Strona główna

1 czerwca 2009 r. Co wolno Katarynie, a co wolno „Dziennikowi”? Krystyna Mokrosińska


Pobieranie 143.81 Kb.
Strona3/4
Data19.06.2016
Rozmiar143.81 Kb.
1   2   3   4

Radosław Krawczyk: Dzień dobry. To ja wymyśliłem Salon24. I informacja dla pana Michalskiego – 2.5 roku temu na świecie nie było serwisu, w którym blogowali dziennikarze zawodowi i amatorzy. Może pan w to wierzyć lub nie. I namówiłem Igora, żeby taki serwis otworzył. Ale to jest absolutnie obok. Ja nie uważam tak jak panowie, że to nie jest konflikt między mediami tradycyjnymi a blogosferą. Ja uważam, że to jest konflikt. I można używać tutaj terminologii wojennej, że to jest pierwsza bitwa, pierwsze starcie, czy cokolwiek. To jest początek. I nie zgadzam się z panem Krzysztofem Fijałkiem, który mówi, że blogerzy nie są zagrożeniem dla starego świata dziennikarskiego, bo są nieprofesjonalni i są zbyt słabi. Ja się fundamentalnie z tym nie zgadzam i podam jeden prosty przykład. Są branże w dziennikarstwie. Na przykład pisma, które opisują kosmetyki albo pisma, które opisują nowe samochody. Dość powszechna jest opinia, że nie wszyscy dziennikarze, którzy piszą testy samochodowe robią je w 100% uczciwie. Czyli mówiąc krótko istnieje spore podejrzenie, kiedy czytamy pewnego rodzaju artykuły dziennikarskie, że nie są one do końca uczciwe. Artykuł takiego dziennikarza, który testuje nowy model auta i co, do którego mamy pewnego rodzaju wątpliwości, bo jeździmy tym samym autem. I nagle się okazuje, że tamta skrzynia biegów działa fantastycznie, a nasza się zepsuła po pierwszym miesiącu. Że wykończenie jest super, a w naszym się połamała klamka po 2 tygodniach. To wiemy, że coś z tym artykułem nie tak. I ludzie to wiedzą. I proszę zwrócić uwagę, że dziennikarze pod tym względem są niezwykle na cenzurowanym. I są już serwisy, które pozwalają w sposób bardzo łatwy weryfikować naszą wiedzę o świecie. Nie poprzez artykuły dziennikarskie, ale poprzez to, że mamy na przykład użytkownika – my w Internecie mówimy o ludziach „użytkownicy”. Może niezbyt uprzejmie, bo nie mówimy czytelnicy, widzowie czy słuchacze. Mówimy użytkownicy. Ci użytkownicy, jeżeli mają na przykład już piaty model danego samochodu od tego samego producenta, to oni o tym samochodzie wiedzą prawdopodobnie dużo więcej, niż dziennikarz, który akurat został zainteresowany przez pewien koncern napisaniem artykułu na jeden temat. Więc ja się fundamentalnie nie zgadzam z tym, że dziennikarze mają przewagę. Oczywiście bloger, który jest specjalistą od jednego koncernu, bo od zawsze kupuje w jednej fabryce auta, prawdopodobnie poniósłby spektakularną porażkę merytoryczną, gdyby kazano mu napisać o rynku motoryzacyjnym w Azji południowo-wschodniej. Tu dziennikarz na bank będzie lepszy. Ale to wcale nie oznacza, że on z definicji będzie lepszy w każdym z tych tematów. I teraz siła Internetu polega na tym, że ta wiedza jest niezwykle rozproszona. Jest termin „mądrość tłumu” –„wisdom of crowd”. Problem mediów starych, nazwijmy je w skrócie, polega na tym, że był jeden dziennikarz, który z danej branży wiedział wszystko. Dziś jest tak, że ten jeden dziennikarz z tą wiedzą na temat tego wszystkiego staje naprzeciw 10 tysięcy ludzi lub 100 tysięcy ludzi i oni wiedzą coś o motoryzacji. Jeden wie o fiacie, jeden o volvo, jeden coś wie o wymianie opon na zimę. Każdy z nich wie troszeczkę. Tylko troszeczkę. Ale wszyscy razem wiedzą 100 razy więcej niż ten dziennikarz. I ja twierdzę, że gdzieś na końcu dziennikarze, którzy będą specjalizowali się w ogólnych zagadnieniach i na dodatek ich intencje będzie można podejrzewać, że nie zawsze są czyste, oni na końcu będą przegrywać. I to jest odpowiedź panu Krzysztofowi. Natomiast odpowiedź panu Michalskiemu, na temat tego, czy… zresztą moja ocena jest tutaj jednoznaczna, że to, co zrobił „Dziennik” w stosunku do Kataryny jest niegodziwe. Natomiast gratuluję pewnej socjotechniki. Okazało się, że dzięki ujawnieniu pod groźbą szantażu danych niezgodnych z prawem, i tak dalej, blogerki, która jest akurat jedną z lepszych Polskich blogerek, udało się państwu tę dyskusję puścić w kierunku anonimowości i ścieku. Akurat tu ukłon. Dlatego, że akurat ta blogerka nie należy do ścieku. Jest jednym z przenikliwszych umysłów w polskim Internecie. A państwo jeszcze zbieraliście, przepraszam za wyrażenie, jakieś groteskowe podpisy celebrytów pod jakimiś apelami. Tak naprawdę ta historia kompletnie tego nie dotyczy. Państwo próbowaliście ją obrócić. Wielu ludzi się na to nabrało, ale tak w ogóle nie jest. I teraz to, co chciałem powiedzieć do tego, co mówił prof. Sadurski. Mianowicie chodzi o to, że blogerzy i Internet dali nową przestrzeń wypowiadania się ludziom, którzy nie mieliby szansy się wypowiedzieć inaczej. Mieliśmy cech dziennikarzy, cech polityków, który miał prawo mówić. Teraz mówić może bardzo wielu ludzi. Oczywiście są tacy, którzy mówią bez sensu. Tacy, którzy mówią nudno, albo nie na temat. Ich nie czytamy. Czytamy tych, takich jak Kataryna, którzy piszą interesująco. I teraz oczywiście, że są szkody, są koszty. Są ludzie, którzy zostali pomówieni. Są, którzy zostali obrażeni. Ale koniec końców rachunek jest pozytywny. Demokracja w całej sile pojawia się w blogosferze. Ludzie, którzy byli niemi mówią. I oczywiście nie wszyscy muszą chcieć słuchać.

Prowadzący: Dziękuję. Może Krzysztof Fijałek na początek, a potem Cezary Michalski.

Krzysztof Fijałek: Ja postaram się panu odpowiedzieć. To znaczy, jeżeli przyjmiemy założenie, że ktoś zawsze mówi prawdę, a ktoś inny zawsze kłamie to będzie nam łatwo wtedy się poróżnić. Jeżeli pan mówi o dziennikarzach motoryzacyjnych, którzy być może w jakiejś mierze (niektórzy z nich) niezbyt uczciwie piszą na temat pewnych samochodów, które nie są do końca najlepsze, to z drugiej strony musimy zwrócić uwagę na to, że w Internecie powstało zjawisko fałszywych blogów, które są prowadzone rzekomo przez zupełnie niezwiązanych z branżą fascynatów, a w gruncie rzeczy są prowadzone przez wynajętych pracowników, którzy robią to za pieniądze. Również na forach internetowych, niekoniecznie na blogach pojawiają się fałszywe wpisy osób. Ja nie mówię o tym, że coś ma wyższość nad czymś. Mnie się wydaje, że generalnie i tu, i tu sposób zdemaskowania osoby nieuczciwie piszącej jest możliwy. Oczywiście z pewnym trudem, bo generalnie rzecz biorąc, aby kogoś zdemaskować, to trzeba się na tym znać. Oczywiście, że w jedności siła, ale w gruncie rzeczy dosyć trudno od tej drugiej strony, mówiąc o zjawisku czy od strony kogoś, kto ma do czynienia z prowadzeniem dość dużego portalu internetowego, trudno się walczy z wpisami, które nie do końca można zakwalifikować jako kompletnie będące przejawem kryptoreklamy. Chodzi o wpisy typu, że na przykład wakacje w Tunezji były fajne i przy okazji to Biuro jest godne zaufania. To jest oczywiście masowe zjawisko i dobrze, jeżeli niektórzy zwrócą na to uwagę inni nie zwrócą uwagi. Ja nie wiem czy dzisiaj istnieje źródło informacji pewnych, niepodważalnych i takich, po których człowiek nie musi wysilić swojego umysłu, żeby zweryfikować to coś, co się pojawia. W drugiej części chcę powiedzieć, że się z panem zgadzam. Zgadzam się z tym zakwalifikowaniem tego, co się stało wobec Kataryny i co zrobił „Dziennik” wobec niej. Uważam, że to był przejaw świństwa i wmieszanie w jej późniejszych publikacjach, jakby uczynienie z niej ikony polskiego ścieku internetowego było ogromnym nadużyciem. W ogóle muszę zwrócić tutaj uwagę na jedną rzecz. Bo anonimowość Kataryny nie była czymś zupełnie nieznanym wielu osobom. Jakaś grupa osób znała personalia tej osoby, potrafiła ją zlokalizować. Nikt o tym nie napisał. „Dziennik” napisał o tym w sposób taki, jakby ujawnił tajne konta Palikota. Ujawnił je nieco później w innych artykułach i dobrze. Tym się powinni dziennikarze profesjonalnego wydawnictwa zajmować, a nie tropieniem anonimowej blogerki, która tak naprawdę nikomu szkody nie zrobiła. To „Dziennik” jej zrobił szkodę w ten sposób, że ją po prostu wystawił wobec urzędnika państwowego. I ostatnie zdanie, bo to, co powiedziałem poprzednio, chciałem podkreślić. Ta sytuacja uległa jakiejś eskalacji. Początek tej historii zupełnie nie przystaje do końca. Ja z kolegami próbowałem dociec, po co „Dziennik” ten tekst napisał, z czego to wynikało? I myśmy takie prawdopodobne wytłumaczenie tego zdarzenia znaleźli. Wszystko się jakby skłębiło bodajże ok. 22 maja. My znaleźliśmy też w Internecie informacje, że tego dnia, chyba w Warszawie, przechodził taki marsz pod tytułem „Uwolnić konopie”. I wydaje mi się, że być może przechodził zbyt blisko redakcji, albo niektórzy redaktorzy wzięli w nim czynny udział. Wydaje mi się, że sposób przerysowania tego tematu i to, w jakim kierunku to poszło (sięganie po różnych celebrytów, którzy mówili o rzeczach, o których nie mieli pojęcia) wskazuje, że mogło coś być na rzeczy. Dziękuję bardzo.

Cezary Michalski: Rzeczywiście teoria interpretująca zachowanie „Dziennika” jest, jak na to, czym częstuje nas anonimowy Internet na co dzień, bardzo łagodna. Naprawdę wyjątkowo łagodna. Tym bardziej, że wypowiedziana pod nazwiskiem, więc nawet nie ma, co polemizować. Dowiadujemy się o sobie dużo gorszych rzeczy. W sposób równie argumentowany, jak usłyszeliśmy to przed chwilą. Poprzez zbiegi okoliczności, to jest już mniej więcej prawie dochodzenie w rodzaju różnych teorii spiskowych na temat 11 września. Na tym tle jeszcze raz bardzo niewinne określenie. Teraz wracając do sprawy Kataryny. Z jednym się zgodzę. Rzeczywiście, ona na tle anonimowego ścieku, jakim staje się powoli polski Internet, jest lepsza. I do tej awantury by nie doszło, gdybyśmy nie usłyszeli od Kataryny, że jesteśmy świniami, że świnią jest nasza koleżanka. I gdyby za tym nie podążyły dalsze głosy anonimowego Internetu.

Igor Janke: Niech pan nie kłamie, bo to jest kłamstwo, co pan mówi.

Cezary Michalski: Powiedziałem, anioł zaczął wrzeszczeć. Anioł zaczął wyć zgodnie z pascalowską zasadą, że jak się anioła podrapie, to się zmienia w coś, co jest przeciwieństwem anioła. Ja usiłuje dokończyć odpowiedź. I jeszcze raz mówię. Usłyszeliśmy na nasz temat oszczerstwa. Wobec tego postanowiliśmy sprawdzić, kto te oszczerstwa wygłasza. I za każdym razem jak będę słyszał w Internecie, czy będę czytał anonimowe oszczerstwa na temat instytucji, w której pracuję, bądź mojej instytucji, to będę się starał dociekać, kto to mówi, żeby wykazać, dlaczego ta osoba jest niewiarygodna. Teraz, jeśli chodzi o anonimowość w Internecie, to w warunkach Polskich okazała się ona szkołą niewolnictwa. My jesteśmy narodem od 200-300 lat tak głęboko złamanym, że Nasza wolność wyraża się w służeniu panom pod swoimi nazwiskami i opluwaniu ich pod pseudonimami. Nie trzeba było Internetu jako nowego medium, żeby tego typu wolność ośmielić, bo tego typu wolność była praktykowana pod bardzo różnymi rządami. Dlatego jeszcze raz mówię, wynalazek ludzkości, jakim jest imię i nazwisko i własna twarz jest wynalazkiem, którego nie warto tak łagodnie porzucać. A rozumiem, że anioł nadal nie rozumie, co mówię. Bo mówię po ziemsku.

?: Jeśli ma pan rzeczywiście takie przekonanie, to gorąco apeluję, żeby był pan konsekwentny i żeby namówił pan Roberta Krasowskiego i wszystkich szefów w waszej firmie, żebyście zablokowali możliwość anonimowego komentowania na portalu Dziennik.pl i Redakcja.pl. Jeżeli pan szczerze mówi to, co mówi, to dlaczego to wprowadziliście?

Cezary Michalski: Nic nie stoi na przeszkodzie i dlatego mamy zamiar obszar naszego portalu podzielić na miejsce, gdzie można funkcjonować wyłącznie nie anonimowo i tak zwany Hyde Park, gdzie wolność anonimowego Internetu będzie hulać.

Wiktor Świetlik: Jeszcze króciutko Paweł Nowacki

?: Jeśli to jest takie złe, to, dlaczego na to pozwalacie?

?: Ja powiem bez mikrofonu, Wiadomości24 istnieją od prawie 3 lat. Można komentować tylko po zarejestrowaniu się. Nie mamy tego typu problemu. Chociaż są również osoby anonimowe, ale ich anonimowość zna tylko redakcja podczas rejestracji. Nikt poza mną nie wie, kto stoi pod danym nickiem. I nie ma takiego typu problemu, że… oczywiście były też i trolle i różnego typu historie, które Igor opowiadał, ale od tego jest provider czy prowadzący stronę, żeby takie rzeczy wychwytywał, co się kwalifikuje i jest debatą publiczną, a co jest tylko i wyłącznie ściekiem. Państwo uderzyliście w Katarynę mówiąc, że to jest ściek. To nie jest ściek. Koniec.

Cezary Michalski: Odpowiedzieliśmy tak na oszczerstwo pod naszym adresem. Jeszcze jedna rzecz. Powtarzam jeszcze raz. Opisaliśmy typ postaci, która sformułowała to oszczerstwo. Nie przedstawiliśmy jej nazwiska i moim zdaniem nie rozwikłaliśmy go. Natomiast liczni obrońcy Kataryny pisali do nas z jej imieniem i nazwiskiem przedstawiając je permanentnie. I czy to nie jest hipokryzją anonimowego Internetu? W tym samym czasie, żeby dodatkowo zabezpieczyć interesy Kataryny, Jerzy Jachowicz, którego nie można chyba uważać za sprzedajnego dziennikarza przeprowadził wywiad z panem Czumą, w którym wielokrotnie zmusił go do deklaracji, że bez względu na to, czy odkryją w końcu tożsamość Kataryny czy nie, to nie będą nigdy prowadzić wobec niej żadnego postępowania prawnego. Nawet takie rzeczy ludzie robią pod nazwiskami.

Gniewomir Świechowski: Dzień dobry. Żeby nie było wątpliwości, od razu zaznaczam, że pracuję dla Salonu24. Więc przyglądam się tej sprawie dokładnie od samego początku. Zacznijmy. Państwo wysyłają sms, który nie jest, że tak powiem szantażem, ale natychmiast następnego dnia zaprzyjaźniona redakcja Faktu, która występuje w tym smsie wystosowała oficjalne dementi. Oprócz tego wystosowała nieoficjalnie ustami Łukasza Warzechy, który jest tam komentatorem na łamach zresztą Salonu24. Następnie, w ramach pokrywania tej kompromitacji, piszecie artykuł „Wiemy, kim jest Kataryna” i ujawniacie tam wystarczająco dużo danych, żeby średnio inteligentny, średnio rozgarnięty internauta za pomocą Google i telefonu ustalił jej tożsamość w ciągu 15 minut. Mnie to zajęło dokładnie tyle po informacjach, które ujawniliście w swoim artykule. Uzasadniacie to informacją o kontraktach, że tak powiem z panem Kwiatkowskim, byłym prezesem TVP, o których nikt nie słyszał i nikt ich nie widział. I co? Gdzie tutaj jest ta dziennikarska rzetelność? A na koniec, żeby pokryć całą tę awanturę – celebryci. Ciekawa sprawa z tymi celebrytami. Na przykład wypowiedź prof. Wojciecha Sadurskiego zatytułowaliście w sposób sugerujący, że jest przeciw anonimowości internautów w sieci. Skończyło się to tak, że prof. Wojciech Sadurski na Salonie napisał cały wpis na temat tego, że tytuł był zupełnie zmanipulowany. Tak samo jak sam wstęp do artykułu, ponieważ on mówił coś zupełnie przeciwnego. W praktyce, poza głosami pana Zaremby i pana Jachowicza, dla których tutaj głęboki ukłon to był festiwal hipokryzji. Na koniec, w jednym z artykułów powołaliście się na głosy internautów. Pana Piotra Wielguckiego, który że tak powiem był znany na Salonie głównie z tego, że w jednym swoim wpisie nazwał „szmaciarzem” dwie osoby około 20-30 razy. Lepiej zareklamowaliście jego własne blogowisko. Drugi głos, na jaki się powołaliście był niejaki bloger Salonu Lubicz, który krytykował nas za zbyt intensywne cięcie komentarzy. Problem polegał na tym, że on pod waszym artykułem, gdzie wy go cytujecie, napisał, że czuje obrzydzenie do tego, co robicie w sprawie Kataryny. Na koniec poinformowaliście, że my nie wpuszczamy na stronę główną naszego serwisu głosów sprzecznych z naszym poparciem dla Kataryny. Podczas, gdy w tym samym czasie na 3 głównych stronach naszego serwisu znajdował się wpis blogera Azraela, którego promowaliście sami na swojej stronie głównej, dziennikarki Agnieszki Romaszewskiej, która również popierała wasze stanowisko. Kto tam jeszcze był? Było tego jak pamiętam około 6 poważnych, sensownych głosów anty anonimowości w sieci. To jest festiwal hipokryzji. I jeżeli to ma być dziennikarstwo, to ja proszę o wybaczenie, ale ja zdecydowanie wolę tę anonimową blogosferę. Kłaniam się nisko.

Cezary Michalski: Jednocześnie było u państwa kilkadziesiąt osób, które zostały wycięte. Ponieważ one do nas z kolei zgłaszały fakt usunięcia ich z listy dyskusyjnej u państwa. Więc hipokryzja jest obustronna. Moim zdaniem państwa hipokryzja jest…

Niesłyszalne głosy z sali

Cezary Michalski: Przepraszam, ale to państwo anonimowie powinni ustalić między sobą, kto jest bardziej wiarygodny. Ponieważ jeżeli do nas jakiś anonim pisze, że został przez was usunięty, to mamy mniej więcej takie samo prawo wierzyć jemu jak panu. A po drugie problem polega na tym, że rzeczywiście, jeżeli słuchać tego, co dzisiaj można wysłuchać, to rzeczywiście polski anonimowy Internet jest miejscem wymiany ciekawych argumentów, dzięki któremu docieramy do informacji, których skorumpowani dziennikarze pod nazwiskami nie mogliby dotrzeć. Problem polega na tym, że wszystkie afery trzeciej, czwartej i nie wiadomo, której Rzeczpospolitej zostały ujawnione przez dziennikarzy pod nazwiskami pism funkcjonujących a nie anonimowo. Podczas, gdy niestety norma anonimowego polskiego Internetu, tej, jak już powtarzam szkoły niewolników, to są niestety bluzgi i insynuacje. Naprawdę wejdzie pan pod dowolny tekst Tuska, Kaczyńskiego, Żydów, biznesu i usłyszy pan zawsze to samo.

Gniewomir Świechowski: W tym momencie, że tak powiem, większość ludzi z branży IT, którą się żywotnie interesuję połowę wiedzy czerpie z blogów, takich jak Grzegorza Marczaka, Netto pana Jagodzińskiego, tutaj obecnego Media fan pana Budziocha. To są blogi oferujące właściwą wartość. Zainteresowani polityką zagraniczną wchodzą na blog pana Piotra Wołejki, zainteresowani polityką wchodzą na blog Free Your Mind`a, na blog Galopującego Majora. Czytają tam teksty, prawdopodobnie lepsze od połowy publicystyki, którą czytam na państwa stronie, gdzie w tym momencie znajdują się głównie „michałki” na temat gołych cycków tej a tej celebrytki. Proszę o wybaczenie, trochę upraszczam…

Ogólna wrzawa

?: Ja chciałem powiedzieć, że to, co mówił pan Cezary Michalski jest nieprawdą. Mówię to z pełną odpowiedzialnością jako właściciel Salonu24. Nie zostało wyrzuconych kilkadziesiąt osób. Zostały wycięte wtedy 3 osoby, które napisały takie rzeczy, których nie zacytuję tutaj, bo wtedy państwo mnie oskarżycie, że przeklinam, bluzgam. Mogę panu Cezaremu potem przesłać mailem to, co wycięliśmy. Natomiast…

Niesłyszalny głos z sali

?: To świadczy o tym… Konkluzja jest taka, żeby nie wchodzić już w te szczegóły. Jest różnica między nami fundamentalna. I jedna etyczna. Dotycząca tego, w jakim kierunku zmierzają media. Państwo kompletnie nie rozumiecie tego, co się dzieje z mediami i w którym kierunku to zmierza. Nie bardzo mnie to martwi, bo efekty tego i w wydaniu papierowym nie są najlepsze. I w wydaniu internetowym też nie są najlepsze. Mam takie szczęście, że stworzyliśmy… Radek wymyślił, przyznaję mu. To był pierwszy serwis, w którym wystąpili i dziennikarze, i zwykli ludzie. Bo serwisów pisanych przez fachowców było dużo na świecie, m.in. w Stanach Zjednoczonych. Myśmy to przeglądali. Natomiast nie było takiego, w którym zderzali się tak zwani normalni ludzie i profesjonaliści. Udało nam się stworzyć serwis, który dziś jest miejscem najgorętszej debaty publicznej w Polsce. Gdzie powstaje codziennie kilkadziesiąt do kilkuset komentarzy politycznych..

Niesłyszalne głosy z sali

Elżbieta Królikowska Avis: (korespondentka z Londynu) Ja państwu powiem jak to wygląda z tamtej perspektywy. Po pierwsze jest to konflikt, który pojawił się między Kataryną a dziennikarzem. Jest to sygnał brutalizacji życia publicznego generalnie. Zdecydowanie. A już to, co zaprezentował pan Krasowski - naczelny, ta inwokacja do czytelników czy do blogerów, to mimo to, że w Wielkiej Brytanii tabloidy istnieją ponad 100 lat, to historia nie notuje takiego przypadku. Moim zdaniem jest to tabloidyzacja „Dziennika”. Jest to desperacka pogoń za czytelnikiem poprzez sensacjonalizację. Przepraszam za długie słowo. Przez tabloidyzację, będzie krócej. Właśnie „Dziennika”. Chciałabym powiedzieć tutaj o czymś, co wydaje się może nawet ważniejsze od właśnie gorącej tu debaty. Bardzo zaniepokoiło mnie to, co powiedział pan Fijałek. O tym, których blogerów należy kwalifikować do kategorii dziennikarzy, a być może wszystkich blogerów. Proszę państwa, no przecież to jest nieporozumienie. Zawód dziennikarski to jest taki zawód jak prokurator, jak urzędnik państwowy, mówię o wykwalifikowanym urzędniku państwowym, który wymaga określonych zdolności, umiejętności, wykształcenia i przepraszam bardzo, czy dlatego, że prokurator pisze mowy obrończe, to mamy go również zakwalifikować jako dziennikarza? Zawód dziennikarski, to jest zupełnie inny zawód. Bloger to jest bloger, jak sama nazwa mówi, a dziennikarz to jest dziennikarz. Tak, że proszę nie wkraczać tu w tę domenę, w tę dziedzinę. Dlatego, że to jest po prostu wielkie nieporozumienie. Chciałabym jeszcze zadać pytanie panu Igorowi Janke. Chciałabym pogratulować przede wszystkim Salonu24. Bardzo często zaglądam. Ale mam takie wątpliwości. Rzeczywiście część blogerów, część tych wpisujących się, komentujących wydarzenia Rafał Ziemkiewicz nazwał bardzo paskudnie. Już nie będę cytować jak nazwał. W każdym razie faktycznie ja widzę, że u części tych komentatorów agresja jest wprost nieprawdopodobna. Agresja, wulgarne słowa i tak dalej. Ja się zastanawiam, gdzie jest ta granica, która pozwala portalowi zrezygnować z usług takiego człowieka, który nie trzyma pewnych standardów, które jak wiem, że Salon24 proponuje i jak gdyby stara się je utrzymywać. I czy nie można by troszeczkę podważyć te standardy?

Igor Janke?: Krótko odpowiem, oczywiście to jest poważny problem. Zmagamy się z tym od początku istnienia Salonu. Próbowaliśmy na różne sposoby i myślę, że dochodzimy do coraz lepszych metod. Zaczynając od tego, że wielokrotnie apelowaliśmy, po prostu pisaliśmy różne apele do spierających się stron z prośbą, by nie używali takich czy innych sformułowań. Z różnym skutkiem. Raz z lepszym, raz z gorszym. W przypadku, kiedy ktoś łamał regulamin, w którym jest precyzyjnie określone, co można, a czego nie można, albo było podejrzenie łamania prawa, to zwykle ostrzegaliśmy takiego blogera. Przy trzecim ostrzeżeniu pisaliśmy, że jeżeli jeszcze raz pan się dopuści tego, to zablokujemy pańskie konto, po czym to robiliśmy. Pozbyliśmy się iluś, tak zwanych trolli w ten właśnie sposób. Natomiast wydaje mi się, że dużo bardziej inteligentnym sposobem i dużo bardziej skutecznym jest to, co teraz wprowadzamy. To znaczy wprowadziliśmy jakiś czas temu. I to daje ewidentnie dobre efekty, a pewnie będziemy jeszcze to rozwijać. Mianowicie to, żeby nasi użytkownicy sami decydowali o tym, kto przesadza. Po pierwsze mogą zgłosić do usunięcia, ale co jest ważniejsze, mogą zablokować. To znaczy, jeżeli pan Kowalski… nie Kowalski, tylko X54, przepraszam, jeśli istnieje taki Nick, nie chodzi mi o żadną konkretną osobę, na moim blogu użyje kilka razy słów powszechnie uznawanych za niestosowne, to ja go mogę zablokować. I nie będzie nigdy mógł na moim blogu więcej komentować. Jeżeli taki człowiek znajdzie takie blokady na 3-4 blogach, to mamy nadzieję, że się sam wyniesie. Widzimy, że to działa. Działa rewelacyjnie. Jeszcze nie jest tak, jak byśmy chcieli, ale jest lepiej niż było.

Piotr VaGla Waglowski: Ja bym chciał się odnieść do tezy, że zawód dziennikarza jest takim zawodem jak zawód prokuratora. Jestem prawnikiem, nie jestem prokuratorem, ale mam tę przyjemność czasem uczyć dziennikarstwa na wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych młodzież. Również w SWPS edukacji medialnej. Analizuję pewne kwestie związane z mediami od dłuższego czasu z racji zamiłowania. Dostrzegam też pewien kłopot nie tylko związany z zawodem dziennikarza, o którym pani powiedziała, a ja uważam, że takiego zawodu nie ma dziś od strony formalnej. Tutaj to podkreślenie – od strony formalnej taki zawód w moim odczuciu nie istnieje. W przeciwieństwie do zawodu prokuratora.

Niesłyszalny głos z sali

Piotr VaGla Waglowski: Zgadza się. W Wielkiej Brytanii formalnie nie ma Konstytucji, aczkolwiek są 3 akty, które stanowią Konstytucję Wielkiej Brytanii. Natomiast, jeżeli chodzi o zawód dziennikarza, ten, o którym ja myślę, że go nie ma od strony formalnej, jest od strony etosu. Od strony pewnych zasad etyki. Od strony pewnego faktycznego wykonywania tego zawodu. Ale ten konflikt o zawód nie jest jedynym konfliktem dzisiaj. Mówię o zawodzie dziennikarza. Wyciągnąłem aparat fotograficzny, ponieważ byłem świadkiem dyskusji fotoreporterów. Teraz już poszli sobie, więc mogę chyba powiedzieć. Fotoreporterzy zauważyli obserwując pewne ważne wydarzenie medialne, że dzisiaj jest kłopot. Ponieważ wszyscy mają aparaty fotograficzne całkiem profesjonalne. I ludzie, którzy akurat tak wyszło, że są na miejscu, gdzie samolot tam wylądował… akurat tak spadł, oni zabierają im chleb. Pamiętacie państwo dyskusję na temat zawodu aktora. Ustawa o wykonywaniu zawodu aktora. W odpowiedzi na tę dyskusję medialną ja chciałem sztukę wyreżyserować, ponieważ mogę. Ponieważ chciałbym i mogę. I nikt mi nie będzie mówił, że ja nie mogę grać na scenie i brać za to pieniędzy. Prawda? Oczywiście są dobrzy i źli dziennikarze. Jak można w mediach do tego podchodzić? Kwestia zgłaszania nadużyć. Oczywiście z ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, tu mówimy o Internecie, takie odpowiedniki tej ustawy są też w Wielkiej Brytanii. Nie ma obowiązku moderowania serwisów internetowych. Nie ma takiego obowiązku, ale ja swój serwis moderuję. I w związku z tym u mnie nie ma tych patologii, które jak rozumiem są w Dziennik.pl. No ok., taką politykę redakcyjną prowadzi Dziennik.pl. Ja prowadzę inną. U mnie nie ma tego typu sytuacji. Więc prawdopodobnie, aby podnieść poprzeczkę, należałoby wprowadzić moderację. Ale wiąże się z tym oczywiście koszt. No, bo taki moderator prawdopodobnie sam tego nie będzie robił z dobrej woli, społecznie, pro bono, tylko prawdopodobnie trzeba będzie mu zapłacić. A być może będą tacy, co będą pro bono to robić. Wikipedia to robi. Chociaż nikt im nie płaci za to. Starają się jak mogą. Moderacja być może jest tym rozwiązaniem. A gdzie tę poprzeczkę postawić? Być może jest to kwestia polityki redakcyjnej. Jak w każdej redakcji jest polityka redakcyjna.
1   2   3   4


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość