Strona główna

Ale czy my, czytelnicy, o tym wszystkim wiemy?


Pobieranie 13.33 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar13.33 Kb.
Decyzja o pracy nad wyborem z dzienników Andersena była naturalną konsekwencją zanurzenia się w jego baśniach i opowieściach.

Był to pisarz niezwykły. Stworzył dzieło dla każdego - dla czytelników o każdym poziomie wykształcenia, ze wszystkich kultur, wszystkich religii, wszystkich części świata. Jego utwory czyta już blisko dziesięć pokoleń. Jest tylko jeden taki pisarz na świecie, tylko on tłumaczony był na ponad 150 języków. I inspirował rzesze artystów, którzy, wrażliwi tak jak on, potrafili dostrzec w nim wielkość - poeci, pisarze, ludzie teatru, kompozytorzy, malarze, jak choćby Andy Warhol. Dwie spośród kilku jego prac inspirowanych wycinankami Andersena widzimy tu na ścianach, pozostałe to kopie własnych wycinanek pisarza.

O tej jego pasji nie wiemy w Polsce, tak jak nie uświadamiamy sobie, że cała literatura dla dzieci jest z Andersena, że to on jako pierwszy pisał z perspektywy dziecka - ale nie dla dziecka wyłącznie. Większości z nas trudno przyjąć do wiadomości, że adresował baśnie również do czytelnika dorosłego. Potrafił zawrzeć w nich dwa teksty, jeden dla dziecka, drugi dla dojrzałego czytelnika; dziecko nie dostrzega tego, co adresowane do dorosłego i nie przeszkadza mu to w lekturze.

Do dorosłego pisarz apelował o odszukanie w sobie dziecka pod pokładami norm, konwenansu, mód, ambicji, w pogoni za sprawami doczesnymi. Zapewniał, że jest to warunkiem osiągnięcia szczęścia.

Zachwyt nad światem, wiara w opiekę Boską, poświęcenie, piękno, dobro, nadzieja, wszystko to dopełniane nieuchronnymi, mrocznymi stronami życia, aż po śmierć, jeszcze w jego czasach nie tabuizowaną, i rozumianą przez niego jako przemiana - o tym jest są jego baśnie.

Był w swoich czasach niezwykle nowoczesny, poszukujący, nietrzymający się żadnej konwencji literackiej. Był romantykiem zapowiadającym realizm, a nawet modernizm.

Ale czy my, czytelnicy, o tym wszystkim wiemy?

Nie, my wiemy, że Andersen pisał piękne wprawdzie, ale bajki dla dzieci! I to dramatycznie smutne - bo nie zauważano humoru, jednego z ważniejszych wyróżników jego dzieła.

Tłumacząc utwór literacki, czyta się go na wskroś, na wylot, rozbiera się zdania i słowa na czynniki pierwsze, zagląda się pod podszewkę słów, sięga do ich jądra - i do duszy autora. Przygotowując się do tłumaczenia baśni i opowieści i potem pracując nad przekładem, coraz szerzej otwierałam oczy ze zdumienia. Nie tylko dlatego że odkrywałam ich bogactwo, także w sensie czysto literackim, ale także dlatego, że nie przystawały do powszechnych opinii na ich temat w naszym kraju. A wizerunek autora, który wyłaniał mi się z lektury jego listów i dzienników, a także licznych o nim wspomnień, nie przystawał do wizerunku utrwalonego w powszechnej świadomości w naszym kraju, ale i w Niemczech i w krajach anglosaskich i zapewne gdzie indziej. Wizerunek ten przenosili na nasz grunt zarówno tłumacze, jak i autorzy tekstów o nim, przede wszystkim Jarosław Iwaszkiewicz, Stefania Beyliin i Anna Milska, autorka wstępu do wydania ilustrowanego przez Jana Marcina Szancera, na którym wszyscy się wychowaliśmy lub wychowaliśmy nasze dzieci. Jest to wizerunek nieszczęśliwego, neurotycznego, pogardzanego przez pół świata brzydkiego kaczątka. Po prawdzie Andersen sam sobie zawinił, przerysowując w autobiografii choćby krytycyzm lub obojętność duńskich recenzentów wobec jego twórczości. Ale to zapewne niezawodna intuicja znakomitego PR-owca podpowiadała mu, co warto akcentować.

We wspomnianej autobiografii pisał jednak dobrze o swoim dzieciństwie. Tego z kolei krytycy i badacze, również duńscy, nie kupili. I jeden za drugim powtarzali, jak bardzo nieszczęśliwe to było dzieciństwo, bo ojciec szewc, bo matka alkoholiczka, bo drewniaki na nogach. Część z tego to mity, część to nietrafne interpretacje. Syci krytycy zachodniego świata, a także Polacy piszący o Andersenie, zwłaszcza w dobie komunizmu, nie potrafili i nie potrafią sobie wyobrazić, że dziecko w biednej rodzinie może mieć szczęśliwe dzieciństwo. Deprecjonuje się ojca pisarza przez sam fakt, że był ubogi, że był szewcem, nie dostrzega się tego, że to on zaszczepił w synu ogromną potrzebę realizacji twórczej. Nie wie się lub nie chce się wiedzieć, że matka uzależniła się od alkoholu dopiero, gdy została sama, odumarta przez drugiego męża, opuszczona przez 14-letniego syna. Kultura masowa wytworzyła chorobliwą potrzebę wyjaskrawiania wszystkiego, co trudne, tragiczne, mroczne, złe, i pomijania lub podważania wszystkiego co dobre - bo dobro jest nudne, nieciekawe. A skomplikowanie, złożoność, wielowarstwowość - zbyt trudne w odbiorze. Pielęgnowano więc ten pełen mitów jednowymiarowy wizerunek Andersena.

Potrzeba obalenia tych mitów była dla mnie motorem do przygotowania wyboru z dzienników. Bo w dziennikach Andersen jest prawdziwy i szczery, pisał je dla siebie, nie z myślą o publikacji.

Pragnęłam podważyć nie tylko mity dotyczące jego osoby, ale i te dotyczące twórczości. To dlatego w zawarłam w wyborze wszystkie zapiski mówiące o humorze w baśniach. To dlatego starałam się wybierać fragmenty ukazujące ich recepcję przez dorosłych, którzy wtedy, w epoce sprzed zaszufladkowania Andersena jako autora bajek dla dzieci, potrafili dostrzec w nich walory literackie i myśl filozoficzną - i humor! Wybierałam także fragmenty mówiące o utworach innych niż baśnie - o opisach podróży, o powieściach, wierszach, sztukach teatralnych - właśnie dlatego, że polski czytelnik o nich nie wie. I starałam się tak dobierać fragmenty, żeby ukazać Andersena-człowieka pełnego, niejednowymiarowego.

Piszący dzisiaj o nim - również w Danii - z upodobaniem określają go jako wiecznie załamanego i nieszczęśliwego neurotyka. Obok fragmentów ukazujących takie nastroje zamieszczałam więc także te ukazujące nastroje przeciwne: człowieka szczęśliwego, radosnego. Wyśmiewają na przykład jego płaczliwość - wyławiałam więc fragmenty mówiące o tym, że płakali także inni, bo to osadza pisarza w kontekście uwarunkowań jego epoki; po prostu, mężczyźni wtedy płakali.

Pisze się, że był egotykiem, że zachowywał się jak primadonna - owszem, ale wobec tego obok tych cech starałam się pokazać także jego empatię, oddanie przyjaciołom, troskę o innych. Krótko mówiąc, starałam się pokazać Andersena pełnego, takiego jakim naprawdę był - smutnego i radosnego, zgorzkniałego i szczęśliwego, samotnego i otoczonego kochającymi go ludźmi.

Miałam wreszcie jeszcze jedną motywację. W ostatnich latach trafiają do Polski lansowane początkowo w Niemczech i Anglii, ale także w Danii, poglądy na orientację seksualną pisarza. Klasyfikuje się go jako homoseksualistę. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że to nieprawda. Autorzy tych twierdzeń powinni zorientować się w normach obyczajowych XIX w. i poczytać korespondencję innych osób z tej epoki - nie twierdziliby wtedy, że Andersen był homoseksualny dlatego, że pisał do przyjaciela: „kocham cię”, „tęsknię za tobą”. Gdyby też gruntownie przeczytali wszystkie dziesięć tomów dzienników, - a nie zrobili tego zwłaszcza ci nie znający duńskiego - nie rzucaliby na wiatr tych łatwych i efektownych dziś twierdzeń.

Dlatego wybierałam fragmenty mówiące o erotycznych fascynacjach pisarza kobietami. Ale proszę mi wierzyć - jeśli w tym wyborze nie ma fragmentów mówiących o erotycznych fascynacjach mężczyznami, to nie dlatego, że dokonałam tendencyjnego wyboru, tylko dlatego, że takich zapisków nie ma.

Ale miałam, rzecz jasna, jeszcze inne kryteria. Równie ważne i niezwykle ciekawe wydały mi się obserwacje pisarza i kontekst społeczny, w jakim funkcjonował. Dzienniki dają fantastyczny obraz Europy i Danii - a powstawały z niewielkimi przerwami przez pół wieku!

Andersen spędził niemal dziesięć lat życia w podróżach po Europie i nie tylko. W dziennikach jawi się jako bystry i ciekawy świata reportażysta. Był też teatromanem i melomanem, znał wszystkie liczące się teatry na kulturalnej mapie Europy, w teatrze spędzał niemal każdy wieczór. Myślę że jego zapiski mogą stanowić ciekawy materiał dla historyków teatru i muzyki, i dla historyków w ogóle. Wprawdzie pisarz nie lubił i nie rozumiał polityki, ale społeczny obraz Europy i zwłaszcza Danii jest bardzo interesujący da nas Polaków.



A jako Polka - cóż, tropiłam oczywiście wszystkie wzmianki o naszym kraju i o Polakach - i wszystkie zawarłam w wyborze. Niestety, do Polski pisarz nigdy nie przyjechał, choć jestem pewna, że właśnie tu doskonale by go rozumiano, nigdy nie zaprzyjaźnił się z żadnym Polakiem - jeśli nie liczyć malarki z Warszawy, Elisabeth Jerichau-Baumann. Ale o tym mówiłabym za długo, więc może przy innej okazji.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość