Strona główna

Uwarunkowania oporu psychologicznego w terapii osób uzależnionych */ 2 Stulecie narkotyków 36 Kokaina w Holandii 39 Heroina silniejsza od rozumu 54 Rzuć palenie


Pobieranie 0.49 Mb.
Strona7/11
Data18.06.2016
Rozmiar0.49 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11

Nagroda „Białego Kruka”

Z satysfakcją informujemy, że Członek Rady Programowej Biuletynu „Problemy narkomanii” dr Włodzimierz Janiszewski został wyróżniony w bieżącej edycji kampanii „Rzuć palenie razem z nami” nagrodą „Białego kruka” oraz dyplomem „Za wiele lat służby dla zdrowia Polaków, a szczególnie za pomoc najsłabszym”. Nagrodę wręczył Przewodniczący Honorowego Komitetu „Rzuć palenie razem z nami” Prymas Polski Kardynał Józef Glemp w dniu 18.X.2004 w Pałacu Prymasowskim w Warszawie.

Dr Włodzimierz Janiszewski – lekarz specjalista epidemiolog, jest pierwszym laureatem tej nagrody w województwie lubuskim, będącej wyróżnieniem w działalności na rzecz zdrowego stylu życia wolnego od dymu tytoniowego.

Jest założycielem i od 12 lat Przewodniczącym Oddziału Wojewódzkiego Towarzystwa „Powrót z U” w Zielonej Górze, aktualnie także Wiceprzewodniczącym Zarządu Głównego tej organizacji.

Publicysta, autor około 200 artykułów z zakresu promocji zdrowia i profilaktyki uzależnień, członek redakcji pisma Okręgowej Izby Lekarskiej „Doktor” w Zielonej Górze i pisma o tematyce zdrowotnej „Nasz wybór”. Przez kilka lat prowadził zajęcia na Wyższej Szkole Pedagogicznej i Uniwersytecie Zielonogórskim z zakresu uzależnień. Od 10 lat prowadzi kursy odzwyczajające od nałogu palenia w Kościele Adwentystów Dnia Siódmego.

Był długoletnim dyrektorem Zespołu Opieki Zdrowotnej w Żaganiu, oraz dyrektorem Wojewódzkiej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej w Zielonej Górze.

Aktualnie jest członkiem Zespołu Marszałka Województwa Lubuskiego opracowującego diagnozę sytuacji społecznej tego województwa.

Redakcja Biuletynu „Problemy narkomanii” składa Mu serdeczne gratulacje.

Alina – terapeutka uzależnień

i psychoterapeutka



Moje korzyści z uprawiania psychoterapii

Po pierwsze to mój zawód, a więc za psychoterapię dostaję pieniądze. Poza tym... Zastanawiałam się, czy nawet pod pseudonimem wypada opowiedzieć o tym, co w wykonywaniu tego zawodu jest dla mnie pożyteczne, sprawia mi przyjemność, daje satysfakcję, zaspokaja moje potrzeby. Niektóre z tych korzyści pewnie nie należą do tych, którymi wypada się chwalić. A zresztą...


Od czasu, kiedy byłam dzieckiem, lubiłam zaglądać do okien: idę po ulicy, do niektórych parterowych mieszkań można zajrzeć, robię to bo zżera mnie ciekawość, jak ludzie żyją naprawdę. Nie jaką fasadę wystawiają do publiczności, nie co opowiadają o sobie, ale co rzeczywiście dzieje się w ich mieszkaniach, rodzinach, małżeństwach. Tak, ciekawość to dla mnie ważny motyw, jestem ciekawa nawet mechaniki cieczy, albo działania sztucznych nawozów, ale ludzie interesują mnie ponad wszystko. Ludzie w relacjach z innymi ludźmi. To jest moja ewidentna korzyść z psychoterapii, bo chyba w żadnej innej sytuacji człowiek nie jest tak szczery i prawdziwy. Czasami muszę naprawdę się postarać, żeby nie zadawać pytań, które służą tylko zaspokojeniu mej ciekawości.

Taka postawa ma jeden wyraźny plus – mogę słuchać dłużej i cierpliwiej niż wiele znanych mi osób. Wiem, że za przerwami w wypowiedzi często jest namysł, poszukiwanie, zmaganie się z jakąś wewnętrzną trudnością, żeby wyrazić coś bardziej prawdziwe niż dotychczas, paradoksalnie więc ciekawość pomaga mi znosić momenty męczące i nudne.

Z pojedynczych losów wyłania się – trochę może zbyt skoncentrowana na problemach czy na tzw. patologii – znajomość życia od rzadko ujawnianej strony. Dużą satysfakcję sprawia mi poczucie, że „nic co ludzkie nie jest mi obce”. I bywa to, muszę się przyznać, powodem do poczucia wyższości nad takimi osobami, które widzą ludzki świat płasko i jednoznacznie, z łatwości wydają sądy o innych, przypisują im jednoznaczne motywy i skłonności z reguły zresztą złe. Mój obraz funkcjonowania człowieka jest wielowymiarowy, ukazujący liczne sprzeczności, a przez to bliski rzeczywistości. Jest zarazem realistyczny, jak i optymistyczny, bo zbudowany na przekonaniu, że nawet najbardziej godne potępienia czyny nie są wynikiem złych skłonności, tylko długotrwałych urazów i głębokich zranień, jakich doznał kiedyś ich sprawca. Stąd bierze się u mnie tolerancja i zrozumienie – cechy, które ułatwiają kontakty z ludźmi.
Każdy psychoterapeuta to wie: ta rola społeczna gwarantuje ciągłe podtrzymy­wanie wysokiej samooceny. A prościej, nasi klienci w ogromnej większości kochają nas i podziwiają (z krótkimi przerwami na ataki nienawiści) i pod wpływem takich informacji zwrotnych czujemy się ważni, potrzebni, otoczeni miłością. Dodajmy do tego poczucie mocy i sprawstwa, niekiedy wielkie, prawie boskie – kto nie chciałby doświadczać czegoś podobnego? To jedna z niebezpiecznych korzyści, bo rodzi po­kusę tworzenia sytuacji, w których zada­niem klientów jest ładowanie nam akumulatora, a nie na odwrót.

Kolejną korzyścią z tej pracy jest to, że często uzyskujemy szybką i czytelną infor­mację o swojej skuteczności, o wykonaniu dobrej interwencji terapeutycznej, że na­szym efektownym działaniom towarzyszy powiew uznania, zwłaszcza gdy pracujemy z grupą. Mnie czasami aż korci, żeby zamiast prostej, zgrzebnej techniki zrobić coś efektownego, oszołamiającego, co spodoba się obserwatorom. Prosty przykład: wieloosobowa, pełna napięcia i budząca emocje psychodrama w miejsce nieraz bardziej potrzebnego opowiadania, które pozwala uze­wnętrznić smutek – dojmujący i zamrożo­ny od lat. Większość członków grupy stara się od niego odseparować, jest zbyt zaraź­liwy, przywołuje ich własne smutki. Na­prawdę trudno oprzeć się pokusie!


Być może rację mają ci, którzy twier­dzą, że praca psychoterapeuty ma cechy uzależnienia: cyklicznie nasz sposób odbie­rania emocji innych ludzi – a przy okazji własnych – zmienia się, a wam podejrze­nie, że zmienia się też nasza wewnętrzna chemia. Rodzaj emocji musi być podobny do grania na automatach: trzeba szybko i precyzyjnie reagować, sukces zależy od na­szych umiejętności, w razie dobrego tra­fienia następuje obfita nagroda. Czy cho­dzi o adrenalinę, o jakiś inny hormon, o endorfiny? W każdym razie .jest w tym na pewno swoisty haj. I można w maje­stacie zasad wykonywania zawodu prze­stać zajmować się trudami codziennego życia, zupełnie o nich zapomnieć. A więc niemal jak alkohol: praca psychoterapeuty służy do pobudzania i do znieczulania.

No ale przecież pewien poziom pobudze­nia jest uznawany za jednoznacznie pozy­tywny, specjaliści mówią o optymalnym poziomie stresu, bez którego człowiek jest narażony na zamieranie. Nam, psychote­rapeutom, to nie grozi: mamy pracę wciąż od nowa dostarczającą kolejnych porcji stresu. Część moich znajomych wykonuje nudne zajęcia zarobkowe, skarżą się na to i bardzo mi ich żal. Naszej pracy nie za­graża monotonia (chyba że wypalenie za­wodowe, ale ono ma zupełnie inne podłoże), pojawiają się wciąż nowi ludzie i nowe problemy do eleganckiego rozwiązania. Kiedy byłam mała, zazdrościłam operato­rowi w kinie, że może sobie oglądać coraz to inne filmy – dziś ja mam dużo lepiej, bo w moim „filmie" pracy grupowej każdy fragment jest inny i często zaskakujący.

Wreszcie wśród korzyści nie bez znacze­nia jest i ta, że psychoterapia daje mi jed­noznaczne poczucie, że pracuję w dobrej sprawie, a w ogóle – jak w „Gwiezdnych wojnach" – walczę po stronie Dobra. Nie muszę iść na kompromis z własnymi zasa­dami, jak to bywa w handlu, biznesie, polityce, dziennikarstwie. Jestem w zgodzie z moim systemem wartości, co więcej – pomagam innym, aby byli lepsi, bardziej rozumiejący i współczujący, uczciwsi. To wszystko pozwala mi rano bez obrzydze­nia patrzeć w lustro, a czasami nawet myśleć, że jestem dobra i szlachetna.
Czy są jakieś korzyści, które bycie psychoterapeutą daje w życiu pozazawodowym? Nie jest ich tak wiele, jak się ludziom wydaje. Naprawdę jest, że psychoterapeuta ma idealnie ułożone życie (musiałby sam siebie wyleczyć, co przypomina wymaganie od lekarza, żeby sam sobie zrobił operację wyrostka). Nieprawdą jest, że widzi innych na wylot, chociaż faktycznie wyraźniej spostrzegamy emocje, okazywane głównie niewerbalnie i dlatego przez wiele osób nie rejestrowane świadomie. Kiedy więc widzę, że moja przyjaciółka ma ściągnięte usta, matowy głos i pochylone ramiona, na pewno zapytam ją, czy stało się coś złego i nie zadowolę się odpowiedzią: „Wszystko w porządku”. Rzeczywiście dobrze się orientuję w układach między ludźmi i sprawnie poruszam się w sytuacji grupowej.

Ale nie używam tej mojej wiedzy ani do skłaniania ludzi, żeby robili to, co ja chcę, ani do diagnozowania ich, a potem przy­gważdżania tą diagnozą w chwili złości, ani tym bardziej do leczenia moich bliskich. W życiu codziennym nie jestem psychote­rapeutką! Może czasami bym i chciała, ale bez umowy to w zasadzie nie wychodzi. Ludzie nie godzą się na grzebanie w ich wnętrzu czy proponowanie im psycholo­gicznych eksperymentów, jeśli się na to nie umówili czy wręcz o to nie poprosili. To dobrze, tak właśnie powinno być.


Do tego dochodzą jeszcze korzyści zwią­zane z uprawianiem – oprócz psychotera­pii – również terapii uzależnień. Tu dopie­ro można się przekonać, jakie naprawdę jest życie! Terapeuta pracujący z alkoholi­kami – ten to naprawdę nie ma powodu czytać horrorów, bo na co dzień słucha bardziej barwnych opowieści. Dla mnie osobi­ście ważne były nie tyle sensacyjne historie (chociaż sto razy wolę je od grzeczniutkich i letnich relacji klientów, z jakimi miałam wcześniej do czynienia), co poczucie, że kontaktuję się z prawdziwymi problema­mi. Przedtem przez jakiś czas pracowałam w prywatnej poradni, dokąd przychodzili ludzie co prawda pełni smutku i rozczaro­wań, ale też przywiązani do swoich bolą­czek i w gruncie rzeczy nie zamierzający zmieniać swego życia. Natomiast alkoholi­cy i ich żony, jeśli już ruszą do pracy, naj­częściej mają ogromną motywację. Zwy­czajnie dlatego, że alternatywą dla nich jest śmierć albo cierpienie nie do wytrzymania.

Ważne jest też i to, że w placówkach od­wykowych jest wielu pacjentów – mężczyzn. Prawdę mówiąc, mam dosyć sfeminizowa­nego świata: szkół bez nauczycieli, szpitali z samymi lekarkami, spotkań zawodowych, na których na dziesięć psycholożek przy­pada jeden psycholog. I nie chodzi tu o żadne apetyty seksualne, tylko o zwyczaj­ne kontakty z mężczyznami: podczas tera­pii się rozmawia, ale na spotkaniach absol­wentów czy w klubie abstynenckim zdarza się też pośpiewać i potańczyć. Niekiedy zawiązują się znajomości i przyjaźnie. A w ogóle trzeźwiejący alkoholicy stanowią bar­dzo żywe i życzliwe środowisko, jest dużo spotkań i imprez, wypełnionych nie tylko rozrywką, ale też serdecznymi, głębokimi rozmowami, których w zwyczajnym życiu towarzyskim raczej się nie prowadzi.


Przyglądanie się rzeczywistości i rozu­mienie jej w kategoriach uzależnień czy destrukcyjnych nawyków, bardzo pomaga orientować się w świecie i uprawiać psy­choterapię. My, ludzie z odwyku, szybko potrafimy zauważyć, że ktoś jest z jakąś swoją aktywnością związany w sposób nie­zdrowy, niszczący, nałogowy. Łatwiej to zauważyć u innych niż u siebie, ale wielu moich kolegów po fachu i ja sama mamy za sobą skuteczne uwolnienie się od jakie­goś chemicznego lub niechemicznego uza­leżnienia. Nasza wiedza i doświadczenie nam w tym pomaga, dzięki ich posiadaniu łatwiej też przezwyciężać nawroty. Nale­żę do tych, którzy po paru latach pracy z osobami uzależnionymi przestali palić ­bardzo mi w tym pomogła znajomość te­rapii odwykowej.

A jaki wpływ na to, jak pracuję psycho­terapeutycznie z pacjentami nieodywyko­wymi ma fakt, że jestem specjalistą psy­choterapii uzależnień? Zasadniczy. Co naj­mniej połowa pacjentek z nerwicą to córki lub żony alkoholików, znaczna część pacjen­tów z różnymi rozpoznaniami to alkoholicy albo dorosłe dzieci alkoholików (DDA). Potrafię skutecznie pomóc już choćby tak, że pacjenta z właściwie rozpoznanym pro­blemem alkoholowym mogę skierować do specjalistycznej placówki. Ilu frustracji dzięki temu unikam! Pamiętam, że na po­czątku swojej pracy, w Poradni Zdrowia Psychicznego próbowałam zajmować się problemami psychologicznymi kolejnych żon alkoholików – i nic z tego nie wycho­dziło. Dzisiaj jestem pewna: najpierw pro­gram dla współuzależnionych, później le­czenie nerwicy, a dla pijącego alkoholika zawsze na początek terapia odwykowa.

Z terapii uzależnień przejęłam też różne bardzo potrzebne strategie. Choćby eduka­cja, tak centralna dla leczenia odwykowe­go, przyspiesza proces każdej psychotera­pii. Zwłaszcza mikroedukacja, włączana w proces terapii, jest nieoceniona. Dla mnie bardzo ważny okazał się też kierunek pra­cy nad środowiskiem klienta, zwłaszcza nad jego rolą w adaptacji po leczeniu i w dal­szym zdrowieniu. Mam wrażenie, że daw­niej, kiedy zajmowałam się tylko „zwyczaj­ną" psychoterapią, mniej myślałam o przyszłości klientów po zakończeniu nasze­go kontaktu. Dlatego nie zajmowałam się takimi sprawami, jak tworzenie sieci wspar­cia, zapobieganie nawrotom (dzisiaj propo­nuje się to już na przykład pacjentom z de­presją), długofalowy plan zdrowienia.

Wiele lat doświadczeń z leczeniem alko­holików stało się dla mnie ciągle czynnym źródłem optymizmu terapeutycznego i optymizmu w ogóle. Jeżeli bowiem udaje się na taką dużą skalę, leczyć chorobę uważaną jeszcze niedawno za zupełnie beznadziejną, to inne na pewno też okażą się podatne na leczenie, jeśli się dobrze przyłożyć. A co do optymizmu życiowego: skoro można powstać z tak głębokiego dna, na jakim znaleźli się nasi klienci, to można się wydźwignąć bodaj z każdej za­paści. Ta droga do góry, jaką jest trzeź­wienie, to również dla mnie osobiście waż­ne wyzwanie. ­

Mgr Ewa Murawska

Pełnomocnik Starosty sokołowskiego

ds. preciwdziałania narkomanii


1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość