Strona główna

Zredagowali: Agnieszka Dzikowska, Maciej Kośmicki, Michał Piątkiewicz


Pobieranie 34.8 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar34.8 Kb.

Numer 1/2007





Zredagowali: Agnieszka Dzikowska, Maciej Kośmicki, Michał Piątkiewicz,

Julia Polkowska, Elisa Stefaniak i Anna Wojciechowska



Zbliża się koniec roku szkolnego i coraz częściej nasze myśli podążają ku wakacjom. Jednak nim nadejdzie upragniony czas leniuchowania i błogiej sielanki musimy odebrać świadectwa. Dla pierwszo- i drugoklasistów będzie to tylko odpoczynek od nauki w gimnazjum. Nie wolno jednak zapominać o trzecioklasistach, kończących naukę w naszej szkole. Czeka ich rozstanie z przyjaciółmi, gdyż niewielu osobom uda się trafić do tych samych liceów i techników. Znajdą się tacy, którzy z radością rozpoczną nowy etap w swoim życiu. Entuzjastycznie podchodzą do sprawy. Nie stanowi dla nich problemu to, że już od września zupełnie zmieni się ich środowisko. W końcu taka jest kolej rzeczy. A co z tymi , którzy zżyli się z naszą szkołą? Co zrobić, by osłodzić im gorzki smak rozstania? Oczywiście pożegnać i przypomnieć, że nie wiadomo jak będzie w nowej szkole. Może okazać się, że mimo wszystko życie licealisty nie jest takie złe. Tak więc, Drodzy Trzecioklasiści żegnamy was i mamy nadzieję, że zabierzecie ze sobą tylko dobre wspomnienia!

Od Redakcji
___________________________________________________________________________

Miłość to ważne uczucie dla każdego z nas. Pierwsze „zakochanie” zdarza się zazwyczaj w wieku 12 lat. Zakochujemy się wtedy bez granic w osobie starszej, dla nas niedostępnej. Jest to moment w życiu, gdy zaczynamy patrzeć na płeć przeciwną z pewnym dystansem i uczuciem, że jest ona nie tyle ważna, co niezbędna w naszym życiu. W czasie dalszego rozwoju, zdarza się zauroczenie. To umiłowanie w drugiej osobie jej cech fizycznych. Często wydaje się być tą „jedyną, prawdziwą miłością”. Takie uczucie jednak szybko przechodzi. Choć nie zawsze. Czasami przeradza się w zakochanie, które może prowadzić do miłości.

Jest wiele rodzajów tego uczucia. Jest miłość rodzicielska, przyjacielska, do samego siebie(narcyzm), miłość polegająca głownie na zauroczeniu drugą osobą oraz ta oparta na altruizmie. W niej właśnie kierujemy się dobrem osoby najważniejszej w naszym życiu. Chcemy ją uszczęśliwiać, być blisko, rozmawiać, dzielić się tajemnicami i wszystkimi uczuciami. To ona trwa najdłużej.


Miłość prowadzi do związku dwojga ludzi. Związki, na początku piękne, potrafią ranić lub „dawać” wiele smutków czy też radości. Wielu nastolatków popełnia samobójstwa, przez tzw. „miłość niespełnioną”.


Pewien znany psycholog podzielił związek na fazy:
1.faza zakochania – widzimy tylko zalety drugiego człowieka. Wydaje nam się, że skoczylibyśmy za nim w ogień.
2.faza romantycznych początków – obie strony starają się, aby związek był najwspanialszy. Nadal nie widzą swoich wad ani niczego wokół.
3.faza związku kompletnego – wiąże się z podejmowaniem ważnych decyzji. Jest to faza najbardziej zadowalająca dla obojga partnerów. Wtedy partnerzy są zaangażowani w najwyższym stopniu. Lecz osłabnięcie tych emocji zwiastuje przejście do fazy czwartej.
4.faza związku przyjacielskiego – nie ma wzajemnego zauroczenia, jeśli nie uda się go podtrzymać choć w niewielkim stopniu, związek przechodzi do fazy 5. Partnerzy dzielą się uczuciami i kierują wzajemnym szczęściem.
5.faza związku pustego – ta faza charakteryzuje się jedynie zaangażowaniem, które często prowadzi do znudzenia się sobą i przechodzi w fazę 6.
6.faza rozpad związku
Myślę, że wszystkie te fazy odnoszą się także do nastoletniej miłości. Każdy związek przechodzi przez pewne etapy. Związki kończą się i pojawiają następne. Młody człowiek musi „sprawdzić” kto do nas pasuje, i gdzie go znaleźć. Po czym odróżnić.
Platon w „Uczcie” opisuje pewną historię. Jest to opowieść opowiadana przez Arystofanesa.

Niegdyś ludzie byli silni. Mieli dwie pary oczu, nóg, rąk, dwa nosy i parę ust. Byli istotami zagrażającymi Zeusowi. Więc ten, chcąc ich osłabić (a nie zabijać, jak chcieli inni bogowie), przepołowił każdego z nich. Od tej pory, ludzie poznają raz w życiu osobę, która chociaż zupełnie nieznana wydaje im się bliska...

Prawdziwa miłość sama nas odnajdzie, nie trzeba jej szukać. Więc czekajmy cierpliwie, nie bacząc na przeciwności, gdyż tak jak magnes przyciąga drugi, tak połowa człowieka przyciąga tę właściwą

„Amulet z Samarkandy” Jonathana Strouda jest pierwszą książką z Trylogii Bartimaeusa. Została nominowana do WH Smith People’s Choince Award, a prawa do jej ekranizacji zostały wykupione przez wytwórnie Miramax.

Historia opowiada o Nathanielu, uczniu czarodzieja, który szukając zemsty, przyzywa dżina Bartimaeusa. Jednak amulet, który ten ma wykraść, ma znacznie większe znaczenie niż zwyczajnie kolejny przedmiot w magicznej kolekcji artefaktów Simona Lovelace’a

Książka ta została bardzo ciekawie napisana. Warte uwagi jest podzielenie narracji na zarówno pierwszoosobową jak i trzecioosobową. Ta pierwsza pokazuje świat przedstawiony oczami kpiącego ze wszystkiego i nienawidzącego ludzi dżina. Drugi typ narracji jest zastosowany, by obserwować ruchy głównego bohatera, kiedy nie ma przy nim Bartimaeusa. Oba typy narracji przeplatają się ze sobą. Plusem tej książki jest odmienne pokazanie świata czarodziejów. Uważają oni, że są lepsi od normalnych osób, choć cała ich „magia” pochodzi od dżinów, które przywołać może każdy po odrobinie ćwiczeń. Zatem nie są oni typem dobrych czarodziei typu Dumbledore z Harry’ego Pottera. Również Nathaniel nie jest inny. Nie odbiega dużo od wyżej przedstawionego stereotypu. Nie jest typem dobrego, ratującego świat głównego bohatera, a raczej samolubnego, typowego dla Londynu czarodzieja. Właśnie dzięki temu ta książka jest taka oryginalna.






Bajeczka dla dzieci? Lekka opowiastka o ninja? Na pierwszy rzut oka może się tak wydawać. „Naruto” autorstwa Masashi’ego Kishimoto zrzesza jednak mnóstwo fanów na całym świecie. Jest obecnie jedną z najpopularniejszych mang. Dlaczego? Jednych może zachęcać humor powieści, innych szybka akcja, a jeszcze innych ciekawi bohaterowie. Można powiedzieć, że w „Naruto” jest wszystko: dramat, intryga, akcja, tajemnica, humor, romans, (chociaż Sakurę, czy Ino można by raczej przydzielić do typu „fangirls”) i wiele innych.

Opowiada o 12-letnim ninja, który ma dość duże problemy ze zdaniem końcowego egzaminu na genina (najmniejsza ranga shinobi). Chociaż zdaje sobie sprawę, że jest niecierpliwy i nie ma talentu do uczenia się podstawowych technik, chce zostać najważniejszym ninja w wiosce, czyli Hokage. Trafia do grupy ze znienawidzonym rywalem, Uchiha Sasuke i dziewczyną, w której jest zakochany, Haruno Sakurze. Dodatkowo ich nauczycielem jest najdziwniejszy ninja w całej wiosce: Hatake Kakashi. Jednak, żeby nie powrócić z powrotem do akademii, muszą najpierw przejść pewien test. To jednak okazuje się trudne mając jako nauczyciela Kakashi’ego, który jako były Aniu (specjalna jednostka ninja) jest jednym z najsilniejszych jouninów (trzecia od dołu ranga shinobi, mało komu udaje się ją zdobyć) w wiosce, przez co również i zadanie, które Naurto, Sasuke i Sakura mają wypełnić nie jest proste.

Pomysł na świat przedstawiony nie jest wcale taki oryginalny. Motyw ninja przewija się w wielu powieściach, a nazwy typu Hokage, Konoha (choć w odrobinę innym znaczeniu niż w „Naruto”) są wykorzystywane w innych mangach (jak np. „Flame of Rekka”, czy „Nobari no Ou”). Jednak większość technik została wymyślona przez autora, podobnie jak cała historia. Bohaterowie są również bardzo ciekawi, każdy z nich jest inny. Warte uwagi są rysunki, które odbiegają trochę od stereotypów mangi, choć nie całkowicie.

W Polsce „Naruto” jest wydawane przez JPF i liczy na dzień dzisiejszy 18 tomów, (co jest zaledwie połową wydanych w Japonii - tam jest ich 36 i dodatkowo co tydzień jest nowy kilkunastostronicowy rozdział w tygodniku „Jump”). Można wiele zarzucić tłumaczeniom, gdyż nazwy technik i wielu innych rzeczy są przetłumaczone na język polski, co odbiera trochę przyjemność czytania i klimat powieści. Na szczęście jutsu (techniki) mają swoje japońskie nazwy na końcu każdego tomu, co jest znacznie lepsze niż pozostawienie ich jedynie przetłumaczonych.


Władca Pierścieni: Konfrontacja, to gra planszowa dla dwóch osób w której do walki stają dwie wrogie frakcje. Gracz mroku ma za zadanie pokonać Froda, lub umieścić trzy ciemne figury w Shire. Gracz światła natomiast musi dotrzeć Frodem do Mordoru na Górę Przeznaczenia, gdzie raz na zawsze ma zniszczyć przeklęty pierścień. Na drodze do celu czyhają na nas liczne niebezpieczeństwa, jak choćby Kopalnia Morii, Jaskinia Szeloby, ale także i ułatwienia – Rzeka Anduina umożliwiająca błyskawiczne przemieszczanie się między poszczególnymi rejonami. Cała plansza składa się z szesnastu regionów znanych z trylogii Tolkiena. W większości takich prowincji znajdują się także miasta, przez co pole gry jest ciekawe i urozmaicone.

Na pierwszy rzut oka omawiana tu produkcja przypomina szachy. Ale już po bliższym przyjrzeniu różnice stają się kolosalne. Po pierwsze, gracz nie widzi figur strony przeciwnej. Są one tak skonstruowane, aby w żaden sposób nie można było oszukiwać, a ewentualne próby matactwa mogą skończyć się skręceniem kręgosłupa, tudzież pęknięcia podstawy czaszki… Atakujemy więc w ciemno. Może się więc okazać, że przypadkowo wystawimy Pippina (Siła 1) do walki z Trollem (Siła 9). Po drugie, walka odbywa się tu troszkę inaczej. Jak już zdążyłeś wywnioskować z powyższego zdania postacie mają swoją liczbę obrazującą siłę. Niezależnie jednak od tych wartości wyciąga się karty (wyjątkiem jest Saruman, który może zadecydować, że nie będzie wykładnia kartoników). Można na nich znaleźć dodatkową energię, , lub inny efekt np. Poświęcenie, czy Odwrót. Większość z uczestników konfliktu posiada również umiejętności specjalne. Przykładowo w wypadku Legolasa jest to automatyczna wygrana w walce z latającym Nazgulem, czy Sama – dodatkowa siła kiedy jest z Frodo. W końcu trzecia, podejrzewam najważniejsza różnica to możliwość dowolnego rozstawienia swoich figur na początku partii. Położony jest więc duży nacisk na taktykę. Z fatalnym umieszczeniem naszych postaci na polu gry zostaniemy wnet rozgromieni nawet przez mało bystrego zawodnika.

Po ogólnym omówieniu podstawowych mechanizmów gry czas na słówko o wykonaniu. W niepozornym pudełku mieści się 9 podstawek czarnych, 9 podstawek białych, łatwe w wyciskaniu wizerunki bohaterów w dotyku przypominające heksy, po 11 kart dla obydwu stron, duża, ładna plansza a także dość przejrzysta instrukcja. Wszystko kolorowe i wytrzymałe(no może oprócz instrukcji której grzbiet szybko się przetarł), utrzymane w jednolitym, dobrym klimacie. Jedyne zastrzeżenia można mieć do przygotowania kart. Ozdobiono je jednakowym motywem, który co tu dużo mówić nie jest zbyt efektowny. Wyróżniają się tylko kartoniki specjalne z oryginalną grafiką.

Podsumowując, czas spędzony przy Władcy Pierścieni: Konfrontacji to bynajmniej nie czas stracony. To fantastyczna zabawa dla dwóch osób. Choć produkt ma pewne wady, znajdujemy w nim zdecydowanie więcej zalet. Niektórym graczom jednak może nie podobać się to, że w grze jest sporo elementów losowych.

Autor: Reiner Knizia

Ilustracje: John Howe

Wydawca: Galakta (www.galakta.pl)

Gra dla: 2 graczy

Czas gry: 10-20 min.







Ruszaj o świcie. Zabierz ze sobą trochę kompostu!

7 godzin później, Jeżynowa łąka…


Nagrody Darvina

Nagrody przyznawane za najbardziej błahe powody śmierci.


Bomba

Iracki terrorysta Khay Rahnajet, nie nakleił wystarczającej ilości znaczków na liście bombie i powróciła ona do niego oznaczona "zwrócić nadawcy". Otworzył list i wyleciał w powietrze. Podobna historia przydarzyła się kolumbijskiemu terroryście Fernando Varro, który wysłał paczkę z bombą do ambasady USA. Na przesyłce zapomniał jednak nakleić znaczka, więc poczta zwróciła ją nadawcy. Varro otworzył pakunek i wyleciał w powietrze.





Nałóg

Niemiecki nałogowiec, który w czasie wędrówki po odludziu odkrył, że zgubił zapalniczkę, ponieważ bardzo chciało mu się palić, wdrapał się na słup wysokiego napięcia i przytknął usta do drutów. Zapalił się nie tylko papieros, ale i ofiara nałogu.


Uwaga na telefony komórkowe

Pewien dżentelmen z Korei, zginął podczas swojej zwyczajowej rozmowy przez telefon komórkowy w czasie spaceru. Podczas rozmowy ten pan niespodziewanie... wszedł w drzewo i w jakiś sposób skręcił sobie kark.




©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość