Strona główna

Uwarunkowania oporu psychologicznego w terapii osób uzależnionych */ 2 Stulecie narkotyków 36 Kokaina w Holandii 39 Heroina silniejsza od rozumu 54 Rzuć palenie


Pobieranie 0.49 Mb.
Strona5/11
Data18.06.2016
Rozmiar0.49 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

Heroina silniejsza od rozumu

- Posługuję się całym swoim życiorysem, aby przekazać własne pojmowanie uzależnień – jako częstego wyboru istnienia w naszym świecie – wyznaje we wstępie do swojej książki lekarz psychiatra i zarazem uzależniony od heroiny – Maciej Kozłowski – autor „Mojej heroiny". Nie można obok tej lektury przejść obojętnie.

Po raz pierwszy z dużym fragmentem tej książki zetknęłam się w połowie 2003 roku zanim jeszcze ukazał się w „Dużym formacje" – dodatku do Gazety Wyborczej (27/538 z 3 lipca 2003). To jeszcze nie był nawet fragment książki, lecz przepełnione ogromnym ładunkiem emocjonalnym wyznania człowieka cierpiącego z powodu uświadomienia sobie, w co „wdepnął" mimo swojej medycznej wiedzy. I który zrozumiał, chociaż się z tym nie pogodził, że heroina jest silniejsza od jego rozumu.

Miał to być tekst anonimowy, lecz redakcji w ostatniej chwili udało się przekonać Macieja Kozłowskiego, by jednak odkrył się, bo to uwiarygodniało jego wyznania. Bardzo istotny był wtedy dla mnie fragment: -Teraz po 25 latach, wiem, że biorąc pochodną morfiny, wierzyłem w siłę własnego rozumu, woli, rozsądku, na których do tamtej pory nigdy się nie zawiodłem. Skąd mogłem wiedzieć, że w tym przypadku rozum zaprowadzi mnie na manowce?... Teraz wiem, że nikt z tych ludzkich szkieletów na dworcu nie chciał się stać narkomanem (rozmawiałem z setkami). Każdy zakładał, że jest inny, wierzył w swój rozsądek i wolną wolę, na której się do tamtej pory nie zawiódł. I to, uważam, jest tym „narkomańskim grzechem pierworodnym".

Pomyślałam wtedy. że gdyby czytelnik tego fragmentu, nie zastanawiając się, przyjął doświadczenia autora za pewnik, za wiarygodne ostrzeżenie przed potwornym niebezpieczeństwem, nigdy nie sięgnąłby po heroinę. I nadal tak myślę, gdy przypominam sobie własne odczucia po lekturze tego pierwotnego tekstu.

Bardzo więc ucieszyłam się, że dzięki zaangażowaniu kierownika działu naukowego ",Gazety" – Sławomira Zagórskiego ten tekst ukazał się w GW i że wkrótce znalazło się wydawnictwo, które przekonało Macieja Kozłowskiego, by dopisał do niego większą całość. Niestety, lektura książki już, nie wywołała takiego wielkiego wrażenie. Nie tylko dlatego, że wyznanie Macieja Kozłowskiego drukowane w GW było pierwszym zetknięciem z tak w pełni przedstawioną samoświadomością narkomana, który zdał sobie sprawę z tego, co uczynił z własnym życiem. Ale może przede wszystkim dlatego, że nie było w tym fragmencie, który jeszcze wtedy nie był częścią książki, podporządkowania emocji moralizatorstwu. W dodatku moralizatorstwu, które sprawia. że obiektywnie. jeśli w tym przypadku można mówić o obiektywizmie. „Moja heroina" jednoznacznie, bez ogródek niesie przesłanie, jeśli jesteś uzależniony od heroiny – porzuć nadzieję na to, że uda ci się od niej uwolnić!

To z pewnością nie było świadome zamierzenie autora, ale jak przekonałam się w rozmowach ze specjalistami zajmującymi się profilaktyką i leczeniem uzależnionych, którzy już przeczytali „Moją heroinę"', nie tylko ja ją tak odbieram.

Książka opatrzona jest podtytułem „Świadectwo psychiatry". I to właśnie ten podtytuł sprawia, że tak książkę odbiera wiele osób od lat zajmujących się leczeniem i terapią narkomanów. Zadać więc trzeba pytanie: czy jest to rzeczywiście świadectwo psychiatry? Dla mnie ta książka jest świadectwem narkomana, który wprawdzie z zawodu jest lekarzem psychiatrą i wykorzystuje swoją zawodową wiedzę do przekazania tego, co czuje człowiek uzależniony od heroiny. Jednocześnie, to co wie jako lekarz, skażone jest mentalnością człowieka uzależnionego. Co więcej, ta wiedza to jest dla niego – moim zdaniem ­usprawiedliwieniem, że wieloletnia walka o wyjście z uzależnienia nie przynosi efektu.

Już na początku książki, w rozdziale BRANIE, znajdujemy opinię lekarza pokazującą bezsilność, a przede wszystkim niewiedzę dzisiejszej medycyny na temat procesu uzależnienia: - Narkotyk uderza nie w myślenie, rozumienie, ale w sam środek człowieka, w głąb jego psychiki, do której jeszcze długo nie będziemy mieli dostępu... Ośrodkiem ludzkiej motywacji do działania są głębokie, nieświadome rejony mózgu. Farmakolodzy i neurolodzy określają je jako układ nagrody i kary. Są to miejsca starej, zwierzęcej części mózgu, które u narkomanów są rozregulowane dostarczaniem z zewnątrz pobudzających je związków chemicznych. Próby odwoływania się doi intelektu, ludzkiej woli, zobowiązań lojalności, sumienia – czyli do świadomości i wiedzy – są działaniami z reguły skazanymi na niepowodzenie... Mało kto rozumie. że wiedza i intelekt bywają tylko minimalną pomocą w tej chorobie, często nawet są dodatkową przeszkodą... l dalej: - Kiedyś mawiano, że uzależnienie jest chorobą zaprzeczeń. Podkreślano w len sposób jego nagminną cechę: zaprzeczanie oczywistym faktom, niechęć do uczciwej oceny własnego postępowania, wiara w półprawdy. Zaprzeczenia to nie są po prostu kłamstwa (które zdarzają się swoją drogą.) Uzależniony, gdy zaprzecza, wierzy w swoją wersję wydarzeń... Bodaj najtrudniej jest uznać fakt, że całkowicie utraciło się możliwość kierowania własnym życiem...

Tak, to prawda, chociaż może nie wszyscy mający do czynienia z uzależnionymi uświadamiają sobie te ich podstawowe cechy. Ale jeśli nawet mają pełną tego świadomość nie rezygnują z pomagania ludziom, którym narkotyk odebrał wolę, zaćmił rozum, zmienił spojrzenie na siebie, świat, najbliższych, na sens istnienia, na życie, na własne w nim funkcjonowanie. Jedna ze znanych mi i bardzo cenionych terapeutek mówi swoim pacjentom: w tobie tkwi obcy, on cię opanował. Albo to zrozumiesz i zapragniesz z nim walczyć, albo on zrobi z tobą, co tylko zechce. Spróbuj wygrać z nim chociaż jedną bitwę, może wygrasz i następne...

Autor „Mojej heroiny" był wielokrotnie pacjentem rozmaitych szpitali, wielu ośrodków, w niektórych z nich następnie pracował jako lekarz, uciekał przed narkotykiem do krajów, w którym trudno go było zdobyć, sięgał po znane i nieznane, a nawet zakazane u nas metody walki z uzależnieniem. Wygrał kilka bitew. l przeżył – jak sam pisze – kilkadziesiąt nawrotów do heroiny.

A ponieważ wracał, nawet w ostatnim okresie, jak przyznał się na spotkaniu promocyjnym książki – nadal żył i żyje jak wszyscy uzależnieni: - Dlatego w ostatnich latach, nawet gdy jestem w remisji i wszystko układa się dobrze, nie myślę o tym, co będzie dalej, i staram się nie robić żadnych dalekosiężnych planów. Za dużo razy upałem, abym mógł uwierzyć, że już się to nie zdarzy...

Czy to nie jest mówienie wprost: cokolwiek byś nie robił i tak będziesz narkomanem? Zaraz po tym wyznaniu odzywa się w nim lekarz: - Nawroty to pojęcie medyczne służące do nazwania zjawisk występujących w wielu chorobach. przewlekłych... W uzależnieniach nawroty są zazwyczaj częste. uporczywe i dramatyczne: sprawiają. że narkomania nie jest krótkim epizodem w życiu człowieka, jak złamanie nogi czy ostre zapalenie wyrostka. Ale czy onkolog mówi pacjentowi z nowotworem o tym. że w większości przypadków, jeśli nie w większości, rak to choroba podstępna. często nawracająca. że szanse na wyjście z niej są niewielkie?

Jak autor wyjaśnia dlaczego się wraca do narkotyku? Warto się tu znów posłużyć się obszernym cytatem z książki: - Dla narkomana cały okres narkotycznego ciągli jest mglistym snem. odległym i niezrozumiałym. Dla osób najbliższych – ciągle aktualnym koszmarem, niekiedy bardziej realnym niż obecna sielanka. Rozdźwięk się pogłębia, wzajemne niezrozumienie sprawia, ze trzeźwe życie staje się wręcz nieznośne...

I dalej: - Jednocześnie dziwne zjawiska zachodzą w samej psychice uzależnionego. Podobnie jak w czasie rozwijania się nałogu jego umysł zaczyna zafałszowywać zapamiętane fakty... Trudności normalnego życia, żale rodziny, obowiązki kumulują się, aż rozpoczyna się nawrót. Nawrót to nie jest samo przyjęcie narkotyku. To rozciągnięty w czasie zbiór wielu nawarstwiających się problemów i błędów, które doprowadzają w końcu do tego ostatniego aktu – sięgnięcia po narkotyk i kolejnego ciągu.

Ta diagnoza, która wydaje się być trafna z punktu widzenia psychiatry ,jednocześnie pokazuje sposób rozumowania człowieka uzależnionego. Cokolwiek byśmy bowiem nie powiedzieli, jest to pośrednie oskarżenie nie tylko bliskich, ale właściwie całego świata o to, że „cudownie" ocalony nie jest otoczony kokonem zapomnienia, że nie usuwa mu się spod stóp wszystkich możliwych życiowych trosk.

Czytajmy dalej: - Nadchodzi w końcu dzień kiedy człowiek jest w tak złym stanie i ma już tak bardzo dość wszystkiego, że staje przed wyborem ostatecznym: zabić się – albo złamać abstynencję... Przyjęcie narkotyku zmienia samopoczucie w sposób tak nagły, całkowity i głęboki, że wszystkie myśli samobójcze znikają natychmiast... Po kilku godzinach rodzi się poczucie winy. Znów, by się z nim uporać trzeba wziąć...

Czy to jest świadectwo lekarza czy świadomego narkomana? I jedno i drugie. Chociaż lekarz rozumie ten cały mechanizm, my nie musimy się z tym godzić, bo przecież żaden człowiek na świecie nie żyje w kokonie i często towarzyszy nam wszystkim poczucie winy za przeróżne ważne i mniej ważne błędy popełniane w życiu.

Jedynym pocieszeniem może być informacja, że: - wbrew rozpowszechnionym opiniom narkomania opiatowa po wielu latach szarpaniny pozostawia w końcu w spokoju prawie połowę narkomanów, którym udało się dożyć czterdziestki (inna sprawa, że wielu z nich nie dożywa tego niewyjaśnionego wyzwolenia). Mała to jednak pociecha i znikoma dawka nadziei.

- Uzależnienie atakuje najważniejsze ośrodki regulacji w mózgu: ośrodki, w których rozpoczyna się i kończy działanie, dzięki którym odczuwam radość, satysfakcję, spełnienie albo odwrotnie – gorycz, wyrzuty sumienia, rozpacz rozłąki – czytamy między innymi w tych fragmentach książki, w których autor przekazuje czytelnikom część swojej wiedzy medycznej. I dalej, w innym miejscu: narkomani to ludzie, którzy odkryli najprostszy sposób pobudzania układu nagrody. Z takiego oręża niesłychanie ciężko zrezygnować. Po co się wysilać tygodniami, latami, by przeżyć uczucie spełnienia, satysfakcji, rozkoszy, gdy można mieć zbliżone doznania jak za pstryknięciem palcami? – pyta retorycznie. Na szczęście zaraz ostrzega, że potrzeba coraz więcej narkotyków, by osiągnąć pożądany efekt. Opisuje też układ kary na głodzie opiatowym. Wówczas do jakiegokolwiek działania może uzależnionego zmobilizować jedynie perspektywa zdobycia odrobiny heroiny.

I w końcu. z jego przemyśleń wynika. iż uzależniony tym jedynie różni się od tych, którzy nie sięgnęli po narkotyk, że oni w inny sposób potrafią poradzić sobie z życiowymi problemami i zapełnić egzystencjalną pustkę, która towarzyszy ludziom. Ważne jest też inne stwierdzenie: człowiek, który nie sięgnął po narkotyki uczy się rozwiązywać wiele małych problemów. korzysta z pomocy innych. gdy problem jest dla niego niezrozumiały lub go przerasta. – Narkoman przestaje się uczyć w momencie, w którym się uzależnia. To, czego nauczył do chwili uzależnienia. to cały potencjał. jakim dysponuje.

Niestety, to głęboko prawdziwe spostrzeżenie. Podobnie jak następne: - Czas mija, człowiek ma trzydzieści czy czterdzieści lat, a jego umiejętności społeczne pozostały na poziomie nastolatka – gorzkie. ale prawdziwe. I w dodatku, gdy wychodzi z uzależnienia uzyskuje w otoczeniu stratus kaleki, na którego nie ma co liczyć.

Maciej Kozłowski dobrze rozumie i pokazuje, co dzieje się z rodziną. – Jedni i drudzy są osamotnieni, przepełnieni wstydem i goryczą. Wydaje mi się, że uczucie osamotnienia i bezsilności jest największym ich dramatem, gdyż dotyczy zarówno narkomana, jak i jego rodziny. Wszyscy są w tej walce rozdzieleni, skłóceni i zagubieni. Kochająca rodzina boi się, martwi i wstydzi bez przerwy. ..Ale zarazem ostro atakuje sposoby motywacji, do jakich ucieka się rodzina, by skłonić uzależnionego do leczenia. Tymczasem najważniejsze czego terapeuci uczą bliskich człowieka uzależnionego, to nie ułatwianie mu „miękkiego lądowania", nie tworzenie wokół niego kokonu chroniącego go przed konsekwencjami zażywania narkotyku. Czasem są to rzeczywiście metody bardzo drastyczne, łącznie z zamknięciem drzwi, ale znamy przypadki, kiedy to właśnie zmotywowało uzależnionego do podjęcia leczenia, niezależnie od jego efektów. Przeciwko temu ostro protestuje autor „Mojej heroiny".. Nie uważa też, by bliscy narkomana powinni być uważani za współuzależnionych, to – jego zdaniem – medyczne nadużycie, bo: miłości i troski o osobę najbliższą, nawet jeśli przyjmuje skrajną, desperacką formę, nie należy zrównywać z chorobami...

W tym fragmencie sposób rozumowania człowieka uzależnionego zdecydowanie przeważa nad lekarzem. Czy Maciej Kozłowski – lekarz psychiatra rzeczywiście nie wie, jak wielu członków rodzin w których jest narkoman, staje się pacjentami psychiatrów, uzależnia od leków antydepresyjnych, nasennych, a czasem nawet targa się na życie? Zgodzić się mogę z nim jedynie w tym fragmencie, gdy mówi, że należy ...kierować się własnym wyczuciem i znajomością psychiki uzależnionego człowieka... Niestety, to najczęściej prowadzi rodzinę do braku jakiejkolwiek konsekwencji i logiki w postępowaniu, do „małpiej miłości", która w krańcowych przypadkach sprawia, że to rodzic szuka w nocy dilera, bo dziecko potwornie cierpi i trzeba mu pomóc... Ale autor sam też przyznaje, że bezkrytyczna miłość bliskich to najczęściej droga do nikąd, opóźniająca podjęcie leczenia.

Wierzę Kozłowskiemu, w tych partiach, gdzie opisuje swoje osobiste potyczki z narkotykiem. Wierzę, gdy przekazuje pewne fragmenty skromnej zresztą, o czym wszyscy wiemy, obecnej wiedzy medycyny i nauki na temat uzależnień.

Niewiarygodny jest dla mnie, gdy jednocześnie jako lekarz i zarazem pacjent ocenia metody terapeutyczne. Przecież pisząc o tym, czym jest uzależnienie, jak głęboko sięga w ludzki umysł, w psychikę, powinien sobie zdawać sprawę, że nie stać go na obiektywne spojrzenie i że wiedza medyczna mu w tym nie pomaga. Czy mam się zgodzić z nim, gdy potępia w czambuł metody stosowane w ośrodkach terapeutycznych, zarzuca im, że łamane są w nich prawa człowieka? Z tych wszystkich ośrodków, które zna osobiście, a wygląda na to, że znał ich niemało szukając sposobu na życie bez heroiny, tylko dwa przypadły mu do gustu. Jeden, to o ile mi wiadomo, chyba najbardziej liberalny w Polsce ośrodek, przez wielu pacjentów traktowany jako miejsce odpoczynku od narkomańskiej „normalności" czyli pogoni za zdobyciem środków na „towar". Drugi – rygorystyczny, ale mający w swoim programie uczenie uzależnionych poruszania się w realnym świecie. Wyraża też sprzeciw przeciwko temu. by osoby utrzymujące abstynencje traktowały to jako tytuł do mianowania się terapeutami. Łatwo się domyśleć. że ma na myśli część terapeutów związanych z Monarem.

Zgodzić się z nim można w pełni, gdy pisze o metodach detoksykacji i opowiada się za stosowaniem syntetycznych leków narkotycznych, by złagodzić drastyczne objawy abstynencji. Bardzo krytycznie ocenia prywatne detoksy i stosowane w nich metody.

Nie ma w jego książce, i być nie może, pochwały jakiejkolwiek metody pomocy człowiekowi uzależnionemu w wyjściu z heroiny. Nie ma zresztą ,o czym wszyscy wiemy. jednej metody, która każdemu pomaga, bo każdy człowiek jest inny. Maciej Kozłowski żadnej metody nie uznaje za właściwą, nic dziwnego, jemu żadna nie pomogła. Negatywnie ocenia stosowanie metadonu, z którego został usunięty, bo dobierał heroinę. Nie dostrzega, że wielu ludziom pozwala on żyć w miarę normalnie. Optuje natomiast za buprenorfiną.

Ta książka ma jednak pewne szanse odegrać rolę we profilaktyce narkomanii, przede wszystkim przyczynić się do wcielania w życie lansowanego bardzo mądrego hasła: Najlepsze wyjście – nie wchodzić! Bo, jak pokazują losy autora „Mojej heroiny" – to jedyny sposób, by nie zapaść na chorobę, z której nie wychodzi ponad 90 procent!

Można jednak obawiać się, że przez medyczną warstwę, w dodatku skażoną mentalnością człowieka uzależnionego, nie przebrną potencjalnie zagrożeni wejściem w uzależnienie młodzi, słabo wykształceni ludzie, których kusi ciekawość spróbowania zakazanego owocu. Zaś tych, którzy podejmują leczenie i tych, którzy im w tym pomagają ­może zniechęcić do podjęcia walki, tak często przegrywanej.

Nie godząc się z wieloma ocenami i stwierdzeniami znajdującymi się w tej książce, chciałabym podkreślić jednak jej ludzki, humanitarny wydźwięk. Oto fragment, który niezależnie od wszystkiego powinni wziąć sobie do serca ci wszyscy, którzy mają do czynienia z człowiekiem uzależnionym: - W nowoczesnym lecznictwie psychiatrycznym nie może być mowy o obciążaniu pacjentów winą za fakt zachorowania. Choć uzależnienia chemiczne od dawna zaliczamy do chorób, to powszechnie są one traktowane jako cierpienie na własne życzenie pacjentów. Nawet lekarze i terapeuci miewają skłonność do obwiniania, lekceważenia i nietolerancji wobec narkomanów i alkoholików. Główną trudnością w upowszechnieniu się nowego podejścia w uzależnieniach jest powszechne przekonanie o wolności ludzkiej woli oraz skłonność do surowego oceniania niezrozumiałych, samodestrukcyjnych zachowań ludzi uzależnionych. Narkomania jest chorobą podobnie zawinioną, jak nowotwór płuc lub choroba wieńcowa u palaczy tytoniu. Nikt ze znanych mi narkomanów, rozpoczynając eksperymenty z substancjami psychotropowymi, nie chciał się uzależnić i do ostatniej chwili wierzył, że nie utraci samokontroli.



O tym przesłaniu książki Macieja Kozłowskiego powinniśmy zawsze pamiętać.

Maciej Kozłowski MOJA HEROINA. Świadectwo psychiatry. Wydawnictwo Znak, 2004, cena det. 29 zł

Włodzimierz Janiszewski

Towarzystwo Rodzin i Przyjaciół

Dzieci Uzależnionych „Powrót z U”

Zielona Góra



1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość