Strona główna

W kawiarni avion


Pobieranie 113.89 Kb.
Data19.06.2016
Rozmiar113.89 Kb.
Renata Putzlacher
W KAWIARNI AVION,

KTÓREJ NIE MA
silva rerum



Fragmenty książki Renaty Putzlacher,

która wyjdzie drukiem w roku 2011.

Autorka zamierza ją wydać w wersji polsko-czeskiej,

na razie nie powstały jednak czeskie tłumaczenia.

*
Urodziłam się tutaj, a uczono mnie języka,

którym posługiwali się tamci. Czytano wiersze

wieszcza, który żył jeszcze gdzie indziej.

Naginano mą śródlądową wyobraźnię

od morza do morza. Gdy upadałam na duchu,

śpiewano mi o Bonapartem, który dał nam

jakoby przykład. Nic w moim życiu nie było

nieszablonowe. Może tylko żargon, którym się

posługiwałam. I galicyjski kod genetyczny.

Gdy pytano mnie o tożsamość, pewna byłam

tylko swej płci. Choć nieraz mi mówiono,

że równy ze mnie chłop. Kolor skóry

też mi się zmieniał w zależności od pór roku.

Również w kłopotliwych sytuacjach, a więc

dosyć często. Zawsze czułam się w pół drogi.

Wyrwana z kontekstu. Sama sobie do pary,

żeglarzem i tratwą. Po wieki wieków

w narodowej formalinie. Marząca w duchu

o spokojnych wodach.



*
Moja matka urodziła się w Międzyświeciu koło Skoczowa, niedaleko grodziska Piekiełko. Jej dzieciństwo też bardzo mocno związane było z tym miejscem. Być może dlatego postanowiła, że jej pierworodna córka przyjdzie na świat w Raju, który jest dziś dzielnicą Karwiny, a nie w Cieszynie, gdzie mieszkała moja familia po mieczu. Wątpliwy to był raj. Kojarzą mi się z nim głośne i złośliwe dzieci górników, którzy przybyli tu za pracą z innych, bardziej jednoznacznych regionów, a także osobliwe rozmówki czesko-polskie.
– Odkud jsi?

– Urodziłam się w Karwinie…

– Tady se mluví česky! Táta je horník?

– Tak… Ano… Tatínek pochází z hor…

– Horník pracuje na dole, bambulo polská…

– Horník na dole… A, tak to ne, mój tata pracuje raczej na górze…

– Na horách? Škrtám horník, píšu horal…

– Nie, to nie tak… Państwowa spółdzielnia rolnicza to po czesku… Już wiem! Státní statek…

– Dobře, škrtám horal, píšu statek.

– Statek też nie brzmi, bo tata nie jest marynarzem i tu nie ma morza.

– Nerozumím.

– Statek znamená polsky loď.

– A sklep je „piwnica“?

– Tak… Ano…

– Pojď! Zeptáme se táty, co tady vlastně dělá...
*
„Zeptej se táty“… Ostatnia książka Jana Balabána. Pisał ją po śmierci ojca, który był jego wielkim autorytetem. Zadawał mu bolesne pytania, na które zabrakło wcześniej odpowiedzi. A może już je słyszał, z tamtego brzegu… Zmarł we śnie, przedwcześnie, w tym samym dniu, w którym zmarł przed sześciu laty jego ojciec. Pisanie – starych ran otwieranie…
Kiedy myślę o nim, widzę Petra, widzę nas, o piętnaście lat młodszych, czytających swoje nowe wiersze i opowiadania na spotkaniach i zlotach. Było nam dobrze razem, choć były to chwile ulotne. Klub „Skleněná louka“ w Brnie, promocja czeskiego wyboru moich wierszy, Jarek śpiewa „Cieszyńską”, a dwaj pozostali koledzy z Ostrawy wręczają mi czerwony kaktus i wino marki wino o wzniosłej nazwie „Poezja”. Wszyscy trzej mają niedoparte wrażenie, że tu usycham. „Śląski kwiatuszek”. Brr… no… Potem ostrawski antykwariat „Fiducia”, promocja książek Honzy i Petra, jestem tu w roli matki chrzestnej, mam skrapiać ich dzieła „miodulą” domowej roboty i czytać wiersze po polsku, bo moi czescy przyjaciele lubią ten język i szlus.
Niedaleko stąd jest ewangelicki kościół i tu żegnamy Honzę tłumnie, uśmiechając się przez łzy, modląc się w swoich językach, wszyscy wyciszeni, niepodobni do siebie, w półukłonach, na klęczkach, w drżeniu rąk i ust. Nigdy nie widziałam tylu bezradnych mężczyzn, jakby żywcem wyjętych z jego powieści. Wszyscy pytają, dlaczego go tu nie ma, a on pewnie ma już gdzieś tam, w domu Ojca (w domu taty?) gotową odpowiedź.
Trzymam w rękach jego ostatnią książkę i widzę, że znał tę odpowiedź jeszcze wcześniej. Okamžiky – okamgnienia – „chwilo, trwaj“… „Okamžiky nekončí. Okamžiky pořád trvají, to jenom my v nich nemůžeme pořád žít.“ (Jan Balabán, „Zeptej se táty“)
*
To tak jakby wręczono ci dwa prezenty.

W jednym lalka, którą znasz na pamięć.

Na szybie sklepu, w którym ją podziwiałaś,

zostały kilkuletnie odciski twoich palców.

Jakoś wyrosłaś już z tej lalki, zawsze za drogiej,

wieczyście nieosiągalnej. Bardziej jesteś

zmieszana niż szczęśliwa. Drugi prezent

w ogóle cię nie interesuje. Już przez tę lalkę

miałaś paść trupem. Albo przynajmniej

zastosować któryś z efektów specjalnych.

Zaniemówić, wylać hektolitry łez. Siedzisz

otępiała i boisz się, że za chwilę wniosą tort.

Same świeczki kosztowały majątek. Chyłkiem

wynosisz drugi prezent na strych. Po latach

dowiesz się, że był spełnieniem twoich marzeń.

Nareszcie będziesz dzieckiem szczęścia.


*
Pamiętam twarz mojego młodszego brata, który zapytał ojca o jego praprzodków. „Niemcy”, jęknął i miał minę jakby połknął żabę. Jakby nasza mniejszościowa polskość, za którą regularnie obrywaliśmy od czeskich kolegów z osiedla, nie była wystarczającym handicapem. Gdyby ten dodatkowy, pikantny szczegół naszej genealogii wyszedł na jaw, bylibyśmy nieodwracalnie skasowani w oczach rówieśników. Niemcy – czyli źli. Pokrzykiwano by na nas: „Hände hoch!” Nie rozumiesz, dziadku Rudi? Przez ten jednoznaczny rodowód nie zabrałaby cię na swój szlak załoga Rudego 102, a pies Szarik – jakby nie było Rosjanin, czyli „dobry” – wyczułby Cię na kilometr. Na pewnym etapie mego późnosocjalistycznego dzieciństwa nie przysporzyłbyś mi na podwórku punktów za pochodzenie. Może tylko w szkole, gdybym subtelnie wyznała pani od rosyjskiego, że pochodzisz z terenów Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, aczkolwiek w chwili twoich narodzin tego cudu nie było jeszcze na mapie. Kiedy umierałeś, drżał w posadach mur berliński, a wschodnie mocarstwo powoli sięgało bruku. Vanitas vanitatum, dziadku, wszystkie mocarstwa i systemy to kupa złomu. Jak ten Rudy 102 z lamusa moich wspomnień.
*
– Der, die, das, psí ocas. Der, die, das, kupił bas… Tato, kto to są ci Niemcy?

– To taki naród, który wydał Goethego i Schillera, Bacha i Beethowena. Potem byli jeszcze Wagner i Nietzsche, ale ci im tylko namieszali w głowach…

– A oni, ci Niemcy, są dobrzy czy źli?

– O, to bardzo długa historia…

– W szkole mówili nam, że historia jest nauczycielką narodów…

– No to ten naród chyba nie miał nauczycielki… Albo był na wagarach.

– A dlaczego oni mówią na Cieszyn „Teschen“? Cieszyn przecież założyli nasi, Bolko, Leszko i Cieszko.

– No tak…

– To co oni tu robią? Dlaczego nie wracają do domu, do siebie?

– Oni tu są u siebie, tak jak my. Cieszyn to taki tygiel narodów. A Niemcy nam go rozbudowali, uprzemysłowili, zaprowadzili wodociągi, kanalizację, oświetlenie elektryczne…

– Ja wolałem lampy naftowe…

– No tak, my, Słowianie, my lubim sielanki…


*
Jak wieść gminna niesie, Cieszyn założyli w 810 roku trzej bracia,

synowie polskiego króla Leszka III, którzy spotkali się po długiej wędrówce

przy źródle. Radość ze spotkania była tak wielka, że założyli miasto Cieszyn.”
Dzięki cieszyńskim historykom wiemy, że autorem tych słów jest Alojzy Kaufmann, autor czterotomowej „Kroniki miasta Cieszyna”, z wykształcenia prawnik, a z woli ludu burmistrz Cieszyna. Kiedy miasto odwiedził w 1817 roku cesarz Franciszek I, Kaufmann przedstawił mu „podanie ludowe” o trzech braciach, Bolku, Leszku i Cieszku, rzekomo przekazywane tu z dziada pradziada. Teatralność sytuacji (opowiadający o wielkiej radości braci burmistrz stanął bowiem obok mocno zaniedbanej studni brackiej) prawdopodobnie przemówiła do cesarskiej wyobraźni. Wprawdzie nikt do tej pory nie kojarzył studni, należącej do tutejszego klasztoru, z dziejowym faktem założenia Cieszyna, ale gdy władca upomniał się o jej odbudowę, słowo stało się ciałem. Studnia braci dominikanów zaczęła obrastać legendą.
Po upadku cesarstwa i zakończeniu I wojny światowej następca Alojzego Kaufmanna odnotował w 1920 roku kolejną rewelację: „Cieszyn jest tak dużym miastem, że nie zmieścił się w granicach jednego państwa.” Nowe podanie na otarcie łez. Po drugiej stronie Olzy, czyli odtąd już za granicą, bracia Czesi zaczęli bowiem gorliwie rozbudowywać dotychczasowe przedmieścia i nadali nowemu miastu obco brzmiącą nazwę Český Těšín. Jakiś złośliwy kronikarz szarej codzienności stworzył więc nowe podanie: „Gdy Pan Bóg tworzył świat, siedział w Cieszynie na wzgórzu zamkowym i lepił ludzi z prochu i wody. Wszystko, co Stwórcy nie wyszło, wyrzucał za Olzę”.
Teraz wypada się przyznać, że urodziłam się po tej gorszej stronie rzeki. Za Olzą. Dla wielu ludzi, którzy urodzili się po tamtej, lepszej stronie, synonimem terminu Zaolzie jest zadupie. Czesi, którzy też urodzili się tam, gdzie ja, terminu Zaolzie nie rozumieją, bo za Olzą widzą Polskę. I dziwią się, co wobec tego ja robię po tej stronie, która ich zdaniem wcale nie jest taka zła. „Poloczyska” są przecież tam, gdzie targowisko pod Studnią Trzech Braci, wódka „Pan Tadeusz” i tym podobne mesjanizmy. Tam, za „Olší“, bo tak komuniści nazwali rzekę na przekór tradycji. I na pohybel Mohikanom.
Są ludzie i ludziska, miasta i ich namiastki. Zawsze, kiedy mnie pytano, co najbardziej podoba mi się w Czeskim Cieszynie, mówiłam przekornie, że kawiarnia AVION, której nie ma. Znałam to architektoniczne cacko dzięki starej pocztówce, znalezionej w zbiorach wujka Stanisława (czyli mojego stryja), którego też już nie ma. To była jego kawiarnia obiecana…


*
Kawiarnio której nie ma
czyżbyś się rozpłynęła
Kawiarnio niezrównana
kto z matką – ziemią zrównał cię

Kawiarnio fruwająca


niczym Ikara rydwan skrzydlaty
Kawiarnio dryfująca
po Olzie która jak przed laty

Kawiarnio czterech żywiołów


piąty to żywioł poezji
Jedni mówią że się skończyła
lecz z AVIONEM znów ożyła

AVION po prostu


tuż obok mostu
przycupnął niczym szklany tort
Tłumy na sali
plus funkcjonalizm
Wieża Piastowska jako tło

AVION poezja


a kto się nie zna
niech idzie dalej wprost przez most
AVION to skrzydła
AVION to ptak
Kiedyś dopadnie cię i tak
*
W 1938 roku podzielony wcześniej Cieszyn znów stał się jednym miastem. Dla jednych powód do radości, dla innych kolejny cios. Od pewnego czasu bowiem każde wydarzenie historyczne odbierane tu było dwojako. Gdy Czeski Cieszyn stał się na krótki okres czasu Cieszynem Zachodnim, w życiu mojego dziadka piekarza pojawiła się kawiarnia AVION. Nie, nie stał na jej tarasie w tłumie Zaolzian, entuzjastycznie witających maszerujące polskie wojska z marszałkiem na czele.


Dziadek mieszkał przecież razem z żoną i małym synem w polskiej części Cieszyna, przy ulicy Menniczej 32. W budynku dawnej mennicy z widokiem na teatr, a dla dopełnienia obrazka stał z drugiej strony osławiony dom z latarnią. „Gdy masz chęć, Stroma 5.” W pobliskiej piekarni Jerzego Pasternego (który w 1931 roku jako przewodniczący Cechu Piekarzy w Cieszynie wręczył młodemu czeladnikowi przybyłemu z Kresów świadectwo wyzwolenia, a jego podpis widnieje również na świadectwie czeladniczym, wydanym w 1935 roku), dziadek piekł chleb powszedni i ciastka od święta. Gdy Cieszyn stał się miastem bez granic, bywalcy kawiarni AVION (warto podkreślić, że pod szyldem „kawiarnia – kavárna – kaffeehaus” spotykali się przedstawiciele wszystkich nacji), mogli wreszcie skosztować przysmaków, oferowanych przez piekarnię Jerzego Pasternego. Rosalia Wiesner, jej żydowska właścicielka, do której należał również sąsiadujący z kawiarnią hotel National, zaopatrywała się bowiem również na Menniczej, zamieszkiwanej przez cieszyńskich żydów.
W 1939 roku moi przodkowie podjęli decyzję, która miała później zaważyć na życiu całej rodziny. Postanowili przeprowadzić się za rzekę. Z placu Teatralnego na przedmieścia, bo tam znaleźli tańsze i bardziej zaciszne mieszkanie. Ulica Krátká nosiła teraz nazwę żeromskiego, tego utopisty od szklanych domów, jednak dom, w którym zamieszkali, był solidny i stoi przy ulicy Krátkiej/Krótkiej (bo w Cieszynie nic nigdy nie jest jednoznaczne) do dziś. Kiedy w słoneczny czerwcowy dzień dziadek z babcią przejeżdżali z całym swoim dobytkiem przez most Przyjaźni, mój mały stryjek patrząc na białą sylwetkę AVIONU zapytał: „Kiedy pójdziemy do tej kawiarni?” Ojciec (czyli mój dziadek, bo mój tata miał się dopiero urodzić po tamtej stronie rzeki) odpowiedział mu chyba machinalnie, tak jak robią to wszyscy rodzice w upalne letnie dni: „Po wakacjach.”
Pierwszego września 1939 roku też dopisała pogoda i ludzie obserwowali z tarasu kawiarni samolot zwiadowczy, który krążył nad miastem. Po południu nie było już mostu Przyjaźni, a kawiarnia AVION dryfowała nad jego szczątkami jak Titanic. Wtedy mój wujek poznał gorzki smak cieszyńskich jabłuszek. „Těšínská jablíčka“ to po czesku niespełnione obietnice. Obiecanki cacanki. Gorzki smak i nieokreślony zapach unoszący się nad efemeryczną kawiarnią, szklanym cackiem, które rozbiło się na tysiące kawałków jak lustro z baśni Andersena…

Tajemnicę proustowskiej magdalenki przybliżył mi po latach jeden z naocznych świadków. Tamten zapach to był swąd gazu, który ulatniał się z jakiejś rury w podziemiach kawiarni po tym, gdy wycofujące się z Zaolzia polskie wojska wysadziły most graniczny w powietrze.
*
Lech, Czech i Rus. Bolko, Leszko i Cieszko. Mane, thekel, fares. Trzy wróżki albo trzy wiedźmy pochylone nad dzieżą mieszają ciasto, z którego powinien powstać chleb bez zakalca. Poloczysko, Czechaczek, szkopyrtok. Trójkąt bermudzki pojęć, wśród których musiałam dryfować, by nie osiąść na mieliźnie i by nie utonąć.
Piekarz piecze dla wszystkich: Polaków, Czechów, Niemców i Żydów. Chałki dla galicyjoków, bajgełe dla Kohnów, piekorskóm biyde dla Ślązaków. „Jak to jest, że się jest, czym się jest i od czego to zależy?” Takie pytania zadawał sobie Czesław Miłosz na innym pograniczu. W jakim języku napisać to moje silva rerum? Babel za oknami, Babel w mojej duszy…
*
Na jedynej ocalałej fotografii mój pradziad Franz, ubrany w odświętny garnitur, którego dopełnieniem jest długi łańcuszek od zegarka, rzuca na struchlałego fotografa groźne spojrzenie znad sumiastego wąsa. Obok ojca stoi z równie nieprzystępnym wyrazem twarzy najstarsza córka Ernestyna, a centralnie ustawił się mały Johann, oczko w głowie taty i prymus klasowy w Prywatnej Szkole Niemieckiej w Kontrowers-Izydorówce.

Miejscowy fotograf był niewątpliwie speszony, bo zdjęcie, na którym pradziadek patrzy na mnie, absolwentkę polonistyki z wyrzutem, bynajmniej nie jest stosownie wypośrodkowane. Z prawej strony – o zgrozo! – załapał się bowiem ciekawski chłopczyk, sądząc z wyglądu starozakonny, bacznie przyglądający się magikowi, który nakrył statyw i siebie czarną płachtą. W międzywojennym kresowym tyglu i w wielonarodowościowej Izydorówce obecność Żyda na zdjęciu rodzinnym potomków austriackich kolonistów nie jest niczym zaskakującym. Na późniejszych zdjęciach z cieszyńskiej piekarni odnajdę podobne międzynarodowe zestawy – obok dziadka-piekarza stoją jego starozakonni koledzy, Glücksmann i Zeiphammel. Taka mała przedwojenna lekcja tolerancji dla przyszłych pokoleń.

*
WNUCZKA MONARCHII
Pradziadku mój spod Grazu

błyszczący auf ewig

guzikami

munduru c.k.

Gdzieś zgubiony

w meandrach pokoleń

Dziadkowie moi kresowi

twardzi


i czarnoziemni

Równie zapodziani

nieziemscy

jak smak ogórków z miodem

Dziadkowie moi śląscy

o śpiewających sercach

wchodzący w ziemię

albo - albo

bez garbu wątpliwości

Rodzice moi wielobrzeżni

Miasto moje królewskie

pierzaste

gdzie pofrunęłam desperacko

na otrzęsiny

z miasta jednej wieży

Córko moja pełnokrwista

nieświadoma jeszcze

syndromu opłotków

Przeszłości moja

galicyjska

Przyszłości moja

sielska


europejska

*
To był konieczny wstrząs na dobry początek. Po przekroczeniu granicy w Krakowcu nie ruszyliśmy autostradą wprost przed siebie, via Lwów, tylko skręciliśmy w prawo, na drogę w kierunku Stryja – i od razu wpadliśmy w potężną dziurę. Wstrząsnęło nami, walnęłam głową w sufit suzuki vitara i równocześnie swoisty ornament z krowiego łajna upstrzył szybę samochodu, za którą odbywała się właśnie kiczowata defilada bocianów (zupełnie jak w ostatnim filmie Wajdy – a myślałam, że tym razem jednak przeholował). Sypnęłam łacińską wiązanką, a mój cicerone powiedział subtelnym głosem: Witaj w rodzinnych stronach.
Więc to jest Ukraina – dla każdego Polaka ziemia bliska, znana z patriotycznych lektur, a coraz rzadziej z autopsji. Ja też na drogę uzbroiłam się w lektury i zaznajomiłam się ze skarbnicą ukraińskich sentencji. Po perełkach typu Lach i czort – jeden sort lub jeszcze soczystszym Lach, żyd i sobaka – rodina odnaka, nic nie było mnie w stanie zaskoczyć ani zranić. Tu wszystko jest prjamo, nie w prawo i nie w lewo, tylko prosto. Czesi powiedzieliby přímo, co oznacza również otwarcie, bez ogródek. Gdy pytamy o Sidoriwkę, tubylcy wskazują nam palcem nieograniczone, otwarte połacie, które wieńczy horyzont – prjamo. Rozumiem ten język, choć słyszałam go tylko parę razy w dzieciństwie, ale z moimi polsko-czesko-słowackimi zasobami i szczyptą języka staro-cerkiewno-słowiańskiego, który musiałam zaliczyć na studiach, czuję się pewnie.
Przez cały czas towarzyszą nam bociany. Bocian symbolizuje wędrówkę i wiosnę. Mój cicerone ma na imię Jarosław i cały jest pochwałą wiosny – slaví jaro – a mnie, całą w skowronkach i w symbolach, uziemia nieodzownym ne pereżywaj. Jak tu nie przeżywać, kiedy zgodnie ze swoim imieniem (renatus znaczy odrodzona) odbywam właśnie inicjacyjną podróż do źródeł, by przewar­tościować dotychczasowe życie… i rozpocząć od nowa. Towarzyszy mi dziecinna wiara, że dziadek patrzy na mnie z góry i daje znaki. A bocian to przecież według wierzeń religijnych psychopomp – zwierzę odprowadzające dusze zmarłych na miejsce przeznaczenia, na tamten świat. Legendy mówią, że bociany wrzucały dobrym ludziom przez kominy klejnoty i złote monety. Kto był zły w Twoim domu rodzinnym, dziadku? Kto kazał Ci go opuścić w tak wczesnym wieku i ruszyć w świat, za chlebem?

*
LOS


Każdy Anatewkę ma

z której go wypędził los


Kiedy patrzysz wstecz

już nie nie ma jej

cicho płyną łzy

drży głos


Miłość życia trafia się

na loterii wielki los

Kiedy patrzysz wstecz

już nie nie ma jej

cicho płyną łzy

drży głos


Młodość czarodziejski czas

szybko mija masz ci los


Kiedy patrzysz wstecz

już nie nie ma jej

cicho płyną łzy

drży głos


Lwów - Stryj - Drohobycz

czerwiec 2001
*
Dziadek był bardzo zamknięty w sobie i rzadko opowiadał o tym, co było dla niego najważniejsze i najsekretniejsze – o utraconym dzieciństwie i ojcowiźnie. Przez całą drogę do jego Izydorówki płaczę. To kwestia sentymentalnej natury czy wieku? Tradition – podpowiada wnuczce piekarza mleczarz Tewje z Anatewki. No tak, każdy z nas ma gdzieś w świecie takie miejsce, swoją Anatewkę, chagallowską krainę dziecięcej szczęśliwości, z której wypędzono jego przodków…

Izydorówka… Czy mi się wydaje, że miejscowi mają w oczach dydaktyczny poemat Konopnickiej i patrzą na nas podejrzliwie? Chodziły tu Niemce, chodziły odmieńce… Moje nazwisko rodowe brzmi tu obco, tak samo jak w mieście, ni to polskim, ni to czeskim, w którym przyszłam na świat. Ja miscewyj, rymskij katołyk – w głosie napotkanego mieszkańca Sidoriwki brzmi pewność, której zawsze mi brakowało. I czy to wrodzony brak poczucia własnej tożsamości każe mi podejrzewać, że mój cicerone z nienagannym, rdzennie polskim drzewem genealogicznym w zanadrzu, odcina się od pokrewieństw ze mną i z Izydorówką, która teraz jest Sidoriwką? Wręcz przeciwnie, on częstuje miejscowych papierosami i z dziennikarskim zacięciem pyta o szczegóły i o rówieśników dziadka urodzonych przed wojną. I oto idzie prosto z łąki, z grabiami w ręce, słońce moje przyszłe, rumiana babcia w fioletowej chustce na głowie. Stefa Hanusiak. – Putzlacher? Znam


I oto widzę miejsce, gdzie stał dom Franza kołodzieja i plac, na którym mała Stefa bawiła się z Johannem, Ernestyną i Lorenzem, podczas gdy ich starszy, kilkunastoletni brat Rudolf szukał już swojego miejsca na ziemi w zachodniej Galicji, w swoim Trójkącie Bermudzkim, gdzieś między Nowym Sączem, Krakowem i Cieszynem.
*
Mamy lekcję języka czeskiego i będziemy teraz śpiewali nasz hymn państwowy. „Kde domov můj, kde domov můj…“ Śpiewajcie, ale patrzcie w tamtym kierunku, za Olzę. Tam jest wasz prawdziwy dom, wasza ojczyzna.
Nic z tego nie rozumiałam, ale śpiewałam i patrzyłam tam, gdzie była Polska. Oczami duszy widziałam legion rycerzy z Czantorii, którzy przybyli, by napoić swe białe konie w granicznej rzece. Tylko z której strony powinni byli przybyć i pod jakimi godłami? Czesi twierdzili, że Čantoryje to śląski Blaník, góra magiczna. Čan-toria. Góra wspólna, graniczna.
*
Ona przychodzi w tych swoich warkoczykach, siada na brzegu łóżka i z przekornym uśmieszkiem wyciąga sen spod moich pleców jak pomięte prześcieradło. Nabrzmiewa noc, a my patrzymy na siebie tak, jakby chodziło o jakiś pojedynek. Jej marzy się to, co posiadam, a ja oddałabym jej większość tego wszystkiego za obietnicę, że wrócę tam, skąd przyszła i wszystko ponaprawiam. Wyprasuję całuny, przywołam pocałunki, pozacieram nieszczególne wrażenia.
*
„Káva je hořká jako všecky krásné rozkoše”, pisze Suzanne Renaud, „ale ta hořkost potěšuje a sílí.” życie tej Francuzki, która porzuciła swój kraj, by osiąść w dalekim Petrkowie przy boku męża-poety, też jest gorzkie. Bohuslav Reynek napisze potem: „Wariatem jestem w mojej wsi, znają mnie tylko smutne psy…” Póki co tłumaczy na język czeski poetycki tekst żony: „Ó cinkotu zrnek, sypaných na semletí! Vzdálený, vzdálený, jakoby přilétlý z růžové báně v nějakém kraji dětství nenávratně ztraceného…”
Rodaczka Prousta przywołuje stracony czas. Ja też (po co? dla kogo? dla świętego spokoju) próbuję poukładać to wszystko, co pisało mi się w głowie przez kilkanaście lat. To wszystko, co było mi pisane?
Zanurzam ręce w białym cieście,

Proust szepce do mnie: „Magdalena…”

Wariatką jestem w moim mieście,

panią kawiarni, której nie ma.


*
Powiadają, że sowa była córką piekarza.

Boże mój, wiemy, czym jesteśmy, ale nie wiemy, czym się możemy stać.

William Shakespeare, „Hamlet”


„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj, a jak trafi się drożdżówka, to daj Panie Boże, a jak ciastko z kremem, to już będzie prawdziwe niebo…” Tak modlił się mały Rudolf, syn Franza kołodzieja, mojego pradziada, austriackiego kolonisty ze wsi Izydorówka (dziś Sidoriwka) niedaleko Stryja w powiecie lwowskim.

Niebiańskie skojarzenia towarzyszyły mu od momentu wyprawy do Stryja, na którą zabrał go ojciec. Na rogu jednej z ulic chłopiec zobaczył bowiem pierwszą w swoim życiu kawiarnię o szumnej nazwie „Europa”. Męskie czarne anioły z muszkami pod szyją i opuszczonymi skrzydłami (frak nie dotarł bowiem po pierwszej wojnie światowej do Izydorówki, a kto wie, czy znali ten element garderoby mieszkańcy Sidoriwki) i serwowały tu ludziom siedzących w uroczystych pozach wśród mebli, jakich mój dziadek do tej pory nie widział, bezy i napój o niepokojącym zapachu. „Café Europa”…
Chyba wówczas mały Rudolf postanowił, że będzie miał coś wspólnego z całym tym tajemniczym procederem. Nie miał na myśli niedosiężnej z punktu widzenia dziecka funkcji anioła z tacą, nie miał pojęcia, czym jest tajemniczy napój, którego zapach trochę przypominał mu wyroby Kathreinera, ale zaopatrywanie takiego nieba w kajzerki powszednie i odświętne bezy było dla chłopca szczytem marzeń. Myśl, że mógłby siedzieć przy stoliku w takim lokalu, wydawała mu się wówczas bluźniercza. Gdy bowiem przyglądał się z nosem przyklejonym do szyby temu, co działo się we wnętrzu kawiarni, ojciec złapał go za ucho i powiedział pamiętne zdanie, które powinno było pojawić się na tarczy rodowej naszej familii: „To nie dla nas.” Tak, pradziadku, miałeś rację. Ordnung must sein, trzeba znać swoje miejsce. Niebo – niedoczekanie nasze…
*
Mój pradziadek Franz, który swoje imię zawdzięczał miłościwie panującemu cesarzowi, urodził się w galicyjskiej Izydorówce w roku 1888. W tym samym roku Otton von Bismarck grzmiał w Reichstagu: „My, Niemcy, boimy się tylko Boga!” To za jego czasów rozpoczął się Drang nach Osten (wyrażenie to weszło w użycie w ramach dyskusji o zamierzonej budowie linii kolejowej Berlin – Bagdad). Kanclerz kanclerzem, kolej koleją, ja dowiedziałam się, że tradycję Drang nach Osten zapoczątkowali o wiele wcześniej osadnicy z sąsiedniej monarchii, którzy opuściwszy gęsto zaludnione rejony Grazu, wzorem amerykańskich kolonizatorów szukali nowej szansy życiowej i osiedlali się na dziewiczych, zalesionych terenach wschodniej Galicji.
„Przejdziem Wisłę, przejdziem Wartę, będziem Polakami.” Moi przodkowie po mieczu pewnie nie znali słów tej pieśni i poruszali się na zupełnie innych terenach. Przeszli Dunaj i rzekę Morawę, a ponieważ nie zachowało się żadne świadectwo o pokonywaniu przez nich dzikich wówczas, mocno zalesionych Karpat, prawdopodobnie wędrowali po „kaiserwege” – drodze cesarskiej prowadzącej z Wiednia do Lwowa. Dlatego w moich uszach brzmi zaśpiew „przejdziem Olzę po cieszyńskim moście”. Tędy bowiem za panowania dynastii Habsburgów wędrowano z Wiednia na Kresy.
W galicyjskiej Izydorówce, założonej przez niemieckojęzycznych kolonistów, osiadł mój praszczur Georg, urodzony w dalekim Purschau w 1828 roku, tu przyszedł na świat jego syn Joseph, który swoje imię zawdzięczał miłościwie panującemu cesarzowi, tu urodził się pradziadek Franz i wreszcie przed pierwszą wojną światową mój dziadek Rudolf, któremu nadano najpopularniejsze imię Habsburgów. Tu urodziła się też moja prababka Anna, której przodków, osadników kolonistów z regionu Böhmerwaldu – Czeskiego Lasu, nieco wcześniej spolonizowano. Polacy nadal jednak nazywali tych zaradnych i pracowitych rzemieślników Czecho-Niemcami.

*
Urodziłam się dla prowincji
dla miasteczek
gdzie zamiast metra
kopie się kanały
Dla pijaczków
nielubianych
a dotwarzających krajobraz
dla Cyganów
którzy bez wozów
wędrują
do najbliższego nieba

Urodziłam się dla Parnasu


pełnego śpiących rycerzy
dla krzepiących zadatków
na lokalną sławę
i procesów
o zniesławienie
przez miejscowe czarownice

Urodziłam się dla Galicji


bliższej niegdyś Europie
niż dziś światu
dla Żydów
z losem na bakier
którzy ruszyli szukać
ziemi obiecanej
a niedotrzymanej

Urodziłam się dla prowincji


obywatelka
czwartego wymiaru
i tamtego świata
*
Dziadku, dlaczego tak nam skomplikowałeś genealogię? Trzy czwarte moich krewnych ma solidne śląskie korzenie i nazwiska – to Sikorowie, Macurowie, Bukowczanowie i Jaworscy. Dwie czwarte moich krewnych to rdzenni beskidzcy górale. Jedyne nazwisko, jakie mogłoby budzić wątpliwości, miała moja ustrońska praprababka, Marianna Husar. I babcia Anna, matka mojej mamy, która przed snem śpiewała mi ukraińskie dumki, bo miała w rodowodzie Hucułów i unitów. Ale Huculi to w końcu też górale z Karpat, tyle że wschodnich. I w tym jednorodnym zestawie zgrzyta nagle Twoje nazwisko rodem ze Styrii. Putzlacher…

Mogłabym powtórzyć za Ödönem von Horvathem: „Ich bin eine typisch altösterreichisch-ungarische Mischung“. Wielorasowiec. Pełno tu takich, tylko się nie przyznają. Przodkowie pozmieniali litery w nazwiskach, byle tylko brzmiały swojsko. Czasem wystarczy popatrzeć na rysy twarzy tych „rasowych”, zakorzenionych, jednoznacznych pod każdym względem i z dziada pradziada. Niby tacy poukładani, a coś jednak zgrzyta.
Dziadek Stanisław, ojciec mojej mamy, który miał solidne śląskie korzenie, twierdził, że mieszańce to dobre psy, tylko za żadne skarby świata nie usiedzą na miejscu. Takie psie ahaswery.
*
Wieczór autorski Eugeniusza w Brnie. Poeta zastanawia się pewnie nad tym, co ci Morawianie i Polacy na emigracji mogą wiedzieć o Kresach, o byciu obywatelem drugiej kategorii, wyznawcą jedynej i poprawnej religii po uprzednich koniecznych poprawkach. On czyta, a ja zapominam, że jestem tu tylko panią od zapowiedzi, od podpowiedzi, od tłumaczenia pytań, które wcale nie muszą paść, bo publiczność siedzi jak zaczarowana. Zapominam i daję się ponieść atmosferze wieczoru, mówię mu, że go tu wszyscy rozumiemy, że wiemy, na czym to wszystko polega i czuję, że jestem zbyt emocjonalna, że uderzam w ton bardzo podniosły, boję się, że zaraz powiem „jam jest milijon” lub coś w ten deseń.
Miał być monolog, a jest dialog i w tym momencie publiczność staje się nieważna, zapominam o nich, bo już „oliwkowe ręce z zaświatów” sposobią metafizyczny zaczyn. Wiem, że liczy się treść, ciasto, nie forma. Znów pachnie chlebem, znów coś się kroi między ziemią a niebem…
*
Zgodnie z tradycją rodzinną szlochałam nad „Ojcem zadżumionych“ w wieku paru lat. Nie miałeś pociągu do rozrywkowych lektur, dziadku, skoro przez całe życie częstowałeś nas cytatami z Twojej ulubionej Księgi Eklezjastesa. Vanitas vanitatum… Marność nad marnościami i wszystko marność. Kiedyś podsunąłeś „Ojca zadżumionych“ memu kilkuletniemu ojcu, a potem wyzywał Cię sąsiad-górnik od galicyjskich przybłędów, karmiących kupę swoich darmozjadów dyrdymałami jakichś słowackich wierszokletów. Boski Juliusz przewracał się wtedy chyba z hukiem w swoim wawelskim sarkofagu.
A ja widziałam dzisiaj lotne w powietrzu bociany długim szeregiem nad Izydorówką i tak oto „Hymn“ Słowackiego przypomniał mi, jakimi lekturami nas karmiłeś, dziadku. To nie był Goethe, ani Mann, choć obaj autorzy zapłodnili wyobraźnię starszego od Ciebie o 20 lat pisarza Brunona Schulza w niedalekim Drohobyczu. Zgodnie z kaprysem historii, która lubi dramatyczne efekty, potomkowie owych pisarzy rozstrzelali go w kilkadziesiąt lat później na bruku drohobyckiego getta.

Minęliśmy Drohobycz, w którym nie znalazłam Brunona Schulza, ale wywożę stąd cząstkę jego krajobrazu, aczkolwiek sprytniejszym ode mnie udało się niedawno wywieźć stąd jego freski. Nie do Polski, do Izraela – on też nie miał jednoznacznej genealogii. Niemcy rozstrzelali go na bruku getta, gdy wyszedł po chleb. Takie symbole nie dają spokoju wnuczce piekarza...
*
Popisowej recytacji “Roty” nauczyła mojego dziadka piekarza gorliwa wiejska polonistka znana w całym stryjskim powiecie. Siłaczka Maria, która czasem spotykała się na zebraniach szkolnych z chorobliwie nieśmiałym, ale utalentowanym Brunonem Schulzem, nauczycielem rysunków w drohobyckim gimnazjum im. Króla Władysława Jagiełły… To dzięki jej staraniom na świadectwie małego Rudolfa opatrzonym nagłówkiem Polska Szkoła Powszechna w Kontrowers-Izydorówce widnieje bardzo dobry z języka polskiego i dobry z niemieckiego. Jak na potomka austriackich kolonistów raczej kontrowersyjne wyniki. I jeszcze dobry ze śpiewu. Nie ma śladu sielanki Pana Cogito, który uległ zwodniczym urokom muzyki, bo ukraińskie niańki nuciły mu do snu rozlewną jak Dniepr kołysankę. I nie podejrzewam, że dziadek z taką cenzurą popisywał się raz jeszcze znajomością “Roty” w obecności ojca, któremu nadano w czasie chrztu imię miłościwie panującego cesarza. Ojca coraz bardziej zgorzkniałego, bowiem na starość jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Franz Putzlacher nie wychodząc nawet z domu stał się mieszkańcem Drugiej Rzeczy­po­spo­litej i ta na każdym kroku próbowała mu udowodnić, że jest odmieńcem i potomkiem Krzyżaków.
Przebolał zauroczenie syna Mickiewiczem i “Konradem Wallenrodem”. Nie znał niuansów tego polskiego dzieła, ale pomyślał, że ów Litwin, który niby był Polakiem, ma głowę na karku, pisząc: „Lata dzieciństwa płynęły, żyłem śród Niemców jak Niemiec.” Tak mówił ten jego Wallenrod, a gdy ugodowo dodawał: „Już dosyć zemsty – i Niemcy są ludzie”, stary Franz przez chwilę zapominał o wstydzie, jaki spotkał jego syna, objętego powszechnym obowiązkiem szkolnym. Gdyby jednak znał termin wallenrodyzm, byłby bardziej czujny i może by zwrócił baczniejszą uwagę na wybiórczość podsuwanych mu przez syna cytatów. I również na to, że deklamację wiersza „Do matki Polki” Rudolf zarezerwował wyłącznie dla swej matki Anny (z domu Christl). Swój popis powtórzył jeszcze w trakcie tajnej audiencji u jej matki Barbary (z domu Fleissner), znanej ze swoich propolskich sympatii, czego nie mogła jej z kolei wybaczyć babka Theresa (z domu Rehmann).
W rok później ambitny Rudolf, oczko w głowie matki i Marii-Siłaczki, którego czujność uśpiła pozorna ojcowska akceptacja, postanowił przedstawić swoim bliskim dzieła zebrane Marii Konopnickiej. Kwestia Wrześni i katarynkowo powtarzającego się wersu „Prusak męczy polskie dzieci” przeszła bez bicia, bo to jednak chodziło o inny region tego dotąd poszatkowanego kraju. Pomimo to stary Franz osobiście sprawdził, czy nie ma w tym polskim wierszydle mowy o Austriakach. Nie było i cała rodzina odetchnęła z ulgą. Nie na długo, bo przyszła kolej na “Rotę”. Kiedy mały Rudolf wyrecytował: „Nie damy, by nas zniemczył wróg, tak nam dopomóż Bóg!”, jego ojciec wstał, tak jak wstawały przy tym płomiennym wezwaniu rzesze polskich patriotów. Odruchowo dotknął dłonią sprzączki rzemiennego pasa i wszyscy domownicy, oprócz pochło­nię­tego recytacją chłopca, wiedzieli już, co się święci. Ostatni wers „Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz, ni dzieci nam germanił” był ową przysłowiową ostatnią kroplą w pucharze kresowej go­ry­czy. Na te renegacko-patriotyczne popisy Franz znał tylko jedno lekarstwo w postaci rzemiennego pasa. Było nie było, spolonizowali mu syna, przekabacili dziedzica niepowtarzalnego na polskich Kresach nazwiska…
Mały Rudolf zrozumiał tego dnia, na czym polega walka o własne przekonania. Może by nawet przebolał tę niesławną „Rotę”, którą przecież udało mu się zarecytować nieomal w całości (o złotym rogu i Bogu bełkotał jeszcze w trakcie ucieczki przed karzącą ręką ojca), ale nie mógł mu wybaczyć tego, że nie zdążył przedstawić matce pięknego, wierszowanego utworu Władysława Bełzy, zatytułowanego bardzo pobożnie: “Katechizm polskiego dziecka”. To był ciekawy katechizm, bo brzmiał jak wyliczanka. „Kto ty jesteś? – Polak mały…” Nie rozważył prawdopodobnej gwałtownej reakcji ojca, wiedział tylko, że nie było mu dane zobaczyć uśmiechu na twarzy matki, tak drogiej twarzy ściągniętej coraz częściej wyrazem goryczy. I gdzieś stąd zapewne wywodzi się ból dziadka dotyczący ojca…
*
Jak czuje się mężczyzna, który widzi, że granica wędruje w tę i we wtę, że z dnia na dzień zmieniają się systemy i zarządcy. Bierze broń do ręki i „do krwi ostatniej kropli z żył” idzie walczyć o to, żeby wreszcie był jakiś constans, choć nie do końca wie, na czym miałoby to polegać.
Kobieta wie, że w jej kuchni (nie daj Boże w alkowie) panoszyć się będą obcy mężczyźni w mundurach. Dzieci będą uczyli w szkole innego języka.

*
- Panie burmistrzu, nazywam się Singer i chciałbym zszyć to miasto. Te trzy mosty nie utrzymają materii, ona się rozjedzie, popruje. I podryfują te miasta, jedno na północ, drugie na południe. Ta rzeka rozleje się, rozkrwawi, już teraz wygląda jak blizna. Panie burmistrzu, jeszcze jest czas, trzeba szyć.
*
Štóž swoju narodnosć z čescú zańdźe, při tym pak tež cuzeho njehani,

tón je sebi samemu k najwjetšej česći.
Wer seine Nationalität in Ehren hält, hierbei aber den Fremden nicht mißachtet,

der ist sich selbst zur grüßten Ehre.
(Jan Arnošt Smoler, Łužica, 1841)
Przeczytałam te piękne słowa w Muzeum Serbołużyckim, naprzeciwko którego stoi instytucja o swojsko brzmiącej nazwie „dźiwadło”; w Budziszynie, kolejnym mieście, kształtowanym przez współżycie dwóch narodowości. „Kto czci swoją narodowość, a przy tym nie gardzi obcymi…” Jakie to wszystko bliskie, łapiące za gardło. Kolejni Słowianie – Mohikanie… A tuż obok obcy, twardy język moich przodków po mieczu, który nie rezonuje w mej duszy i nie nawiedza mnie w snach.
*
Jak to jest, dziadku, żegnać się z krajobrazem i domem, na którego progu matka próbuje ukryć łzy, które są oznaką niewieściej słabości, tak jak przedtem próbowała ukryć przed surowym wzrokiem męża chleb, którego nieraz w Twoim domu brakowało. Ten chleb ciąży Ci teraz w węzełku, który zarzuciłeś na plecy, ale to słodki i błogosławiony ciężar, a Ty obiecujesz sobie, że w Twoim domu tego daru pszennego i powszedniego nigdy nie zabraknie. Już wiesz, że to będzie inny dom, że opuszczając rodzinną zagrodę, która przypadła zgodnie z prawem starszeństwa bratu, bo wyprzedził Cię o parę lat i w tym względzie, wrócisz tu tylko raz. Na grób matki, która nie przeżyje rozłąki z kilkunastoletnim synem i umrze w trzy lata później, zanim zdążysz jej pokazać swoje świadectwo czeladnicze. Jej postać zamazuje się, gdy wchodzisz na mostek swojego dzieciństwa, bo zawsze przecież trzeba przekro­czyć jakiś most, który łączy Stare z Nowym lub je bezpowrotnie oddziela od siebie. Jeszcze raz wrzucasz patyk w wartki nurt Krechiwki – i grubą krechą oddzielasz i zostawiasz za sobą swoje kresowe dzieciństwo, które skończyło się zbyt wcześnie.

Też miałam taki most w dzieciństwie i pierwszą sentencję, którą wpisałam sobie do pamiętnika:

„Bywa, że kiedy staniesz na dolnej poręczy mostka i nachylisz się, by popatrzeć na wolno płynącą w dole rzekę, nagle zrozumiesz wszystko.” (Alan Alexander Milne, „Mały poradnik Kubusia Puchatka“)


*
Jestem Mohikanką. Moje indiańskie imię brzmi „Ta, Która Stoi Na Moście”. W rodzinnych opo­wieściach zawsze pojawiał się jakiś most, a w tle góry. Dekoracja rodem z „Halki” lub „Karpackich górali”. Zmieniały się tylko rzeki, most był zawsze, by można było na nim stać i wypatrywać, skąd przyjdą nasi albo obcy. W czasie wojny, a potem już nawet w międzyczasie, nasi często stawali się obcymi, jak to na pograniczu. Czasem wystarczyło stać na moście i zastanawiać się, jakie po zejściu na stały ląd zastanie się państwo. Granice, zwłaszcza te na rzekach, bywają płynne.
Most zawsze kojarzył mi się z zawieszeniem, z niedookreśleniem. Stojąc na środku mostu grani­cznego jesteś bezpaństwowcem, bo tam znajduje się linia dla tych, którzy lubią balansować pomiędzy. „Stoję na granicy dwóch światów, w żadnym nie czuję się u siebie.” To z Tomasza Manna.
Wsiadasz do pociągu, który ma cię zawieźć z miejscowości A do miejscowości B. Robisz wdech i twoje życie ulega pozornemu zatrzymaniu. Siedzisz i jednocześnie się poruszasz. Nie ma jedności czasu i miejsca. Ta podróż jest zawieszeniem, niedookreśleniem. Kim jesteś w tym czasie? Mie­szkańcem jakiego miasta? Obywatelem jakiego państwa? Wreszcie przybywasz do celu i przy­cho­dzi pora na wydech. Może westchnienie ulgi. Nie ma już niepewności, jest stały ląd pod nogami.

Moja rodzina stanowczo zbyt wiele czasu spędzała na mostach i w pociągach. To jakiś nakaz? Zew? Bycie „pomiędzy”, „metaxu”. To z Simone Weil.


*
Nie ukrywam, że jestem hieną cmentarną – całe moje dzieciństwo kojarzy mi się z częstymi odwiedzinami cmentarza po bolesnej, przedwczesnej śmierci mojego ukochanego stryja Stanisława, pierworodnego syna dziadka. Za każdym razem pociągał mnie jednak ten inny, żydowski cmentarz za ogrodzeniem, bez świec, bez kwiatów, bez ludzi… W Krakowie i Pradze, w miastach, które kocham, w chwilach zadumy zawsze odwiedzałam Kazimierz i Josefov. Na praskim kirkucie nagrobki kładą się w męce po sobie, odmawiają trwania. Wiatr nuci kadisz, a pochylone postaci w jarmułkach na głowach próbują odczytać nazwiska, kładą kamyki na kamiennych tablicach. Ktoś kiedyś nakrył te chwiejne groby nylonowymi workami i zwiedzający próbowali je podnieść. Pomyślałam wtedy: Duszą się żydowskie dusze
Dziś sama odbywam pielgrzymkę do miejsc, gdzie powinny spoczywać kości moich przodków. Nikt poza mną nie wierzy, że mogę znaleźć ich groby – zbyt wiele kataklizmów i armii przetoczyło się przez tę urodzajną i żyzną ziemię. Ale ja wierzę, że wielkie marzenia się spełniają. A prośby zostają wysłuchane…

*
Jest coś, co ma nieocenioną wartość, i czego będziesz zawsze poszukiwał

jak we śnie, a najprawdopodobniej nigdy nie znajdziesz w całym świecie.

A jednak jest jedno takie miejsce, gdzie mógłbyś to znaleźć…

reb Simcha Bunam


A więc jednak cmentarz w Machlińcu koło Izydorówki przetrwał! Nie ma już kościoła parafialnego, w którym ochrzczono dziadka i jego rodzeństwo, za to niedaleka cerkiew błyszczy nowością. Niczego się nie spodziewam, bo rodzinne groby miejscowych prawosławnych przystrojone zalewem sztucznych kwiatów i ozdób każą mi wierzyć, że rzymsko-katolickie mogiły i obrządki moich przodków odeszły już do lamusa historii. Ale w wysokiej trawie na tyłach cmentarza zauważam znajome kształty. Krzyże? Zaczynam drżeć i łzy napływają mi do oczu – boję się uwierzyć. Ale mój cicerone idzie po aparat, bo wie, że to zostanie, że coś muszę przywieźć, by dać świadectwo. Ktoreś z nas musi zachować zimną krew i to właśnie jemu przypadła ta rola, na tym cmentarzu i w życiu. Twardy, opancerzony, absolutny kontrast wobec tego, co reprezentuję całą sobą na tym cmentarzu gdzieś na końcu świata. Wybrałam go na przewodnika, bo jemu już przyszło się uporać z oliwkowymi rękami z zaświatów, z nawoływaniem przodków, z niepokojem, który zrywa mnie ze snu od lat. Wtedy zawsze wiem, że coś muszę znaleźć, że to jest bardzo cenne i że wszystko w moich rękach. Boleśnie pustych, rozbieganych na niekończącej się pustyni prześcieradła. On ma to już za sobą…

Popatrz, tak będą za sto lat wyglądać nasze groby. Zasypie wszystko, zawieje…

Tak jak na praskim kirkucie stare, rozsypujące się machlinieckie nagrobki odmawiają trwania, a ja wyrywam trawę i chwasty, pochylam się nad nimi i próbuję odczytać nazwiska moich przodków. Christl, Fleissner, Rehmann i w końcu to jedno jedyne – Putzlacher… Grób mojej nieznanej prababki… Kiedy zastanawiam się nad tym, co mogę stąd przywieźć oprócz zdjęć i notesu pełnego chaotycznych zapisków, okazuje się, że już postanowiono. Właśnie na coś nadepnęłam i kiedy rozchylam kępy trawy, u moich stóp leży mały, żeliwny Chrystusik. W tym miejscu nie ma nagrobków i ja po raz pierwszy w życiu odnoszę z cmentarza rzecz, której nie przyniosłam ze sobą. Mojego Chrystusa z Izydorówki. Cicerone pochwala tę decyzję, może za parę lat przejedzie tędy walec historii, a może po prostu tubylcom zabraknie miejsca na kolejne okazałe nagrobki…


*
Ci, którzy opuszczają Cieszyn,

wracają do Cieszyna.

Ci, którzy zostają w Cieszynie,

są na pewno w Cieszynie.

szystkie drogi prowadzą do Cieszyna.

Cały świat to jeden wielki Cieszyn...



z I. B. Singera
Tak jak niegdyś dziadek, czternastoletni syn kołodzieja, ruszam z moim Chrystusem w plecaku w długą wędrówkę do grodu Piastów, gdzie niegdyś żyli obok siebie tak jak w Izydorówce, Polacy, Czesi, Niemcy i żydzi. Do Cieszyna, do którego po I wojnie światowej przywędrował za chlebem ubogi galicyjski chłopak, boso, z butami i z duszą na ramieniu. I w którego ziemi radosnej, jak sama nazwa wskazuje, spoczął z dala od swoich, których historia, jego ukochana nauczycielka, rozrzuciła po kilku kontynentach.



©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość