Strona główna

Współpraca: Agnieszka Leśny Scenografia: Justyna Świerkosz Opracowanie muzyczne


Pobieranie 74.98 Kb.
Data18.06.2016
Rozmiar74.98 Kb.
Żywioł Oskara”
Na motywach powieści Erica- Emmanuela Schmidta „Oskar i Pani Róża”
Prawa autorskie zastrzeżone.

Przedstawienie wystawiłyśmy na Festiwalu Wędrowniczym „Agrafka” w marcu 2007. Zdobyłyśmy III nagrodę.



Reżyseria: Małgorzata Pruszkowska

Współpraca: Agnieszka Leśny

Scenografia: Justyna Świerkosz

Opracowanie muzyczne: Maria Kiełłczewska
Występują:
Oskar: Aleksandra Herman

Pani Róża: Patrycja Rzepczak? Blanka? Emilka?

Głos Oskara: Anna Skorupa

Pop Corn: Justyna Milewska

Peggy Blue: Żaba? Ania Jakubowska?

Einstein: Kalina Szymczyk?

Becon: Patrycja Szczypińska ?

Mama Oskara: Patrycja Narkiewicz? Marysia Kiełłczewska

Ojciec Oskara: Patrycja Rzepczak ?

Lekarz: Agnieszka Leśny

Pielęgniarka 1: Bogusia Goss

Pielęgniarka 2: Justyna Świerkowska

Sandrine: Małgorzata Pruszkowska ?

Scena 1:

/Oskar siedzi na łóżku, w tle krząta się pielęgniarka. Ciocia Róża przysiada na krawędzi łózka/

O: - Ciociu Różo, dlaczego nikt mi nie mówi, że umrę?

R:- Czemu chcesz, żeby ci to mówiono, skoro sam wiesz, Oskarze!

O:- Wydaje mi się, ciociu, że oni chcieliby widzieć ten szpital innym, niż naprawdę jest. Jakby człowiek przychodził do szpitala tylko po to, żeby wyzdrowieć. A przecież przychodzi się tutaj także po to, żeby umrzeć.

R:- Masz rację, Oskarze. Myślę zresztą, że popełnia się ten sam błąd w stosunku do życia w ogóle. Zapominamy, że życie jest kruche, delikatne, że nie trwa wiecznie. Zachowujemy się wszyscy, jakbyśmy byli nieśmiertelni.

O:- Moja operacja się nie udała, ciociu Różo?

/ cisza, Róża patrzy przed siebie, spuszcza głowę. Oskar opada na poduszki/

R: - A może napisałbyś list do Pana Boga, Oskarze?

O:- Och nie, ty też, ciociu Różo? Myślałem, że nie jesteś kłamczuchą.

Czemu mówisz mi o Panu Bogu? Dałem się już raz nabrać na Świętego Mikołaja. To mi wystarczy, dziękuję!



R:- Oskarze, Pan Bóg i Święty Mikołaj nie mają ze sobą nic wspólnego.

O: Owszem. Na jedno wychodzi. Zwykła propaganda!

R:- Myślisz, że ja, była zapaśniczka, mogłabym choć sekundę wierzyć w Świętego Mikołaja?

O:- Nie.

R:- A w Boga wierzę. Wyobraź sobie.

O:- A po co miałbym pisać do Pana Boga?

R:- Może poczułbyś się mniej samotny?

O:- Mniej samotny z kimś, kto nie istnieje?

R:- Spraw, żeby istniał. Za każdym razem, kiedy w niego uwierzysz, będzie trochę bardziej istniał. Jeśli się uprzesz, zacznie istnieć na dobre. I wtedy ci pomoże. Poza tym możesz co dzień poprosić go o jedną rzecz. Ale uwaga! Tylko o jedną.

/Oskar podnosi się/

O:- To ten twój Pan Bóg jest do niczego, ciociu Różo. Aladyn mógł prosić sługę lampy o spełnienie aż trzech życzeń.

R:- Jedno życzenie dziennie, to chyba lepiej niż trzy przez całe życie, nie uważasz? Możesz prosić go o rzeczy dla siebie, ale możesz też Oskarze, prosić go o różne rzeczy dla innych.

O:- Jedno życzenie dziennie, ciociu Różo, no to bez przesady, najpierw pomyślę o sobie!

Głos:

Szanowny Panie Boże,


Na imię mi Oskar, mam dziesięć lat, podpaliłem psa, kota, mieszkanie (zdaje się nawet, że upiekłem złote rybki) i to jest pierwszy list, który do Ciebie wysyłam, bo jak dotąd, z powodu nauki, nie miałem czasu.

Nazywają mnie Jajogłowym, wyglądam na siedem lat, mieszkam w szpitalu z powodu mojego raka i nigdy się do Ciebie nie odzywałem, bo nawet nie wierzę, że istniejesz.

żyje w tym szpitalu, gdzie patrzą na mnie jak na przeszkodę dla medycyny, i chciałbym Cię prosić o wyjaśnienie: czy wyzdrowieję? Odpowiedz mi tak lub nie. To nie jest skomplikowane. Tak lub nie. Niepotrzebne skreślić.

PS: Nie mam Twojego adresu. Co robić?




Scena 2:

/Oskar chodzi po pokoju/

Głos:

Przestałem być mile widziany. Od czasu przeszczepu szpiku czuję, że nie jestem mile widziany. Doktor patrzy na mnie bez słowa, jakbym popełnił jakiś błąd. A przecież tak się starałem w czasie operacji. Byłem grzeczny, dałem się uśpić, nie krzyczałem, kiedy mnie bolało, łykałem wszystkie lekarstwa. Jak mówiłem, mój przeszczep wszystkich rozczarował. Chemia też wszystkich rozczarowała, ale wtedy liczono na przeszczep. Doktor Dusseldorf wygląda jak zafrasowany Święty Mikołaj, któremu skończyły się prezenty.



/Wchodzi Bekon/

O:- Bekon, mam wrażenie, że lekarze przestali mnie lubić, załamuję ich.

B:- Coś ty, Jajogłowy! Lekarze są nie do zdarcia. Zawsze mają pełno pomysłów na operacje, które można ci zrobić. Policzyłem, mnie obiecali co najmniej sześć.

O:- Ale dlaczego nie powiedzą mi po prostu, że umrę?

/Bekon macha ręką, puka się w czoło i wychodzi. Oskar siada na łóżku. Wchodzi Einstein, Pop Corn, Peggy Blue. Trzymają w rękach grę planszową i siadają na łóżku Oskara/

PC:- Przyjechali twoi rodzice.

O:- Moi rodzice? Niemożliwe. W sobotę?

/Oskar udaje nie przejętego i rozkłada grę planszową, ale trzęsą mu się ręce, wszystko spada na podłogę. Do gabinetu obok, do Doktora wchodzą rodzice./

Gabinet:

/matka szlocha/

Doktor: Zrobiliśmy, co w naszej mocy, proszę mi wierzyć

Ojciec /zdławionym głosem/: Nie wątpię, doktorze, nie wątpię

D:- Chcecie państwo go ucałować?

Matka: - Nie będę miała odwagi

Ojciec:- Nie powinien widzieć nas w takim stanie - dodał ojciec.
*Slajdy*

/Oskar wstrząśnięty wraca do łóżka. Inne dzieci czekają na niego/

O: Moi rodzice to tchórze!

/Dzieci poklepują go i wychodzą. Oskar chowa się za łóżkiem. Wchodzi pielęgniarka z lekarstwami, zauważa, że Oskara nie ma, zaczyna nawoływać.

Wpada doktor, wszyscy biegają i szukają Oskara. Do pokoju wchodzi Róża i od razu odsuwa łóżko znajdując Oskara. Kładzie go do łóżka, siada na krześle obok/

R:- Co się stało?

O:- Doktor Dusseldorf powiedział moim rodzicom, że umrę, a oni uciekli. Nienawidzę ich.

R: Zawsze jest jakieś rozwiązanie. Powinieneś napisać do Pana Boga. On jest lepszy ode mnie.

O:- Nienawidzę moich rodziców.

R:- To nienawidź ich z całej siły.

O:- Ty mi to mówisz, ciociu Różo?

R:- Tak, nienawidź ich z całej siły. To będzie tak, jakbyś miał kość do ogryzania. Kiedy już skończysz ją ogryzać, zobaczysz, że nie było warto. Opowiedz o tym wszystkim Panu Bogu w liście i poproś go, żeby cię odwiedził.

O:- On się przemieszcza?

R:- Na swój sposób. Nieczęsto. Nawet bardzo rzadko.

O:- Dlaczego? On też jest chory?

R:- Rodzice nigdy nie mówili ci o Bogu, Oskarze?

O:- Owszem. Raz. Żeby powiedzieć, że w niego nie wierzą. Wierzą tylko w Świętego Mikołaja.

R:- Są aż tak głupi, Oskarku?

O:- Nawet sobie nie wyobrażasz!

R: Więc nie wierzą w Boga…I to cię nie zdziwiło?

O:- Jeżeli będę zajmował się tym, co myślą głupcy, nie będę miał czasu na to, o czym myślą ludzie inteligentni.

R:- Masz rację. Więc skoro twoi rodzice, którym nie ufasz, w niego nie wierzą, czemu ty nie miałbyś uwierzyć i poprosić go o odwiedziny?

O:- Zgoda. Ale sama mówiłaś, że jest obłożnie chory...

/Róża macha ręką/

R:- Zobaczysz: jego odwiedziny bardzo pomagają.

/Róża wychodzi, Oskar wygląda czy już zniknęła i wybucha płaczem. W gabinecie obok Doktor rozmawia z Różą /

Zza drzwiami chowa się Pop Corn z Bekonem. /

P: Chyba nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo jest chory i potrzebuje pomocy.

B: Ci rodzice wszystko zepsuli. Tak to by w ogóle nie wiedział, że umrze aż…by umarł.

P: No tak. Ale chłopcy nie powinni się mazać

/Nadchodzi Pani Róża a z nią pielęgniarka – asystentka niosąc kalendarz, chłopcy uciekają. Oskar ociera w pośpiechu łzy/

R:- Rozmawiałam z doktorem. Będę Cię odwiedzać przez dwanaście dni. Jaki dziś dzień, Oskarze?

O:- Dwanaście? Jest aż tak źle? Dzisiaj jest dziewiętnasty grudnia.

R:- W moim kraju, Oskarze, jest taka legenda, która mówi, że z ostatnich dwunastu dni roku można odgadnąć pogodę, jaka będzie panowała przez dwanaście miesięcy nadchodzącego roku. Dziewiętnasty grudnia odpowiada styczniowi, dwudziesty grudnia to luty, i tak dalej, aż do trzydziestego pierwszego, który zapowiada grudzień następnego roku. To jest legenda, o dwunastu proroczych dniach. Chciałabym, żebyśmy się w coś takiego pobawili. A zwłaszcza ty. Od dzisiaj będziesz bacznie obserwował każdy dzień, mówiąc sobie, że ten dzień to jakby dziesięć lat.

O:- Dziesięć lat?

R:- Tak. Jeden dzień to dziesięć lat.

O:- Więc za dwanaście dni będę miał sto trzydzieści lat!

R:- Tak. Wyobrażasz sobie?

/Odwraca się, każe pielęgniarce ustawić kalendarz. Całuje Oskara i wychodzi. Oskar liczy na palcach/

Głos: Więc widzisz, Panie Boże: dziś rano się urodziłem i nawet się nie zorientowałem; dotarło to do mnie dopiero gdzieś około południa, kiedy miałem pięć lat, zyskałem większą świadomość, lecz nie przyniosła mi ona dobrych nowin; dziś wieczór kończę dziesięć lat, wiek rozumu. Korzystam z tego, żeby poprosić Cię o jedną rzecz: jeśli masz mi coś do przekazania, tak jak dzisiaj w południe, na moje piąte urodziny, nie bądź taki brutalny. Dziękuję.

Do jutra, całusy, Oskar.

PS: Chciałbym Cię o coś poprosić. Nie miałbym nic przeciwko małym odwiedzinom. Takiej wizycie duchowej. To mi się wydaje super. Chciałbym, żebyś mi taką wizytę złożył. Jestem otwarty od ósmej rano do dziewiątej wieczór.

/Kładzie się spać/

Scena 3:

/Wszystko dzieje się w przyspieszonym tempie. Lekarze wchodzą – wychodzą, pielęgniarki mierzą temperaturę, dzieciaki biegają z grami/

Głos:

Szanowny Panie Boże,

Dzisiaj przeżyłem wiek młodzieńczy i nie obeszło się bez kłopotów. Co za historia! Miałem przejścia z kumplami, z rodzicami, a wszystko z powodu dziewczyn. Dziś wieczór cieszę się, że mam dwadzieścia lat, bo myślę sobie, że uff, najgorsze mam już za sobą. Dojrzewanie to jest naprawdę syf! Dobrze, że przechodzi się przez to tylko raz!

/Do pokoju wchodzi Peggy Blue. Najpierw raz, potem drugi, trzeci raz coś przynosi, rozmawiają. W końcu Peggy całuje Oskara, on pada na łóżko rozanielony chwytając się za serce. Przelatuje kartka w kalendarzu. Wchodzą rodzice z paczkami, dają Oskarowi prezenty, rozmowa wyraźnie się nie klei – rodzice wychodzą Nagle harmider stop i słychać szuranie kapci Pani Róży/
R:- Jak tam rodzice?

O:- Jak zawsze, beznadziejni. Jestem trochę zmęczony.

R:- Zmęczony? Ile masz teraz lat? Osiemnaście? Jak się ma osiemnaście lat, to nie wie się, co to zmęczenie.
METRO " BLUZWIS"

Brudno
Potwornie nudno


Mówi się trudno ja mogę dużo znieść
Łażę
Sobie po barze
Kto mi pokaże w mym życiu jakąś treść?
Plucie
I gumy żucie
Samopoczucie poprawia wciąż mi
Zawołaj znów mnie!
Nikt mi niczego nie zabrania
Z góry na wszystko zgadzam się
Byle mieć spokój i do rana
Przespać byle gdzie.
Siedzę
Czasem cos bredzę
Na moją wiedzę nie wpływa żadna myśl
Dlatego leżę
Sam już nie wierzę
Czy to jest prawda co śniło mi się dziś
Że we śnie wiszę
Ale coś słyszę
Przez moją ciszę przechodzi czyjś głos
Zawołaj znów mnie!
Ktoś nagle czegoś mi zabrania
Ja mówię że nie zgadzam się
On siłą zmusza mnie do wstania
A ja bronię się
Zawołaj znów mnie!
Nie wiem kim byłeś w tym marzeniu
Spróbuj na jawie zbudzić mnie
JA udowodnię że się zmienię
Nie zawiodę cię.
zawołaj znów mnie!
Daj do zdobycia wyższe cele
Trudne zadania drogi złe
Ja mogę zostać bohaterem
Nie zatrzymasz mnie.
Zawołaj znów mnie!
Daj mi pokonać większe progi
Na barykady dostać się
Ześlij mi wojnę - lec bez wrogów.
Nie zostawiaj mnie!
Zawołaj znów mnie!

Scena 4:

/Peggy biega po pokoju w welonie, Oskar ją gania itd./

Głos:

Szanowny Panie Boże,

Załatwione, jesteśmy małżeństwem. Dzisiaj dwudziesty pierwszy grudnia, zbliżam się do trzydziestki i właśnie się ożeniłem. Jeśli chodzi o dzieci, postanowiliśmy z Peggy Blue, że pomyślimy o nich później.

/Wchodzi Pani Róża, mija ją wybiegająca w welonie Peggy/

R:- Więc to poważna sprawa, ty i Peggy?

O:- Jeszcze jak, ciociu. Jestem cholernie szczęśliwy. Pobraliśmy się dzisiaj w nocy.

R:- Pobraliście się?

O:- Tak. Robiliśmy wszystko, co robią mężczyzna, i kobieta, kiedy są małżeństwem. Która to teraz godzina? - skończyłem dwadzieścia lat i mam swoje życie, no nie?

R:- Jasne.

O:- Poza tym, wyobraź sobie, wszystko, co dawniej, kiedy byłem młody, wydawało mi się ohydne, na przykład pocałunki, pieszczoty, teraz mi się podoba. Niesamowite, jak człowiek się zmienia, prawda?

R:- Bardzo się cieszę, Oskarze. Doroślejesz.

O:- Niesamowite, jak zmęczony byłem dzisiaj rano.

R:- To normalne, między dwudziestym a dwudziestym piątym rokiem życia często wychodzi się po nocach, baluje, prowadzi hulaszcze życie.

Za to wszystko trzeba potem płacić. To co, pójdziemy odwiedzić Pana Boga?



O:- Masz babo placek! A wiesz, gdzie mieszka?

R:- Myślę, że jest w kaplicy.

/Przechodzą do kaplicy. Oskar wchodzi, widząc krucyfiks jest niesamowicie oszołomiony. Siada i myśli/

Głos: zbaraniałem, kiedy zobaczyłem Twój posąg, stan, w jakim się znajdujesz, przykuty do krzyża., prawie goły, wychudzony, z ranami na ciele, twarzą, po której spływa krew od cierni i głową ledwie trzymającą się na szyi. Pomyślałem o sobie. I zezłościłem się. Gdybym był Bogiem, jak Ty, na pewno nie dałbym się tak załatwić.

O:- Ciociu Różo, porozmawiajmy poważnie: ty, która jesteś zawodniczką, nie powiesz mi chyba, że w coś takiego wierzysz!

R:- Dlaczego, Oskarze? Czy łatwiej byłoby ci uwierzyć, że to Pan Bóg, gdybyś zobaczył z błyszczącą od oliwy skórą i krótko obciętymi włosami?

Zastanów się, Oskarze. Który z nich wydaje ci się bliższy? Bóg, który nic nie czuje, czy Bóg, który cierpi?



O:- Ten, który cierpi, oczywiście. Ale gdybym był nim, gdybym był Bogiem, gdybym miał takie możliwości jak on, uniknąłbym cierpienia.

R:- Nikt nie może uniknąć cierpienia. Ani Bóg, ani ty. Ani twoi rodzice, ani ja.

Są dwa rodzaje bólu, Oskarku. Cierpienie fizyczne i cierpienie duchowe - Cierpienie fizyczne się znosi. Cierpienie duchowe się wybiera. Rozumem. Jeśli wbijają ci gwoździe w nadgarstki i stopy, nie masz innego wyjścia, musisz odczuwać ból. Znosisz go. Natomiast myśl o śmierci nie musi powodować bólu. Nie wiesz, czym jest. Wszystko zależy od ciebie.



O:- A znasz ludzi, którzy cieszą się na myśl o tym, że umrą?

R:- Owszem, znam. Na przykład moja matka. Na łożu śmierci łakomie się uśmiechała, niecierpliwiła się, spieszno jej było zobaczyć, co będzie potem.

Jednak większość ludzi nie ma w sobie tej ciekawości. Czepiają się tego, co mają, jak wesz w uchu łysego. Weź na przykład taką Plum Pudding, moją irlandzką rywalkę, sto pięćdziesiąt kilo na czczo, w figach, przed wypiciem pierwszego guinessa. Zawsze mi powtarzała: „Przykro mi, ja nie umrę, nie zgadzam się, niczego nie podpisywałam”. Oszukiwała się. Nikt jej nie obiecywał, że życie będzie trwać wiecznie! Jednak z uporem w to wierzyła, buntowała się, nie dopuszczała do siebie myśli, że umrze, wściekała się, wpadła w depresję, schudła, odeszła z zawodu, ważyła już tylko trzydzieści pięć kilo, wyglądała Jak patyczek i w końcu umarła. Widzisz, umarła jak wszyscy, ale myśl o tym, że umrze, zatruła jej życie.



O:- Głupia była ta Plum Pudding, ciociu.

R:- Jak but. Ale butów jest niezliczona ilość. Są bardzo rozpowszechnione.

Ludzie boją się umierać, bo odczuwają lęk przed nieznanym. Ale właśnie, co to jest nieznane? Proponuję ci, Oskarze, żebyś się nie bał, żebyś był ufny. Spójrz na twarz Pana Boga na krzyżu: znosi cierpienie fizyczne, ale nie cierpi duchowo, bo ufa. I nawet gwoździe już mu tak nie doskwierają. Powtarza sobie: boli mnie, ale nie ma w tym nic złego. To są korzyści, które przynosi wiara. I to właśnie chciałam ci pokazać.



O:- O.K., ciociu Różo, jak będę miał pietra, zmuszę się, żeby wierzyć.

Scena 5:
Głos: Szanowny Panie Boże,

Peggy Blue była dzisiaj operowana. Przeżyłem dziesięć strasznych lat. Ciężko jest być trzydziestolatkiem, to czas pełen trosk i obowiązków.



/Oskar i Pani Róża pod salą operacyjną/

O: Dlaczego Pan Bóg pozwala, żebyśmy byli chorzy? Albo jest zły, albo nie jest aż taki mocny.

Nie musisz nic przede mną ukrywać. Mam co najmniej trzydzieści dwa lata, raka, żonę na sali operacyjnej, więc znam trochę życie.



R:- Kocham cię, Oskarze.

/Przychodzi Sandrine i siada koło Oskara. Kładzie mu rękę na ramieniu i pociesza go. W tej chwili na wózku wywożą Peggy, która to widzi i odwaraca głowę oniemiała. Oskar załamany łapie się za głowę. Sandrine ucieka/

O:- Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby dać się przytulić!

R:- Tak zwany demon południa, Oskarze. Dopada mężczyzn między czterdziestym piątym a pięćdziesiątym rokiem życia: chcą się upewnić, sprawdzić, czy podobają się jeszcze innym kobietom oprócz tej, którą kochają.

O:- Co powinienem zrobić?

R:- Kogo kochasz?

O:- Peggy. Tylko Peggy.

R:- To powiedz jej. Pierwszy związek jest zawsze bardzo kruchy, podatny na różne wstrząsy, ale jeśli jest dobry, trzeba walczyć o jego zachowanie.
/Oskar idzie przeprosić Peggy/

Głos:

Jutro, Panie Boże, jest Boże Narodzenie. Nigdy nie kojarzyłem, że to są Twoje urodziny. Spraw, żebym pogodził się z Peggy, bo nie wiem, czy to z tego powodu, ale jestem dziś wieczór bardzo smutny i w ogóle nic mi się nie chce.

Do jutra, całusy, Oskar.

PS: Teraz, kiedy już jesteśmy kumplami, co chcesz dostać ode mnie na urodziny?


Scena 6:

/Pielęgniarka wnosi do pokoju choinkę. Oskar chowa się za nią. Do pokoju wchodzą rodzice, doktor, nikt nie widzi Oskara. Wchodzi Róża z Einsteinem i zagląda za choinkę/

R: Wszyscy w szpitalu cię szukają, Oskarze. Pełna mobilizacja. Twoi rodzice są zrozpaczeni. Zawiadomili policję.

O:- To do nich podobne. Myślą, że ich pokocham, kiedy zakują mnie w kajdanki...

E:- Co masz im do zarzucenia?

O: - Boją się mnie. Boją się ze mną rozmawiać. A im bardziej się boją, tym bardziej mam wrażenie, że jestem potworem. Dlaczego ich tak przerażam? Jestem aż taki brzydki? Śmierdzę? Kompletnie zidiociałem?

R:- Nie boją się ciebie, Oskarze. Boją się choroby.

O: Choroba jest częścią mnie. Nie muszą zachowywać się inaczej, dlatego że jestem chory, chyba że mogą kochać tylko zdrowego Oskara?

R:- Kochają cię, Oskarze. Wiesz, Oskarze, umrzesz któregoś dnia. Ale twoi rodzice także umrą.

E: Pomyśl o nich. Będzie im smutno że umarli bez ciebie!

R: Zrozumiałeś, że umrzesz, bo jesteś inteligentnym chłopcem. Nie zrozumiałeś jednak, że nie ty jeden. Wszyscy kiedyś umrzemy. Twoi rodzice. Ja.

O:- Tak. Ale ja pierwszy.

R:- To prawda. Ty pierwszy. Ale czy z tego powodu wszystko ci wolno? Czy wolno ci zapominać o innych?

E: Może z nimi pogadaj bo jeszcze umrzesz z zaskoczenia…

/Wchodzą rodzice/

O:- Przepraszam, zapomniałem, że wy też kiedyś umrzecie.
/Sielska scena; rodzice się przytulają, wyjmują prezenty, Einstein ubiera choinkę/

Głos:

Wszystkiego najlepszego z okazji Twoich urodzin, Panie Boże. Ciocia Róża powiedziała mi przed chwilą, że moje pojednanie z rodzicami to świetny prezent urodzinowy dla Ciebie. Ja tam uważam, że jest dość byle jaki. Ale skoro ciocia Róża, która jest Twoją starą kumpelką, tak twierdzi...

Do jutra, całusy, Oskar.

PS: Byłbym zapomniał o życzeniu: niech moi rodzice będą zawsze tacy, jak dzisiaj wieczór. I ja też. To były fajne Święta. Przykro mi z powodu Twojej mszy, film urwał mi się wcześniej.



Scena 7:

Slajdy z życia Oskara z rodzicami. Oskar w łóżku, słaby.



Głos:

Szanowny Panie Boże,

Dziś mam już skończone sześćdziesiąt lat i płacę rachunek za wczorajsze ekscesy. Nie jestem w najlepszej formie.

Nie powiedziałem Ci w moim wczorajszym liście, że u cioci Róży na półce przy schodach stoi figurka Peggy Blue. Przysięgam Ci. Dokładnie taka sama, z gipsu, z tą samą słodką twarzyczką i tym samym błękitem na ubraniu i skórze. Ciocia Róża twierdzi, że to Maryja, Twoja matka, z tego, co zrozumiałem, rodzinna pamiątka. Zgodziła się mi ją dać. Postawiłem ją na stoliku przy łóżku. I tak pewnego dnia wróci do rodziny cioci Róży, ponieważ ją adoptowałem.

Peggy Blue czuje się lepiej. Słuchaliśmy Dziadka do orzechów, trzymając się za ręce, i przypomniały nam się dawne czasy.

Nie będę Ci już długo opowiadał, bo pióro zrobiło się jakieś ciężkie. Wszyscy są tutaj chorzy, nawet doktor Dusseldorf, od tych wszystkich czekoladek, gęsich wątróbek, kasztanów w cukrze i szampana, które rodzice masowo dawali lekarzom i personelowi. Bardzo bym chciał, żebyś mnie odwiedził.

Całusy, do jutra, Oskar.

Scena 8:

Oskar leży przy świeczce i trzyma roślinkę. Obok niego Róża, rodzice patrzą z oddali. Doktor stoi tyłem trzymając się za nasadę nosa.



Głos:

Szanowny Panie Boże,

Dziś miałem między siedemdziesiąt a osiemdziesiąt lat, i zastanawiałem się nad wieloma rzeczami.

Ciocia Róża dała mi pod choinkę roślinę z pustyni Sahara, która przeżywa całe swoje życie w ciągu jednego dnia.. Jak tylko ziarno wchłonie trochę wody, od razu puszcza, pąki, staje się łodygą, dostaje liści, rozkwita, wytwarza nasiona, więdnie, kurczy się i hop, wieczorem jest już po wszystkim.



/Wchodzi doktor/

O:- Czesze pan sobie brwi, panie doktorze.- Niech pan nie robi takiej miny, doktorze Dusseldorf. Będę z panem szczery, bo zawsze uczciwie brałem lekarstwa, a pan skrupulatnie próbował zwalczyć moją chorobę. Niech pan się nie zachowuje, jakby czuł się winny. Niech pan trochę wyhamuje, doktorze Dusseldorf, przestanie się tak przejmować, nabierze trochę pokory, bo inaczej nie będzie pan mógł długo wykonywać tego zawodu. Proszę spojrzeć, jak pan wygląda.

D:- Masz rację, Oskarze. Dziękuję, że mi to powiedziałeś.

Głos:

To tyle, Panie Boże. Wciąż czekam, aż mnie odwiedzisz. Przyjdź. Nie wahaj się ani chwili. Mimo że mam teraz wielu gości, bardzo bym się ucieszył.

Do jutra, całusy, Oskar.

/Wszyscy wychodzą, przelatuje kartka/:
Głos: Szanowny Panie Boże,

Peggy Blue opuściła szpital. Wróciła do domu. Nie jestem głupi, wiem, że już nigdy jej nie zobaczę.

Nie będę do Ciebie pisał, dlatego że mi smutno. Przeżyliśmy razem życie, Peggy i ja, a teraz zostałem sam i leżę w łóżku łysy, stary i zmęczony. Ohydnie jest się starzeć.

Dzisiaj przestałem Cię lubić.

Oskar.
Scena kolejna:

/Oskar próbuje siedzieć, patrzy w okno. Przychodzi pielęgniarka która ma czarne rękawki i go pielęgnuje/
Głos:

Zrozumiałem, że jesteś obok. Że zdradzasz mi swój sekret: codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy.

Więc posłuchałem Twojej rady i pilnie wykonałem polecenie. Po raz pierwszy. Wpatrywałem się w światło, w kolory, drzewa, ptaki, zwierzęta. Czułem, jak powietrze wpada mi w nozdrza i sprawia, że oddycham. Słyszałem głosy rozbrzmiewające w korytarzu jak pod kopułą katedry. Czułem, że żyję. Drżałem z rozkoszy. Co za radość żyć. Byłem zachwycony.

Dziękuję Ci, Panie Boże, że to dla mnie zrobiłeś. Miałem wrażenie, że bierzesz mnie za rękę i wprowadzasz w sam środek tajemnicy, by zgłębiać tajemnicę. Dziękuję.



/Po kolei wszyscy przychodzą, podają Oskarowi rękę i wychodzą/
Głos:

Dobijam setki. Dużo śpię, ale czuję się dobrze. Sto dziesięć lat. To dużo. Chyba zaczynam umierać.

Oskar.
/Oskar umiera. Na scenę wchodzi Róża i czyta z kartki/
R:Szanowny Panie Boże,

Chłopiec umarł.

Będę wciąż panią Różą, która odwiedza chore dzieci, ale nie będę już ciocią Różą. Byłam nią tylko dla Oskara.

Zgasł dzisiaj rano, w czasie półgodzinnej przerwy, kiedy z jego rodzicami poszliśmy napić się kawy. Zrobił to bez nas. Myślę, że czekał na tę chwilę, żeby nas oszczędzić. Jakby chciał, żebyśmy nie cierpieli, patrząc, jak odchodzi. To on w gruncie rzeczy nad nami czuwał.

Jest mi ciężko na sercu, Oskar w nim mieszka, nie mogę go wyrzucić. Muszę powstrzymać łzy aż do wieczora, nie chcę, aby mój ból konkurował z bezbrzeżną rozpaczą jego rodziców.

Dziękuję Ci, że dałeś mi poznać Oskara. Dzięki niemu byłam zabawna, wymyślałam legendy, znałam się nawet na zapasach. Dzięki niemu śmiałam się i przeżywałam radość. Bardzo mi pomógł w Ciebie wierzyć. Jestem przepełniona miłością, czuję, jak mnie pali, dał mi jej tyle, że starczy na wszystkie następne lata.

Do zobaczenia, ciocia Róża.

PS: Przez ostatnie trzy dni Oskar stawiał na szafce przy łóżku kartonik. Myślę, że to Ciebie dotyczy. Napisał na nim: „Tylko Bóg ma prawo mnie obudzić”.







©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość