Strona główna

1 Wczesna wiosna. Pierwsze, delikatne zielone listki na młodych drzewach. Olbrzymi dog na wczesnym spacerze sika pod jednym z nich nieprawdopodobnie długo – zastygł w tej pozie, jak rzeźba sikającego psa


Pobieranie 119.18 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar119.18 Kb.
1
Wczesna wiosna. Pierwsze, delikatne zielone listki na młodych drzewach. Olbrzymi dog na wczesnym spacerze sika pod jednym z nich nieprawdopodobnie długo – zastygł w tej pozie, jak rzeźba sikającego psa. Tomek, którego poznamy w jednej z następnych opowieści, odczepia od łańcucha swój wózek mleczarza. Słońce już wzeszło – okna i drzwi balkonowe odbijają jego czerwone światło. Jedno z takich czerwonych okien otwiera się. Młoda dziewczyna nabiera głęboko świeżego, wiosennego powietrza.
2
Anka ma 20 lat; niezbyt wysoka, może ze zbyt dużymi piersiami, z proporcjonalną twarzą
i uśmiechem, przy którym górna warga podnosi się odrobinę za wysoko, a w policzkach robią się dołki. Wygląda na osobę, o której długo będzie się mówiło: dziewczyna. Zamyka okno, już się naoddychała. Na środku pokoju stoi ciężki plecak, ktoś pewnie wyjeżdża. Anka przesuwa plecak. Jeszcze w nocnej koszuli nalewa do przeźroczystego dzbanka wody, skrada się do drzwi... „Męski pokój”! Rajzbret, rysunki na kalkach, popielniczka z masa niedopałków,
a także portfel, bilet lotniczy... Anka odstawia dzbanek i rozwija leżące na ubraniu skarpetki. Jest tak, jak myślała: jedna dłuższa, druga krótsza. Odkłada skarpetki i z dzbankiem podchodzi do łóżka. Michał śpi bez piżamy, odkryty do pasa. Spod koca wystają nogi, ręce trzyma pod głową. Ankę wzrusza, kiedy Michał śpi. Kiedy nie śpi, być może też ją wzrusza. Kuca przy łóżku i z uwagą przypatruje się twarzy mężczyzny. Rękę z dzbankiem trzyma wysoko nad głową śpiącego. Michał otwiera oczy. Przez chwilę patrzy na nią, nim zdąży oprzytomnieć, Anka uśmiecha się i przechyla dzbanek. Strumień wody leje się prosto na twarz. Michał wrzeszczy, przykrywa się, potem wysuwa ostrożnie głowę. Chce wstawać, gdy Anka wylewa resztę wody. Michał jest mokry. Anka ucieka do łazienki, Michał znajduje
w kuchni garnek, napełnia go wodą, podchodzi do drzwi łazienki, zamknięte, cisza.

MICHAŁ:

ANKA:


Anka, śpieszę się.

Tato, nie!



Michał mówi poważnie.

MICHAŁ:

ANKA:


MICHAŁ:

Śpieszę się. Otwórz.

Obiecujesz?

Otwórzże!



Anka słyszy pretensję w jego głosie, powoli otwiera, Michał z poważną twarzą staje w progu. Szczupły, jasny, o pogodnych oczach, nic z podstarzałego lowelasa, z zagłuszonego chłopczyka, wysuwa zza pleców swój garnek i wdziera się do łazienki.

MICHAŁ:

ANKA:


MICHAŁ:

ANKA:


Lany poniedziałek?

Tato, nie...

Lany?

Nie zdążę wyschnąć. Nie zdążysz na samolo...



Michał z rozmachem wylewa na nią całą wodę. Anka włącza suszarkę, która przestaje działać. Pstryka, próbuje kontaktu, światło jest, przenosi się do kuchni, suszarka nie działa. Stoi bezradnie z zepsutą suszarką i mokrymi włosami.

MICHAŁ:

ANKA:


MICHAŁ:

Jak przyjdzie Adam, daj mu te rysunki.

Mokra jestem.

To nie jedź.



Anka próbuje ułożyć włosy, jest już w spodniach i szarej bluzce, bez stanika.

MICHAŁ:

ANKA:


Tak chodzisz?

Tato... tak wszystkie chodzą. Nikt dzisiaj nie nosi stanika.



Michał chowa dokumenty, po czym sięga do szuflady etażerki. Leżą tam rzeczy, które absolutnie nie mogą zainteresować kobiety: stare, nieużywane zegarki, cyrkle, połamane ekierki, ale pod tym wszystkim leży spłowiała żółta koperta z jakimś napisem. Michał waha się chwilę, zostawia kopertę i zasłania drobiazgami.

ANKA (off):

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:


Kurwa mać! Tato!

Miałaś nie kląć, przynajmniej do...

Jak mi klucze zginęły!

Weź moje. Wczoraj... nie otwierałem ci, sama weszłaś?

Sama. Mogłam zostawić w zamku, ktoś wziął.

Mogłaś.


Będę się teraz bała.

Gdzie się rozbierałaś?



Odsuwa w jej pokoju stojący przy łóżku fotel, znajduje stanik, rzuca go jej w przelocie.

ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:
ANKA:


Będę się bała!

Przecież szukam. Zresztą nie będziesz już sama...

O co ci chodzi?

O to, że jeśli będziesz z kimś... z Jarkiem czy z kimś... nie masz się czego bać.

Nie wiem, czy będę.


Ubierają się.

MICHAŁ:

ANKA:


Cośmy wczoraj jedli? Nie było chleba...

Przynosiłam bułki.



Michał już w swoim olbrzymim plecaku wraca do kuchni i z pojemnika na chleb wyjmuje
z satysfakcją pęk kluczy.
3
Z autobusu przed międzynarodowym lotniskiem wysiadają Anka i Michał.
4
Odprawa podróżnych przed odlotem.

ANKA:

MICHAŁ:


Nie będziesz się bał?

Będę. Może mi się uda zasnąć.



Chwilę milczą, zwykła niezręczność przed podróżą.

ANKA:

Nie lubię, jak wyjeżdżasz. Nie będzie ci w tej kurtce za ciepło?



Michał przytula Ankę, gładzi ją po jeszcze wilgotnych włosach.

ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:
Zapomniałam... Wypisałam ci różne rzeczy z encyklopedii. Literatura, malarstwo, historia... zaludnienie, główne miasta... Cholera, miałam jeszcze zobaczyć, kto rządzi...

Ja wiem, córeczko.

Pa, tato.

Trzymaj się.



5
W małym fiaciku przed lotniskiem czeka sympatyczny chłopak. Na widok Anki wysiada, woła ją, na powitanie nadstawia policzek, bez skutku.

JAREK:

ANKA:


Nie przywitasz się? Czekam pół godziny.

Cześć.


Jarek jest krępym, ciemnym, energicznym chłopcem. Często się śmieje, może za często.

JAREK:

ANKA:


Widziałem was. Nie pomachałaś tatusiowi chusteczką?

Masz rację.



Szybko wysiada z samochodu i biegnie na taras dla odwiedzających, Jarek za nią.

ANKA:

JAREK:


ANKA:

JAREK:


ANKA:

JAREK:


ANKA:

Nie, tam zaczekaj.

Tatuś mnie nie lubi?

Lubi, ale zaczekaj.

Pojedziemy do ciebie?

Nie.


Dziś nie?

Dziś nie.



Anka widzi ojca wsiadającego do autobusu. Przez środek jego głowy biegnie łysina, widoczna stąd lepiej niż w domu.

ANKA:

Tato!


Łysina zatrzymuje się, ojciec macha ręką i pokazuje, że musi wsiadać. Autobus odjeżdża.

STARSZY PAN:

Narzeczony?



Anka nie odzywa się. Samolot kołuje do startu.

STARSZY PAN:

ANKA:


STARSZY PAN:

ANKA:


STARSZY PAN:

ANKA:


Przepraszam, ale mam wrażenie, że już w życiu spotkaliśmy się.

Tak, w wychodku.

Proszę?

Mówię, że spotkaliśmy się w życiu. W sraczu w Koluszkach.

Przepraszam.

Proszę bardzo.




6
Okulistka jest klasycznym przykładem babo-chłopa; krótko ostrzyżona, energiczna, o męskim głosie.

LEKARKA:

ANKA:


LEKARKA:

ANKA:


LEKARKA:

ANNA:


Imię?

Anna.


Lat?

20.


Studentka?

Szkoła Teatralna, ostatni rok.



Długopis lekarki zatrzymuje się.

LEKARKA:

ANKA:


LEKARKA:

ANKA:


LEKARKA:

ANNA:


Z czego pani zdawała? Mój syn chce się dostać.

Literatura, wiersz, proza, piosenka...

Wiem. Jaki wiersz pani mówiła?

Herberta.

Herberta... To, on nie ma szans. Pani jest ładna. Źle pani widzi?

Tak. Patrzyłam wczoraj z daleka na samolot. Powinnam go widzieć, a był tylko rozmazanym punktem. Potem przypominam sobie, że bardzo późno odczytuję numery autobusów. Jak już są blisko.



Lekarka zakłada Ance metalową oprawkę z jednym zasłoniętym okularem i podchodzi do tablicy z literami.

LEKARKA:

ANKA:


Proszę.

F.A.T.H.E.R. Father.

LEKARKA:

ANKA:


LEKARKA:

ANKA:


LEKARKA:

ANKA:


Pani zgadywała. Pod koniec.

Tak.


I zna pani angielski?

Tak. Dlaczego pani tak ułożyła litery?...

Sprawdzam przy okazji inteligencję.

Mój ojciec odlatywał wczoraj tym samolotem, którego nie widziałam.



Lekarka wskazuje literę w dolnym rzędzie.

ANKA:

LEKARKA:


Nie wiem.

Niedobrze, rzeczywiście.




7
Początkowo nieostro, a potem – podsuwając żółtą kopertę bliżej oczu –Anka coraz ostrzej widzi napis zrobiony technicznym pismem: Nie otwierać przed moją śmiercią. Stoi nad znaną nam otwartą szufladą etażerki, w pokoju ojca, zabiera list i przenosi się do siebie. Ogląda list bardzo dokładnie, chyba nie po raz pierwszy. Jest gruby, jakby zawierał kilka kartek. Patrząc pod światło – Anka zdejmuje w tym celu abażur z lampy – nie można zobaczyć niczego. List jest dobrze zaklejony. Anka próbuje uchylić różek, bez skutku, wącha – zapach nie nasuwa żadnych skojarzeń. Mimo to wącha ponownie, teraz (jeśli potrafi to zagrać), zapach coś, być może, przypomina. Dzwonek do drzwi. Anka przytyka oko do judasza. Zniekształcony soczewką w korytarzu stoi Jarek z olbrzymią głową i krótkimi nogami. Patrzy prosto w oczy Anki, czuje jej wzrok, przechyla jej głowę, „bierze ją” w dłonie i patrzy poddańczym wzrokiem. Anka uśmiecha się, proste zadanie aktorskie wykonane jest dobrze i zabawnie. Jarek przytyka palec do ust i przenosi go – palec do ust i przenosi go – palec rośnie
w soczewce do olbrzymich rozmiarów – poniżej wizjera.


JAREK:

ANKA:


JAREK:

ANKA:


JAREK:

ANKA:


JAREK:

ANKA:


JAREK:

ANKA:


JAREK:

ANKA:


JAREK:

Tu masz usta?

Tu.

Pocałuj. Pocałowałaś?



Nie.

Nie byłaś na zajęciach. Trzeba było opuścić twoje sceny.

Źle się czułam.

A jutro.


Jutro będę. Długo tu będziesz stał?

Zmarzłem. Napiłbym się czegoś ciepłego.

Nie mamy gazu.

Popatrzę na ciebie.

Nie ma mnie.

Jesteś.


Jarek przestał się wygłupiać. Uśmiecha się smutno, dziwne proporcje twarzy, oglądane przez wizjer, czynią ten uśmiech jeszcze smutniejszy. Anka otwiera zasuwę, Jarek delikatnie obejmuje ją. Anka poddaje się z ociąganiem, ze współczucia raczej niż ochoty.

JAREK:

ANKA:


JAREK:

ANKA:


Coś zrobiłem?

Nie. Nie wszystko kręci się wokół ciebie.

Możemy być razem.

Wolę z tobą być, kiedy on jest niedaleko. Wtedy robię mu na złość. Kiedy wyjeżdża i mam swobodę, i korzystam z niej, to... nie jestem w porządku.



Mówi to właściwie do siebie. Jarek nie słucha zresztą, całuje szyję i koniuszek ucha, dotyka jej piersi.

JAREK:

Jeśli ci jest smutno, albo się boisz, mogę być z tobą...



Zsuwa się do jej bioder, przytula twarz do brzucha. Anka przygląda mu się z góry, spokojnie, nieporuszona pieszczotami.
8

Anka idzie przez lasek, który znamy już z tej opowieści, tej o ślizgawce. Lasek ciągnie się prawie do Wisły. Anka zeskakuje z niewysokiego murku i wyjmuje z kieszeni żółtą kopertę,
a następnie długi nożyce. Jeszcze raz czyta napis – Nie otwierać przed moją śmiercią. –
i przymierza nożyce: jak powinna ciąć. Nie widzi, że Wisłą, w małej białej łódce przepływa młody mężczyzna. Skupiona wyłącznie na liście nie widzi i tego, że młody mężczyzna dopływa do brzegu, wysiada i bierze łódkę na plecy. Anka wkłada koniec nożyc w róg koperty i powoli, starannie tnie. W środku żółtej koperty jest – ku zaskoczeniu Anki – druga koperta, biała. Koperty zazwyczaj z trudem mieszczą się jedna w drugiej, Anka wyjmuje ją więc z pewnym trudem. Jest równie mocno zaklejona, jak pierwsza; i na niej jest napis: Dla mojej córki Anny. Pismo jest zupełnie inne niż na żółtej kopercie. Litery są okrągłe, miękkie, kobiece. Biała koperta jest równie stara. Właściwie była kiedyś białą kopertą, teraz ma pożółkłe ze starości brzegi. Młody mężczyzna, jakby nie czując ciężaru łódeczki, zbliża się do Anki. Anka przykłada nożyce do pożółkłej białej koperty i czuje na sobie czyjś wzrok. Podnosi oczy. Młody mężczyzna z łódką na plecach patrzy na nią nieruchomo, uważnie, nie zmieniając wyrazu twarzy. Potem odchodzi. Anka opuszcza kopertę, przez chwilę zastanawia się i nogą wygrzebuje dołek w piasku. Wrzuca tam długie nożyce. Potem wkłada białą kopertę w żółtą, rozciętą i zasypuje dołek z nożycami.



9
Trwa próba w szkole teatralnej. Chłopcy, dziewczęta, profesor. Między Anką i Jarkiem toczy się scena miłosna. Anka może być, na przykład Laurą, a Jarek – Jimem ze „Szklanej menadżerii” Williamsa. Laura jest naiwna. Jim bardziej doświadczony i pewny siebie. Patrzymy, jak grają, wreszcie Profesor podchodzi i pokazuje, jak można to zagrać. Okazuje się, że można zagrać dużo, dużo lepiej.

PROFESOR:
ANKA:

PROFESOR:

ANKA:

To prościutkie... A ty, Anka, pamiętaj. Ty się kochasz w nim. Jak zapominasz, od razu spada napięcie.



Właściwie... dlaczego?

Co dlaczego?

Dlaczego się w nim kocham?


Profesor krzywi się, tyle razy to już przerabiali.

PROFESOR:

Jest przystojny, młody. Dobrze gra w rugby. Wszystkie dziewczęta o nim marzą. Ty ze swoją nogą też marzysz o nim, ale kiedy tu wreszcie jest... Nie rozumiesz? Nie podoba ci się Jarek?



Uśmiechy. Wszyscy wiedzą, co łączy Ankę i Jarka.

ANKA:

PROFESOR:

ANKA:

PROFESOR:



Tak sobie.

Jesteś na scenie. Kochasz się w Jimie. Możesz?

Jeśli muszę...

Przerwa.


Wszyscy się rozłażą. Papierosy, pogaduszki.

JAREK:

ANKA:


Anka, co jest?

Nic. A co?




10
Anka próbuje zjeść w kuchni jakąś kanapkę, myśląc o czymś innym. Patrzy na kopertę, tę białą z pożółkłymi brzegami, opartą o butelkę mleka. Patrzy na napis: Dla mojej córki Anny.
11
Anka szuka czegoś w sekretarzyku Michała. Znajduje stertę listów. Żaden nie przypomina charakterem pisma liter z białej koperty. Być może, sama nie wie, czego szuka. Tak możemy pomyśleć, kiedy, siedząc na podłodze, w sporym już bałaganie, Anka odchyla głowę do tytułu i nieruchomieje.
12
W piwnicznym korytarzu jest mroczno. Przez małe okienka sączy się marne światło. Anka idzie ostrożnie, trochę się boi. Otwiera drzwi do piwnicy, widać, że rzadko tu bywa. Stary dziecinny rower, stare drewniane narty, kartonowe pudła, rozpadające się walizki, koń na biegunach, jakiś fartuch. Anka wyciąga czarną walizę, kiedyś elegancką. Zardzewiały zamek
z trudem udaje się otworzyć. W walizce są stare książki, teczki z papierami i jest nieużywana od dawna staromodna kosmetyczka. Jej właśnie szukała. Anka wyjmuje z kosmetyczki grzebyk, szminkę, lusterko, używaną chusteczkę do nosa z kolorowo obszywanymi brzegami. Wszystko sprzed dwudziestu lat – zarówno jeśli idzie o stan, jak i o modę. W bocznej kieszeni kosmetyczki jest zdjęcie i papeteria. Anka najpierw wyjmuje zdjęcie. Przedstawia dwie młode kobiety i dwóch mężczyzn stojących za nimi w tle muru z drzewkiem, banalne ujęcie
z wczasów? Z sanatorium? Z jakiejś wycieczki? Ludzie na zdjęciu są ubrani, jak ubierano się
w Polsce w latach sześćdziesiątych. Anka długo przygląda się zdjęciu. Widziała pewnie je nie raz, ale dopiero teraz, nie wiadomo czemu, chce wiedzieć, kto na nim jest. Na odwrocie – żadnego napisu. Anka otwiera papeterię. W środku takie same koperty, jak biała, która ją tak intryguje i przestrasza równocześnie. Są też arkusiki papieru. Anka wyjmuje jedną kopertę
i jeden arkusz.
13
Anka wyczyściła swój stół. Położyła na nim białe koperty. Wygrzebała skądś stare wieczne pióro i kałamarz z atramentem. Pochyla się nad kartką i starannie naśladując pismo z zamkniętej koperty pisze na tej znalezionej w piwnicy: Dla mojej córki Anny. Odsuwa kopertę – obie wyglądają teraz bardzo podobnie. Z kolei rozkłada arkusz papieru. Chwilę zastanawia się i pisze: Córeczko kochana. Te frapujące czynności przerywa dzwonek do drzwi. Anka otwiera sympatycznemu grubawemu 45-latkowi w kraciastej kurtko-koszuli.

ADAM:

Cześć. Nie dzwoniłem, przepraszam cię. Michał prosił, żebym odebrał rysunki. Wiesz coś o tym?



Anka przynosi z pokoju ojca rulon i Adam chce wyjść.

ANKA:

ADAM:


ANKA:

ADAM:


ANKA:

ADAM:


ANKA:

ADAM:


Adam...

Tak?


Wy się od dawna z tatą przyjaźnicie?

Od studiów.

Adam... Jaka była moja matka?

Podobna do ciebie.

Z twarzy?

Z twarzy też. Ale w ogóle...

ANKA:

Myślisz, że ona mogła mieć jakąś... jakąś tajemnice?



Adam płoszy się, co Anka zauważa.

ADAM

ANKA:


ADAM:

ANKA:


ADAM:

ANKA:
Skąd mogę to wiedzieć?

Coś, czego by mi nie chciała powiedzieć...

Była taka, jak ty. Gdyby chciała, powiedziałaby.

Miałam pięć dni, kiedy umarła.

Napisałaby list. Czemu pytasz?

Śniła mi się kilka razy. Zawsze coś mówiła do mnie, ale nie wiedziałam, co.


Adam potakuje ze zrozumieniem.

ADAM:

Przepraszam cię... Już muszę... Wpadnę, jak Michał wróci...



Anka wraca do stołu z kopertami i już zupełnie zdecydowanie pisze list od swojej matki do siebie samej. Litery okrągłe, lekko pochylone, kobiece wypełniają stronę.
14
Anka – w okularach – czeka na przystanku autobusowym lotniczego dworca. Przygląda się przyjeżdżającym. Właśnie przyleciał samolot z południowego wschodu, gdzie przelicznik dolarowy wypada dla nas wyjątkowo korzystnie. Starszy pan, emablując dopiero co poznaną dziewczynę, schodzi z tarasu, po chwili z sali przylotowej wychodzi i Michał. Zgięty pod ciężarem, zdziwiony nieobecnością Anki, ciągle się rozglądając wlecze się na przystanek. Wreszcie dostrzega córkę, uśmiecha się szeroko.

MICHAŁ:

Jesteś...



Zdumiony przygląda się okularom.

MICHAŁ:

Ładne... takie jasne.



Anka patrzy na niego bez uśmiechu.

MICHAŁ:

ANKA:


MICHAŁ:

ANKA:


MICHAŁ:

ANKA:

Stało się coś?

Nie...


Dziwnie na mnie patrzysz...

„Córeczko kochana...”

Słucham?

„Córeczko kochana. Nie wiem, jak wyglądasz czytając ten list, ile masz lat. Pewnie jesteś już dorosła i Michała nie ma już na świecie. Tu teraz, jesteś malutka. Widziałam cię tylko raz, potem już mi nie przynosili ciebie, bo pewnie niedługo umrę...”



Anka patrzy na Michała. Patrzy trochę poniżej jego oczu. Michał podnosi jej twarz palcem
i zmusza do spojrzenia w oczy. Anka milknie na moment. Potem zamyka oczy. Spod powiek wypływają łzy. Mówi dalej, starając się bezskutecznie, ale też bez uporu, wyzwolić twarz
z ręki ojca.

ANKA:
„... Muszę Ci coś powiedzieć. Michał nie jest Twoim ojcem. To nie jest bardzo ważne, kto nim jest, chwila roztargnienia, głupoty i krzywdy. Wiem, że Michał będzie Cię kochał, jak córkę, znam go, o to, że będzie Ci z nim dobrze, jestem spokojna. Myślę o Tobie, kiedy to czytasz tam, u Ciebie. Masz jasne włosy, prawda? Masz szczupłe palce i delikatną szyję. Tak bym chciała. Mama.”

Michał puszcza głowę Anki. Ona opuszcza ją nisko i lekko drży.

MICHAŁ:

ANKA:


MICHAŁ:

Miałaś przeczytać... miałaś... kiedy ja...

Wiem.

Więc dlaczego?



Znów podnosi jej głowę ręką, tym razem robi to ostrzej, prawie brutalnie. Anka krzywi twarz.

MICHAŁ:

Dlaczego?



Nie jest w stanie opanować się? Podnosi rękę i uderza Ankę w twarz. Dopiero po drugim uderzeniu Anka zasłania twarz rękoma. Ludzie patrzą w ich stronę. Michał opanowuje się. Podnosi plecak i odchodzi zdecydowanym krokiem.
15
Michał wygląda przez okno, wypatrując Anki. Patrzy na swoją rękę, którą uderzył Ankę. Jest wściekły na nią, ale i na siebie, przede wszystkim na siebie.
16
Anka wysiada z taksówki przed domem Jarka. Jest to stara, przedwojenna kolonia niewysokich domów.
17
Matka Jarka, 50-letnia kobieta, która pogodziła się ze swoim wiekiem i wyglądem, otwiera drzwi. Mieszkanie jest nieduże, umeblowane ubogo.

ANKA:

Jest Jarek?



Matka Jarka należy do kobiet, które sympatiom swoich synów szybko zaczynają mówić po imieniu.

MATKA JARKA:

ANKA:


Wyszedł... Wejdź.

Można?


Matka Jarka uchyla szerzej drzwi. Sprząta porozkładane na dużym, jasnym stole rzeczy – szkła powiększające i liście umieszczone w podzielonej na kwadraty kasecie – opisywała je, czy badała.

MATKA JARKA:

ANKA:


Rozbierz się. To może chwilę potrwać.

Zimno mi.



Matka Jarka patrzy na nią w taki sposób, jakby wiele już w życiu widziała.

MARKA JARKA:

Mogę zrobić coś gorącego... ale może po prostu wypijesz kieliszek wódki.



Ance nie przyszłoby do głowy, ale tak, to dobry pomysł. Matka Jarka wyjmuje karafkę, sobie nalewa na dnie, Ance prawie pełno. Anka trzyma kieliszek niezdecydowanie.

ANKA:

MATKA JARKA:

Czy Jarek pani mówił... że chce się ze mną ożenić?

Wypij.


Podnoszą kieliszki, Anka wypija bez problemu, jednym łykiem.

MATKA JARKA:

ANKA:


MATKA JARKA:

ANKA:


Wspominał...

Mogę teraz za niego wyjść. Od razu.

A twój ojciec?

To nie ma znaczenia. Zresztą on nie jest moim ojcem.



Matka Jarka patrzy na nią uważnie, może nawet przenikliwie. Wstaje i chowa karafkę do szafki.

MATKA JARKA:
ANKA:

MATKA JARKA:

ANKA:

MATKA JARKA:



Chcesz zrobić coś bardzo szybko, czego nie będzie można już zmienić, ani odwołać.

Tak.


Żeby zacząć, trzeba najpierw skończyć to, co było.

Ja skończyłam.

Nie. Nie śpieszyłabyś się tak.


Anka nie odpowiada. Może uznała racje matki Jarka.

MATKA JARKA:

Mogę cię zawieść do mieszkania mojej siostry. Zresztą możesz sama jechać, znasz mieszkanie zdaje się. Jarek podkrada mi czasem klucze. Ale jeszcze nie rozmawiaj z Jarkiem o niczym. On cię kocha. Poczekaj kilka dni. Zawieźć cię?




18
Anka naciska i długo przytrzymuje dzwonek ich mieszkania. Nikt nie odpowiada. Zjeżdża na dół. Kiedy winda dociera na parter, jej drzwi otwiera Michał. Wsiada do windy i czeka. Anka naciska przycisk, ruszają.

MICHAŁ:

ANKA:


Szukałem cię.

Zapomniałam kluczy.



Winda zatrzymuje się na ich piętrze, ale żadne nie otwiera drzwi.

ANKA:

Nasze...


Nadal się nie ruszają, po chwili winda rusza w górę, staje, wsiada ordynator (z drugiej opowieści). Jest zdziwiony ich obecnością.

ORDYNATOR:

Na dół?


Michał kiwa głową, winda zjeżdża na parter, ordynator wysiada, oni zostają. Po chwili bezruchu Anka znów naciska jakiś guzik.

MICHAŁ:

ANKA:


Przepraszam. Przepraszam, Anulka.

Wiedziałeś?



Winda zatrzymuje się w piwnicy.
19
Byliśmy tu już niedawno. Jest jeszcze ciemniej. Anka zatrzymuje się przestraszona. Michał zapala zapałką stojące na oknie dwie świeczki. Wszystko się powtarza – Michał przerzuca te same przedmioty, które usiłowała odsunąć Anka rowerek, narty... Otwiera czarną walizkę. Wyjmuje kosmetyczkę, podaje Ance zdjęcie. Dwie kobiety i dwóch mężczyzn na wakacyjnym tle.

MICHAŁ:

ANKA:


MICHAŁ:

Poznajesz mamę?

Tak.

Któryś z nich... przypuszczam... może być twoim ojcem.



Anka przygląda się po raz drugi.

MICHAŁ:

ANKA:


MICHAŁ:

Schowaj. Nie wiem... może zaczniesz go szukać.

Po co?

Nie wiem. Widziałem masę filmów, w których dzieci zaczynały szukać swojego ojca.



Anka oddaje mu zdjęcie. Michał wkłada je do kosmetyczki.

ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:

ANKA:

Od kiedy wiedziałeś?



Od zawsze.

Oszukałeś mnie.

Tak. Nie. To nie miało znaczenia. Byłaś moją córką.

Trzeba było powiedzieć.

Chciałem ci dać ten list, jak skończysz dziesięć lat. Ale jak już miałaś dziesięć lat, byłaś za mała. Postanowiłem, że jak skończysz piętnaście lat, ale już byłaś za duża. Wtedy wsadziłem go do żółtej koperty.

Jakie to proste, nie?


MICHAŁ:
Pomyślałem, że i tak między nami nic się nie zmieni.

Świeczki na oknie dopalają się.

ANKA:

Chyba kłamiesz. Kłamiesz?



Anka zauważa, że świeczki zaczynają migotać.

ANKA:
MICHAŁ:

Popatrz. Twoja jest lewa, moja prawa. Czyja pierwsza zgaśnie, będzie miał prawo zadać pytanie. Zgoda?

Zgo...


Gaśnie lewa świeczka, Michała.

ANKA:

Pytaj.


Teraz gaśnie jej świeczka. Są oświetleni jakimś dalekim światłem z korytarza piwnicy.

ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

Daj rękę.

Masz zimne ręce.

Ogrzej mnie.



Michał chucha w dłoń tak, jak ogrzewa się rękę małemu dziecku, jak pewnie ogrzewał jej ręce przed laty.
20
Anka siada w swoich wysokich butach na fotelu.

ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:
Wygrałeś. Możesz zadać pytanie.

Pytałem cię już na przystanku.

O co?

Dlaczego przeczytałaś list.



Pierwszy raz... pierwszy raz zobaczyłam go przy przeprowadzce, wysypała się jakaś teczka. Miałam wtedy szesnaście lat.

Piętnaście i pół.

Włożyłam go z powrotem, ale już wiedziałam, że jest.
Z początku było to podniecające. Najpierw myślałam, że to jakieś papiery, testament... Czytywałam wtedy książki przygodowe... Potem pomyślałam, że to rady dla mnie, jak żyć. Uczciwie i tak dalej. Potem zauważyłam, że zabierasz go jak wyjeżdżasz, więc to nie mogły być ani rady, ani testament. Ostatnio zostawiłeś ten list.

Zostawiłem.

Specjalnie? Przygotowałeś go z papierami, żeby zabrać, ale zostawiłeś.


Anka wstaje, idzie do swojego pokoju i przynosi obie koperty i list do siebie, ten, który sama napisała. Kładzie przed Michałem.

ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:
Czytałeś go kiedyś?

Nie.


Przeczytałam, bo chciałeś, żebym to zrobiła.

To wyczerpująca odpowiedź.

U nas w szkole mówią: zastanów się, po co to mówisz. Co jest w intencji.


Anka znów wstaje, z kuchni przynosi napoczętą butelkę wódki i dwa kieliszki. Rozlewa. Podnosi swój i czeka na Michała.

ANKA:

MICHAŁ:


Nie chcesz wiedzieć, co jest w intencji?

Nie.


ANKA:

To nie.


Anka trąca kieliszek Michała.

ANKA:

MICHAŁ:


Jak mam teraz do ciebie mówić?

Tatusiu.


Anka przekłada swoją rękę z kieliszkiem przez rękę Michała. Jest już przy nim blisko.

ANKA:

Anka.


Michał przyjmuje tę grę, zresztą nie, a innego wyjścia.

MICHAŁ:

Proszę... Michał.



Wypijają z zaplecionymi rękoma, potem Michał uwalnia swoją i całuje Ankę w policzek. Anka patrzy na niego z bliska i leciutko zbliża wargi do ust ojca. Michał nieruchomieje. Anka ma przymknięte oczy, w ostatniej sekundzie mija usta Michała i całuje go gdzieś w brodę.

ANKA:

W intencji jest to, że wiem od dawna... Kiedy miałam pierwszego chłopaka... czułam... miałam poczucie, że kogoś zdradzam. Nie rozumiałam tego, to byłeś ty. Potem też, ile razy...



Odzywa się dzwonek do drzwi. Anka przerywa, ale tylko na czas trwania dzwonka.

ANKA:

Szukałam zupełnie innych niż ty, ale kiedy ktoś mnie dotyka, myślę o twoich rękach i nic nie mogę na to poradzić. Jak jestem z kimś blisko, to naprawdę nie jestem z nim...



Dzwonek natarczywiej. Michał otwiera drzwi.

ADAM:

MICHAŁ:


Jesteś... Jak było?

Wejdź w porządku.



Adam ma w ręku rulon rysunków, rozpina kurtkę, ale nie zdejmuje.

ADAM:

Skopiowałem. Wysłałem. Teleksowali, że doszły.



Zerka w stronę stołu.

ADAM:

MICHAŁ:


Wódeczkę sobie pijecie.

Siadaj.


Popycha go w stronę kanapy, przynosi trzeci kieliszek i rozlewa, starając się, by dla Anki było jak najmniej.

ADAM:

ANKA:


Kiedy dyplom?

W maju.


Wychodzi z pokoju. U siebie rzuca się na łóżko i wtula głowę w poduszkę. Adam wypija połowę i zabiera się. Michał zostaje w fotelu. Ze swojego pokoju Anka, oparta na łokciu, patrzy w jego stronę, Michał patrzy na jej drzwi. Potem wstaje i cicho podchodzi do jej pokoju. Patrzy na nią od progu, zbliża się, rozkłada koc, leżący na fotelu i przykrywa Ankę.

ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:
Idź do niego.

Wyszedł.


To jedź za nim. Albo jedź do kogoś innego. Przecież nie chcesz ze mną rozmawiać.

Michał próbuje odpowiedzieć, ale Anka zatyka sobie uszy. Podnosi przy tym ramiona. Ma szerokie rękawy bluzki i Michał widzi ciemne włosy pod jej pachą. Anka nie zdaje sobie sprawy z erotycznej „intencji” swojego gestu, my tak. Michał też. Podnosi rękę i przesuwa ją w kierunku pachy Anki. Nie wiemy, jakie miał intencje, ale zakończeniem gestu jest przysłonięcie kocem tego wstydliwie-niwstydliwego miejsca. Michał uspokaja się, jeśli jego stan przed chwilą można w ogóle nazwać niepokojem. Anka wygląda, jakby spała. Cisza. Michał cichutko, niedosłyszalnie nuci kołysankę, którą usypiał ją wiele lat temu, a może szepcze wierszyk z „Kubusia Puchatka”. Chce pewnie wrócić do czasów, kiedy wszystko było proste i bezpieczne.

ANKA:

Kogo się boisz? Mnie czy siebie? Nie bój się. Wychodzę za mąż.



Dzwoni telefon.

MICHAŁ:

ANKA:


Odbierz.

Pani Marta...



Michał zaprzecza gestem.

ANKA:

Albo Krysia.



Anka idzie do telefonu.

ANKA:

Halo... Tak... Nie, spałam już... Jutro? Może zadzwoń.



Odkłada słuchawkę.

MICHAŁ:

ANKA:


MICHAŁ:

ANKA:


Narzeczony?

Narzeczony.

Już wie, że jest narzeczonym?

Nie wie. Ale powiedziałam jego matce.



Michał widząc, że Anka mówi poważnie zmienia ton.

MICHAŁ:
ANKA:

A ty... kogo się boisz? Można wyjeżdżać, uciekać, wychodzić za mąż... To niczego nie zmienia.

Matka Jarka powiedziała to samo.


Siada na fotelu i wyciąga przed siebie nogi w wysokich butach.

ANKA:

Pomóż mi zdjąć...



Michał kuca i ściąga jej but, potem drugi. Anka zgina i rozprostowuje palce stóp. Michał odruchowo dotyka końców stóp, nogi Anki, co wynika z sytuacji, leżą na jego kolanach.

MICHAŁ:

ANKA:


MICHAŁ:

Mokre... Przeziębisz się.

Nie będziemy rozmawiali o moim katarze.

Zdejmij.


Anka odpina pończochy i ściąga je. Michał wraca z wełnianymi, góralskimi skarpetami. Znów kuca i wciąga je Ance na nogi.

MICHAŁ:

ANKA.
Lepiej?

Cieplej. Poczucie winy... Zdrady... Zawsze w łóżku zdradzałam ciebie.


Michał spuszcza wzrok. Może to kwestia pokolenia, jemu trudniej rozmawiać tak otwarcie.

MICHAŁ:

ANKA:


MICHAŁ:
ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:
MICHAŁ:
ANKA:

MICHAŁ:
Nie czułem tego.

Kłamiesz.

Tak. Ja sam... miałem wrażenie oddalania się... ile razy byłem


z kimś. Oddalania się od ciebie.

Nie mogłam znieść, że dajesz mi taką swobodę, że to cię nie obchodzi. Dlatego powiedziałam, że wyjdę za Jarka. Ciągle chciałam... żebyś powiedział: nie! Dość!

Nie mogłem. Nie mam prawa. Ale nie tylko. Bałem się, że zabraniając ci... że byłaby to zazdrość. Nie zazdrość o córkę... Nie chciałem, żeby tak było.

Ale było.

Tak. Nie. Do końca nie wiem, co to było... Co to jest.

Kiedy przyłapałeś nas z Marcinem w łóżku... Dlaczego wyjechałeś?

Tak. Ale nikt nie lubi, kiedy jego córka zaczyna spać
z mężczyznami. Więc byłem w porządku.

Ja nie byłam twoją córką.

Byłaś. Tyle lat... często myślałem sobie, że mama mogła się pomylić. Podobno kobiety to wiedzą... ale mogła.


Anka uśmiecha się, ona wie, co wiedzą kobiety.

ANKA:

Chyba nie. Kobiety to naprawdę wiedzą.



MICHAŁ:

ANKA:


Skąd wiesz?

Wiem.


Michał wstaje. W kieliszku Adama jest reszta wódki. Idzie z nim do okna. Stoi teraz tyłem do Anki.

MICHAŁ:

ANKA:


Miałaś?...

Tak. Raz.



Michał wypija to, co zostało po Adamie.

MICHAŁ:

ANKA:


Kiedy?

W zeszłym roku.



Michałowi, jak wtedy kiedy ją uderzył na przystanku, ciemnieją oczy. Odrywa się od okna, zaczyna krążyć po pokoju.

MICHAŁ:

Słuchaj ... dlatego wyjeżdżałem... dlatego wychodziłem na noc... Chciałem, żeby stało się coś i żeby się już nie dało cofnąć. Najpierw myślałem, że to będzie, jak pierwszy raz pójdziesz


z kimś do łóżka, ale to nie było wtedy. Potem marzyłem, żebyś miała dziecko.

Staje nad Anką.

MICHAŁ:

ANKA:

MICHAŁ:

ANKA:


MICHAŁ:

ANKA:


Żebyś miała dziecko, rozumiesz?

Dlatego zlikwidowałam. Żebyś nie powiedział swoim ze swoim wybaczającym uśmiechem w porządku! Dlatego! Dlatego nie powiedziałam ci, że idę na zabieg. Żebyś nie powiedział:


w porządku, wyskrob się córeczko, nie ma problemu!

Nie powiedziałbym.

Nie wiem!

Wiesz!


Po co ci było moje dziecko? Słodkie maleństwo? Znów się kimś opiekować, przewijać, nie spać, znowu być dobrym? Chciałeś, żeby wszystko rozwijało się bez twojego udziału! Jak z listem: Nie otwierać przed moją śmiercią! Żeby na twojej szlachetności
i uczciwości nie mogło pojawić się żadne pęknięcie!

Michał patrzy na Ankę wzrokiem głęboko dotkniętego, który i tak nie zostanie zrozumiany.

ANKA:

I nie chodzi o to, co powiedzą inni. Tobie chodzi o to, co o sobie myślisz ty sam.



Michał idzie do lodówki i nalewa do małego spodeczka trochę mleka. Stawia go pod szafą.
Z ulgą – że Anki już tam nie ma – przechodzi przez duży pokój i staje przy etażerce
w drzwiach własnego pokoju. Widzi Ankę, która przygląda się zdjęciom (Młody Michał i mała Ania uśmiechają się do aparatu). W ręku trzyma wszystkie koperty – białą, żółtą, sfałszowaną, prawdziwą...

MICHAŁ:

ANKA:


Jeżowi nie nalałaś mleka.

Odkładam. Widzisz?



Odkłada rzeczywiście listy do szuflady etażerki.

MICHAŁ:

ANKA:


To twój list.

Nie chcę.



Michał wzrusza ramionami.

ANKA:

Nie chcę go!



Biegnie do Michała, obejmuje go, wtula głowę w jego piersi.

ANKA:

Nie chcę go, nie chcę...



Michał nie może zachować się inaczej: też ją obejmuje.

ANKA:

Jak byłam mała... głaskałeś mnie po plecach, kiedy płakałam... Czasem płakałam specjalnie... żebyś wsunął mi rękę pod piżamę


i pogłaskał... Lubiłam to...

Michał zatrzymuje rękę, która (znów odruchowo) głaszcze plecy drżącej Anki.

ANKA:
Nie chciałeś, żebym dorastała, prawda?... Chciałeś, żebym była dzieckiem... chciałeś to jakoś zatrzymać... Nie pozwalałeś mi się kąpać w staniku, nawet kiedy mi już zaczęły rosnąć piersi. Kiedy miałam dostać okres, zabrałeś mnie w góry... Myślałeś , że mnie schowasz... Ale nie udało się, ja dorosłam. Nie ożeniłeś się... nawet z Martą... Bałam się tego... niepotrzebnie, i tak się nie ożeniłeś... Czekałeś na mnie, prawda?

Anka odsuwa się od Michała, choć cały czas jeszcze obejmuje go za ramiona.

ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

Czekałeś...

Nie myślałem tak... nie wiem.

Ja wiem. Tak było.

Nie wiem.

Ja wiem. Nie jestem twoją córką... I jestem już duża.



Michał nie odpowiada. Ma zmęczoną, smutną twarz.

ANKA:

Chcesz mnie dotknąć?



Anka bierze rękę Michała i kładzie ją sobie na szyi.

ANKA:

Chcesz?


Powoli zsuwa bezwolną początkowo rękę Michała po swojej szyi, w dół. Zsuwa ją środkiem, wzdłuż guziczków na bluzce, a potem chce skierować w stronę piersi. Michał zatrzymuje rękę. Anka ciągnie ją mocniej, ale też Michał silniej się opiera. Wyrywa wreszcie rękę.

MICHAŁ:

Idź spać.



Usuwa się, żeby ją przepuścić, Anka mija go powoli. Podchodzi do telewizora, odwraca się.

ANKA:

MICHAŁ:


Chciałeś oglądać zjazd.

Nie chcę.



Anka włącza telewizor. Z wielkiej góry pędzi Zurbrigen. Słychać głośny skrzek nart na zakrętach. Jest bardzo głośno, Anka wychodzi.

MICHAŁ:

Anka! Wyłącz to.



Mówi zwykłym, rzeczowym tonem. Anka wyłącza telewizor. Cisza.

ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:


Dobrze. Jeszcze tylko jedno pytanie...

Jedno.


Dlaczego chciałeś, żebym przeczytała list?

Ponieważ chciałem czegoś, co jest niemożliwe. Idź spać.



Ranek. Michał ubrany, jak poprzedniego dnia (przy jego łóżku pali się nocna lampka, nie zgaszona od wczoraj), starając się nie robić hałasu podnosi słuchawkę. Szuka numeru
w notesie, wykręca masę cyfr, odzywa się ściszonym głosem.

MICHAŁ:

46 417? Zielona góra? Andrzej? Nie poznałem cię... Tak, dosyć dawno... Nie, nic. Mam tylko... powiedzmy, interes... Nie ma już czasu, żeby dzwonić bez niczego... Tak się porobiło, masz rację... No, właśnie. Zdziwisz się: chciałbym do was przyjechać... Nie, na dłużej... jeszcze dłużej. W ogóle... No właśnie, jakąś pracę. I wynająć jakiś pokój czy mieszkanie... Mogę być nauczycielem, oczywiście, że mogę... Na wsi też, jeśli jest możliwość mieszkania... Nie, sam.



Anka budzi się nagle, niespokojna i zdziwiona, że jest aż tak niespokojna. Po sekundzie uświadamia sobie powód. Po cichu idzie do kuchni. Na stole stoi mleko, masło w maselniczce, leży ser i kilka świeżych bułek. O butelkę mleka oparty jest pluszowy niedźwiadek panda. Anka bierze go w ręce i próbuje puszystości sierści, nagle zastyga w pół gestu. Zagląda do pokoju ojca. Nie ma plecaka, nie ma Michała. Podbiega do okna, znów jest piękna wiosenna pogoda. Pochylony pod ciężarem plecaka odchodzi w kierunku przystanku autobusowego Michał.

ANKA:

Tato!


Michał zatrzymuje się.

ANKA:

Tatusiu!



Michał staje, odwraca się do niej.
21
Michał stoi z plecakiem czekając na windę, biegnie po schodach, po dwa, trzy stopnie.
22
Michał stoi z plecakiem. Anka, zdyszana, zatrzymuje się dwa kroki przed nim.

ANKA:

Tato...


Michał nie odzywa się.

ANKA:

Ja skłamałam.



Michał milczy.

ANKA:

Nie przeczytałam listu, nawet nie otworzyłam go. Leży w twojej etażerce.



Przez alejki osiedla idzie młody człowiek ze swoją białą łódką na plecach.

ANKA:

Ja sama napisałam to, co czytałeś. To, co ci powiedziałam na lotnisku. Zobaczyłam pismo mamy na kopercie i napisałam, sama do siebie.



Michał zsuwa plecak z ramion. Dostrzega młodego człowieka z łódką. Jest to ten sam człowiek, który w pierwszej opowieści siedział przy ognisku, w drugiej pojawił się na korytarzu szpitalnym w nielekarskim fartuchu, który będzie się pojawiał zawsze.

ANKA:

MICHAŁ:


Tato... Co naprawdę jest w liście od mamy?

Nie wiem.



Jeszcze raz zerka w stronę człowieka z łódką. Anka podąża za jego wzrokiem.

ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

MICHAŁ:


ANKA:

Tam jest jakiś napis? Na łódce...

Tak.

Jaki? Nie mam okularów...



Gon... gondola.

Wiem, co zrobimy.




23
Anka (wciąż w koszuli nocnej i narzuconym płaszczu) otwiera szufladę etażerki i wyjmuje żółtą kopertę, list, który sama napisała i wreszcie ten właściwy, w zaklejonej kopercie.

ANKA:

Pomożesz mi?



Michał kiwa głową. Wchodzą do łazienki, Anka otwiera deskę do muszli klozetowej, z kieszeni płaszcza wyjmuje zapałki. Pierwsza się nie pali, druga też nie, podaje pudełko Michałowi. Michał zapala zapałkę i czeka.

ANKA:

Tu...


Michał podsuwa ogień. List pali się nieźle, powolnym płomieniem kilku złożonych kartek papieru. Nad toaletą fruwają drobne, czarne, zwęglone kawałki. Płomień dociera do miejsca, gdzie Anka trzyma palcami róg listu. Wytrzymuje temperaturę dopóki może, kiedy krzywi się
z bólu, Michał gasi niknący płomień. W ręku Anki zostawał kawałeczek papieru. Rozprostowuje go. Kilka liter napisanych okrągłym, kobiecym pismem: Kochana Córe... dalej list jest zwęglony. I dwa słowa pierwszej linijki: Muszę Ci co... To wszystko.

Siedzą przy śniadaniu, Anka już w bluzce (oczywiście, bez stanika), przy jej szklance z mlekiem pluszowy panda. Michał przymierza jej okulary, ale zdejmuje szybko.



ANKA:

MICHAŁ:


Wszystko zupełnie inaczej teraz wygląda.

Pracował u nas kiedyś taki Krzysio. Opowiadałem ci?... Jeździł motorem z Michalina, to jest czterdzieści kilometrów. Codziennie pobijał rekordy, pytaliśmy – ile dziś, pani Krzysiu? 26 minut 40 sekund – mówił, albo, 25 minut i 3 sekundy. Musiał jeździć ponad 120. Któregoś dnia nie ma go pół godziny, godzinę, co się dzieje? Wreszcie wchodzi blady, i w okularach. Mówi: „Rany Boskie, Chryste Panie... Jezu...” Pytamy: „Panie Krzysiu, co jest?” „Panowie – mówi – ja nie wiedziałem... ile jest ludzi, ile samochodów, jaka wąska jest szosa, motory, wozy, o Jezu...” Miał cztery i pół dioptrii i nie wiedział. Sprzedał motor... Kupił garnitur... Tak już zostało.





©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość