszył ciężko wilgotnym korytarzem, machając, by szli za nim.

  • Gdybyście byli muzykami, naprawdę byście to znienawidzili. To znaczy znienawidzili bardziej. Ściany przez cały dzień wygrywają muzykę. Znaczy, On nazywa to muzyką. Nie mam nic przeciwko jakiejś niezłej melodyjce... Czemuś, przy czym można powrzeszczeć. Ale to nie to. Słyszałem, że powinniśmy mieć najlepsze melodie, więc czemu słuchamy czegoś, co brzmi jakby ktoś uruchomił pianino, a potem sobie poszedł i je zostawił?

  • Chciałem zaznaczyć...

  • I jeszcze doniczki. Nie zrozumcie mnie źle, przyjemnie jest mieć tu coś zielonego. Chłopcy mówią czasem, że te rośliny nie są prawdziwe. Ale ja myślę, że muszą być, bo kto przy zdrowych zmysłach zrobiłby roślinę, która wygląda jak ciemnozielona skóra i cuchnie jak zdechły leniwiec. On twierdzi, że nadają pomieszczeniom przyjazny i zachęcający wygląd. Przyjazny i zachęcający! Widziałem już twardych ogrodników, którzy załamywali się i płakali! Mówię wam, twierdzili, że wszystko, co z nimi potem zrobimy, to zamiana na lepsze!

  • Martwi jeszcze nie... – odezwał się Rincewind, usiłując wbić słowa w szczelinę nieskończonego monologu stwora. Nie zdążył jednak.

  • Automat do kawy, owszem, automat jest niezły. Muszę przyznać. Dotąd topiliśmy tylko ludzi w jeziorach kociego moczu, ale nie zmuszaliśmy ich, żeby go kupowali na kubki

  • Nie jesteśmy martwi! – krzyknął Eryk.

Urglefloggah zatrzymał się niepewnie.

- Oczywiście, że jesteście – rzekł. Inaczej by was tu nie było. Nie wyobrażam sobie, żeby tu przyszli żywi ludzie. Nie przetrwaliby nawet pięciu minut. – Otworzył kilka paszcz, demonstrując kolekcję kłów. – Hua hua – dodał. – Gdybym tu złapał żywych ludzi...

Rincewind nie na darmo przeżył długie lata w paranoidalnych kompleksach Niewidocznego Uniwersytetu. Czuł się niemal jak w domu. Odruchy zadziałały z niewyobrażalną precyzją.


  • Chcesz powiedzieć, że nikt cię nie uprzedził?

Trudno było stwierdzić, że wyraz twarzy Urglefloggaha się zmienił, ponieważ trudno byłoby ustalić, która z jego części jest wyrazem twarzy. Stanowczo jednak otoczyła go aura nagłej, urażonej niepewności.

  • O czym nie uprzedził? – zapytał.

Rincewind obejrzał się na Eryka.

  • Można by się spodziewać, że zawiadomią, kogo trzeba. Nie sądzisz?

  • Zawiadomią o ...aargh! – Eryk chwycił się za kostkę.

  • To całe nowoczesne kierownictwo...- Twarz Rincewinda emanowała oburzeniem i troską. – Idą z postępem, wprowadzają te zmiany, te nowe zasady, ale czy zapytają ludzi, tworzących szkielet...

  • ...egzoszkielet... – poprawił go demon.

  • ... czy inną wapienną lub chitynową strukturę organizacji? – dokończył płynnie Rincewind. Czekał niecierpliwie, ponieważ wiedział, co za chwilę nastąpi.

  • Akurat – rzekł Urglefloggah. – Za bardzo są zajęci czytaniem notatek służbowych, ot co.

  • Uważam, że to obrzydliwe.

  • A wiesz – podjął Urglefloggah. – Nie zabrali mnie na wycieczkę Klubu 18 000- 30 000. Powiedzieli, że jestem za stary i będę psuł zabawę.

  • Do czego dochodzi na tamtym świecie – westchnął Rincewind ze współczuciem.

  • I nigdy tutaj nie schodzą. – Demon, przygarbił się. – Nigdy mi nic nie mówią. O tak, bardzo ważne zajęcie, pilnować tej przeklętej bramy. Bardzo ważne. Akurat.

  • Słuchaj – przerwał mu Rincewind. – Może szepnąłbym komuś słówko...

  • Siedzę tu na dole na okrągło, a ich widuję tylko...

  • Może pogadamy z kim trzeba?

Demon pociągnął kilkoma nosami równocześnie.

  • A mógłbyś? – zapytał.

  • Z przyjemnością – obiecał Rincewind.

Urglefloggah poweselał trochę, ale na wszelki wypadek ni za bardzo.

  • Na pewno nie zaszkodzi – mruknął.

Rincewind zebrał się na odwagę i poklepał stwora po tym, co – miał rozpaczliwą nadzieję – było plecami.

  • Nie martw się o to – powiedział.

  • To bardzo uprzejmie z twojej strony.

Rincewind spojrzał na Eryka ponad roztrzęsioną górą macek.

  • Musimy już iść – rzekł. – Nie możemy się spóźnić na spotkanie.

Nad głową demona machał do chłopca gorączkowo.

Eryk wyszczerzył zęby.



  • A tak, spotkanie – powiedział.

Odeszli szerokim tunelem. Eryk zachichotał histerycznie.

  • Czy teraz uciekamy? – spytał.

  • Teraz idziemy spokojnie – odparł Rincewind. – Zwykły spacer. Przede wszystkim należy zachowywać się nonszalancko. Najważniejsze jest wyczucie czasu.

Spojrzał na Eryka.

Eryk spojrzał na niego.

Za nimi Urglefloggah wydał z siebie dźwięk z rodzaju wreszcie-to-wszystko-zrozumialem.


  • Mniej więcej teraz? – spytał Eryk.

  • Mniej więcej teraz będzie odpowiednie. Tak.

Zaczęli uciekać.

Piekło okazało się całkiem inne, niż oczekiwał Rincewind, choć dostrzegał oznaki tego, czym było kiedyś: jakiś wypalony żużel w kącie, ślad ognia na suficie... Panował upał – żar, jaki powstaje, kiedy powietrze grzeje się w piekarniku przez lata...

Piekło, jak ktoś zasugerował, to inni.

Ten fakt wciąż zaskakiwał wielu pracujących tu demonów, którzy zawsze uważali, że Piekło to wbijanie w ludzi ostrych przedmiotów, spychanie ich do jezior krwi i tak dalej. To dlatego, że demony – podobnie jak większość ludzi – nie pojmują różnicy między ciałem i duszą.

Problem w tym, co zauważał już chmary piekielnych władców, że istnieją pewne granice bólu, jaki można zadać duszy za pomocą – na przykład – rozżarzonych do czerwoności obcęgów. Nawet całkiem złe i zepsute dusze mają zwykle dość rozumu, by uświadomić sobie, że wobec braku umocowanych do nich ciał i odpowiednich zakończeń nerwowych, nie ma właściwie powodu – poza siłą przyzwyczajeń – do odczuwania nieznośnych cierpień. Więc przestawały. Demony dalej robiły swoje, ponieważ tępa i bezmyślna głupota jest częścią tego fachu, ale skoro nikt nie cierpiał, nie bawiło ich to specjalnie i cała robota okazała się bezsensowna. I tak mijały kolejne wieki bezsensu.

Astfgl wykorzystał, nie całkiem tego świadom, zupełnie nowe podejście.

Demony potrafią przemieszczać się między wymiarami. I w trakcie takiej podróży Astfgl znalazł całkiem przyzwoity odpowiednik jeziora krwi, nadający się dla duszy. Uczcie się od ludzi, powtarzał piekielnej arystokracji. Uczcie się od ludzi. To zdumiewające jak wiele można się od nich nauczyć.

Weźmy dla przykładu, pewien rodzaj hotelu. Jest to prawdopodobnie angielska wersja amerykańskiego hotelu, ale funkcjonująca z tym szczególnym angielskim geniuszem, który potrafi wziąć coś amerykańskiego i usunąć z niego jedyny sensowny element. W ten sposób pojawiły się powolne bary szybkiej obsługi, brytyjskie country – and – western oraz takie właśnie hotele.

Jest to normalny dzień roboczy. Bar, a właściwie stół z jasnoróżowym blatem i ustawionym w rogu bezsensownym wiaderkiem na lód, otworzą dopiero za parę godzin. Dodajmy jeszcze deszcz i niech jedyną stacją odbieraną przez tutejszy telewizor będzie walijski Kanał Czwarty, pokazujący typowy nieskończony Eisteddfood, ludowy festiwal z Pant-y-gyrdl. W hotelu jest tylko jedna książka, pozostawiona przez poprzednią ofiarę. To jedna z tych, gdzie nazwisko autora na okładce wydrukowane jest wypukłymi złotymi literami, o wiele większymi niż tytuł. Zapewne jest na niej również róża i pocisk. Brakuje połowy strony.

A jedyne kino w mieście wyświetla coś z napisami i kolorowymi parasolkami.

Potem zatrzymujemy czas, ale doświadczenie płynie dalej, aż wydaje się, ze sam kurz na dywanie podnosi się wolno i wypełnia mózg, a ustach pojawia się smak starej protezy.

I trwa to długo, dłużej, wiecznie. To dużo dłużej niż od teraz do otwarcia baru.

Następnie wydestylujmy to.

Oczywiście, na świecie Dysku brakuje pewnych wymienionych powyżej elementów, ale nuda jest zjawiskiem uniwersalnym, a Astfgl uzyskał w piekle jej wyjątkową odmianę, to znaczy taką nudę, że a) trzeba za nią płacić i b) trwa wtedy, kiedy człowiek teoretycznie powinien się nieźle bawić.

Groty otwierające się przed Rincewindem pełne były mgły i gustownych ścianek działowych. Od czasu do czasu spomiędzy palm w doniczkach rozbrzmiewały wrzaski znudzenia; na ogół jednak panowało to straszliwe otępiające milczenie ludzi, którzy od samego jądra aż po skórę zostają zredukowani do poziomu twarogu.



  • Nie rozumiem – stwierdził Eryk. – Gdzie są kotły? Gdzie płomienie? Gdzie... – dodał z nadzieją – sukkuby?

Rincewind zerknął na najbliższy eksponat.

Na brzegu płytkiej jamy siedział ponury demon, którego identyfikator stwierdzał, że jest to Azaremoth, Fetor Psiego Oddechu, a ponadto wyrażał nadzieję, że czytelnik będzie miał przyjemny dzień, W dole leżał głaz, a do niego przykuty był człowiek.

Obok więźnia przysiadł, bardzo z wyglądu znużony, ptak. Rincewind sądził, że papuga Eryka miała ciężką dolę, ale tego ptaka los najwyraźniej przekręcił przez Wyżymaczkę Życia. Sprawiał wrażenie, jakby najpierw został oskubany, a potem wetknięto mu pióra z powrotem.

Ciekawość przezwyciężyła zwykłe tchórzostwo maga.



  • O co tu chodzi? – zapytał. – Co się dzieje z tym człowiekiem?

Demon przestał machać nogami nad jamą. Nie pomyślał nawet, by spytać, skąd się tu wziął Rincewind. Założył, że nie znalazłby się tutaj, gdyby nie został uprawniony. Alternatywa była wprost niewiarygodna

  • Nie wiem, co takiego zrobił – odparł. – Ale kiedy zacząłem tu pracować, za karę leżał przykuty do skały, a orzeł przylatywał codziennie i wydziobywał mu wątrobę. Standard.

  • Ale teraz chyba go nie atakuje.

  • Nie. To się zmieniło. Teraz przylatuje codziennie i opowiada o swojej operacji przepukliny. Przyznaję, że to skuteczne – przyznał ze smutkiem demon. – Ale ja nie nazwałbym tego torturą.

Rincewind odwrócił się szybko. Zdążył jeszcze dostrzec wyraz śmiertelnej agonii na twarzy ofiary. To było straszne.

Czekały ich jednak rzeczy jeszcze gorsze. W kolejnej jamie kilkoro zakutych w łańcuch i jęczących głośno ludzi musiało oglądać serię obrazków. Stojący przed nimi demon czytał z kartki:



  • ... a to jak byliśmy w Piątym Kręgu; nie widać, gdzie mieszkaliśmy, trochę na lewo stąd; a tutaj ta zabawna para, którą tam spotkaliśmy; nie uwierzycie, ale mieszkali na Lodowych Równinach Zguby, drzwi w drzwi...

Eryk spojrzał na Rincewinda.

  • On im pokazuje swoje obrazki z wakacji? – zapytał zdumiony.

Obaj wzruszyli ramionami i odeszli, kręcąc głowami.

Natrafili na niewysokie wzgórze. U jego stóp leżał okrągły głaz. Obok siedział człowiek w kajdanach, z rozpaczą kryjący twarz w dłoniach. Krępy zielony demon stał przy nim i uginał się pod ciężarem gigantycznej księgi.



  • O tym słyszałem – oświadczył Eryk. – On wziął i sprzeciwił się bogom, czy coś w tym rodzaju. Musi wpychać głaz na górę, chociaż ten ciągle się stacza.

Demon podniósł głowę.

  • Ale najpierw – zapiszczał - musi wysłuchać Przepisów Niebezpieczeństw i Braku Higieny Pracy dotyczących Podnoszenia i Przenoszenia Ciężkich Przedmiotów.



Dokładniej: 93 tomu Komentarzy. Same Przepisy zajmowały kolejne 1440 tomów. To znaczy ich część I.

Rincewind zawsze lubił nudę. Cenił ją choćby dlatego, że występowała tak rzadko. Miał wrażenie, że te nieczęste chwile, kiedy nie był ścigany, więziony czy uderzany, to te, kiedy był zrzucany z różnych rzeczy. I wprawdzie długie spadanie w dół zawsze wyglądało dość podobnie, trudno by jednak nazwać je “nudnym”. Jedyny okres, który potrafił wspominać z pewną przyjemnością, to krótki okres pracy na stanowisku pomocnika bibliotekarz na Niewidocznym Uniwersytecie. Nie miał tam wiele do roboty poza czytaniem książek, dbaniem o niezakłócone dostawy bananów i z rzadka pomoc przy wyjątkowo opornym tomie zaklęć.

Dopiero teraz uświadomił sobie, co sprawiało że nuda wydawała mu się atrakcyjna. To świadomość, że tuż za rogiem dzieją się gorsze rzeczy, rzeczy niebezpiecznie ekscytujące, a on sam nie ma z nimi nic wspólnego. Aby nuda była przyjemna, musi istnieć coś, z czym można ją porównać.

Podczas gdy tutaj widział tylko nudę na kolejnej nudzie, raz po raz zwijającą się w pierścień, aż stawała się ciężkim, rozpędzonym młotem, paraliżującym wszelkie myśli i palny, rozbijającym wieczność w cos podobnego do flaneli.


  • To potworne – oświadczył.

Mężczyzna w kajdanach uniósł poszarzałą twarz.

  • Mnie to mówisz? – mruknął. – Kiedyś lubiłem wpychać tę kulę na szczyt. Można było przystanąć i pogadać, popatrzyć, co się dzieje, wypróbować różne chwyty i w ogóle. Byłem atrakcją turystyczną, ludzie pokazywali mnie palcami... Nie mówię, że to przyjemne, ale dawało jakiś cel w życiu po śmierci.

  • A ja mu pomagałem – wtrącił demon głosem ochrypłym od nagłego wzburzenia. – Pomagałem ci czasem, nie? Powtarzałem różne plotki i takie tam...I podtrzymywałem na duchu, kiedy kamień się staczał. Mówiłem: “Ops, znowu się łobuz poturlał”, a on odpowiadał “A niech go”. Przeżyliśmy razem, nie ma co. Piękne to były czasy. - Wytarł nos.

Rincewind odchrząknął.

  • To nie do wytrzymania – westchnął demon. – Kiedyś byliśmy tu szczęśliwi. Nikogo za bardzo nie męczyłem, a poza tym tworzyliśmy zgrany zespół.

  • W tym rzecz – zgodził się potępieniec w kajdanach. – Człowiek wiedział, że jeśli tylko nie podpadnie, ma szansę kiedyś stąd wyjść. A wiecie, że raz w tygodniu przerywamy to i muszę chodzić na zajęcia praktyczne?

  • To chyba miło – wtrącił niepewnie Rincewind.

Mężczyzna zmrużył oczy.

  • Wyplatanie z wikliny? – jęknął.

  • Siedzę tu osiemnaście stuleci, od małego chochlika – burknął demon. – Poznałem swój fach. Poznałem dobrze. Osiemnaście tysięcy ciężkich lat przy widłach... A teraz to. Czytać...

Fala dźwiękowa wprawiła w wibrację całe Piekło.

  • Ojoj – pisnął demon. – To On. Wrócił. I jest wściekły. Lepiej się nie wychylać.

I rzeczywiście, we wszystkich kręgach Hadesu demony i potępieni jęknęli chórem, powracając do swych osobistych piekieł.

Zimny pot zlazł człowieka w kajdanach.



  • Posłuchaj Vizzimth – powiedział. – czy nie moglibyśmy tak no...przeoczyć jednego czy dwóch paragrafów?

  • To moja praca – odparł zbolałym głosem demon. – Wiesz przecież, że On sprawdza. To więcej warte, niż tu zarabiam... – Skrzywił się smętnie w stronę Rincewinda i delikatnie poklepał szponem szlochającego więźnia. – Wiesz co? – zaproponował łagodnie. – Pominę kilka podpunktów.

Rincewind ujął Eryka za bezwładne ramię.

  • Lepiej już chodźmy – powiedział cicho.

  • Straszne – stwierdził Eryk, kiedy się oddalili. – takie rzeczy psują złu opinię.

  • Hm – mruknął Rincewind.

Nie podobało mu się, że On wrócił i że jest wściekły. Jeśli cokolwiek tak ważnego, że zasługiwało na wielkie litery, gniewało się w pobliżu Rincewinda, zwykle gniewało się na niego.

  • Skoro tak dużo wiesz o Piekle – powiedział – to może pamiętasz, jak się stąd wydostać?

Eryk poskrobał się w głowę.

  • Pomaga, jeśli ktoś jest dziewczyną – stwierdził – Zgodnie z efebiańskimi mitami, pewna dziewczyna schodzi tu każdej zimy.

  • Żeby się rozgrzać?

  • Z opowieści wynika, że ona raczej stwarza zimę. Coś w tym rodzaju.

  • Znałem takie kobiety. – Rincewind z mądrą miną pokiwał głową.

  • Albo pomaga, jeśli ktoś ma coś do grania.

  • To chyba łatwiejsze. Moglibyśmy rzucać monetą...

  • Do grania muzyki. Najlepiej lirę.

  • Aha.

  • A kiedy, kiedy... kiedy się już wyjdzie, nie można oglądać się za siebie... I chyba trzeba jakoś uwzględnić owoce granatu, bo... bo inaczej człowiek zamieni w kawał drzewa.

  • Nigdy się nie oglądam – zapewnił stanowczo Rincewind.. – To podstawowa zasada ucieczki: nie oglądać się.

Coś zahuczało za nimi.

  • Zwłaszcza kiedy słyszysz głośny hałas – mówił dalej Rincewind. – Jeśli chodzi o tchórzostwo, właśnie to odróżnia ludzi od baranów. Ludzie uciekają natychmiast.

Chwycił poły swej szaty.

Potem biegli i biegli, aż usłyszeli znajomy głos.



  • Hej tam, chłopaki! Stójcie! Zdumiewające, gdzie to można spotkać starych przyjaciół!

A inny głos dodał:

  • Jakimtam? Jakimtam?


1   2   3   4   5   6   7   8   9


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość