Strona główna

W biografii Johna Ronalda Reuela Tolkiena możemy odnaleźć kilka polskich akcentów


Pobieranie 88.4 Kb.
Strona1/2
Data20.06.2016
Rozmiar88.4 Kb.
  1   2
W biografii Johna Ronalda Reuela Tolkiena możemy odnaleźć kilka polskich akcentów. Jego przodkowie ze strony ojca jakieś dwieście lat temu przywędrowali do Anglii, najprawdopodobniej z terenów podległych ówczesnym władcom Polski. "Nie jestem Niemcem - wspominał pisarz - choć mam niemieckie nazwisko [...], moje imiona są pochodzenia hebrajskiego, skandynawskiego, greckiego i francuskiego. Poza nazwiskiem nie odziedziczyłem jednak niczego z języka lub kultury, z którymi było ono u swych początków związane, a po 200 latach [krew] Saksonii i Polski stała się prawdopodobnie mało ważnym fizycznym składnikiem". Do sprawy swego pochodzenia powrócił kilka miesięcy przed śmiercią w liście pisanym do wydawcy: "Nie rozumiem, dlaczego miałby Pan łączyć moje nazwisko z tolk ('tłumacz' lub 'mówca'). Jest to słowo pochodzenia słowiańskiego, które zostało przyjęte przez litewski (tulkas), fiński (tulkki) i języki skandynawskie, a w końcu przez Niemcy północne (język dolnoniemiecki) za pośrednictwem duńskiego (tolk). Angielski nigdy go nie przejął". Poznał język polski (obok wielu, wielu innych), ale umiejętności w posługiwaniu się nim nie oceniał wysoko. I wreszcie oboje z żoną zostali pochowani blisko polskich grobów w wydzielonej rzymskokatolickiej kwaterze cmentarza Wolvercote w Oxfordzie. Można jeszcze doszukać się kilku słowiańskich akcentów w nazwach występujących w jego książkach. Przesadą byłoby twierdzenie, iż obecność tych akcentów może mieć jakieś większe znaczenie dla badaczy tekstów Profesora. Przywołuję te informacje nie w ramach jeszcze jednej akcji "X a sprawa polska", ale po to, żeby pokazać, jak krętymi drogami chadzają losy wielu osób i książek i jak z tego "przekładańca" powstaje coś, co zachowuje swoistą "wielość w jedności". Dla przodków Tolkiena ta "wielość" przybierała oczywiście formy bardziej "zachodnie", podporządkowane w dodatku konwencjom charakterystycznym dla życia wiktoriańskiego, niezbyt zamożnego mieszczaństwa. Według rodzinnej tradycji Tolkienowie przywędrowali na Wyspy Brytyjskie z kontynentu, a towarzyszyły temu romantyczne historie miłosne, tajemnicze i dramatyczne wydarzenia polityczne, zmuszające uciekinierów do pozostawienia pokaźnych majątków "gdzieś w Europie". W nowym miejscu zamieszkania trzeba było dawne rodowe ambicje połączyć z koniecznością pracy. Z czasem rodzina dorobiła się nawet warsztatu wytwarzającego fortepiany - w momencie narodzin J. R. R. Tolkiena także i te sprawy należały do przeszłości, a teraźniejszość była raczej skromna. Podobnie egzystowali Suffieldowie - rodzina ze strony matki. Dziadek przyszłego pisarza zarabiał jako komiwojażer, a niezbyt bogate życie ubarwiały opowieści o "herbowych" przodkach, lordowskich tytułach i innych dowodach minionej świetności, wśród których fakt "zasiedzenia" Suffieldów na Wyspach bywał koronnym argumentem w dyskusjach o mezaliansie ich córki Mabel. Dla Suffieldów Tolkienowie długo pozostawali tylko zwyczajnymi imigrantami "z jakichś Niemiec". Rodzice pisarza poznali się w rodzinnym Birmingham i po paru latach nieoficjalnej znajomości (ze względu na wymienione już powyżej zastrzeżenia) uzyskali wreszcie zgodę na zaręczyny, a później i przyzwolenie na ślub. Ojciec J. R. R. T., Arthur Tolkien, próbował początkowo pracować w Banku Lloyda, a potem przeniósł się do Południowej Afryki, gdzie możliwości finansowej stabilizacji były mimo wszystko większe. Został nawet szefem oddziału banku w małym miasteczku Bloemfontein. Oddział Banku Afrykańskiego konkurować musiał z prężnym Bankiem Narodowym - zawodowy sukces Arthura Tolkiena uzależniony był więc głównie od jego obrotności i pomysłowości. Arthur wierzył w swoją dobrą gwiazdę - w początkach 1891 roku sprowadził swoją narzeczoną, a ich ślub odbył się w Kapsztadzie w połowie kwietnia. John Ronald Reuel Tolkien urodził się 3 stycznia 1892 roku, a w kilkanaście miesięcy później - 17 lutego 1894 roku - przyszedł na świat Hilary Arthur Reuel. Dzieci chowały się dobrze - niemniej niedogodności klimatyczne, ekonomiczne i polityczne skłoniły Mabel do wyjazdu z synami do Anglii. Powróciła do rodziców w Birmingham w połowie 1895 roku i oczekiwała na przyjazd męża. Rodzina jednak nie połączyła się - Arthur zmarł 15 lutego 1896 roku i został pochowany w Bloemfontein. Mabel mogła liczyć na procenty od ulokowanych w południowoafrykańskich kopalniach kapitałów (a nie było tego wiele) i na skromną pomoc ze strony rodziny - swojej i męża, głównie jednak - na własną wytrwałość i zaradność. Postanowiła sama zająć się edukacją chłopców i trzeba przyznać, iż trafili oni na utalentowanego pedagoga. Synowie okazali się również dobrymi uczniami - czteroletni John Ronald Reuel (dla rodziny - Ronald) czytał już dość dobrze, a wkrótce poczynił znaczne postępy w pisaniu. Szczególnie zainteresowała go kaligrafia, lubił także lekcje łaciny i angielskiego. Francuski nie pociągał go zbytnio - być może gdzieś tu należy szukać źródeł późniejszej "gallofobii" Profesora. Nie osiągnął sukcesów w nauce muzyki - lubił jednak rysunki, lekcje botaniki, wyprawy do parku i bezpośredni kontakt z przyrodą. Drzewa stały się jego prawdziwą, wielką miłością na całe długie życie. Dużo czasu poświęcał lekturze - tak rodziły się pierwsze fascynacje opracowaniami dawnych mitów i ludowych baśni. Nie lubił baśni Andersena - intrygowały go natomiast legendy arturiańskie i opracowania starych nordyckich sag o smokach i bohaterach, opublikowane przez niezmordowanego Andrew Langa. W życiu młodej wdowy i jej synów bardzo duże znaczenie miała religia. Przeżycia i rozmyślania doprowadziły Mabel do postanowienia, które zaważyło na kontaktach jej i synów z rodzinami Tolkienów i Suffieldów. Mabel postanowiła przejść na katolicyzm i po kilku miesiącach przygotowań ona i jej siostra, May Incledon, zostały przyjęte do "papieskiego" kościoła. Dla Suffieldów - metodystów i Tolkienów - baptystów było to szokiem. Sytuacja odbiła się na finansach wdowy - rodzina cofnęła jej swą pomoc. Te przeciwności umocniły ją tylko; na przekór wszystkim i wszystkiemu zaczęła wychowywać w wierze katolickiej obu chłopców. Nowa sytuacja finansowa zmusiła ją jednak do szukania tańszego mieszkania - do tej pory wynajmowali dom na przedmieściu. Po paru takich przeprowadzkach znaleźli się w dzielnicach niewiele lepszych od slumsów. Początkowo Ronald mógł uczyć się w wymarzonej szkole Króla Edwarda (kiedyś uczył się tu jego ojciec, w ogóle była to szkoła "z tradycjami"), potem jednak należało znaleźć tańsze miejsce edukacji. Dużą pomoc wdowie i chłopcom okazał wtedy jeden z duchownych pobliskiego Oratorium , czterdziestoparoletni ojciec Francis Xavier Morgan, pół-Walijczyk, ćwierć-Anglik i ćwierć-Hiszpan. Niekonwencjonalny, bezpośredni, hałaśliwy i wylewny, szybko stał się przyjacielem całej rodziny. Niski poziom nauczania w nowej szkole zmobilizował Mabel i Ronalda do ubiegania się o stypendium, które mogłoby umożliwić chłopcu powrót do szkoły Króla Edwarda. Ronald uczył się dobrze, interesowała go literatura i języki obce, a postępy w nauce bardzo cieszyły jego matkę. Wiosną 1904 roku Mabel trafiła do szpitala - rozpoznano cukrzycę. Stan ówczesnej medycyny nie gwarantował wyleczenia. Zmarła 14 listopada, a przed śmiercią wyznaczyła ojca Francisa na opiekuna chłopców. Spadek, który im pozostawiła, nie był duży - 800 funtów zainwestowanych w Południowej Afryce. Ojciec Morgan przy całym swoim bezpośrednim sposobie bycia okazał się dobrym strategiem - udało mu się ułagodzić zmobilizowane śmiercią Mabel obie rodziny (mówiło się o obaleniu testementu i odebraniu "papiście" opieki nad sierotami) i zapewnić dzieciom znośne warunki nauki i mieszkania. Nikt im już jednak nie mógł zastąpić matki - opiekun, ciotki, gospodynie kolejnych mieszkań będą dawać dorastającym chłopcom tylko to, co zapewnia egzystencję i przygotowuje do przyszłego życia w społeczeństwie. Życie z matką, mimo wielu finansowych niedogodności, przynosiło radość i ciepło, obfitowało w odkrycia nowych opowieści, książek, pozwalało na odmienny od "szkolnego" kontakt z obcymi językami, łączyło także fascynację religijną z osobistym stosunkiem do matki. Okres ten został dramatycznie zamknięty, ale to najprawdopodobniej on w dużym stopniu uformował osobowość przyszłego pisarza. Bracia zamieszkali teraz u jednej z dalszych krewnych. Chodzili do tej samej szkoły Króla Edwarda i dużo czasu spędzali w Oratorium. Służyli do mszy, rozmawiali z opiekunem, jadali tu posiłki i bawili się z kuchennym kotem. Ronald miał 13 lat, Hilary - 11. W szkole Ronald mógł rozwijać swoje językowe uzdolnienia. Uczył się łaciny, greki, francuskiego i niemieckiego. Powoli te zainteresowania językami przeradzały się w zainteresowania filologią. Dzięki sporej bibliotece szkoły, dzięki dobrym pedagogom, wreszcie dzięki przyjaźniom z kolegami o podobnych zamiłowaniach bardzo szybko dotarł do starych tekstów literackich. Zetknął się z oryginalną wersją staroangielskiego poematu "Beowulf" , z "Opowieścią o Sir Gawenie i Zielonym Rycerzu" i z "Poematem o Perle" . Pojawiać się zaczęły również książki z kręgu językoznawstwa - dotarł do podręcznika języka anglosaskiego, poznał także nieco walijski i staronordycki. W tym okresie jego umiejętności językowe zaczynały znacznie przekraczać wymagania stawiane uczniom. Wtedy też, początkowo na zasadzie dziecięcych zabaw, pojawiają się próby tworzenia "prywatnych" języków. Będą one jeszcze bardzo proste, z czasem jednak staną się "pełnoprawnymi" tworami, będą miały własne słownictwo, ciekawą wymowę, bogatą składnię. Najpierw pojawi się "animalic" - język wymyślony przez kuzynki Ronalda, a potem przez niego przejęty i udoskonalony. Potem będzie "nevbosh" - na tyle sprawny, iż można było pisywać limeryki w tym języku. Potem pojawił się "naffarin", czerpiący dużo z hiszpańskiego, a raczej z Tolkienowskiej chęci zgłębienia- tego języka. Wielkim przeżyciem stało się spotkanie z "Podręcznikiem języka gockiego" Josepha Wrighta. Od tej pory zabawa zaczęła nabierać cech poważnych badań językoznawczych - Ronald uczył się rekonstruowania form językowych wymarłych języków gockich, a jednocześnie udoskonalał próby tworzenia własnych języków. Próbował także stworzyć odpowiednie "pismo" i graficznie opracować kształt każdej głoski. Zaprzyjaźnił się z Christopherem Wisemanem. Różniły ich przekonania religijne (ojciec przyjaciela był duchownym-metodystą), łączyły zamiłowania językowe (Wiseman interesował się hieroglifami), sportowe (rugby!) i to coś, co sami nazywali specyficznym poczuciem humoru. W tym samym mniej więcej czasie, po kolejnej przeprowadzce do nowej kwatery, w otoczeniu Ronalda pojawia się osoba, która zmieni całe jego późniejsze życie. Edith Bratt była starsza od Ronalda o trzy lata i - podobnie jak on - była sierotą, którą opiekunowie "upchnęli" w wynajętym przy jakiejś rodzinie pokoju. Miała spore uzdolnienia muzyczne, grała na fortepianie i marzyła o karierze pianistki. Dziewczyna miała niewielki kapitalik i jej opiekunowie nie widzieli powodu, żeby muzykowaniem musiała zarabiać na życie. Ronald i Edith często spotykali się ze sobą - zbliżyła ich do siebie sytuacja rodzinna, jako że oboje byli sierotami, ich ojcowie umarli bardzo dawno i wychowywały ich same matki (dopiero później Ronald dowiedział się, że Edith była dzieckiem nieślubnym). Z rozmów zrodziła się pewna zażyłość, a ułatwiło ją to, że mieszkali w tym samym domu i wynajmowali pokoje u tej samej rodziny. Od zażyłości przeszło do fascynacji, od fascynacji - do zadurzenia. Wkrótce sprawa dotarła do ojca Francisa a ten zażądał zerwania znajomości. Uważał, że różnica wieku i wyznania, a także konieczność kontynuowania nauki przez Ronalda, są wystarczającymi powodami do przerwania tego młodzieńczego romansu. Ronald miał już wtedy szesnaście lat, Edith - dziewiętnaście, ale w świetle ówczesnych praw nie mogli jeszcze sami o sobie decydować. Ronald zgodził się z wolą opiekuna, spotkania jednak odbywały się nadal. Młodzi starali się zachować to w tajemnicy - nie udało się jednak. Zgodnie ze swoimi zainteresowaniami i zgodnie z planami opiekuna Ronald miał ubiegać się o przyjęcie na studia. Nie posiadał jednak wystarczającego zabezpieczenia finansowego - należało więc próbować zdobyć stypendium (niezamożna młodzież często korzystała z tej formy pomocy). Pierwszy wyjazd do Oxfordu w 1909 roku zakończył się niepowodzeniem. Mógł oczywiście ubiegać się o stypendium w roku następnym - byłaby to jednak już ostatnia jego szansa. W tej sytuacji należało więc solidniej przyłożyć się do nauki w szkole. Ktoś "życzliwy" znowu widział oboje młodych w jakiejś herbaciarni i ojciec Francis postawił teraz sprawę ostro: do uzyskania pełnoletności, tj. do ukończenia 21. roku życia Ronaldowi nie wolno spotykać się z dziewczyną i nie wolno kontaktować się z nią w jakikolwiek sposób. Młodzi jednak spotykali się nadal. Opiekun Ronalda nazwał to dowodem wyjątkowej głupoty i złej woli. W końcu Edith postanowiła wyjechać do Cheltenham. Przez najbliższe trzy lata nie mogli utrzymywać ze sobą żadnego kontaktu. Rozłąkę z ukochaną Ronald przeżył boleśnie - a może był to tylko przejaw młodzieńczej egzaltacji? Poważnym błędem ojca Francisa było rozdzielenie młodych, niewinne zadurzenie przekształciło się bowiem w wielką miłość - przynajmniej ze strony Ronalda. Edith w nowym otoczeniu czuła się dobrze, udzielała się w kościele parafialnym, nawiązywała znajomości i coraz mniej wierzyła w miłosne zapewnienia młodego chłopaka. Dla niego zaś zdobycie dziewczyny stało się sprawą ważną. Chciał na nią zasłużyć, uważał ją za ideał swego życia, za osobę godną wszelkich poświęceń. Pewne ochłodzenie stosunków z opiekunem wynagradzał sobie Ronald ożywieniem kontaktów z rówieśnikami. Zauważmy jednak, że ani koledzy i przyjaciele ze szkoły, ani rodzina - bliższa czy dalsza - dosłownie nikt postronny nie znał historii romansu Ronalda i Edith. O całej sprawie wiedział jedynie ojciec Francis. Szkoła Króla Edwarda była zwyczajną "dzienną" szkołą, z dobrą tradycją i przyzwoitym poziomem. Nie było tu atmosfery szkół "dla lepszych sfer" z pretensjami i internatami, gdzie niejednokrotnie dziecięce fascynacje kolegami nabierały posmaku homoseksualizmu. Szkoła Ronalda była oczywiście szkołą wyłącznie męską i w takim otoczeniu Ronald przebywał w czasie nauki u Króla Edwarda i potem w Oxfordzie. W wieku, w którym wielu młodych odkrywa uroki towarzystwa płci przeciwnej, on musiał - w imię "wierności Edith" - odłożyć wszelkie myśli o romansach i flirtach z siostrami czy kuzynkami swoich kolegów. Wszystkie radości i odkrycia najbliższych trzech lat - a były to lata równie inspirujące jak te spędzone z matką - dzielił nie z Edith, ale ze swoimi rówieśnikami. Polubił wtedy te intelektualne spory w męskim gronie, a podział na "prywatność serca" (dzieloną z Edith) i "prywatność intelektu" (dzieloną z kolegami) pozostanie w jego życiu już na stałe. W szkolnym życiu Ronalda (a była to ostatnia klasa) wydarzy się jeszcze coś znaczącego. Z grupy osób zajmujących się szkolną biblioteką wyłoni się T. C., B. S. - Klub Herbaciany, Towarzystwo Barrowian (od "Barrow's Stores" - herbaciarni przy Corporation Street). Obok Ronalda i nieodłącznego Christophera Wisemana w klubie znalazłsię syn dyrektora szkoły, Robert Ouilter Gilson, i najmłodszy z tej czwórki - Geoffrey Bach Smith. Wszyscy interesowali się literaturą, językoznawstwem, sztuką. Różne mieli w ramach tych dziedzin upodobania, a z dzielenia się swoimi zainteresowaniami wyrosła przyjaźń. Wpływali inspirująco na siebie, poszerzali krąg swoich lektur, dyskutowali godzinami o wszystkim. Tego typu "paczki" nie były (i nie są) czymś nadzwyczajnym wśród nastolatków, którzy dobrą naukę chcą łączyć z entuzjastycznym przezywaniem intelektualnych odkryć. Szkoła dostarczała również możliwości uczestniczenia w Klubie Dyskusyjnym, pozwalała redagować pisma, dawała okazję do przeżywania sportowych emocji (podczas meczu rugby Ronald doznał kontuzji nosa i języka), ale dopiero T. C., B. S., mimo iż nie był na miarę naszych Filomatów i Filaretów, dawał młodym ludziom poczucie pełni życia. W grudniu 1910 roku Ronald jeszcze raz pojechał do Oxfordu i raz jeszcze przystąpił do egzaminów. Tym razem powiodło mu się i uzyskał stypendium Exeter College. Nie było ono zbyt wysokie - Ronald jednak liczył na pomoc ojca Francisa i swojej starej szkoły. Ostatni okres nauki u Króla Edwarda sprzyjał w tej sytuacji swobodnemu udzielaniu się w różnych akcjach dyskusyjnych, literackich, sportowych i teatralnych. Ronald zagrał w amatorskim przedstawieniu szkolnego teatru - jego aktorskie umiejętności były znaczne i dziś jeszcze z archiwalnych taśm dochodzi do nas echo niebanalnych interpretacji. Po pożegnaniu ze szkołą ("Czułem się jak młody wróbel, którego wykopano z gniazda na wysokiej gałęzi" - zanotuje później), podczas letnich wakacji, razem z Hilarym, przyszłym farmerem, przyłącza się do grupy zaprzyjaźnionych osób i wyrusza na wycieczkę do Szwajcarii. Będzie to jeden z nielicznych kontaktów z dalekim światem. Nigdy nie będzie wiele podróżował. Z tego wojażu zachowa reprodukcję kiepskiego obrazu - zwykłą kartkę pocztową z wizerunkiem "Ducha Gór". Potem dopisze na kopercie z tą kartką: "Zapowiedź Gandalfa..." Ronald rozpoczął swoje studia w Orfordzie jesienią 1911 roku. Była to uczelnia z tradycjami - w dobrym i złym znaczeniu. Większość studiujących stanowili uczniowie z bardzo zamożnych rodzin i to dla nich powołano kiedyś instytucję "służących", dbających o wygody swego pana. Studenci posiadali "własne" apartamenty (sypialnię i salonik), "własnych" służących i - obok obowiązków - sporą ilość wolnego czasu. Barwne życie studenckie pochłonęło Ronalda i na naukę - przynajmniej w początkowym okresie - nie miał zbyt wiele czasu. Tu również grywał w rugby, dużo uwagi poświęcał klubom dyskusyjnym (sam też założył własny klub) - wszystko to było oczywiście bardziej dorosłe i bardziej "uczone", ale ożywione prawie tym samym duchem co T. C., B. S. Zamożniejsi studenci mogli sobie pozwolić na pewną bezkarność i studiowanie według własnej fantazji i finansowych możliwości rodziców. Stypendyści musieli jednak pamiętać, iż ich pobyt na uczelni nie jest tylko miłym spędzaniem czasu i że ze swoich obowiązków należy się kiedyś rozliczyć. Ronald studiował filologię klasyczną a w ramach dodatkowych zajęć chodził na konsultacje do wspomnianego już tu Josepha Wrighta . Wright umiał docenić językoznawcze zainteresowania Tolkiena, a także trafnie ocenić jego rzeczywiste umiejętności. Ronald powoli uświadamiał sobie obszary własnej niekompetencji - mimo to nie poniechał studenckich rozrywek. Wright zmobilizował go jednak do skrupulatniejszej pracy nad "prywatnymi" językami. Materiał porównawczy był pod ręką - biblioteka kolegium była dobrze zaopatrzona. Tolkien odnalazł kilka podręczników języka walijskiego i przestudiował je dokładnie. Walijski stał się jego ulubionym językiem. Potem sięgnął po gramatykę fińską i przypuścił szturm na oryginał "Kalewali". Te doświadczenia poszerzyły nie tylko jego wiedzę językoznawczą - w sposób już całkiem świadomy zaczął interesować się mitami i starymi tekstami, które były przekazem tych mitów. Uważał, iż gdzieś tam kryje się zgubione dziedzictwo Brytyjczyków, i już wtedy zaświtała mu myśl, aby to dziedzictwo odtworzyć i przekazać współczesnym. Z fascynacji walijskim i fińskim narodzi się kiedyś quenya i sindarin. Na polu naukowym Ronald nie odnotował jednak większych osiągnięć, zauważył nawet, iż za mało przykładał się do pracy i będzie musiał sporo nadrobić, jeżeli chciałby w przyszłości zająć się karierą naukową. Plany te jednak miały charakter równie mglisty, jak i postanowienie poprawy. Zbliżał się bowiem okres wejścia w pełnoletność, kiedy można było urzeczywistnić nareszcie inne, równie ważne pragnienie. W kilka minut po północy, 3 stycznia 1913 roku, Ronald napisał do Edith Bratt obszerny list i ponowił swoje wyznania miłosne, a także małżeńskie obietnice. Odpowiedź przyszła szybko - Edith donosiła, że zdążyła już zaręczyć się z bratem swej szkolnej przyjaciółki. Ronald wsiadł w pociąg i wyruszył do Cheltenham. Spotkał się z Edith 8 stycznia i tak długo przekonywał ją o swoim uczuciu, iż dziewczyna zgodziła się wyjść za niego. O tych nieoficjalnych zaręczynach Ronald poinformował jedynie ojca Francisa. Reakcja kapłana nie była entuzjastyczna - wydawał się jednak tolerować ten związek i można było nadal liczyć na jego finansową pomoc. Po powrocie do Orfordu chłopak zabrał się do nadrabiania zaległości. Złożone przez niego prace pisemne zostały ocenione bardzo wysoko. Na ten sukces w dużym stopniu złożyły się efekty pedagogicznej działalności Josepha Wrighta, nie wolno nam jednak nie doceniać osobistego zaangażowania i umiejętności Ronalda. Uczelnia dostrzegła talent studenta, który kiedyś "wyłożył" się podczas pierwszego ubiegania się o przyznanie stypendium. Ronaldowi zaproponowano przeniesienie się z filologu klasycznej na angielską. Było to - jak zauważył przełożony kolegium - bardziej zgodne z zainteresowaniami Tolkiena. Ronald zgodził się i z początkiem letniego okresu nauki w 1913 roku zmienił kierunek studiów. Interesowały go zwłaszcza dawne dialekty zachodnich hrabstw środkowej Anglii. Często musiał sięgać po zupełnie nowe dla siebie teksty, a każda taka próba przynosiła nowe inspiracje naukowe i literackie. Z poematu "Chrystus" Cynewulfa przemówiły do niego stare pogańskie mity, ukryte pod szatą mistyki chrześcijańskiej. To stąd, z dwóch linijek tego poematu, wyprowadził Ronaldtrop w kierunku mitologu Śródziemia: "Bądź błogosławion, Earendalu, spośród aniołów najjaśniejszy, na świat posłany między ludzi..." Podobnych odkryć dostarczała mu lektura tekstów staroislandzkich: obu "Edd" - poetyckiej (starszej) i prozatorskiej (młodszej) . Pieśni o bohaterach, o bogach i początkach świata, o walce dobra ze złem i o ostatecznej bitwie, po której być może odrodzi się nowy świat. Te przedchrześcijańskie jeszcze mity, ukazujące świat pełen mądrości i tajemnic, głęboko oddziałały na Tolkiena. Po zaręczynach z Edith kwestia wyznania dziewczyny wielokrotnie była omawiana przez narzeczonych. Dla Ronalda była to sprawa niezmiernej wagi, dla Edith - rzecz kłopotliwa. Sądziła jednak, iż ten problem uda się załatwić bez rozgłosu i w ostatniej chwili przed samym ślubem. Ronald był jednak stanowczy - dziewczyna ustąpiła i po przeprowadzce do Warwick (tu nikt jej nie znał) rozpoczęła pobieranie nauk u jednego z katolickich księży. Ronald tymczasem wyruszył do Francji z dwójką podopiecznych. Sama podróż nie była przyjemna, jego zdanie o Francuzach nie było najlepsze, a i posada opiekuna niezbyt mu się spodobała. Jesienią 1913 roku powrócił na swoją uczelnię. W (Mordzie pojawił się również G. B. Smith, a dwaj inni koledzy z T. C., B. S. - R. Q. Gilson i Ch. Wiseman - rozpoczęli studia w Cambridge. Dopiero teraz - i to bardzo oględnie - Ronald powiadomił ich o swoich zaręczynach. Przyjęli to powściągliwie, Gilson jednak zauważył, iż coś takiego, jak dotychczasowe T. C., B. S., już tak prędko się nie powtórzy... Edith przyjęto do kościoła rzymskokatolickiego z początkiem roku 1914. Czuła się w nowej wierze zagubiona i osamotniona, poza tym - w nowym środowisku. Częste i długie listy Ronalda irytowały ją trochę - narzeczony odrabiał korespondencyjne zaległości i nie żałował opisów bujnego życia uniwersyteckiego. Ich spotkania ujawniały, że muszą wykazać wiele wyrozumiałości i poświęcenia, jeżeli mają pozostać ze sobą na stałe. Po wyjeździe Ronalda wszystko na odległość wracało do normy: on znowu pisał płomienne listy, a ona starała się jakoś pogodzić z nową wiarą i z nową rolą - przyszłej żony przyszłego naukowca. Ronald natomiast odnalazł w sobie nową energię do pracy. Nabrał także cech "światowca" (o ile pozwalały na to skromne fundusze), założył kolejny klub dyskusyjny, wiosłował, grał w tenisa, dużo pisał, brał udział w konkursach i często zdobywał nagrody. Pieniądze najczęściej przeznaczał na książki. I tak zetknął się z twórczością Williama Morńsa , tłumacza - między innymi - "Völsungasaga" i autora mitopodobnych opowieści. Z jednej z nich, z "Rodu Wolfingów", przywędrowała do Tolkienowskiego Śródziemia nazwa Mrocznej Puszczy. Latem 1914 roku Ronald wyruszył do Kornwalii. Po latach stanie się ona takim "idealnym pejzażem" i posłuży za wzór krajobrazom z opowieści o Śródziemiu. Spotkał się także z bratem i ciotką, przebywającymi na farmie swych przyjaciół. Tutaj rozpoczął pisanie poematu o "Podróży Earendela Gwiazdy Wieczornej". Widać w nim było inspirację tekstem Cynewulfa, a także zapowiedź późniejszych dojrzałych prób literackich. Ważne jest to, iż w tym utworze Tolkien zaczął tworzyć podstawy własnej mitologu. W tym samym mniej więcej czasie Anglia wypowiedziała wojnę Niemcom. Był bowiem rok 1914 i tysiące młodych ludzi zaciągało się do wojska. Ronald - wbrew oczekiwaniom swoich krewnych (jego brat Hilary zgłosił się już jako trębacz) - postanowił wrócić na uczelnię i kontynuować naukę. Nie czuł się jednak dobrze, gdyż wszyscy jego znajomi wybierali się na wojnę. W końcu natrafił na informację, iż można przygotować się do służby wojskowej równolegle z nauką na uczelni, przy czym powołanie do czynnej służby może nastąpić dopiero po zakończeniu studiów. Ronald zgodził się na to i z początkiem roku zaczął brać udział w szkoleniach wojskowych. Jednocześnie podjął pierwsze próby stworzenia czegoś w stylu opowieści Morrisa. Jego "Opowieść o Kullervo" korzystała z wątków "Kalewali" i była pierwszą poważną próbą opracowania legend w postaci wiersza i prozy - nie ukończył jej jednak. Bożonarodzeniowe wakacje 1914 roku cały Klub Herbaciany spędził u rodziny Wisemana w Wandsworth. Było to już ostatnie spotkanie T. C., B. S. Dużo mówili o swoich planach na przyszłość. Ronald czytał im swoje wiersze i jakkolwiek opinie przyjaciół były krytyczne, postanowił serio obrać profesję poety. Pisał wtedy dużo i niektóre z tych tek-stów pojawiły się potem w "The Adventures of Tom Bombadil". Utwory te ujawniły już pewną charakterystyczną cechę postawy Tolkiena jako autora - uważał się bardziej za odkrywcę opisywanych światów, a nie za tego, kto je wymyślił. Równolegle trwały prace nad kreacją nowych języków i Tolkien dokonał istotnego odkrycia - właśnie: odkrycia. "Prywatne" języki świetnie nadawały się do zapisywania wierszy i opowieści. Były na tyle precyzyjne, iż mogły oddawać wszelkie subtelności myśli i uczuć - należało tylko zadecydować, kim są istoty posługujące się tą mową. Sprawa wyjaśniła się w roku 1915, gdy Tolkien "od-krył", że języki te należały do elfów, z którymi spotkał się Earendel w czasie swych podróży. Pojawiły się teraz poematy o tajemniczym Valinorze, o Dwóch Drzewach, rodzących owoce pełne słonecznego i księżycowego blasku... Zapowiadały one już późniejszy "Silmarillion". W czerwcu Ronald ukończył studia i uzyskał możliwość pracy na uczelni. Wojna jednak trwała nadal i trzeba było wywiązać się z przyjętych zobowiązań. Przydzielono go do Batalionu Strzelców z Lancashire i wysłano do obozu szkoleniowego. Wojskowy tryb życia działał na niego przygnębiająco. Dostrzegał marnowanie czasu i ludzkiej energii, a sama wojna była dla niego czymś bezsensownym i przerażającym. Zaczął się specjalizować w sygnalizacji wojskowej. Kody Morse'a, szyfrowanie, łączność telefoniczna - wszystko to było mu mimo wszystko bliższe niż dowodzenie oddziałem w bezpośredniej walce. Spodziewano się przerzucenia batalionu Ronalda do Francji. Tolkien postanowił więc uporządkować swoje sprawy osobiste. Porozumiał się z Edith i przekazał ojcu Francisowi wiadomość o zaplanowanym ślubie. Prosił go również o uregulowanie spraw finansowych. Chciał się usamodzielnić i chociaż kapitał po matce był niewielki, a czasy bardzo niepewne, Ronald uważał, że wraz z dochodami z jego poetyckiej twórczości (właśnie "Oxford Poetry" przyjęło do druku jego wiersz "Goblin Feet") będzie to stanowiło pewne zabezpieczenie nowej rodziny. Ślub odbył się 22 marca 1916 roku w Warwick. Dopiero po ślubie Edith wyznała mężowi, iż była dzieckiem z pozamałżeńskiego związku. Ronald postanowił przejść nad tym do porządku dziennego. Nowożeńcy udali się na krótki, wojenny miodowy miesiąc, pocieszeni nieco tym, że ojciec Francis nie tylko przesłał im swoje błogosławieństwo, ale zaproponował, iż osobiście udzieli im ślubu w Oratorium. Problem jednak w tym, że Ronald powiadomił go o swych planach dosłownie w przeddzień ślubu... W czerwcu oddział Ronalda został przerzucony do Francji. Przeniesiono ich na front nad Sommę. Walki trwały długo i bez wyraźnych rezultatów. Wśród żołnierzy przybywało rannych i chorych. Ronald brał udział w przesłuchaniach niemieckich jeńców, spotkał się także z kolegą z Klubu Herbacianego, z G. B. Smithem. Od niego dowiedział się, że Gilson poległ pierwszego dnia walk.Wśród żołnierzy szerzyła się gorączka okopowa. Zachorował również i Tolkien. Z początkiem listopada przewieziono go do Anglii, do Birmingham. Święta Bożego Narodzenia spędził razem z Edith. Z listu Christophera Wisemana (był w marynarce brytyjskiej) dowiedział się o śmierci G. B. Smitha. T. C., B. S. przestał istnieć - wojna trwała nadal, a generałowie i politycy wydawali się nie przejmować tragicznym losem tysięcy młodych ludzi. Ronald spędził w szpitalach sporą część roku 1917 i 1918. Nawroty choroby uniemożliwiały mu powrót na front - w tym czasie większość żołnierzy z jego oddziału zginęła lub dostała się do niemieckiej niewoli. Groza wojny, śmierć przyjaciół, własna choroba, przeświadczenie o posiadaniu ważnej misji do spełnienia, a także nałożony niejako przez zmarłego G. B. Smitha obowiązek "wypowiedzenia tego wszystkiego, czego inni nie zdążą już powiedzieć" - to wszystko zmobilizowało Ronalda. W ciągu kilkunastu miesięcy krystalizują się dwa podstawowe języki Śródziemia - quenya i sindarin - wyraźnie zostaje zarysowany obraz elfów, istot potężnych, odmiennych od zwiewnych i skrzydlatych drobinek z opowieści dla dzieci. Śródziemie "domaga się" odkrycia, jego mitologia domaga się wypowiedzenia w tekstach, bohaterowie chcą przemówić własnymi głosami. Tolkienowi pozostaje już tylko poddać się woli tego tajemniczego świata. Zaczynają powstawać opowieści, które później złożą się na "Silmarillion" - w Great Haywood Tolkien zapisuje je z nagłówkiem "The Book of Lost Tales". Pierwszą opowieścią jest "Upadek Gondolinu", potem powstają "Dzieci Hurma" i różne wersje szkiców kolejnych historii. 16 listopada 1917 roku przychodzi na świat najstarszy syn Tolkienów. Poród był trudny i niebezpieczny. Ronald mógł przyjechać dopiero tydzień później. Dziecku nadano imiona John Francis Reuel - "Francis" na cześć ojca Morgana. Kapłan przybył z Birmingham i osobiście ochrzcił chłopca. Edith wraz z dzieckiem podróżowała za Ronaldem po Anglii. Małżonkowie starali się dużo przebywać ze sobą. Z ich wędrówek po zielonych lasach - a przede wszystkim z ich wielkiej miłości - narodzi się jedna z najpiękniejszych opowieści: historia Berena i Luthien. Była to ulubiona opowieść Ronalda. Wiele lat później, już po śmierci żony, wyjaśnił najmłodszemu synowi, ile autentycznych szczegółów z dziejów miłości jego i żony zostało bezpośrednio przeniesionych do tej pieśni o dziewczynie-elfie, która swym tańcem wśród drzew (to autentyczne wydarzenie) oczarowała śmiertelnego człowieka. Wojna zakończyła się w listopadzie 1918 roku. Ronald został zdemobilizowany i mógł rozpocząć "cywilne" życie w Orfordzie. Dzięki pomocy swoich byłych wykładowców otrzymał pracę przy redagowaniu "New English Dictionary". Nie zarabiał zbyt wiele, było to jednak to, o czym marzył: Oxford, badania językoznawcze, rodzina, dom i możliwość swobodnego pisania. Udało mu się wynająć niewielki domek, przyjąć gosposię i uzyskać pewną stabilizację. Rozpoczął również pracę jako niezależny wykładowca, głównie w żeńskich kolegiach Orfordu. Często na spotkaniach w swoim dawnym kolegium Exeter czytywał fragmenty "Upadku Gondolinu" i opowieści te zdawały się przypadać do smaku słuchaczom. Latem 1920 roku zaproponowano Tolkienowi pracę wykładowcy języka angielskiego na uniwersytecie w Leeds. Propozycja wydała się dosyć atrakcyjna i jesienią Ronald rozpoczął zajęcia. Miasto nie było urodziwe, a i sam uniwersytet sprawiał wrażenie będącego na dorobku. Wydział Anglistyki rozbudował się i było tu sporo okazji do wykazania się inwencją i umiejętnościami organizacyjnymi. Profesor George Gordon spodziewał się, iż Tolkien znajdzie sposób na uatrakcyjnienie programu przedmiotów językoznawczych, i nie zawiódł się. Nowa praca podobała się Ronaldowi, a jego zajęcia i sposób bycia zostały zaakceptowane również przez studentów. Tolkien jednak poszukiwał nadal jakiegoś korzystniejszego - przynajmniej pod względem materialnym - ułożenia spraw swojej rodziny. W październiku 1920 roku Edith urodziła kolejnego syna, Michaela Hilary'ego Reuela. Rodzina zamieszkała razem w Leeds i należało teraz solidniej zadbać o jej utrzymanie.Na początku 1922 roku na uczelni pojawił się nowy wykładowca - Eric Valentine Gordon. Był Kanadyjczykiem i nie istniały żadne rodzinne powiązania pomiędzy nim a profesorem Gordonem. Tolkien spotkał się z nim już w Oxfordzie. Współpraca Ronalda z "młodym" Gordonem układała się bardzo dobrze - postanowili przygotować pierwszą naukową edycję "Sir Gavena i Zielonego Rycerza". Gordon okazał się niezmiernie pracowitym i wymagającym partnerem - dzięki jego mobilizującej postawie praca przebiegała szybko i książka ukazała się już w 1925 roku. Ronald odpowiadał za opracowanie tekstu i słownika, a Gordonowi przypadło opracowanie objaśnień. Młodzi naukowcy zaprzyjaźnili się; połączyło ich zamiłowanie do starych nordyckich sag, picia piwa i dyskusji w kolejnym klubie. Trzeba przyznać, że bujne życie towarzyskie sprzyjało popularności obu wykładowców wśród studentów - wkrótce wielu nowych słuchaczy zaczęło przychodzić na ich zajęcia. Okres pracy w Leeds dobrze zapisał się w pamięci Tolkiena. Życie rodzinne układało mu się pomyślnie, odnosił sukcesy jako wykładowca i badacz, również i jego literackie prace nabierały większego rozmachu. "The Book of Lost Tales" była prawie ukończona, a obok niej powstawały opowieści układające się w nowe cykle. W 1922 roku George Gordon ("starszy") przeniósł się do Oxfordu i pojawiła się możliwość objęcia jego stanowiska. Początkowo nic z tego nie wyszło, w 1924 roku Ronald otrzymał jednak tytuł profesora języka angielskiego (stanowisko to utworzono specjalnie dla niego) i w wieku trzydziestu dwóch lat stał się jednym z młodszych profesorów w brytyjskim szkolnictwie wyższym. Materialna sytuacja rodziny znacznie się poprawiła, wynajęto też lepsze mieszkanie. W listopadzie urodził się kolejny syn - Christopher Reuel. Otrzymał imię na cześć przyjaciela, Christophera Wisemana. Szczęśliwy ojciec obiecywał sobie, iż syn ten będzie kiedyś spadkobiercą jego literackiego dziedzictwa. I tak też się stało. Na początku 1925 roku zwolniło się stanowisko profesora języka anglosaskiego w Oxfordzie. Tolkien nie miał zbyt dużych szans. Dopomógł mu tutaj George Gordon i dzięki jego misternym zabiegom Ronald znalazł się znowu w Oxfordzie. Życie tu było ustabilizowane - tradycja wyznaczała nieomal każdą godzinę w roku. Wykłady, konsultacje, praca własna, spotkania naukowe, spotkania towarzyskie - wszystko to było uporządkowane. Tolkienowie musieli również poddać się temu rytmowi. Ronald przyjął to jako coś naturalnego, Edith poddała się temu z melancholijną rezygnacją. Dom i opieka nad dziećmi wystarczały jej zupełnie, niezbyt entuzjazmowała się pracą męża, a życie towarzyskie Oxfordu było dla niej czymś zupełnie nie do zaakceptowania. Szybko ustala się opinia, iż "pani Tolkien nie bywa i nie przyjmuje". Ronald - przeciwnie - nader często "bywał" i szybko zostały docenione jego towarzyskie zalety. Czuł się trochę zwolniony z obowiązków dbania o dom. W Oxfordzie przemieszkali w tym samym miejscu przez dwadzieścia jeden lat. Synowie chowali się dobrze. W 1929 roku urodziła się córka Priscilla i właściwie było to jedyne wielkie wydarzenie. Sporo czasu można było poświęcić badaniom naukowym. Sprzyjała temu atmosfera Oxfordu. Dyskusje naukowe pozwalały stawiać śmiałe tezy, a niekonwencjonalne towarzystwo, jakie skupiało się wokół poszczególnych osób czy klubów, gwarantowało, iż każdy niezwykły pomysł mógł być gruntownie i z pożytkiem poddany krytyce specjalistów. W 1926 roku Tolkien spotyka Clive'a Staplesa Lewisa . Ich późniejsza przyjaźń przejdzie przez wiele etapów - od nieufności poprzez fascynację, partnerstwo i coś w rodzaju "duchowej wspólnoty" aż do pewnego zniechęcenia. To wpływowi Ronalda - katolika zawdzięcza literatura angielska "narodziny" drugiego po Chestertonie pisarza chrześcijańskiego. Lewis okazał się pojętnym słuchaczem Tolkienowskich uwag i jakkolwiek uczeń niezbyt dokładnie spełnił oczekiwania mistrza (został protestantem, nie katolikiem, jak tego oczekiwał Ronald), to jako moralista zyskał sobie ogromną popularność. Również i jego próby literackie zyskały dobrą opinię - może nawet zbyt dobrą, jak niekiedy mówił Tolkien. Sukces opowieści o Nami był dla Tolkiena niezbyt oczywisty (oględnie mówiąc). Ten rodzaj "baśniowania" wydawał się Ronaldowi mocno podejrzany i pozbawiony cech oryginalności. Kąśliwe uwagi o twórczości przyjaciela nie przeszkadzały Ronaldowi w korzystaniu z rad Lewisa, dotyczących spraw warsztatu pisarskiego. Lewis miał na Ronalda duży wpływ - Edith to dostrzegała i była zazdrosna o tę przyjaźń. Przyjaciele spotykali się najczęściej na posiedzeniach kolejnego nieformalnego klubu, założonego przez Tolkiena. Klub nazywał się "The Kolbitar" - oznaczało to tych, którzy podczas rozniecania na wietrze ognia pochylają się tak nisko nad węglem, iż po prostu nadgryzają jego kawałki. Nazwa była islandzka i tematyka spotkań również wywodziła się z tego kręgu - kilkanaście osób, w większości na poważnych stanowiskach uniwersyteckich, spotykało się, by czytać staronordyckie sagi, komentować je i od czasu do czasu wzbogacać te spotkania prezentacjami własnych tekstów literackich, najlepiej zapisanych w jakimś rzadkim lub dawno wymarłym języku. Nie było to jedyne miejsce takich "uczonych zabaw" - głośniejsze stały się spotkania grupy "The Inklings". Klub nie został założony przez Tolkiena. Było to coś w rodzaju stowarzyszenia literackiego, powołanego do życia około 1931 roku przez studenta Tangye Leana. Dopiero później o obliczu tej grupy - i o jej sławie - zadecydowało uczestnictwo Tolkiena, Lewisa, jego brata Warrena, Chariesa Williamsa, Owena Barfielda czy Hugo Dysona. Również i w życiu Ronalda grupa ta odegrała ważną rolę, tu bowiem odbywały się czytania fragmentów "Hobbita", tu dyskutowano nad tym tekstem i stąd też poszła w świat fama o tej opowieści. "Hobbit" narodził się z opowiadań "na dobranoc" w dziecinnym pokoju synów Tolkiena. Pisarz traktował to jako zabawę i rzecz po jakimś czasie została zarzucona. Potem powrócił do niej i fragmenty prezentował na spotkaniach "The Inklings". Rękopis nie był jednak przeznaczony do publikacji - Tolkien uważał, iż godniejsze druku są opowieści ze zbioru "The Book of Lost Tales". Jakimiś jednak drogami wiadomość o "Hobbicie" dotarła do Susan Dagnall, redaktorki z wydawnictwa Allen and Unwin. Zdobycie notatek nie okazało się trudne, a sama historia małego hobbita spodobała się jej. Pozostawało tylko namówić Tolkiena do napisania zakończenia (rzecz w tej wersji kończyła się śmiercią Smauga) i do przygotowania rękopisu do druku. Jesienią 1936 roku maszynopis był ukończony i powędrował do najbardziej surowego krytyka, jakiego można sobie wyobrazić. Szef wydawnictwa uznał, iż książkę dla dzieci powinno zrecenzować ... dziecko. Przekazał ją swemu dziesięcioletniemu synowi, a kiedy ten wyraził się o niejpozytywnie, skierował książkę do druku.
  1   2


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość