Strona główna

Terry pratchett


Pobieranie 1.4 Mb.
Strona1/18
Data19.06.2016
Rozmiar1.4 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   18
TERRY PRATCHETT


Wyprawa Czarownic

Dedykuję wszystkim tym – bo dlaczego nie

którzy po publikacji „Trzech wiedźm” zasypali autora

swoimi wersjami tekstu piosenki o jeżu.

Co ja narobiłem...

Oto świat Dysku, sunący przez kosmos na grzbietach czterech słoni, które z kolei stoją na skorupie Wielkiego A’Tuina, nie­biańskiego żółwia.

Dawno, dawno temu taki wszechświat uważany był za niezwy­kły, a być może nawet całkiem niemożliwy.

Ale z drugiej strony... dawno, dawno temu wszystko było tak proste...

Ponieważ wszechświat był wtedy pełen ignorancji, a uczony przy­glądał mu się jak poszukiwacz schylony nad górskim potokiem i wy­patrujący złota wiedzy pośród żwiru głupoty, piasku niepewności i małych, wąsatych, ośmionożnych pływających stworków zabobonu.

Od czasu do czasu prostował się i wolał coś w rodzaju: „Hurra! Właśnie odkryłem trzecie prawo Boyle’a”. I wszyscy wiedzieli, na czym stoją. Problem w tym jednak, że ignorancja stała się ciekawsza, zwłaszcza ignorancja dotycząca spraw wielkich i ważnych, takich jak materia i kreacja. Ludzie zaprzestali cierpliwej budowy swych dom­ków z patyczków racjonalności wśród chaosu, a zaczęli się intereso­wać samym chaosem - po części dlatego, że o wiele łatwiej być eks­pertem od chaosu, ale głównie z tego powodu, że chaos skutkował naprawdę ładnymi deseniami, które można umieścić na koszulkach.

I zamiast zajmować się prawdziwą nauką1, uczeni zaczęli nagle tłumaczyć, że poznanie czegokolwiek jest niemożliwe i że nie ma czegoś takiego, co można by nazwać rzeczywistością, którą da się po­znawać, i jakie to wszystko strasznie ciekawe... A przy okazji, słysze­liście, że dookoła może latać mnóstwo różnych małych wszechświa­tów, tylko nikt ich nie widzi, bo są zakrzywione i zwinięte w sobie? Nawiasem mówiąc, ładna ta koszulka, prawda?

W porównaniu z czymś takim, spory żółw ze światem na grzbiecie jest całkiem zwyczajny. Przynajmniej nie udaje, że nie istnieje; nikt też na Dysku nie próbował tego nieistnienia udowodnić - by się przypad­kiem nie okazało, że ma rację i nagle znajdzie się zawieszony w ko­smicznej pustce. Dysk istnieje na samej granicy realności. Najmniejsze małe obiekty potrafią przebić się przez nią na drugą stronę. Dlatego na świecie Dysku ludzie traktują różne rzeczy z należytą powagą.

Na przykład opowieści.

Ponieważ opowieści są ważne.

Ludzie wierzą, że to oni wpływają na opowieści. Tymczasem jest odwrotnie.

Opowieści istnieją niezależnie od osób, które w nich występu­ją. Dla kogoś, kto o tym wie, wiedza to potęga.

Opowieści - szerokie, falujące wstęgi ukształtowanej czasoprze­strzeni - powiewały i rozwijały się w całym wszechświecie od począt­ków czasu. I ewoluowały. Najsłabsze wymarły, a najsilniejsze prze­trwały i z każdym powtórzeniem nabierały mocy... Opowieści, wijące się i płynące w ciemności.

Samo ich istnienie narzuca delikatny, ale trwały wzorzec cha­osowi, którym jest historia. Opowieści ryją rowki dość głębokie, by ludzie podążali nimi w taki sam sposób, w jaki woda spływa po zboczu pewnymi trasami. A za każdym razem, kiedy nowi aktorzy podą­żają ścieżką opowieści, rowek staje się głębszy.

Nazywa się to teorią przyczynowości narracyjnej i oznacza, że opo­wieść, kiedy już się zacznie, nabiera kształtu. Przejmuje wszelkie wibra­cje wszystkich innych swoich realizacji, jakie się kiedykolwiek zdarzyły.

Właśnie dlatego historia przez cały czas się powtarza.

I dlatego tysiąc bohaterów wykradło ogień bogom. Tysiąc wil­ków pożarło babcię, tysiąc księżniczek zostało pocałowanych. Mi­liony nieświadomych aktorów poruszało się mimowolnie po ścież­kach opowieści.

Jest już praktycznie niemożliwe, by trzeci i najmłodszy syn do­wolnego króla, wyruszywszy z misją, w której wcześniej zginęli jego starsi bracia, nie odniósł sukcesu.


***

Opowieści nie dbają o to, kto bierze w nich udział. Ważne jest tylko, by były opowiadane, by się powtarzały. Albo też, jeśli wolicie, można sobie to wyobrazić inaczej: opowieść to forma pasożytnicza, naginająca życie ludzi tak, by służyło jej samej2.

Trzeba bardzo szczególnej osobowości, by mogła się temu oprzeć i stać się sodą oczyszczoną historii.

Dawno, dawno temu...


***

Szare dłonie ujęły młot i uderzyły w słupek tak mocno, że, wbił się na całą stopę w miękką ziemię. Jeszcze dwa uderzenia i nie dało się go wyrwać.

Na drzewach wokół polanki ptaki i węże obserwowały wszyst­ko w milczeniu. W bagnie, niby plamy brudnej wody, dryfowały ali­gatory.

Szare dłonie podniosły poprzeczkę krzyża, umieściły na odpo­wiedniej wysokości i przywiązały lianami tak mocno, że aż trzesz­czało.

Przyglądała mu się. Po chwili przywiązała na szczycie krzyża ka­wałek lustra.

- Płaszcz - poleciła.

Wziął płaszcz i włożył na ramiona krzyża. Poprzeczka była tro­chę za krótka, więc ostatnie kilka cali rękawów zwisało pusto.

- I kapelusz - dodała.

Był wysoki, okrągły i czarny. Lśnił lekko.

Lustro błyszczało pomiędzy czernią kapelusza i płaszcza.

- Czy to podziała? - zapytał.

- Tak. Nawet lustra mają swoje odbicia. Musimy zwalczać lu­stra lustrami. - Zerknęła na smukłą białą wieżę za lasem. - Trzeba odszukać jej odbicie.

- Musi więc sięgnąć daleko.

- Tak. Przyda się każda pomoc. Rozejrzała się po łące.

Wezwała pana Tesco, lady Bon Annę, Hotalogę Andrewsa i Kro­czącego Szeroko. Prawdopodobnie nie byli najlepszymi bogami. Ale byli najlepsi, jakich potrafiła wymyślić.
***

To jest opowieść o opowieściach.

Albo o tym, co naprawdę znaczy być wróżką i matką chrzest­ną.

Ale też, zwłaszcza, o zwierciadłach i odbiciach.

W całym wszechświecie żyją prymitywne plemiona3, które nie ufają lustrom i obrazom. Uważają bowiem, że lustra kradną część duszy, a przecież tej duszy nikt nie ma aż tak dużo. Ludzie, którzy noszą więcej odzieży, twierdzą, że to przesądy. Twierdzą tak, mimo że ci, którzy przez całe życie pojawiają się na takich czy innych ob­razach, zwykle stają się chudzi i przezroczyści. Składa się to na karb przepracowania i niedożywienia.

Zwykły przesąd. Ale przesądy nie muszą być fałszywe.

Lustro może wessać skrawek duszy. Lustro może pomieścić od­bicie całego wszechświata, niebo pełne gwiazd w kawałku posre­brzonego szkła, nie grubszego niż tchnienie.

Kto rozumie lustra, ten rozumie prawie wszystko.

Spójrzmy w lustro...

...głębiej...

...na pomarańczowe światełko na nagim górskim wierzchołku, tysiące mil od roślinnego ciepła bagien...
***

Miejscowi nazywali ją Lisią Górą. Nie z powodu dużej liczby lisów, ale dlatego że była łysą górą. Fakt ten wywołał jednak sporo zyskownego zamieszania; w najbliższych wio­skach często pojawiali się przybysze uzbrojeni w kusze, sidła i wnyki, po czym wyniośle żądali przewodników, którzy doprowadzą ich do lisich stad. Większość miejscowych potrafiła całkiem nieźle się z te­go utrzymać - sprzedawali poradniki dla wędrujących po górze, mapy lisich siedlisk, ozdobne zegary z lisami wskazującymi godzinę, laski z lisią główką i ciastka wypiekane w kształcie lisa. Jakoś nikt nie znalazł czasu, żeby wyjaśnić nieporozumienie4.

Ta góra była chyba tak łysa, jak to tylko możliwe dla góry.

Większość drzew rezygnowała w połowie drogi na szczyt, do­kąd docierało tylko parę sosenek. Sprawiały wrażenie bardzo po­dobne do kilku pasemek włosów na czaszce kogoś łysego, kto nie chce się pogodzić z losem.

Było to miejsce, gdzie spotykały się czarownice.

Dziś w nocy na samym wierzchołku płonęło ognisko. W migo­tliwym świetle poruszały się ciemne sylwetki.

Księżyc sunął leniwie nad plamami chmur.

Wreszcie ktoś wysoki, w szpiczastym kapeluszu, powiedział:

- To znaczy, że wszystkie przyniosłyśmy tylko sałatkę ziemnia­czaną?
***

W Ramtopach pozostała jedna czarownica, która nie bra­ła udziału w sabacie. Oczywiście, czarownice lubią przyję­cia tak samo jak wszyscy inni, jednak ta konkretna miała dzisiaj ważniejsze spotkanie. I to nie takie, które można łatwo przesunąć na kiedy indziej.

Dezyderata Hollow pisała testament.

Kiedy Dezyderata Hollow była jeszcze małą dziewczynką, bab­cia udzieliła jej czterech ważnych rad, które miały pokierować jej krokami na zaskakująco krętych ścieżkach życia.

Oto te rady:

Nigdy nie ufaj psu z pomarańczowymi brwiami.

Zawsze zapisuj nazwisko i adres młodego człowieka.

Nigdy nie stawaj między dwoma lustrami.

I zawsze noś absolutnie czystą bieliznę, codziennie, bo nigdy nie wiesz, czy nie przewróci cię i nie stratuje na śmierć spłoszony koń, a kiedy ludzie zobaczą, że masz na sobie brudną bieliznę, umrzesz ze wstydu.

Później Dezyderata urosła i została czarownicą. Jedną z korzy­ści tego stanu jest, że człowiek dokładnie wie, kiedy umrze, więc może nosić taką bieliznę, na jaką ma ochotę5.

Działo się to osiemdziesiąt lat temu, gdy pomysł, że będzie do­kładnie wiedzieć, kiedy umrze, wydawał się całkiem atrakcyjny. Po­nieważ - w tajemnicy, oczywiście - dobrze wiedziała, że będzie żyła wiecznie.

To było wtedy.

A to było teraz.

Wieczność okazała się trwać o wiele krócej niż kiedyś.

Kolejna kłoda rozpadła się w kominku na popiół. Dezyderata nie zamawiała opału na zimę. Przecież nie warto.

Oczywiście, była jeszcze jedna rzecz...

Starannie owinęła wąski, długi pakunek. Złożyła liścik, zaadre­sowała i wsunęła pod sznureczek. Załatwione.

Rozejrzała się. Od trzydziestu lat była niewidoma, ale nie sprawia­ło jej to kłopotów. Los pobłogosławił ją -jeśli to właściwe określenie - darem jasnowidzenia. Kiedy więc zwykłe oczy przestały funkcjono­wać, nauczyła się widzieć teraźniejszość, i tak o wiele łatwiejszą od przyszłości. A że okultystyczna siatkówka nie jest uzależniona od świa­tła, Dezyderata oszczędzała na świecach. Każda sytuacja ma swoje do­bre strony, jeśli tylko wie się, gdzie patrzeć. W przenośni, oczywiście.

Na ścianie wisiało lustro. Ale oblicze w nim nie było twarzą De­zyderaty, zaróżowioną i krągłą. Wręcz przeciwnie.

- Umierasz, Dezyderato - oświadczyła kobieta w lustrze.

- Owszem.

- Zestarzałaś się. Takim jak ty zawsze się to zdarza. Twoja moc już prawie zanikła.

- To prawda, Lilith - zgodziła się spokojnie Dezyderata.

- I twoja magia przestaje ją chronić.

- Obawiam się, że tak.

- Czyli teraz pozostałam tylko ja i ta zła kobieta z bagien. I ja zwyciężę.

- Niestety, na to wygląda.

- Powinnaś znaleźć sobie następczynię.

- Nigdy nie miałam na to czasu. Nie wychodzi mi planowanie przyszłości.

Twarz w lustrze urosła - to postać zbliżyła się do swojej strony zwierciadła.

- Przegrałaś, Dezyderato Hollow.

- Tak bywa.

Dezyderata wstała trochę niepewnie i sięgnęła po serwetę.

Postać wyraźnie się irytowała. Pewnie uważała, że ludzie, którzy przegrywają, powinni być załamani, a nie zachowywać się tak, jak­by bawili się żartem zrobionym zwycięzcom.

- Czy ty w ogóle rozumiesz, co oznacza przegrana?

- Niektórzy bardzo wyraźnie mi to tłumaczyli - odparła Dezy­derata. - Żegnam, droga pani.

I zasłoniła zwierciadło serwetą.

Spod materiału dobiegło jeszcze gniewne syknięcie, a potem zapadła cisza.

Dezyderata stała przez chwilę nieruchomo, jakby zatopiona w myślach.

Potem uniosła głowę.

- Przed chwilą zagotowała się woda - powiedziała. - Może wy­pijesz filiżankę herbaty?

NIE, DZIĘKUJĘ, odezwał się glos za jej plecami.

- Od dawna czekasz?

OD ZAWSZE.

- Nie zatrzymuję cię, mam nadzieję.

TO SPOKOJNA NOC.

- Przygotuję herbatę. Zostało chyba jedno ciasteczko.

NIE, DZIĘKUJĘ.

- Gdybyś był głodny, to nad kominkiem stoi słój. To prawdziwy klatchiański wyrób, wiesz? Od prawdziwego klatchiańskiego garn­carza. Z Klatchu - dodała.

NAPRAWDĘ?

- Za młodu sporo podróżowałam.

TAK?


- Piękne czasy. - Dezyderata szturchnęła pogrzebaczem pale­nisko. - Taką miałam pracę, rozumiesz. Zresztą pewnie u ciebie jest podobnie.

TAK


- Nigdy nie wiedziałam, kiedy mnie wezwą. Ty, naturalnie, wiesz takie rzeczy. Głównie do kuchni... Zawsze jakoś trafiałam do kuchni. Czasem na bale, ale zwykle do kuchni. - Podniosła czajnik i nalała wrzątku do imbryka nad ogniem.

RZECZYWIŚCIE?

- Spełniałam ich życzenia.

Śmierć zdziwił się.

CO? TO ZNACZY... NA PRZYKŁAD ZABUDOWANE KRE­DENSY? NOWE ZLEWY? TAKIE RZECZY?

- Nie, nie. Życzenia ludzi. - Dezyderata westchnęła. - To wiel­ka odpowiedzialność, taka praca chrzestnej wróżki. Trzeba wiedzieć, gdzie się zatrzymać. No wiesz... Ludzie, którym spełnia się życze­nia, często okazują się nie całkiem mili. Czy więc powinno się im dać to, czego chcą, czy raczej to, czego potrzebują?

Śmierć uprzejmie skinął głową. Z jego punktu widzenia ludzie dostają to, co im się daje.

- Jak ta sprawa w Genoi... - zaczęła Dezyderata. Śmierć gwałtownie podniósł głowę.

GENOA?

- Znasz ją? No tak, oczywiście, że znasz...



JA... ZNAM WSZYSTKO, NATURALNIE.

Dezyderata rozmarzyła się wyraźnie. Jej wewnętrzny wzrok spo­glądał gdzieś daleko.

- Było nas dwie. Wiesz pewnie, że matki chrzestne zawsze wy­stępują parami. Ja i lady Lilith. Matka chrzestna ma wielką moc. To jak być częścią historii. W każdym razie urodziła się dziewczynka: z nieprawego łoża, ale wcale przez to nie gorsza. Nie chodzi o to, że nie mogli się pobrać, po prostu jakoś im to nie przyszło do głowy... I Lilith życzyła jej urody, władzy i żeby poślubiła księcia. Ha! Od tamtego dnia ciągle nad tym pracuje. Co mogłam zrobić? Nie moż­na się spierać z takimi życzeniami. Lilith zna potęgę opowieści. Zro­biłam co mogłam, ale to Lilith ma moc. Słyszałam, że sama rządzi miastem. Zmienia cały kraj, żeby opowieść mogła się spełnić. Te­raz i tak już za późno, przynajmniej dla mnie. Dlatego postanowi­łam przekazać odpowiedzialność. Tak to już jest z wróżkami chrzest­nymi. Nikt nie chce taką zostać. Oprócz Lilith, ma się rozumieć. Bzika ma i tyle. Dlatego posyłam kogoś innego. I tak chyba powin­nam wcześniej o tym pomyśleć.

Dezyderata miała dobre serce. Wróżki chrzestne osiągają głę­bokie zrozumienie ludzkiej natury, dzięki czemu te dobre stają się łagodne, a te złe potężne. Dezyderata nie należała do osób, które używają ostrych sformułowań. Ale można było mieć pewność, że wykorzystując stosunkowo delikatne określenie „ma bzika”, ma na myśli kogoś, kto jej zdaniem znalazł się już parę mil poza horyzon­tem obłędu i ciągle przyspiesza.

Nalała herbaty.

- To problem z jasnowidzeniem - mówiła dalej. - Człowiek wi­dzi, co się dzieje, ale nie wie, co to oznacza. Widziałam przyszłość. Jest tam kareta zrobiona z dyni, a to niemożliwe. Oraz woźnice z my­szy, co mało prawdopodobne. Jest też zegar wybijający północ i coś ze szklanym pantofelkiem. To wszystko się wydarzy, ponieważ tak właśnie działają opowieści. I wtedy pomyślałam sobie: znam kilka osób, które zmuszają opowieści, by działały na ich sposób.

Znowu westchnęła.

- Chciałabym sama pojechać do Genoi - wyznała. - Stęskni­łam się za ciepłem. I zbliża się Tłusty Wtorek. Za dawnych lat za­wsze odwiedzałam Genoę w Tłusty Wtorek.

Zapadła pełna wyczekiwania cisza.

Po chwili odezwał się Śmierć.

CHYBA NIE PROSISZ MNIE O SPŁNIENIE ŻYCZENIA?

- Ha! Nikt nie spełnia życzeń wróżki chrzestnej. - Dezyderata znów jakby spojrzała w głąb siebie. - Widzisz? Muszę wysłać je wszyst­kie trzy do Genoi. Muszą tam trafić, bo widziałam, że tam są. I ko­niecznie wszystkie trzy. To niełatwe z takimi osobami jak one. Mu­szę użyć głowologii. Muszę sprawić, żeby same się wysłały. Powiesz Esme Weatherwax, że ma gdzieś jechać, to z czystej przekory się nie ruszy. Ale jeśli jej powiesz, że nie wolno jej jechać, pobiegnie choćby po tłuczonym szkle. Tak już jest z Weatherwaxównymi. Nie umieją przegrywać.

Nagle przyszło jej do głowy coś zabawnego.

- Ale jedna z nich będzie się musiała nauczyć.

Śmierć milczał. Z jego punktu widzenia, pomyślała Dezydera­ta, przegrywanie to coś, czego każdy w końcu się uczy.

Dopiła herbatę. Potem wstała, ceremonialnym gestem wcisnę­ła na głowę szpiczasty kapelusz i wyszła przez kuchenne drzwi.

Kawałek za domem, między drzewami ktoś wykopał głęboki dół, do którego przewidująco wstawił krótką drabinę. Dezyderata zeszła na dno i z wysiłkiem wyrzuciła drabinę w krzaki. Położyła się. I usiadła.

- Pan Czert, troll, mieszka koło tartaku, ma bardzo dobre ce­ny na trumny. Jeśli nie przeszkadza ci sosna. NA PEWNO BĘDĘ O TYM PAMIĘTAŁ.

- Kazałam kłusownikowi Hurkerowi wykopać dla mnie ten dół - wyjaśniła Dezyderata. - W drodze do domu zajrzy tu jeszcze i go zasypie. Lubię porządek. Do dzieła, maestro.

SŁUCHAM? AHA, TAKIE POWIEDZENIE.

Wzniósł kosę.

Dezyderata Hollow odeszła na wieczny spoczynek.

- No tak - powiedziała. - To było łatwe. I co teraz?
***

A oto Genoa. Magiczne królestwo. Diamentowe miasto.

Szczęśliwa kraina.

W samym środku miasta między dwoma zwierciadłami stoi kobieta i przygląda się sobie, odbijanej w nieskończoność.

Same zwierciadła także stoją pośrodku ośmiokąta zbudowane­go z luster i otwartego na niebo, na najwyższej wieży w pałacu. Da­ją tyle odbić, że tylko z najwyższym wysiłkiem można odróżnić, gdzie kończą się lustra, a zaczyna prawdziwa osoba.

Nazywa się lady Lilith de Tempscire, choć w czasie swego dłu­giego i pełnego wydarzeń życia nosiła wiele imion. To coś, jak odkryta, czego człowiek uczy się bardzo wcześnie. Jeśli chce do czegoś dojść - a ona na samym początku postanowiła, by dojść tak daleko, jak to tylko możliwe - powinien traktować imiona lek­ko i gromadzić moc wszędzie, gdzie ją znajdzie. Pochowała trzech mężów, z których co najmniej dwóch było już martwych.

I trzeba dużo podróżować. Większość ludzi prawie wcale nie podróżuje. Wystarczy zmieniać kraje i imiona, a jeśli ma się odpo­wiedni sposób bycia, świat jest otwartym mięczakiem. Na przykład wystarczyło przejechać ledwie sto mil, by stać się lady.

Teraz nie zawaha się przed niczym...

Dwa główne zwierciadła stoją prawie, ale niezupełnie naprze­ciw siebie. Dzięki temu Lilith, zerkając przez ramię, może oglądać swoje obrazy powtarzające się wokół wszechświata w lustrze.

Wyczuwa siebie wlewającą się w siebie, pomnożoną przez nie­skończone odbicia.

W końcu wzdycha i opuszcza przestrzeń między lustrami. Efekt jest zadziwiający: obrazy wiszą za nią jeszcze przez chwilę jak trój­wymiarowe cienie, zanim się w końcu rozwiewają.

Zatem... Dezyderata umiera. Wścibski tłumok. Zasłużyła na śmierć. Nigdy nie rozumiała, jaką mocą dysponuje. Należała do osób, które boją się czynić dobro ze strachu, by kogoś nie skrzyw­dzić, które traktują wszystko z taką powagą, że raczej zadławią się moralnymi wątpliwościami, niż spełnią życzenie choćby jednej

mrówki.

Lilith patrzy w dół, na miasto. Teraz nic jej już nie powstrzy­ma. Ta głupia kobieta voodoo z bagna to tylko drobna przeszkoda. Niczego nie rozumie.



Nic już nie stoi na drodze do tego, co Lilith lubi najbardziej ze wszystkiego.

Do szczęśliwego zakończenia.


***

Sabat na szczycie nieco się uspokoi}. Malarze i pisarze zawsze mieli trochę przesadzone wyobra­żenia o tym, co dzieje się podczas sabatu czarownic. Wy­nika to z czasu spędzanego w niewielkich pomieszczeniach za spuszczonymi kotarami, zamiast na świeżym powietrzu.

Na przykład kwestia tańczenia nago. W klimacie umiarkowa­nym tylko kilka nocy w roku nadaje się do tańca bez ubrania - po­mijając nawet problem kamieni, ostów i nie wiadomo skąd się po­jawiających jeży.

Jest też cała ta sprawa z koziogłowymi bóstwami. Większość cza­rownic nie wierzy w bogów. Wiedzą naturalnie, że bogowie istnieją. Czasami ubijają z nimi różne interesy. Ale nie wierzą w nich. Zbyt dobrze ich znają. To tak jakby wierzyć w listonosza.

Albo jedzenie i picie - kawałki gadów i tak dalej. W rzeczywi­stości czarownice nawet nie próbują takich rzeczy. Najgorsze, co można powiedzieć o przyzwyczajeniach dietetycznych starszych cza­rownic, to skłonność do pierniczków maczanych w herbacie tak słod­kiej, że łyżeczka staje w niej sztorcem. I czasami piją tę herbatę ze spodeczka, jeśli uznają, że jest za gorąca. W dodatku wydają przy tym odgłosy aprobaty, zwykle kojarzone z tańszymi systemami insta­lacji wodnokanalizacyjnej. Nawet udka ropuchy i temu podobne specjały byłyby chyba lepsze niż coś takiego.

Albo rozważmy maści magiczne. Czystym przypadkiem malarze i pisarze mają tu trochę racji. Większość czarownic jest już w wieku, kiedy maści zaczynają być atrakcyjne. Przynajmniej dwie z obecnych dzisiaj miały na sobie słynne mazidło z gęsiego smalcu i szałwi bab­ci Weatherwax. Nie pozwalało ono latać ani nie sprowadzało wizji, ale chroniło od przeziębień. Choćby dlatego że przykry zapach, jaki powstawał około drugiego tygodnia stosowania, trzymał wszystkich w takiej odległości, że nie można było się od nich niczym zarazić.

I wreszcie same sabaty. Przeciętna czarownica z natury nie jest istotą towarzyską, przynajmniej jeśli chodzi o inne czarownice. Występuje konflikt dominujących osobowości. Czarownice przypomi­nają grupę przywódców pozbawionych zespołów do przewodzenia. Podstawowa niepisana zasada czarownictwa mówi: „Nie rób, co chcesz; rób, co ja mówię”. Naturalna liczebność konwentu wynosi jeden. Czarownice spotykają się tylko wtedy, kiedy nie mogą tego uniknąć.

Tak jak teraz.

Rozmowa, ze względu na nieobecność Dezyderaty, zeszła na pogłębiający się problem braku czarownic6.

- Jak to? Nikt? - upewniła się babcia Weatherwax.

- Nikt - potwierdziła babunia Brevis.

- To przecież straszne - orzekła babcia. - To obrzydliwe.

- Co? - wtrąciła matula Dismass.

- Mówi, że to obrzydliwe! - krzyknęła babunia Brevis.

- Co?

- Nie ma żadnej dziewczyny! Żeby zastąpiła Dezyderatę!



- Oj.

Wnioski powoli docierały do wszystkich.

- Gdyby któraś nie jadła skórek, to ja je wezmę - oznajmiła nia­nia Ogg.

- Za czasów mojej młodości takie rzeczy się nie zdarzały - stwierdziła babcia. - Zawsze było przynajmniej tuzin czarownic tyl­ko po tej stronie gór. Oczywiście, potem przyszło to... - skrzywiła się - ...szukanie sobie rozrywki. W dzisiejszych czasach za dużo jest tego szukania sobie rozrywki. Kiedy byłam dziewczyną, nie szukały­śmy sobie rozrywki. Nie miałyśmy czasu.

- Tempers fuggit - wtrąciła niania Ogg.

- Co?


- Tempers fuggit. To znaczy, że tamto było wtedy, a to jest teraz - wyjaśniła niania.

- Nie musisz mi o tym przypominać, Gytho. Sama wiem, kiedy jest teraz.

- Trzeba iść z duchem czasu.

- Niby dlaczego? Nie rozumiem, czemu...

- Czyli znowu musimy przesunąć granice - uznała babunia Brevis.

- To niemożliwe - zaprotestowała natychmiast babcia Weatherwax. - I tak już obsługuję cztery wioski. Miotła ledwie zdąży wysty­gnąć.

- No cóż, po odejściu matki Hollow zdecydowanie brakuje nam ludzi - przypomniała babunia Brevis. - Wiem, że niewiele ro­biła, bo miała inne obowiązki, ale przynajmniej była. A to jest naj­ważniejsze: być. Musi być miejscowa czarownica.

Cztery czarownice zapatrzyły się smętnie w ogień. No, w każ­dym razie trzy z nich się zapatrzyły. Niania Ogg, która zawsze wola­ła szukać w życiu jaśniejszych stron, robiła sobie grzankę.

- W Więcierskich Źródłach sprowadzili sobie maga - poinfor­mowała babunia Brevis. - Nie było komu objąć posady, kiedy ode­szła babcia Hopliss, więc posłali do Ankh-Morpork po maga. Praw­dziwego. Ma tam sklep i wszystko, i na drzwiach mosiężną tabliczkę. Z napisem „Mag”.

Czarownice westchnęły.

- Pani Singe odeszła - mówiła dalej babunia Brevis. - I babu­nia Peavey odeszła.

- Naprawdę? Stara Mabel Peavey? - wykrzyknęła niania Ogg wśród gradu okruchów. - Ile miała lat?

- Sto dziewiętnaście. Mówiłam jej: „W twoim wieku nie moż­na się wspinać po górach”, ale nie słuchała.

- Niektórzy ludzie tacy właśnie są - stwierdziła babcia. - Upar­ci jak muły. Powiesz, że nie wolno im czegoś robić, a nie spoczną, dopóki nie spróbują.

- Słyszałam jej ostatnie słowa - dodała babunia.

- A co powiedziała?

- „A niech to”, o ile dobrze pamiętam.

- W taki właśnie sposób chciałaby odejść - zapewniła niania Ogg. Pozostałe czarownice pokiwały głowami.

- Wiecie co? Być może, oglądamy właśnie koniec czarownictwa w tej okolicy - zmartwiła się babunia Brevis.

Znów zapatrzyły się w płomienie.

- Nikt nie przyniósł prawoślazu? - upewniła się z nadzieją nia­nia Ogg.

Babcia Weatherwax przyjrzała się swym siostrom czarownicom. Babuni nie znosiła - Brevis uczyła w szkole po drugiej stronie gór i miała paskudny zwyczaj bycia rozsądną, gdy tylko ktoś ją sprowo­kował. A matula Dismass była chyba najbardziej bezużyteczną ja­snowidzącą w całej historii objawień przyszłości. Babci trudno też było wytrzymać z nianią Ogg, jej najlepszą przyjaciółką.

- A co z młodą Magrat? - zaproponowała niewinnie matula Dis­mass. -Jej teren przylega do Dezyderaty. Może zajęłaby się dodat­kowym kawałkiem.

Babcia Weatherwax i niania Ogg wymieniły znaczące spoj­rzenia.

- W głowie jej się poprzewracało - stwierdziła krótko babcia.

- No wiesz, Esme... - zaprotestowała niania.

- W każdym razie ja uważam to za poprzewracanie. Nie wmó­wisz mi, że te bzdury o szukaniu krewnych to nie skutek poprze­wracania w głowie.

- Tego nie powiedziała. Mówiła, że chce odnaleźć siebie, nie krewnych.

- No właśnie, przecież o to chodzi - rzekła babcia Weather­wax. - Powiedziałam jej: znam twoją rodzinę od lat. Simplicity Garlick była twoją matką, Araminta Garlick była twoją babką, Yolande Garlick jest twoją ciotką, a ty jesteś twoją... jesteś twoją sobą.

Usiadła wygodniej z zadowoloną miną kogoś, kto odgadł wszyst­ko, co można wiedzieć o kryzysie osobowości.

- Nie chciała słuchać - dodała jeszcze. Babunia Brevis zmarszczyła czoło.

- Magrat?

Usiłowała przywołać w myślach wizerunek najmłodszej czarow­nicy Ramtopów i zobaczyła... no, może nie twarz, ale lekko rozma­zany wyraz beznadziejnej dobrej woli wbity pomiędzy ciało niczym badyl i włosy podobne do stogu siana po burzy. Nieustraszona wy­konawczyni dobrych uczynków. Wiecznie się zamartwiająca. Osoba z rodzaju tych, które ratują małe ptaszki wypadające z gniazda, i płaczą, kiedy pisklęta zdychają, co jest funkcją, jaką dobra Matka Natura zwykle przeznacza małym ptaszkom wypadającym z gniazd.

- To do niej niepodobne - uznała.

- I jeszcze powiedziała, że chce być bardziej asertywna - oświad­czyła babcia.

- Nic w tym złego - zapewniła niania. - Bycie czarownicą wła­śnie na asertywności polega.

- Nie mówiłam, że jest w tym coś złego - odparła babcia. - Po­wiedziałam jej, że nic w tym złego. Możesz być tak asertywna, jak tylko ci się podoba, powiedziałam, bylebyś robiła, co ci każą.

- Trzeba nacierać, a za tydzień czy dwa wszystko przejdzie - za­pewniła matula Dismass.

Trzy czarownice spojrzały na nią wyczekująco, na wypadek gdy­by miała do powiedzenia coś jeszcze. Nie miała.

- I w dodatku prowadzi... Co ona takiego prowadzi, Gytho? -spytała babcia.

- Kursy samoobrony - odparła niania.

- Przecież jest czarownicą - zdumiała się babunia Brevis.

- Też jej to mówiłam - zapewniła babcia Weatherwax, która przez całe życie bez lęku kroczyła nocami przez pełne zbójców gór­skie lasy, absolutnie pewna, że ciemność nie skrywa niczego strasz­niejszego niż ona. - Powiedziała, że to nie przeszkadza. Tak wła­śnie powiedziała.

- I tak nikt do niej nie przychodzi - uspokoiła ją niania Ogg.

- Miała chyba wyjść za króla... - przypomniała sobie babunia Brevis.

- Wszyscy tak myśleli - potwierdziła niania. - Ale znasz Magrat. Ma skłonność do otwierania się na Idee. Teraz twierdzi, że nie ma zamiaru być obiektem seksualnym.

Wszystkie rozważyły tę kwestię. W końcu babunia Brevis ode­zwała się tonem osoby wypływającej na powierzchnię z głębin za­myślenia.

- Przecież nigdy nie była obiektem seksualnym.

- Z satysfakcją stwierdzam, że nawet nie wiem, co to jest obiekt seksualny - oświadczyła stanowczo babcia Weatherwax.

- A ja wiem - pochwaliła się niania Ogg. Spojrzały na nią.

- Nasz Shane przywiózł mi kiedyś taki z obcych stron. Dalej na nią patrzyły.

- Był brązowy i gruby, miał na sobie paciorki i miał twarz, i dwie dziurki do przewleczenia rzemyka. Wciąż nie odwracały wzroku.

- W każdym razie mówił, że to właśnie to - dokończyła niania.

- Wydaje mi się, że opisujesz bożka płodności - podpowiedzia­ła babunia Brevis.

Babcia pokręciła głową.

- To niepodobne do Magrat... - zaczęła.

- Nie wmówisz mi, że to jest warte dwa pensy - wtrąciła matu­la Dismass z tej chwili czasu, gdzie aktualnie przebywała.

Nikt nigdy dokładnie nie wiedział, która to chwila.

Była to choroba zawodowa osób obdarzonych darem jasnowi­dzenia. Umysł ludzki nie został stworzony, by pędzić tam i z powro­tem po wielkiej autostradzie czasu. Dlatego często zrywa się z kotwi­cy. Spogląda wtedy losowo w przyszłość albo przeszłość, i tylko z rzadka w teraźniejszość. Matula Dismass była osobą temporalnie rozogniskowaną. To znaczy, że jeśli ktoś odezwał się do niej w sierp­niu, prawdopodobnie słuchała go w marcu. Najlepszą metodą by­ło zwracanie się do niej teraz - w nadziei że treść dotrze do niej, kiedy następnym razem umysł będzie mijał tę chwilę.

Babcia na próbę pomachała rękami przed niewidzącymi ocza­mi matuli Dismass.

- Znowu ją wcięło - stwierdziła.

- Cóż, jeśli Magrat nie może przejąć obowiązków, jest jeszcze Millie Hopgood spod Kromki - przypomniała babunia Brevis. -To pracowita dziewczyna. Co prawda ma większego zeza niż Ma­grat.

- Nic w tym złego - zaprotestowała babcia Weatherwax. – Zez dobrze wygląda u czarownicy.

- Ale trzeba wiedzieć, jak z niego korzystać - wtrąciła niania Ogg. - Stara Gertie Simmons miała zeza i zawsze rzucała zły urok na czubek własnego nosa. Nie można ludziom sugerować, że jeśli zirytują czarownicę, ona mamrocze coś, przeklina, a potem odpa­da jej czubek nosa.

Znowu spojrzały w płomienie.

- Przypuszczam, że Dezyderata nie wskazała następczyni? - upewniła się babunia Brevis.

- Nie mogła - odparła babcia Weatherwax. - Nie tak załatwia­my sprawy u nas.

- To prawda, ale Dezyderata niewiele czasu tu spędzała. Taką miała pracę. Ciągle wyjeżdżała w obce strony.

- Nie znoszę obcych stron.

- Byłaś w Ankh-Morpork - przypomniała delikatnie niania. - To obce strony.

- Nie, wcale nie. Ankh-Morpork jest tylko bardzo daleko stąd. To nie to samo co obce. Obce strony są tam, gdzie bełkoczą w po­gańskim języku, jedzą zagraniczne paskudztwa i oddają cześć... no wiecie... obiektom - wyjaśniła babcia, prawdziwa ambasadorka do­brej woli. - Obce strony mogą leżeć całkiem blisko, jeśli nie zachowuje się czujności. Ha! - dodała ze wzgardą. - Tak, z obcych stron mogła przywieźć właściwie wszystko.

- Mnie kiedyś przywiozła bardzo ładny biało-niebieski półmisek - wtrąciła niania Ogg.

- O to właśnie chodzi - podsumowała babunia Brevis. - Ktoś powinien pójść do niej i rozejrzeć się po chacie. Miała tam sporo cennych rzeczy. Straszna jest sama myśl, że jakiś złodziej mógłby się włamać i tam szperać.

- Nie wyobrażam sobie, żeby jakiś złodziej odważył się włamać do domku czarownicy... - zaczęła babcia i urwała nagle. - Tak -zgodziła się potulnie. - To dobry pomysł. Zajmę się tym natych­miast.

- Nie, ja się tym zajmę - zaprotestowała niania Ogg, która tak­że miała dość czasu, żeby coś sobie uświadomić. - Zajrzę tam po drodze do domu. Żaden problem.

- Nie, na pewno chciałabyś wrócić wcześnie - powiedziała z na­ciskiem babcia. - Nie przejmuj się. Mogę tam wpaść.

- Ależ to naprawdę nie sprawi kłopotu - zapewniła niania.

- Nie powinnaś się przemęczać w twoim wieku - przypomnia­ła jej babcia.

Patrzyły na siebie wyzywająco.

- Nie rozumiem, o co wam chodzi - wtrąciła babunia Brevis. - Możecie przecież iść tam razem, zamiast się kłócić.

- Jutro będę trochę zajęta - poinformowała babcia. - Może po obiedzie?

- Zgoda - ustąpiła niania Ogg. - Spotkajmy się przy jej chacie. Zaraz po obiedzie.

- Mieliśmy kiedyś taką, ale ten odkręcany kawałek wypadł gdzieś i się zgubił - powiedziała matula Dismass.

  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   18


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość