Strona główna

Bosko (stary, przy stole Bosko (młody, w trzech scenach)


Pobieranie 69.79 Kb.
Data18.06.2016
Rozmiar69.79 Kb.
OSOBY:

 

Bosko - (stary, przy stole



Bosko - (młody, w trzech scenach)

Kapłan


Dominik

Dziewczyna

Bartłomiej

Albanello

Karol

Kobieta


Zakrystianin (mężczyzna)

Kelner


 

 

(Z boku sceny, naprzeciw wyjścia, stoi stolik. Wchodzi Bosko. Siada przy stoliku; wchodzi kelner, wnosi cztery szklanki i dzbanek z herbatą, stawia na stole, wychodzi)



(wchodzi, może wbiegać ksiądz niezdecydowany)

KAPŁAN: Chyba rady…

BOSKO: A w czym problem?

KAPŁAN: 9podchodząc do stolika) Sam nie wiem… Chciałbym… Ale nie mogę zbytnio podołać…

BOSKO: Owszem. Ale o czym mowa?

KAPŁAN: Bo widzi Pan, jestem księdzem…

BOSKO: Bardzo się cieszę!

KAPŁAN:… i chciałbym pójść w ślady słynnego księdza Bosko. Bardzo chciałbym pracować z młodzieżą, która dotychczas nie miała kontaktu z Bogiem. Nie wiem tylko jak się do tego zabrać. Nie mam pomysłu.

BOSKO: Tak…

KAPŁAN: A właściwie to dlaczego ja to Panu mówię?!

BOSKO: Potrzebujesz pomocy…

KAPŁAN: Ale kto może mi poradzić?

BOSKO: Czy miałbyś chwilę czasu, chłopcze, aby wypić ze starym człowiekiem łyk herbaty?

KAPŁAN: Chyba tak… Nigdzie mi się zresztą nie spieszy…

BOSKO: To dobrze, to bardzo dobrze. (nalewa herbatę) Wiesz, chłopcze, mam już swoje lata, ale umysł jeszcze sprawny. Pamiętam to była pierwsza połowa XIX wieku…

KAPŁAN: Ze co ???

BOSKO: Chyba 1840, a może 1841, nie jestem pewien. Do dat nigdy nie miałem głowy…

KAPŁAN: Ale o czym pan mówi? To było ponad 150 lat temu!!!

BOSKO: Tak? A mnie się wydaje jakby wczoraj. Tak dobrze słyszę te głosy, tak wyraźnie widzę te postacie.

(na scenę wchodzą bosko i zakrystianin; Ksiądz siedzi do nich tyłem, nie widzi wchodzących; przygotowanie do mszy św., bosko zakłada albę)

BOSKO: Pamiętam, że byłem wtedy wikarym Kościoła, Parafii świętego Franciszka z Asyżu. No wiesz chłopcze, to było we Włoszech.

KAPŁAN: Gdzie?!

BOSKO: Mniejsza z tym… Pamiętam, że ubierałem się do Mszy świętej…

(wchodzi Bartłomiej, zakrystianin spostrzega chłopca)

Zakrystianin: Hej, synku!

(ksiądz odwraca się i spogląda na przybyłych)

KAPŁAN: Co to jest? Kim są ci ludzie?!

BOSKO: Spokojnie chłopcze…

KAPŁAN: (do bosko) Księże! Proszę Księdza!

BOSKO: Oni cię nie słyszą.

(Ksiądz i Bosko w tej samej akcji nie uczestniczą)

Zakrystianin: (do Bartłomieja) Hej synku! Będziesz służył do Mszy świętej.

Bartłomiej: Ale ja nie umiem.

Zakrystianin: A, Ty nicponiu! Jeżeli nie umiesz służyć do Mszy świętej to po co tu przychodzisz do zakrystii?

(łapie trzcinkę i zaczyna go okładać po głowie i plecach, Bartłomiej wyrywa się i wybiega)

bosko: (ostro do zakrystianina) Co robicie? Dlaczego tak bijecie tego biedaka?

Zakrystianin: A, bo nie umie służyć do Mszy świętej, a łazi po zakrystii!

bosko: Zawołajcie go, chcę z nim porozmawiać!

(Zakrystianin wprowadza Bartłomieja)

bosko: Czy byłeś już dziś na Mszy świętej?

Bartłomiej: Nie

bosko: Zostań więc na Mszy świętej i wysłuchaj jej uważnie, a potem pomówię z Tobą o pewnej sprawie, która sprawi Ci przyjemność (wychodzą).

Zakrystianin: Ach ten Ksiądz Bosko! Same kłopoty z Nim mam!

(wychodzi)

KAPŁAN: (do Bosko) Kto ??? Kto to był ???

BOSKO: Bosko. Ksiądz Bosko.

KAPŁAN: Ksiądz Bosko! Ale co to było? Przywidzenie?

BOSKO: Nie… To działo się naprawdę…

KAPŁAN: To jest niemożliwe…

BOSKO: To działo się bardzo dawno temu, a tym księdzem … byłem ja.

KAPŁAN: Kto… !!!

BOSKO: Tak, to ja. Kiedyś byłem młody.

KAPŁAN: Ale zaraz… Przecież…

( wchodzą Bartłomiej i bosko; bosko zdejmuje albę)

bosko: Mój przyjacielu (ksiądz przerywa i odwraca się) jak się nazywasz?

Bartłomiej: Bartłomiej Garelli.

bosko: Skąd pochodzisz?

Bartłomiej: Z Astii.

bosko: Ile masz lat?

Bartłomiej: Szesnaście

bosko: Umiesz czytać i pisać?

Bartłomiej: Nie, nie umiem.

bosko: A czym się zajmujesz?

Bartłomiej: jestem pomocnikiem murarskim.

bosko: A Twój ojciec i Twoja matka?

Bartłomiej: dawno oboje umarli.

bosko: Czy byłeś już u Komunii świętej?

Bartłomiej: Nie, nie byłem.

bosko: A spowiadałeś się?

Bartłomiej: Tak gdy byłem mały.

bosko: czy chodzisz na katechizm?

Bartłomiej: Nie mam już odwagi, bo koledzy śmieją się ze mnie.

bosko: A gdybym Cię osobno uczył katechizmu, czy przychodziłbyś?

Bartłomiej: Przyszedłbym bardzo chętnie, ale żeby nikt mnie nie bił…

bosko: Bądź spokojny (Ksiądz powoli wstaje). będziesz odtąd moim przyjacielem. Kiedy chcesz, abyśmy zaczęli?

(Ksiądz wolno podchodzi do bosko)

Bartłomiej: Kiedy Ksiądz zechce.

bosko: Choćby zaraz?

Bartłomiej: Tak, nawet i zaraz, z przyjemnością!

bosko: Dobrze. Chodź pójdziemy do mojego domu, tam nikt Cię nie zobaczy.

(Bartłomiej i bosko wychodzą; Ksiądz podbiega do stolika)

KAPŁAN: Dziękuję panu!!! (chce wybiegać)

BOSKO: Dokąd Ci się tak spieszy, chłopcze?

KAPŁAN: Do Niego!!! Muszę porozmawiać z Księdzem Bosko!!

BOSKO: Przecież z Nim rozmawiasz.

KAPŁAN: Ale ten młody… !!!

BOSKO: Już wszystko wiesz. Od początku wszystko wiedziałeś, ale zabrakło tej kropki nad „i”. teraz już jest. Możesz iść. Wiem, że dasz sobie radę.

KAPŁAN: Tak! Dziękuję Panu… Księdzu!

BOSKO: Powodzenia chłopcze! Jeżeli będziesz wierzył, na pewno uda Ci się.

(Ksiądz wybiega; po chwili wchodzi Dominik, podchodzi do stolika i siada na krześle)

DOMINIK: Można się napić, staruszku?

BOSKO: Owszem, proszę. (chce nalać herbatę, lecz chłopak wyciąga z plecaka butelkę Coli)

DOMINIK: Dzięki, tego mi było trzeba. Chcesz trochę?

BOSKO: Dziękuję, ale wolę coś… sprawdzonego. (nalewa herbatę)

DOMINIK: Dobra dziadku. Będę leciał. (wstaje) Żegnaj staruszku.

BOSKO: Raczej do widzenia.

DOMINIK: Nie sądzisz, bym tu jeszcze kiedyś zajrzał…

BOSKO: Możesz mi wierzyć, że wrócisz.

DOMINIK: A jakie masz staruszku podstawy by tak sądzić?

BOSKO: Mój nos.

DOMINIK: Raczej węch…

BOSKO: Bądź łaskaw i usiądź na chwilę! To był rok 187…

DOMINIK: Dziadku! Już wyrosłem z bajeczek na dobranoc!

BOSKO: Może jednak zechcesz posłuchać!?

DOMINIK: Dawaj, może nie zasnę…

BOSKO: jak już mówiłem było to w roku 1878. Przybył wtedy do Oratorium…

DOMINIK: Co to jest?

BOSKO: Oratorium? Miejsce, gdzie mogła się spotykać młodzież. Żyć, dorastać, uczyć się, bawić…

DOMINIK: Coś w rodzaju schroniska?

BOSKO: Coś w rodzaju Oratorium!!

DOMINIK: I co z tym Oratorium?

BOSKO: Spotkałem tam pewnego chłopca. Był trochę młodszy od Ciebie. Chciał obejrzeć Oratorium.

(na scenę wchodzi bosko i Albanello, Dominik ich nie widzi)

DOMINIK: No i co?

BOSKO: Obejrzał…

bosko: (do Albanella) Albanello. (Można założyć, że chłopiec wchodzi pierwszy i ogląda wyimaginowane obrazy; Dominik wolno ogląda się za siebie)

DOMINIK: (do Bosko) Nowi goście, staruszku?

BOSKO: Nie, ciąg dalszy opowieści.

bosko: Albanello.

Albanello: Skąd ksiądz wie jak się nazywam?

bosko: Po prostu wiem. Albanello, uklęknij, powinieneś się wyspowiadać…

DOMINIK: O co tu chodzi?

Albanello: Ale ja już kilka lat się nie spowiadałem…

bosko: Wiem, dlatego mówię Ci abyś się teraz wyspowiadał..

Albanello: Jednak musiałbym się trochę przygotować.

bosko: Nie potrzeba. Opowiem Ci historię całego twojego życia, ty osądzisz czy wszystko odgadłem.

DOMINIK: (do Bosko) Dziadku, o co tu biega?

BOSKO: Cztery dni temu byłeś w teatrze.

DOMINIK: Ja?!!

BOSKO: Tak. Przedstawienie było takie sobie. Nawet w czasie trwania spektaklu opuściłeś salę. Ale w twojej kieszeni nastąpiło cudowne rozmnożenie. I zamiast jednego numerka były… trzy. A przecież na dworze było zimno. A wczoraj w autobusie? Jedna osoba pożegnała się ze swoim portfelem.

bosko: (do chłopca) No i jak, Albanello, czy odgadłem?

DOMINIK: Tak…

Albanello: Aż za dobrze!

bosko: A teraz proś Boga o przebaczenie, a potem udzielę ci rozgrzeszenia.

DOMINIK: (do Bosko) Jak?… W jaki sposób to odgadłeś?

Bosko: Ja po prostu wiem. Wiem, co tylko chcę wiedzieć.

(chłopiec wstaje, bosko kładzie rękę na jego głowie)

bosko: To nie wystarczy, Albanello. Matka Boża chce, abyś powrócił do Oratorium, został u księdza Bosko, który ci da strój kleryka i wyśle jako misjonarza.

Albanello: Zobaczymy…

bosko: Tak, zobaczymy… I przekonasz się, czy nie zgadłem.

9obaj wychodzą)

DOMINIK: Kto to był?

BOSKO: Ksiądz Bosko. Ja w sumie także noszę to nazwisko.

DOMINIK: I jesteś dziadku księdzem?

BOSKO: Tak myślę.

DOMINIK: Jesteś krewnym tego księdza Bosko, który był tu przed chwilą?

BOSKO: Tak, nawet bardzo bliskim krewnym.

(Dominik wstaje)

BOSKO: Polubiłeś bajki?

DOMINIK: Na to wygląda. Powiedz mi dziadku, co się stało z tym chłopcem?

BOSKO: Został księdzem i cztery lata później wyjechał na misje do Brazylii.

DOMINIK: A skąd znasz dziadku tę opowieść?

BOSKO: Nie uwierzysz mi!

DOMINIK: Spróbuj.

BOSKO: Tym młodym księdzem… byłem ja! Nie jesteś zdziwiony?

DOMINIK: Nie… Już nic nie jest mnie w stanie zdziwić… No to żegnaj staruszku.

BOSKO: Jak już mówiłem do widzenia.

DOMINIK: A tak, tak… (odchodzi)

(wchodzi KELNER, na tacę zbiera szklanki)

BOSKO: Czy mógłby Pan zostawić te dwie? I dzbanek?

(KELNER spogląda na zegarek)

KELNER: Tylko niech Pan szybko pije. Zaraz zamyka. (wychodzi)

(na scenie pojawia się DZIEWCZYNA, ubrana jednoznacznie)

DZIEWCZYNA: (podchodząc do stolika) To chyba Pan. (efekt lepszy gdy zgrabnie zasiądzie na stoliku obok BOSKO i założy nogę na nogę; wskazania spódniczka) Bosco…

BOSKO: Bosko…

DZIEWCZYNA: Bosko to nam będzie później. (jeżeli siedziała to wstaje) Albo i nie. Przyjaciel dał mi Pana nazwisko i powiedział, że będzie Pan tu siedział, przy stoliku.

BOSKO: Pani przyjaciel?

DZIEWCZYNA: Nie, mówił, że jest Pana przyjacielem.

BOSKO: No tak, teraz to mam wielu przyjaciół. Nawet więcej niż za życia.

DZIEWCZYNA: Dobry żart. Można?

BOSKO: Tak, proszę. (nalewa herbatę) A jak wygląda ten przyjaciel?

DZIEWCZYNA: (opisuje dowolnie wybraną osobę)

BOSKO: Żyjący przyjaciel?

DZIEWCZYNA: Jak najbardziej. (po chwili) To co zrobimy dziadku?

BOSKO: Najpierw chciałbym się dowiedzieć, czy nie masz jakichś problemów?

DZIEWCZYNA: Mam, jak każdy. Brak gotówki.

BOSKO: A w czym ja mógłbym tobie pomóc?

DZIEWCZYNA: Chyba tylko w gotówce. (krytyczne spojrzenie)

BOSKO: No tak… a czy myślałeś o swoim przyszłym życiu?

DZIEWCZYNA: Nie rozumiem.

BOSKO: O nagrodzie za to życie, teraz i tutaj?

DZIEWCZYNA: Nie. Gdybyś myślała, to umarłabym z grobu.

BOSKO: Ale może dostąpiłabyś zbawienia…?

DZIEWCZYNA: Dziadku nie przeceniaj mnie. Wystarczy mi skromne życie, nie muszę być od razu świętą.

(dwie osoby wnoszą na scenę Karola, kładą, wychodzą)

BOSKO: Ale w ten sposób możesz zostać potępiona!

DZIEWCZYNA: Czyli dostanę się do piekła? I to ma mnie przekonać do rzucenia zawodu i życia w głodzie??

BOSKO: Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale była to chyba połowa XIX wieku.

DZIEWCZYNA: Bez przesady, dziadku!

BOSKO: Tak. Dokładnie początek 1849. Ciężko wtedy zachorował mój podopieczny, na imię miał Karol. Nie było mnie wtedy w mieście, a jak wróciłem to powiedzieli mi, że już nie żyje.

DZIEWCZYNA: Dziadku, ty to mówisz serio?

(zza sceny głos: może należeć do Zakrystianina)

Zakrystianin: (zza sceny) Za późno, księże Bosko… Za późno. (na scenę wchodzą: Zakrystianin i Bosko) Karol umarł dziś w nocy.

DZIEWCZYNA: (do BOSKO) Ależ ty jesteś Bosko!

BOSKO: Bosko!!

bosko: On nie umarł. Tylko śpi…

(wchodzi kobieta)

Kobieta: Tak, tak! Biedny Karolek! Umarł na pewno! Już go nie ma!

DZIEWCZYNA: Dziadku czy mógłbyś mi powiedzieć, co oni tu robią?

bosko: (do kobiety i mężczyzny) Chodźmy zobaczyć, czy umarł. (podchodzą do chłopca) Odejdźcie na chwilę. Zostawcie mnie z nim samego. (kobieta i mężczyzna wychodzą) Karolku, wstań.

Karol: (podnosząc się) gdzie ja jestem? O księże Bosko…! To naprawdę ksiądz! Żeby ksiądz wiedział, jak tęskniłem za księdzem! Potrzebuję księdza. Dobrze ksiądz zrobił, budząc mnie!

DZIEWCZYNA: (do Bosko) To ty dziadku, księdzem??!!

bosko: jestem tu dla ciebie. Mów, czego pragniesz.

Karol: Ach księże Bosko, miałem być w piekle! Przy ostatniej spowiedzi nie śmiałem wyznać jednego grzechu. A teraz miałem przerażający sen. Śniło mi się, że jestem na skraju olbrzymiego paleniska, wielu szatanów mnie spychało, chcieli mnie do niego wrzucić. nagle usłyszałem księdza głos. Chcę się wyspowiadać.

bosko: Dobrze.

DZIEWCZYNA: (do Bosko) Jak to zrobiłeś, dziadku? Przecież… przecież, gdybyś to był ty, miałbyś teraz ponad sto lat.

BOSKO: Nawet sto pięćdziesiąt.

DZIEWCZYNA: Ale człowiek nie może tyle dożyć!

BOSKO: Z tego wynika, że…

DZIEWCZYNA: …że ty nie żyjesz?

BOSKO: Brawo. Czyli?

DZIEWCZYNA: Czyli… czyli… !

bosko: (do kobiety i mężczyzny) Mogą już państwo wejść!

(wchodzą ściskają chłopca)

Karol: Ksiądz Bosko mnie uratował! Źle się spowiadałem, ale ksiądz Bosko ocalił mnie od piekła!

bosko: Jesteś teraz w stanie łaski uświęcającej. Niebo dla ciebie otwarte. Czy chcesz tam iść? Czy chcesz pozostać na ziemi?

Karol: Pragnę iść do nieba! (do kobiety) Do zobaczenia w niebie mamo… (umiera)

(w trakcie dalszej rozmowy dwie osoby wynoszą Karola ze sceny; pozostali, czyli: kobieta, mężczyzna i bosko wychodzą)

DZIEWCZYNA: Czy to dzieje się naprawdę?

BOSKO: A czy ja jestem tu naprawdę?

DZIEWCZYNA: Tak.

BOSKO: A to stało się blisko sto pięćdziesiąt lat temu…

DZIEWCZYNA: Dziadku…

BOSKO: Tak…

DZIEWCZYNA: A jak jest w niebie?

BOSKO: Niczego ci nie brakuje, o nic nie musisz się martwić…

DZIEWCZYNA: jest dużo forsy?

BOSKO: Nie. To nie jest życie. To jest stan. Zobacz. czy pamiętasz jak czujesz się w chwili radości, szczęścia?

DZIEWCZYNA: Tak. jest wtedy wspaniale, czuję się lekka, że prawie mogłabym fruwać, chciałabym, żeby wszyscy byli tak szczęśliwi, jak ja. (ewentualnie można coś dodać od siebie, co by wyglądało bardziej autentycznie)

BOSKO: Tak właśnie jest w niebie. (wstaje)

DZIEWCZYNA: A skąd wiesz?

BOSKO: Bo mieszkam tam na stałe. ( wyjmuje kartkę i długopis i pisze słowa „Do zobaczenia w niebie, księże”) A ty dokąd idziesz?

DZIEWCZYNA: A dokąd mogę?

BOSKO: Możesz wszędzie. Wybór należy do Ciebie. Możesz albo wszystko wygrać, albo przegrać. Nie ma remisu. (odchodzi) Aha (odwraca się) Chyba nie będziesz miała mi za złe, że odchodzę pierwszy, ale my w niebie nie używamy ziemskich rzeczy.

(na końcu sceny BOSKO spotyka KELNERA i ręką wskazuje stół; kelner podchodzi do stolika, kładzie kawałek kartki)

DZIEWCZYNA: Co to?

KELNER: Tamten Pan powiedział, że Pani zapłaci.

DZIEWCZYNA: Tak, w niebie muszą być naprawdę szczęśliwi ludzie 9płaci, wstaje i wychodzi)

(wbiega DOMINIK, ubrany w sutannę, może mieć tylko koloratkę; podbiega do stolika)

DOMINIK: Nie widział Pan takiego starszego człowieka?

KELNER: Wyszedł.

DOMINIK: A nie zostawił żadnej wiadomości? (Kelner wskazuje na kartkę pozostawioną przez Księdza Bosko)



KELNER: Może to? 9pozbierawszy szklanki wychodzi)

DOMINIK: (czyta) Do zobaczenia w niebie księże!? Skąd On mógł wiedzieć…


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość