Zyta Gilowska powiedziała kiedyś, że uczyła się ekonomii na tekstach Jana Pietrzaka



Pobieranie 26.33 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar26.33 Kb.
Polska jest
Rozmowa z Janem Pietrzakiem, założycielem Kabaretu pod Egidą

 

Zyta Gilowska powiedziała kiedyś, że uczyła się ekonomii na tekstach Jana Pietrzaka.



 

Mnie też o tym wspominała. To, co jest oryginalne w mojej kabaretowej karierze to to, że  tematyka ekonomiczna w żadnym kabarecie w PRL nigdy się nie pojawiała. A jeśli się pojawiała to w bardzo powierzchownej obserwacji życia codziennego. Natomiast nigdy nie było dociekania dlaczego winda skosem chodzi, jak się buduje młodzieżowe osiedla. Miałem więc na tym polu ogromną przewagę. Tak, jak mój monolog fabryczny na przykład mówił o różnych etapach gospodarki socjalistycznej – od czasów Gomułki, gdzie był wyścig o tytuł brygady pracy socjalistycznej, normy technicznie uzasadnione. No, wszystkie te bzdury, te pseudo reformy – to  było w moim kabarecie. Doszło do tego, że nawet zająłem się bardzo polityką monetarną. W roku 80 miałem najbardziej wnikliwy ekonomicznie monolog – jak unieważnić pieniądze. Wtedy była destrukcja gospodarki zarządzona przez komunę, żeby za niepowodzenia winą obarczyć naród i Solidarność.  Demaskowałem te świństwa. Ktoś mi napisał, że się do nagrody Nobla kwalifikuję, bo „w sposób przejrzysty na dwóch stronach pan Pietrzak wyjaśnił co naprawdę tu się dzieje”. Poruszałem mnóstwo spraw związanych ze sferami finansowymi, ekonomicznymi.  Nikt tego w żadnym innym kabarecie nie robił.

 

Dzisiaj kabaret jest pewną instytucją biznesową. Poruszacie się na pewnym rynku, oferujecie towar, coś, co ludzi ma rozśmieszać. Jak funkcjonuje kabaret jako jednostka gospodarcza?  Wiemy, że ty od czasu kiedy skończył pan studia nigdy nie pracował pan na tak zwanym etacie.

 

Pracowałem na pół-etatach. A to w „Szpilkach”, a to przez rok w telewizji. Dzisiaj prowadząc kabaret, prowadzę działalność gospodarczą w sensie dosłownym – to jest prywatna firma. Musimy się utrzymać i zarabiać na siebie. Teraz to jest oczywiste – jesteśmy agencją artystyczną i robimy imprezy. Są imprezy, na których się zarabia – jeśli bierzemy udział w pikniku, meetingu, konferencji. To są podstawowe źródła  dochodu, bo samo granie kabaretu przy dobrych wiatrach pozwala nam wyjść na zero. Gramy w małej salce…

W czasach PRL-u musieliśmy być pod jakimś nadzorem. Były takie instytucje, które się nazywały „estrady” i to one formalnie prowadziły naszą działalność. Bilans był tak zrobiony, że kiedy były przychody, to dostawaliśmy większe wypłaty, a jak nie było przychodów to dostawaliśmy mniejsze.

 

To musiała być straszna bieda.

 

To była bieda. Żyliśmy zawsze z imprez dużych, gdzie byliśmy angażowani już nie jako kabaret, ale poszczególni artyści. Zwłaszcza kiedy okresowo dostawałem paszport i  moglem wyjechać do Ameryki czy do Niemiec na miesiąc i tam popracować. Przeliczenia walutowe były horrendalne – ale korzystne dla ludzi, którzy mogli pracować na zachodzie. Z tych amerykańskich pieniędzy zbudowałem  dom. Za honoraria w Polsce nie byłoby mnie stać. Zwłaszcza, że płaciłem 80% podatku wyrównawczego. To było bezczelne złodziejstwo. Natomiast generalnie do pieniądza nie przykładałem  najmniejszego znaczenia.



PRL wychował mnie w braku szacunku do pieniędzy. Pierwsze głębsze doświadczenie, co to znaczy siła pieniądza przeżyłem w Ameryce. Zastał mnie tam stan wojenny a ponieważ było wielkie zapotrzebowanie na moje występy , zacząłem je organizować sam. Aby wystąpić musiałem sam wynająć salę teatralną, zapłacić za nią z własnych pieniędzy. Na  przykład w miejscowości Winnipeg, zimą przy -30 stopniowym mrozie wynająłem  salę i ją opłaciłem. Ale pewności, że ludzie przyjdą nie miałem żadnej. Zacząłem przedstawienie, tłumy w teatrze, powiedziałem pierwszy żart i raptem kątem oka widzę, jak portierzy z teatru wpuszczają ludzi po bokach. Dodatkowe osoby wchodzą, poza limitem. Wcześniej mówili, że nie można wpuścić więcej osób niż jest to przewidziane ze względu na przepisy pożarowe. A ponieważ wszystkie bilety były już sprzedane wiedziałem, że rąbią mnie na kasę. Bilety były po 20 dolarów więc jeśli oni wprowadzili 20 osób, to straciłem 400 dolarów. To nie są żarty! – myślałem sobie wtedy. Zachciało mi się śmiać z samego siebie: co się ze mną stało? I co to znaczy potęga dolara! W Warszawie nigdy  nie przyszło mi do głowy denerwować się, że ktoś wprowadził widza na lewo. W Kanadzie przyszło olśnienie, że chyba właśnie przestawiłem się na wolny rynek, na myślenie kapitalistyczne. A na ogół byłem i jestem człowiekiem zupełnie abnegacyjnym w sprawach finansowych.

 

Jeden z pana słynnych monologów dotyczył wypowiedzi Gomułki, że zbudowane jednego miejsca pracy kosztuje państwo około 3 mln. złotych. A pan zamknął to stwierdzeniem, że skoro państwo dopłacało do żłobka, do przedszkola, do szkoły i do studiów, to więcej państwa na straty narażać nie wolno, więc do pracy pan nie pójdzie.



 

Cytowałem wówczas przemówienia partyjne i podsumowałem, że skoro państwo musi  dopłacaćdo mojego stanowiska pracy i do studiów, to rzucam studia i pracę. Państwo do mnie nie dopłacało, dopłacała jedynie pewna pani. Poszedłem państwu na rękę, ale to też się temu państwu nie podob ało. Okazało się, że państwo nie lubi tych do których nie dokłada. Pokazałem w ten sposób absurdalną argumentację, którą stosował wówczas PRL. Państwo, które w komunizmie było po prostu złodziejskie. Najpierw wszystkim zabierało a potem wypłacało  wybranym towarzyszom. To, co robiliśmy w kabarecie, było takim demaskowaniem fałszu, demaskowaniem istoty tamtego ustroju. Najbardziej dotknąłem towarzyszy – co znalazło odzwierciedlenie w ubeckim meldunku, że żartowałem z wartości dodatkowej. A to była podstawa całego komunizmu, że burżuj zabiera masom pracującym wartość dodatkową, którą wypracowali! I dlatego Marks kazał obalić kapitalizm! Więc pytałem „no dobrze, kapitalizmu nie ma, ale co się stało z wartością dodatkową? Nikt nam tego nie wylicza, nikt nam nie mówi co się z tym dzieje a przecież to właśnie dla niej mamy ustrój komunistyczny”.

Jestem zdumiony, że cenzura przepuściła ten żart. Ale im do głowy nie przychodziło, że jakikolwiek kabaret może takie tematy poruszać, że ktoś się będzie z tego śmiał, z tego rodzaju żartów. Mam taki donos SB na siebie z 74 roku. Zasadnicza ocena mojej twórczości była taka, że obalałem ten ustrój i to na długo przed Wałęsą. O, tu mam fragment: „kabaret w swoich programach lansuje twórczość skierowaną przeciwko budownictwu socjalistycznemu, Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej i Związkowi Radzieckiemu”. W innej notatce ubek napisał: „Pietrzak w swoim monologu bardzo ostro krytykuje system kartkowy, stwierdzając że nawet premier poszedł na dziady  pokazując kartkę żywnościową. Po przerwie przedstawia odgłosy polskiej prasy na temat kabaretu. Nadmienił także, że Jabłoński Henryk na konferencji w Bydgoszczy wspomniał, że dużo kreciej roboty robi hasło Żeby Polska była Polską”. Mam tu również wątek finansowy: „Pietrzak w swoim monologu nawiązuje do polskich pożyczek oraz rzekomego zagrożenia ze strony ZSRR. Mówi, że przekręciliśmy 750 zachodnich banków, co jest skokiem stulecia i dodaje, że nie ma winnych, nawet Interpol nikogo nie ściga. Mówi, że gdyby wprowadzić nasz model socjalizmu na Saharze, to po tygodniu piachu zabraknie”.

Moim  ulubionym monologiem był wykład ile rzędów widowni na mnie pracuje a ile na rząd. To był bardzo integrujący wątek, bo od razu pytałem po ile prawdziwe pieniądze dzisiaj chodzą, a to ludzi bardzo wciągało do zabawy. Rzeczywistość była taka, że my płaciliśmy duże podatki. Natomiast huty, stocznie, kopalnie, PGR-y były deficytowe. Więc w dalszej części tego monologu mówiłem, że utrzymuję dwie stocznie i cztery PGR-y. Co się zresztą dosyć szybko upowszechniło, bo w sierpniu w czasie strajków  robotnicy mówili, że nie chcą, żeby do nich dopłacali taksówkarze, czy fryzjerki, lub satyrycy.

 

Proszę opowiedzieć o, w sumie ważnym epizodzie w pana życiu, kiedy – już w wolnej Polsce – kandydował pan na prezydenta. Wiemy, że traktował pan to poważnie. To było przemyślane. Tylko czy pan dokonał dobrej kalkulacji finansowej? Nie miał pan żadnej organizacji politycznej, która mogła pana wspierać a jedynie swoich sympatyków i widzów.

 

Mnie wówczas nie było stać na jeden billboard nawet. Ale też po co innego startowałem. Chciałem, korzystając z tych wyborów, wyłapać w Polsce swoich sympatyków i założyć partię polityczną. Okazało się, że niewiele ponad procent poparcia to za mało. Liczyłem, że poprze mnie 3 do 4 proc. Myślałem, że uda mi się zebrać ludzi podobnie myślących. To był 1995 rok - kompromitująca wolną Polskę kadencja komuny, końcówka Wałęsy, który okazał się marnym prezydentem a partie polityczne były tak rozbite, że nie można było do nikogo się przyłączyć. Dziennikarze na konferencjach prasowych domagali się ode mnie żartów, a ja im tłumaczyłem, żeby domagali się żartów od Kwaśniewskiego i Wałęsy. Bo ja egzamin z żartowania zdałem  wcześniej. Wybory były pretekstem – w żaden inny sposób nie mógłbym zgromadzić ludzi od Przemyśla do Szczecina. Zrobiłem po wyborach zlot ludzi, którzy mnie popierali. Ale zrobienie partii politycznej z nich wszystkich było karkołomne. Każdy lokował w tej mojej kandydaturze różne nadzieje. Gdybym widział choć cień szansy na sukces, to poświęciłbym się polityce. Jednak w takim stadium demokracji, jaka wtedy istniała było to nierealne. A nie znalazłem partii, do której mógłbym należeć, która łączyłaby zasadę wolności w gospodarce, wartości chrześcijańskie, narodowe i najważniejszy polski dorobek – solidarność społeczną. Teraz jestem za stary na kandydowanie, ale do dzisiaj dostaję propozycję, żeby startować w wyborach. Wiele razy proponowano mi Senat, ale nie widzę siebie podczas wysłuchiwania jakichś nudziarstw. Bo 70 proc. tego, co się tam mówi to są bzdury. Politycy w Polsce nie potrafią mówić istotnie, ukrywają raczej myśli w bełkocie, niż chcą je wyrazić. Albo w ogóle nie mają myśli, tylko instrukcje  jak głosować. Ja w swoim zwodzie jestem przyzwyczajony do precyzji słów i myśli. Nie trawię gadulstwa i pustosłowia.

Polska polityka toczy się w totalnym bałaganie. Patrząc na to, co się dzieje w komisji śledczej, gdzie parlamentarzyści zachowują się jak stalinowscy sędziowie chce powiedzieć, że to jakieś bydło dorwało się do władzy -  można używać tego zwrotu odkąd  użył go prof. Bartoszewski. Brakuje im elementarnej  przyzwoitości.

 

Bo pewnie bardziej wartościowe jednostki  pojechały do Wielkiej Brytanii.

 

No właśnie. Wracając do  historii – naprawdę chciałem założyć partię, wpłynąć na politykę. Zasiedziałem się w kabarecie, bo w PRL-u tylko z pozycji wesołka można było rozmawiać o poważnych rzeczach. Gdyby komunizm upadł wcześniej, z  pewnością rzuciłbym kabaret i zajął się  biznesem, albo polityką, a nie jakimiś żarcikami… Ale było jak było… Udało nam się odzyskać niepodległość. Mamy wolną Polskę, wymknęliśmy się z łap sowieckiego imperium, i wiele, bardzo wiele spraw poprawiło się diametralnie.



 

Zamiast sowieckiego kagańca mamy nasz własny. Polska się niewiele zmieniła

 

Nie można tak mówić. Nie zgadzam się. Trzeba widzieć wszystko we właściwych proporcjach. To, że denerwuję się na niemądrych posłów nie znaczy, że nie doceniam ostatnich 20 lat. Nie jesteśmy Białorusią, ani Koreą Północną. Jesteśmy narodem, który choć ma niewiele sukcesów międzyna rodowych, żyje zupełnie inaczej, niż kiedyś. Nasza walka o lepsze życie  odbywa się na innym poziomie cywilizacyjnym. Walczyliśmy w lochach a teraz żyjemy na 10 piętrze. Też nie jest doskonale, ale jesteśmy wolni. Co oczywiste, teraz Polacy są bardziej nakręceni materialnie niż ideowo. Tamten ustrój wyzwalał rodzaj solidarności przejawiającej się w życiu towarzyskim, w kontaktach międzyludzkich. To była porozumienie ludzi przeciwko opresyjnemu ustrojowi. Teraz się zrobił wyścig indywidualistów do dóbr materialnych. Nie ma poczucia wspólnoty.



 

Kiedy już pan wsiąkł w kabaret Hybrydy a potem powstał kabaret Pod Egidą stał się pan pewnym symbolem. Pierwsze skojarzenie człowieka z kabaretem w Polsce to jest Jan Pietrzak. Czy ten zawód wciąż pana rajcuje?

 

Oczywiście, że tak. Przecież to jest fantastyczne, że można wyjść na scenę i powiedzieć coś o Tusku, coś o komisji hazardowej, „Rysiu kurwa, Zbysiu kurwa, wiesz no kurwa, bądź na cmentarzu kurwa, weź załatw to kurwa”. Kto chce publicznie kpić z takich osobnikow ? Albo kto  może powiedzieć na scenie prawdę o rządowych oszustwach? W pracy kabareciarza jest także niezwykłe ciśnienie publiczności. Jeżeli zdarzają się programy, w których czegoś ważnego nie zauważę, to natychmiast mnie ludzie atakują. Pytają: „czego się pan wystraszył panie Janku? Już pana kupili?”. To nieustanna konfrontacja z oczekiwaniami publiczności, która jest inspirująca. Sprostanie tym oczekiwaniom jest prawdziwym wyzwaniem. Poza tym, być uczciwym, mówić prawdę – cóż może być ciekawsze? Tysiące ludzi musi codziennie łgać, kłamać, oszukiwać, a ja nie muszę. To ogromny komfort psychiczny. Mnie się chce pracować, mam cały czas motywację.

Kabaret jest specyficzną dyscypliną sceniczną, inną niż teatr, choć bardzo teatrowi bliską. My musimy wchodzić w interakcje z publicznością. Pod tym względem kabaret bardziej przypomina teatr wieków średnich, jakąś commedię dell’arte ,przez  świetny kontakt z publicznością, ducha zabawy. Natomiast dzisiejszy teatr poszedł  w inną stronę. W teatrze trzeba cicho siedzieć w rzędach i nabożnie słuchać, czego się artyści nauczyli na pamięć.

 

Robi pan kabaret polityczny. Z pewnością zdarzało się, że na sali znajdowali się politycy, którzy byli bohaterami pańskich żartów. Którzy z nich byli najbardziej interaktywni?



 

Różnie z tym bywało. Zdarzało się w czasach komunistycznych, że przychodzili politycy. Na ogół ci, których wyrzucono, albo tacy, którzy jeszcze nie zdążyli zrobić kariery. Mieliśmy na widowni Cyrankiewicza, ale  już wtedy, kiedy go ze wszystkich stanowisk powyrzucano. Zachowywał się bardzo emocjonalnie, dogadywał. Kiedyś mówiłem na scenie, że 20 lat prowadzę kabaret,  tyle, co Cyrankiewicz był premierem. „Ale pan z lepszym skutkiem” - odkrzyknął  z widowni.

Bardzo dobrze reagował Wałęsa, był  fanem kabaretu i potrafił fantastycznie się z siebie śmiać. Dlatego dziwię się, że tak źle znosi teraźniejsze ataki. Gdyby zachował  poczucie humoru, które miewał w kabarecie z pewnością mądrzej by reagował. Poczucie humoru daje dystans.

 

Może nie rozumiał tych żartów?

 

Rozumiał, rozumiał. I bardzo dobrze się bawił. Był dobrym widzem, zdarzały się przedstawienia poświęcone w dużym stopniu jemu, po kampanii prezydenckiej, w czasie której nawygadywał różnych głupstw. My te głupstwa przywoływaliśmy na scenie, pytaliśmy gdzie te sto milionów, bo przydałoby się teraz. Wyciągaliśmy mu te śrubokręty, te siekierki a on się naprawdę z tego śmiał. Tyle, że on był wtedy Lechu zwycięzca, a w ostatnich latach odium przegranej bardzo go przygniotło.



Nie miałem na widowni Kwaśniewskiego, ani Millera. Oni pochodzą z tej komunistycznej ferajny, którzy w latach 80. zaczęli robić kariery, czyli najgorszy gatunek karierowiczów. Jeśli ktoś już po Sierpniu Solidarności decydował się na karierę u czerwonego, nic dobrego o nim powiedzieć się nie da.  Ci ludzie nie przychodzili do nas. Natomiast starsze pokolenie partyjniaków przychodziło – zwłaszcza w czasie odwilży gierkowskiej. Minister kultury Tejchma – wspominam go pozytywnie.

M Rakowski jako redaktor Polityki bardzo dobrze się bawił na występach kabaretu. Miewał  jakieś uwagi do mnie. Przychodził, mówił, że gdzieś przesadziłem. Próbował mnie instruować krótko mówiąc. Potem dopadła go czerwona malaria  i przyłączył się do generała. Szkoda człowieka…

Ale najważniejszym dla mnie i kabaretu epizodem było przeskoczenie Kabaretu pod Egidą z małych salek na barykady, na stadiony. To odbyło się w Karnawale Solidarności. Do tej pory zawsze graliśmy dla małej publiczności. To była inteligencka publiczność, wąskie grono ludzi, wszyscy pili w tych małych salkach i niemiłosiernie palili – jeszcze wtedy nikt nie wiedział, że to szkodzi. I nagle w Sierpniu 80 w fabrycznych radiowęzłach słychać było „Mury” Jacka Kaczmarskiego i moją pieśń „Żeby Polska”. Zyskaliśmy ogromną popularność i dokonaliśmy ogromnego przeskoku. Musieliśmy uprościć język, mówić w taki sposób, żeby nas zrozumieli  robotnicy. Kabaret jest sztuką nastroju – musieliśmy zmienić niemal wszystko, bo występowaliśmy przed wielką i odmienną  publicznością. Ów nastrój tworzy pewne porozumienie – wspólnotę śmiechu, jak to nazywam. Musieliśmy się odnosić do innych ludzi, do innego nastroju społecznego,  to było ogromnie trudne. To jest zresztą trudne do dzisiaj. Poza tym musieliśmy pamiętać o tym, że naszym przesłaniem musi być optymizm, a  nie żałość i gorycz. W każdym programie dążę do tego, żebyśmy widzieli ten optymizm. Szydząc, drwiąc, krytykując… wierzymy,  że będzie dobrze, że zło

minie, bo jesteśmy młodzi, piękni, zdrowi  bogaci i poradzimy sobie z żywiołem, zwanym życie..

 

Żyjemy w wolnej Polsce, prowadzi pan kabaret, żartuje pan z polityków. Ale nie żartuje pan ze środowisk biznesowych, grup finansowych...

 

Dlaczego pan tak uważa? Mówiłem wielokrotnie. Bardzo krwiste żarty. Miałem całe wątki o finansach,  o aferach, o prywatyzacji,  Nie tak dawno, 6 lat temu – graliśmy w hotelu Radisson, wyobraźcie sobie jeden stolik przy którym siedzą razem i świetnie się bawią: Zyta Gilowska, Jan Rokita i Donald Tusk. Rozmowa po kabarecie dotyczyła głownie spraw ekonomicznych… Wrażenie zrobił wtedy aktualny żart - o Kulczyku który spaceruje z żoną po Poznaniu i patrzy, który kawałek Poznania jeszcze by kupić. Znaleźli piękny park, ale zobaczyli, że jakiś bezdomny żywi się  trawą. Pytają „co pan robi proszę pana? Zapraszamy do nas”, „Ale ja mam żonę”, „To zapraszamy z żoną”, „No tak, ale ja mam  trójkę dzieci”. „ zapraszamy z żoną, z dziećmi. My mamy w swoim ogrodzie jeszcze większą trawę”.

Nie mamy tematów tabu. Choć oczywiście nie w każdym przedstawieniu można zawrzeć wszystko co proponują moi wspaniali koledzy. W tym sezonie występują Ewa Dałkowska, Renata Zarębska,

Marcin Wolski, Paweł Dłużewski, Ryszard Makowski, Stanisław Klawe, Krzysztof Paszek… Mój główny problem polega na tym by przedstawienia nie przekraczały limitu czasu… 



Przy okazji – wystepujemy w czwartki w lokalu Dekanta przy Marszałkowskiej. Zapraszam

 

Rozmawiali Andrzej Gelberg, Paweł Pietkun
: pliki
pliki -> Załącznik 1 Lista dyscyplin sportu, których osiągnięcia kandydatów punktowane są w procesie rekrutacji do szkół ponadgimnazjalnych
pliki -> Patofizjologia układu endokrynnego c
pliki -> Diabetes Mellitus / Cukrzyca
pliki -> Xxii ogólnopolskie spotkania trzeźWOŚciowe sanktuarium Maryjne w Licheniu 25-27 lipca 2014
pliki -> Spis treści wprowadzenie 3 częŚĆ wstępna 6
pliki -> Niezbędna minimalna wiedza z informatyki wymagana od ucznia II klasy gimnazjum
pliki -> Maciej Michalski o ryszardzie Cieślaku w Roku Grotowskiego
pliki -> Publiczna Szkoła Podstawowa nr 14 im. Adama Mickiewicza w Opolu wrzesień- październik 2012/2013 Drodzy Czytelnicy!
pliki -> Kraków: Rekolekcje ostatniej szansy z Księgą Lamentacji (z transmisją w internecie) „Dni nasze zamień na dawne” – głoszą o. Tomasz Grabowski op I ks. Krzysztof Porosło
pliki -> Zawiadomienie o odrzuceniu oferty




©snauka.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna
Komunikat prasowy
przedmiotu zamówienia
najkorzystniejszej oferty
Informacja prasowa
wyborze najkorzystniejszej
warunków zamówienia
istotnych warunków
sprawie powołania
Regulamin konkursu
udzielenie zamówienia
przetargu nieograniczonego
zamówienia publicznego
Nazwa przedmiotu
Specyfikacja istotnych
modułu kształcenia
Rozporządzenie komisji
studia stacjonarne
wyborze oferty
Zapytanie ofertowe
Szkolny zestaw
Ochrony rodowiska
ramach projektu
prasowy posiedzenie
trybie przetargu
obwodowych komisji
zagospodarowania przestrzennego
komisji wyborczych
komisji wyborczej
Program konferencji
Wymagania edukacyjne
Lista kandydatów
szkoły podstawowej
która odbyła
Województwa ląskiego
Decyzja komisji
przedmiotu modułu
poszczególne oceny
Sylabus przedmiotu
szkół podstawowych
semestr letni
Postanowienia ogólne
przedsi biorców
produktu leczniczego
Karta przedmiotu
Scenariusz lekcji
Lista uczestników
Program nauczania
Projekt współfinansowany
Informacje ogólne
biblioteka wojewódzka
semestr zimowy