Strona główna

W tamtej chwili patrzyły na mnie miliony


Data19.06.2016
Rozmiar17 Kb.
Między piekłem a niebem

Magiczne chwile i trudne czasy:


czym był dla mnie mój największy życiowy triumf i w jakim stanie znalazłem się 841 dni później

W tamtej chwili patrzyły na mnie miliony. Obserwowały mnie, kiedy siadałem na belce startowej w srebrzystym kombinezonie. Mnie z numerem startowym 50. Kiedy zdenerwowany ślizgałem nartami tam i z powrotem przed ostatnim skokiem w konkursie Turnieju Czterech Skoczni sezonu 2001/02. Decyzja. Wszyscy czekali na ten finałowy skok. Na mój skok. Dzięki niemu mogłem zostać mistrzem swojej dyscypliny.

To było słoneczne, ale zimne popołudnie w górach Tennen, styczniowy dzień jak z obrazka w małej gminie Bischofshofen w kraju związkowym Salzburg. W kierunku trybun wiał słaby wiatr w plecy – 0,8 m/s. Optymalne warunki. Chodziło o decydujące 13 sekund.

Sekundy dla potomności?

W samych tylko Niemczech przed telewizorami siedziało 14 milionów 890 tysięcy ludzi. Gdy odpychałem się od belki, by przyspieszyć do 91,9 kilometrów na godzinę, była dokładnie godzina 15.56 i 25 sekund, a komentator telewizji RTL Tom Bartels powiedział głosem, który najlepiej oddawał dramatyzm sytuacji: „Teraz wyzwolenie. Ruszaj, Sven Hannawald. Na pewno słyszysz już aplauz”.

W tamtym momencie nie słyszałem żadnego aplauzu. Słyszałem tylko, jak wali mi serce. Nic poza tym. Widziałem jedynie ślad w śniegu na skoczni, nic więcej. Byłem w jakimś tunelu.

Wiekopomne chwile

W tym momencie tysiące osób na skoczni imienia Paula Ausserleitnera zaczęły wymachiwać chorągiewkami. Skocznię nazwano tak na cześć skoczka pochodzącego z tej miejscowości, który dokładnie 50 lat wcześniej doznał tu na treningu poważnego upadku i po czterech dniach przegrał walkę o życie. W to święto Trzech Króli widzowie dopingowali, ile sił w płucach, krzyczeli moje imię, robili niewiarygodny hałas. Wśród nich, na trybunach, byli moi rodzice i moja siostra Jeannette. Wiedziałem, że zaraz zaczną terkotać domowej roboty drewnianą terkotką, którą ojciec wykonał własnoręcznie w czasach moich największych triumfów. Ale nawet moja rodzina była w tym momencie gdzieś bardzo daleko. Wszystko, co się wtedy rozgrywało wokół, docierało do mnie jak wytłumione watą. Znajdowałem się w jakimś tunelu.

W tej minucie nie myślałem o niczym.

„Hanni, leeeeeć!”

W tym momencie Wolfi Steiert miał puls na poziomie 200 i patrzył z obawą w moim kierunku, na szczyt skoczni. Podobnie Reinhard Heß, trener kadry narodowej. W prawej ręce trzymał małą chorągiewkę w barwach narodowych, żeby dać mi sygnał do startu. Serwisant Peter Lange, który dbał o moje narty, zasłonił rękami twarz. Był tak zdenerwowany, że nie mógł patrzeć na monitor. Mocno przycisnął do ucha krótkofalówkę.

W tej samej chwili patrzyła w moją stronę również Rosi Kenzler. Moja druga mama. Przyjechała z Hinterzarten w Schwarzwaldzie z całym autokarem ludzi, w tym z kapelą myzyków. I właśnie zaraz miała zamiar mnie dopingować serdecznym „Hanni, leeeeeć!”. W tej samej chwili w Johanngeorgenstadt w Rudawach siedział przed telewizorem Erich Hilbig, żeby obejrzeć młodego skoczka – swojego wychowanka, którego nauczył skakania.

A w Intermaiselstein w Allgau trzymała za mnie kciuki Nora Maasberg. Nie miała pojęcia – podobnie jak ja – że za 841 dni usiądę naprzeciw niej. Jako pacjent. Że zbada historię mojego przypadku, by wydać dotyczące mnie orzeczenie psychopatologiczne.

Wówczas nie czułem zupełnie nic.

Jak powinien się czuć człowiek, w takim rozstrzygającym momencie? Są w sporcie niezapomniane chwile. Na przykład ta z Helmutem Rahnem w finale mistrzostw świata w 1954 roku. Był deszczowy lipcowy dzień na Wankdorfstadion w Bernie. W 85. minucie przyczajony 17 metrów od węgierskiej bramki Rahn odebrał piłkę podaną przez Hansa Schäfera. Było 2:2. To zaskakujący wynik, bo niemieccy piłkarze nie byli faworytami. Rahn przejął piłkę, zrobił dwa kroki w lewo, podbiegł i strzelił. Sekundę później jako zdobywca trzeciej bramki stał się nieśmiertelny.

Nie wiem, co przebiegało Rahnowi przez głowę przed decydującą bramką. Ja nie myślałem o niczym. Również w poprzednich dniach wyłączyłem myśli, które elektryzowały innych w moim otoczeniu: mamy tu skoczka, który może zgotować nam wielkie, historyczne sportowe wydarzenie. I tym sportowcem byłem ja. Ale nie postrzegałem tego jako szansy napisania nowego rozdziału historii sportu.

Nie czułem niczego.

Gdy idzie o tysięczne części sekundy

Nie wiem, o czym myślał siedemnastoletni wówczas Boris Becker, gdy 5 lipca 1985 roku stał na Korcie Centralnym w finale Wimbledonu. Prowadził w czwartym secie 5:3 i 40:15, miał pierwszą piłkę meczową przeciwko Kevinowi Currenowi. Wielka chwila. Patrzyły na niego miliony. Jak na mnie teraz. Tamte tłumy wstrzymały oddech, zaciskały kciuki za rudzielca z badeńskiego Leimen. Pierwsze zagranie. Na aut. Drugie zagranie. Podwójny błąd. Jeszcze tylko 40:30. Ale Becker miał jeszcze jedną piłkę meczową.

Nie, ja nie miałbym kolejnej szansy. W skokach narciarskich przewidziane są dwie kolejki, ale przy każdym z tych skoków masz tylko jedną szansę. Dokładnie 12 sekund – sześć na zjazd i sześć sekund lotu – kiedy rozstrzyga się wszystko. Nie, prawdę mówiąc, decydujące są tylko 0,3 sekundy z tych sześciu. To od nich wszystko zależy. Od tysięcznych części sekundy, które pozostają na wybicie. Miesiącami, latami, całe swoje życie ciężko pracowałem nad siłą wybicia i perfekcyjnym połączeniem jej z pracą muskulatury – nie o milisekundę za wcześnie i nie o milisekundę za późno.

Fascynacja skokami narciarskimi

Skoki narciarskie to jedna z najkrótszych i najbardziej poruszających przygód. Po 11–12 sekundach – od zjazdu i wybicia na progu do lądowania – jest już po wszystkim. Tylko przez pięć lub sześć sekund ciało ludzkie szybuje w powietrzu. Ale co to są za sekundy! Długie sekundy, przerażające sekundy, euforyczne sekundy. Pewien dziennikarz ujął to kiedyś górnolotnie: „Upojne jak chłopskie wesele w Bawarii, błogie jak koncert Bacha, niepokojące jak film Hitchcocka”.

My, skoczkowie, jesteśmy jak opętani. Jesteśmy nerwowi. Kochamy te chwile w powietrzu. Oczywiście powinny trwać jak najdłużej, a gdy już wylądujemy, kamień spada nam z serca. Większość z nas nie znajduje słów, by oddać te magiczne momenty, tę fascynację skokami. Można dostrzec ją jedynie w kilku gestach triumfu, w błysku szczęścia w oczach, gdy wszystko dobrze się kończy.

Na czym polega ten urok? Skoki podobne są do latania. Najbardziej fascynujący jest dla mnie stan nieważkości. Nie czujesz grawitacji i wydaje ci się, że wisisz w przestworzach. Przy lotach narciarskich czujesz to jeszcze wyraźniej. Ale to zawsze balansowanie nad przepaścią. Jeśli wszystko idzie dobrze, jest świetnie, jeśli pójdzie źle – skutki mogą być fatalne.

Legenda Turnieju Czterech Skoczni

W świecie sportu istnieją zjawiska, które urastają z biegiem lat do rangi mitów. Również Turniej Czterech Skoczni miał swój mit. Przez 49 lat żadnemu sportowcowi nie udało się wygrać wszystkich czterech konkursów. Siedmiu skoczków, gdy przyjeżdżali do Bischofshofen, miało już trzy zwycięstwa w kieszeni. Potem jednak przegrywali z powodu presji psychicznej na ostatniej skoczni imienia Paula Ausserleitnera albo po prosu ulegali rywalowi, który w ostatnim dniu był mocniejszy i zniweczył szansę na poczwórne zwycięstwo.

Ostatnio było tak w turnieju sezonu 1997/98 z Japończykiem Kazuyoshim Funakim. Wygrał w Oberstdorfie, podobnie w Garmisch-Partenkirchen i w Innsbrucku. Ale w Bischofshofen musiał ulec jednemu z rywali. Mnie. To było moje pierwsze wielkie zwycięstwo.



Na turnieju w sezonie 2001/02 to ja dziewięć dni wcześniej odniosłem zwycięstwo w Oberstdorfie. Wygrałem też w Nowy Rok w Garmisch-Partenkirchen. I w Innsbrucku. Tu, w Bischofshofen, prowadziłem po pierwszej serii i ustanowiłem nawet nowy rekord skoczni – 139 metrów. Komentator RTL Tom Bartels wiwatował i wzywał: „Leć ze zwycięstwem na skrzydłach do domu, Svenie Hannawaldzie”.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość