Strona główna

Deputowany niemieckiej cdu jochen-Konrad Fromme ostrzegł polski rząd przed atakowaniem Niemiec podczas kampanii wyborczej, gdyż może to jego zdaniem zaszkodzić stosunkom polsko-niemieckim


Pobieranie 106.18 Kb.
Data18.06.2016
Rozmiar106.18 Kb.
Kolejny raz komnaty zamku Donnersmarcków w Nakle Śląskim wypełnił tłum gości. Tym razem przybyli na spotkanie pt. „Historia szkolnictwa na Śląsku” organizowane przez Ruch Autonomii Śląska, Przymierze Śląskie oraz Starostwo Powiatowe w Tarnowskich Górach. Interesujący wykład dotyczący powstania i rozwoju szkolnictwa na Śląsku od pradziejów aż po lata 40te XX wieku wygłosił dr Marek Smuda z zabrzańskiego koła RAŚ. Licznie zgromadzeni goście z uwagą wysłuchali referatu i aktywnie wzięli udział w dyskusji. Dyskusja była żywa i przerywana wybuchami śmiechu, który często gościł na twarzach zebranych gdy wspominali swe młode lata spędzone w szkolnych murach. Przekrój wiekowy gości przybyłych do Nakła pozwolił poznać szkolne opowiastki z różnych okresów. Były opowieści jak było „za stary Polski”, a „jak za Niymca” czy też z lat 70tych XX wieku.

Oprócz wykładu organizatorzy przewidzieli niespodziankę. Pierwszoklasiści z Nakła Śląskiego zostali obdarowani tytami, które miejmy nadzieję osłodzą im pierwsze szkolne dni.

Spotkaniu towarzyszyła wystawa starych podręczników, świadectw szkolnych z kolekcji Ireny i Romana Gatysów. Dzięki temu dzieci mogły zobaczyć z jakich książek uczyli się ich dziadkowie, a to wszystko okraszone gawędą pana Gatysa.

Miejmy nadzieję, że kolejne spotkanie w nakielskim zamku będzie równie udane, a rozmowy i dyskusje przeciągną się do późna tak jak w ten czwartek.

"Temat roszczeń został wyreżyserowany"

Deputowany niemieckiej CDU Jochen-Konrad Fromme ostrzegł polski rząd przed atakowaniem Niemiec podczas kampanii wyborczej, gdyż może to - jego zdaniem - zaszkodzić stosunkom polsko-niemieckim.

"Polski rząd grozi od kilku dni Niemcom ogromnymi roszczeniami odszkodowawczymi za utracone dobra kultury, pod pretekstem odpierania roszczeń niemieckiego rządu w tej dziedzinie. Temat ten został przez stronę polską wyreżyserowany, tak aby móc przedstawić się w polityce wewnętrznej jako obrońca przed »złymi Niemcami«" - napisał Fromme w komunikacie wydanym w Berlinie.

Polityk CDU kieruje zespołem roboczym "Wypędzeni, uchodźcy i przesiedleńcy", działającym w ramach klubu parlamentarnego CDU/CSU. Fromme podkreślił, że ani niemiecki rząd, ani też Bundestag nie wysuwają wobec Polski żadnych roszczeń dotyczących restytucji dóbr kultury. Prawdą jest natomiast, że ambasador Tono Eitel w imieniu rządu od 15 lat rozmawia z polskimi partnerami o "pielęgnowaniu i zachowaniu oraz wymianie kulturalnych skarbów" obu narodów - dodał poseł CDU. Eitel, negocjator ds. zwrotu niemieckich dóbr kultury, był ambasadorem Niemiec przy ONZ.

Fromme zaznaczył, że rozmowy o dobrach kultury opierają się na polsko-niemieckim traktacie o współpracy i przyjaźni z 1991 r. Po zmianie rządu w Polsce w 2005 r. negocjacje zostały zerwane.

"Nie można mówić o niestosownym postępowaniu strony niemieckiej. Chodzi raczej o próbę nadużycia przez rząd PiS relacji niemiecko- polskich do walki wyborczej" - ocenił Fromme, przypominając zarzut premiera Jarosława Kaczyńskiego wobec Platformy Obywatelskiej, że jest zbyt uległa wobec Niemiec.

Stałe negatywne mówienie o Niemcach grozi wyrządzeniem szkód stosunkom między sąsiadami - uważa Fromme. "Polski rząd powinien trzymać się zasady: w czasie walki wyborczej zostawić w spokoju stosunki niemiecko-polskie" - napisał deputowany CDU.

Polska minister spraw zagranicznych Anna Fotyga w wywiadzie dla poniedziałkowego wydania "Gazety Wyborczej" wyraziła zaniepokojenie wypowiedziami ambasadora Eitela, gdyż - jak się wyraziła - "odwracają one logikę naszych dyskusji z władzami niemieckimi z ostatnich miesięcy". "Nasze straty szacujemy na 20 mld dol., proszę policzyć sobie, ile to będzie dzieł sztuki" - powiedziała, zapewniając, że Polska nie uchyli się od dyskusji na ten temat. "Weryfikuję polskie stanowisko i proszę ministra kultury o cały precyzyjny spis strat" - powiedziała Fotyga. Niemieckie media, w tym dziennik "FAZ", uznały wypowiedź Fotygi za żądanie odszkodowania w wysokości 20 mld dolarów.
http://wiadomosci.onet.pl/1596697,12,item.html

Opole w czołówce kraju

Opole w trójce najbogatszych miast w Polsce. W rankingu tygodnika samorządowego "Wspólnota" Opole uplasowało się na trzecim miejscu wśród miast wojewódzkich. "Podsumowanie, jakie przygotował tygodnik, pokazuje sumę, którą jako miasto mamy do dyspozycji" - mówi rzecznik prezydenta Opola, Mirosław Pietrucha.


"Z pozyskanych środków europejskich wybudowaliśmy między innymi kanalizację, dokończyliśmy obwodnicę północną miasta, stadion lekkoatletyczny czy wiadukt przy ulicy Niemodlińskiej" - mówi Pietrucha. Zaznacza też, że budżet Opola z roku na rok jest coraz większy.


Dochód budżetu Opola w przeliczeniu na jednego mieszkańca wyniósł w 2006 roku ponad 3693 złote. Pierwsze miejsce zajęła Warszawa – 4735 złotych, drugie Wrocław - 3831 złotych.


Magdalena Luniak

http://www.radio.opole.pl/wiadomosci,19765.html

Zmiany w herbie i fladze Namysłowa?

Śląski orzeł bez srebrnej przepaski, zły kształt tarczy herbowej, zamiast jednej - pięć róż - symbole Namysłowa zawierają kilka błędów. Podczas dzisiejszej (29.08) sesji radni zadecydują czy je zmieniać. "Na nieprawidłowości zwróciła uwagę Komisja Heraldyczna przy Ministerstwie Kultury" - wyjaśnia Michał Ilnicki, starosta namysłowski.


Co na to mieszkańcy powiatu? Zdania są podzielone.


Na zmiany trzeba będzie przeznaczyć około 10 tysięcy złotych. Zdaniem starosty taki wydatek jest potrzebny.


Jeśli radni przyjmą uchwałę, zmieniona będzie też flaga Namysłowa. Dominującą barwą ma być zieleń.


Maciej Stępień

http://www.radio.opole.pl/wiadomosci,19763.html

29/08/2007

Burzliwa sesja
Burzliwy przebieg miała sesja  Sejmiku Województwa Śląskiego.  Najpierw marszałek województwa - Janusz Moszyński postulował o odwołanie swojego zastępcy - Sławomira Kowalskiego. Wniosek jednak został skreślony z porządku obrad i Sławomir Kowalski nadal będzie pełnił obowiązki. Na koniec posiedzenia, radni Platformy Obywatelskiej złożyli wniosek o odwołanie... marszałka Janusza Moszyńskiego.
Według radnej PO – Martyny Starc wniosek pojawił się, ponieważ marszałek za wszelką cenę próbuje zablokować jakiekolwiek ponadpartyjne porozumienie w samorządzie województwa.
Marszałek Janusz Moszyński decyzją partii z której się wywodzi nie był zdziwiony.
To już druga próba odwołania Moszyńskiego przez radnych jego  macierzystej partii. Pierwszy wniosek PO złożyła w maju, ale  wycofała go miesiąc później w związku z brakiem poparcia innych  klubów. Marszałek, który już wcześniej utracił rekomendację  Platformy, wystąpił wówczas z PO.  
Wczorajszy wniosek o odwołanie marszałka podpisał komplet 8 radnych LiD, a także 16 z 17 radnych PO (zabrakło podpisu trenera Antoniego Piechniczka). Do odwołania Moszyńskiego brakuje wnioskodawcom 5 głosów.
Moszyński naraził się PO, gdy wiosną próbował zorganizować  wraz z prezydentem Gliwic Zygmuntem Frankiewiczem konferencję  programową Platformy na Śląsku. Konferencja, określana jako  rozłamowa, ostatecznie nie doszła do skutku. Ponadto jako marszałek nie wystąpił o odwołanie jednego ze swoich zastępców, czego chciała Platforma. Wniosek o odwołanie marszałka Moszyńskiego będzie głosowany za miesiąc.

Radio Katowice juszkiewicz@radio.katowice.pl



Bez walk partyjnych
Ponadpartyjne stowarzyszenie pod nazwą Samorządowa Inicjatywa Obywatelska powołali działacze samorządowi z województwa śląskiego. Twórcy inicjatywy chcą, aby samorząd mógł działać stabilnie i był wolny od walk partyjnych.
"Nie ma naszej zgody na dewaluowanie pojęcia "dobra wspólnego". Na niszczenie poczucia bezpieczeństwa i stabilności. Na zastępowanie solidnej pracy na rzecz śląskiej społeczności walkami partyjnymi, które obywatelom tej ziemi nie przynoszą żadnego pożytku" - napisali samorządowcy w opublikowanej we wtorek deklaracji ideowej.
Powołanie stowarzyszenia zapowiedział w lipcu tego roku marszałek woj. śląskiego Janusz Moszyński, który w wyniku wewnątrzpartyjnego konfliktu odszedł z Platformy Obywatelskiej; partia cofnęła mu rekomendację do pełnienia funkcji. Pozostał jednak marszałkiem, ponieważ PO i współpracujący z nią klub Lewicy i Demokratów, nie mają wystarczającej większości głosów, aby go odwołać.
Jak podkreślił marszałek Moszyński, dla członków stowarzyszenia ważna jest wspólna praca na rzecz regionu, a nie partyjne przepychanki.
Podczas wczorajszego spotkania przyjęto statut stowarzyszenia, deklarację ideową oraz zdecydowano o złożeniu do sądu dokumentów rejestracyjnych.

Radio Katowice juszkiewicz@radio.katowice.pl


Prowokacja hitlerowska we wsi Stodoły to jeden z zapomnianych epizodów II wojny światowej


31 sierpnia 1939 roku, koło godziny ósmej wieczorem, mieszkańcy niemieckiej wsi koło Rybnika usłyszeli głośne krzyki w języku polskim. Uzbrojona grupa mężczyzn wyszła z lasu i skierowała się w stronę przygranicznej strażnicy. Napastnicy śpiewali na całe gardło polskie pieśni, wychwalali ministra Józefa Becka i wygrażali Hitlerowi. Wioska zamarła, ludzie pochowali się w domach. Grupa otworzyła ogień, ostrzelano budynek celny, opór był słaby. Ktoś ogłosił, że teraz strażnica należy do Polski, bo opanowali ją powstańcy śląscy.

- Ludność była całkowicie zaskoczona, nikt się nie spodziewał takiego ataku. Gdy wszystko ucichło, w polu na granicy zostało kilkanaście ciał w niemieckich i polskich mundurach - mówi dr Bogdan Kloch, dyrektor Muzeum w Rybniku, który pochodzi z tych okolic.

Wiadomość o napadzie Polaków na niemiecką strażnicę natychmiast poszła w świat. Oficjalna agencja prasowa Deutsches Nachrichtenbuero jeszcze tej samej nocy ogłosiła, że 31 sierpnia silnie uzbrojone polskie grupy wtargnęły na terytorium niemieckie. Zginęli obrońcy niemieckich placówek: radiostacji w Gliwicach i komory celnej w Stodołach (Hochlinden).

1 września 1939 Hitler mógł powiedzieć: "Polacy nie mają zamiaru respektować granic państwa niemieckiego. Aby położyć kres tym szaleństwom, nie pozostaje nic innego, jak na gwałt odpowiedzieć gwałtem". Wybuchła wojna.



Wspólny kryptonim

Dzisiaj Stodoły to jedna ze spokojniejszych dzielnic Rybnika, nadal otoczona lasami. Zachował się też nienaruszony budynek strażnicy, który odegrał tak ważną rolę w dziejach II wojny światowej. Nikt go jednak nie kojarzy z wojennymi wydarzeniami.

- Po wojnie o Stodołach prawie nie wspominano w publikacjach, informacje o tym oszustwie są rzadkością. Szkoda, bo to interesująca historia - stwierdza dr Kloch.

Co naprawdę wydarzyło się w Stodołach? Dzisiaj już wiadomo, że była to prowokacja przygotowana przez tych samych esesmanów, którzy kierowali napadem na gliwicką rozgłośnię. Obie akcje nosiły wspólny kryptonim "Tannenberg". Działaniami w Gliwicach miał kierować esesman Alfred Naujocks, jeden z najlepszych hitlerowskich specjalistów od spraw sabotażu i prowokacji. Odpowiednie przeszkolenie przeszedł też esesman Josef Grzimek, któremu powierzono napad na strażnicę.

Heydrich podał hasła: "Mały głuszec" był sygnałem dla dowódcy napadu na Stodoły, "Wielki głuszec" - wezwaniem do zajęcia pozycji wyjściowych, "Agata" - rozkazem rozpoczęcia akcji.

Trudne pytania

Do ataku na komorę celną w Stodołach i radiostację w Gliwicach doszło w tym samym czasie - w czwartek 31 sierpnia, około godz. 20. Gdy grupa esesmanów udających Polaków ostrzeliwała celników, inni Niemcy wdarli się do rozgłośni i nadali komunikat, że znalazła się w rękach polskich. Wydarzenia gliwickie przesłoniły jednak napad w Stodołach; to one stały się inspiracją dla pisarzy i reżyserów, chociaż akcja w podrybnickiej wsi jest równie godna uwagi.

Hitlerowcy mieli mało czasu na przygotowanie prowokacji na pograniczu polsko-niemieckim, zaledwie miesiąc. Mylili się w szczegółach. Nie sprawdzili, że rozgłośnia gliwicka nadaje program z Wrocławia i nie można nadawać bezpośrednio z wieży radiostacji. Ale czas naglił, Hitler chciał wojny. Pretekst do ataku wymyślił mu Reinhard Heydrich, szef Służby Bezpieczeństwa SS.

Później władze III Rzeszy uznały, że prowokacje były jednak szyte zbyt grubymi nićmi. Potrzebne, ale tak głupie, że trudno w nie uwierzyć. Nikt nie zamierzał odpowiadać opinii międzynarodowej na trudne pytania. Na przykład - dlaczego trupy w Stodołach były w polskich mundurach, skoro napastnikami byli rzekomo powstańcy śląscy, którzy ich nie nosili? Kim byli zabici Niemcy, których wcześniej w Stodołach nikt nie widział, nie chronili przecież komory celnej?



Gestapo czuwało

Wymyślone przez Heydricha zadanie mieli wykonać esesmani, którzy znali język polski. Znaleziono 250 kandydatów, wszyscy trafili do tajnego ośrodka SS w Bernau pod Berlinem. O sprawie nie wolno było im rozmawiać pod groźbą kary śmierci.

- Heydrich powiedział mi, że dla zagranicznej prasy i niemieckiej propagandy potrzebny jest dowód agresywnego działania ze strony Polski - przyznał Naujocks dopiero w Norymberdze.

Operacją zainteresowało się też gestapo. Jego szef Heinrich Mueller zaproponował udział "konserw", czyli więźniów przywiezionych z obozów koncentracyjnych i aresztów, którzy mieli zginąć na miejscu wydarzeń. W największej tajemnicy wyznaczono kilkanaście osób. Szef gestapo podkreślał, że "trupy muszą być świeże".

Udało się ustalić, że martwy mężczyzna, którego pozostawiono w gliwickiej radiostacji, to Franciszek Honiok ze wsi Łubie pod Gliwicami, powstaniec śląski, aresztowany 30 sierpnia. Zginął od strzału w głowę. Nie wiadomo do dzisiaj, kim byli mężczyźni, których znaleziono w Stodołach.

Naujocks twierdził, że gestapo nie uprzedziło go o "konserwach", dlatego był zaskoczony ciałem Honioka, leżącym przy budynku rozgłośni. Film produkcji NRD z 1961 roku oparty na wydarzeniach w radiostacji "Sprawa Gliwic" pokazuje jednak, jak Naujocks dobija zbędnego świadka. Esesman nigdy się do tego nie przyznał.

Prowokatorzy w Stodołach również nie kryli zaskoczenia na widok tak licznych ofiar. Nikt z grupy Grzimka nie zginął, nie zabijano też strażników. Skąd więc tyle trupów? Wiadomo już, że zajęło się tym gestapo, które czuwało nad całą akcją. Ciężarówkami z wygaszonymi światłami dowieziono oszołomionych zastrzykami więźniów do Stodół i tam zastrzelono.

Musi być odwet

Niemcy podnieśli krzyk - polscy szaleńcy wtargnęli na ziemie niemieckie. Na całą Rzeszę z Wrocławia nadawał wiadomość niejaki Teofilek, czyli hitlerowiec Hans Hamman. Pierwszy rozgłosił, że Polacy dokonali ataku na strażnicę niemiecką pod wioską Stodoły i żądał odwetu.

Grzimek po wojnie trafił do rzeszowskiego więzienia; przyznał się do ataku na Stodoły. Potwierdził, co zeznawał Naujocks. Władcy III Rzeszy nie chcieli jednak wracać do sprawy, która spełniła swoją rolę, a teraz ich ośmieszała. I być może o prowokacjach na pograniczu polsko-niemieckim nikt by nie pamiętał, gdyby nie Hermann Goering.

To on ogłosił w rozmowie ze szwedzkim przemysłowcem, który kontaktował się z rządem Wielkiej Brytanii, że właśnie napaść na radiostację w Gliwicach była bezpośrednią przyczyną ataku na Polskę. Wywiad brytyjski zainteresował się tym napadem i ujawniono prawdę. Odtąd gliwicka radiostacja zyskała ponurą sławę miejsca, które zmieniło losy świata.

Powinna dzielić ją ze Stodołami, ale historycy długo nie potrafili nawet umiejscowić tej wsi na mapie. Tylko niemiecki Instytut Wiedzy o Zagranicy w 1940 roku podał prawidłowo, że miejscowość ze strażnicą, na którą napadli Polacy, znajduje się w powiecie raciborskim, na trasie Rybnik-Chwałowice-Rudy.

Dobro i zło

W Stodołach początek wojny był fatalny i koniec również. W 1945 roku żołnierze Armii Czerwonej rozstrzelali tutaj dziesięciu zwykłych mieszkańców.

Tu zaczęło się zło, ale dzielnica woli pamiętać o tym, co dobre. W budynku niedaleko przeklętej strażnicy jest dom, w którym mieszkał Karol Wojtyła. Młody ksiądz odwiedzał w Stodołach swoją ciotkę Stefanię Wojtyłę, nauczycielkę polskiego. Znał historię wsi. Podobno często spacerował po lasach, a gdy wracał, długo się modlił, leżał krzyżem. Tablica w Stodołach upamiętnia jego modlitwę.

http://katowice.naszemiasto.pl/wydarzenia/764434.html

Kobiety Habsburgów
Z udziałem arcyksiężnej Marii Krystyny Habsburg oraz wysłannika króla Hiszpanii, w Żywcu została otwarta wystawa: Kobiety Habsburgów. Ekspozycje przygotowano z okazji 100 rocznicy kilkudniowego pobytu w mieście Królowej Hiszpanii, Marii Krystyny, siostry właściciela dóbr żywieckich - Karola Stefana Habsburga. Była ona dwudziestą trzecią Królową Hiszpanii, prababką obecnego króla tego kraju oraz matką chrzestną - arcyksiężnej Marii Krystyny Habsburg z Żywca.
Wystawa prezentuje sylwetki wybranych Habsburżanek jak i kobiet, które weszły do domu Habsburskiego. Ukazuje historię i genealogię rodu od średniowiecza, ze szczególnym uwzględnieniem i podkreśleniem kobiet, które odegrały istotną rolę w historii tej dynastii. Na wystawie prezentowane są również fotografie ze zbiorów prywatnych Arcyksiężnej Marii Krystyny Habsburg z Żywca, dotychczas niepublikowane. Wieczorem na dziedzińcu Starego Zamku w Żywcu pokazany został film: Księżna Pani, którego autorkami są Anna Sekudewicz i Grażyna Ogrodowska.

Radio Katowice juszkiewicz@radio.katowice.pl


Noblistka ma swoją ulicę w centrum Katowic

tm
2007-08-31, ostatnia aktualizacja 2007-08-31 21:04

Wybudowana niedawno ulica łącząca Sądową z Grundmanna nie jest już bezimienna. Od piątku jej patronką jest Maria Goeppert-Mayer.


Inicjatywa uhonorowania pochodzącej z Katowic noblistki wyszła od uczniów Liceum im. Kopernika w Katowicach. Zaczęli od zbierania materiałów, z których przygotowali poświęconą jej stronę internetową. Ku swojemu zaskoczeniu zorientowali się, że poza skromną tablicą pamiątkową na kamienicy przy Młyńskiej w Katowicach daremno by szukać śladów po tym wybitnym naukowcu.

Dzięki ich staraniom rada miejska postanowiła nazwać imieniem noblistki nową ulicę w centrum miasta. W piątek w samo południe odbyła się uroczystość odsłonięcia tablic, był na niej obecny zięć noblistki - Donat Wenzel, astrofizyk z Uniwersytetu Maryland.

W Katowicach Goeppert-Mayer spędziła tylko wczesne dzieciństwo, bo w 1909 r., trzy lata po jej urodzeniu, rodzina przeprowadziła się do Getyngi, gdzie ojciec Marii objął profesurę. Córka poszła w jego ślady, wybrała karierę naukową. W Getyndze obroniła doktorat z fizyki kwantowej. Prawdziwe sukcesy odniosła jednak dopiero w Stanach Zjednoczonych, gdzie wyemigrowała w latach 30. W 1963 roku spotkało ją największe wyróżnienie, za prace nad teorią jądra atomowego dostała Nobla. W 1969 roku zaproszono ją do Polski w setną rocznicę urodzin innej noblistki - Marii Skłodowskiej-Curie. Wtedy też prawdopodobnie odwiedziła rodzinne Katowice.

http://miasta.gazeta.pl/katowice/1,35019,4450959.html

Wrzesień 1939 roku na Śląsku wyglądał inaczej, niż utrwaliły to legendy...


Dziennik Zachodni: Śląski wrzesień doczekał się pięknych opowieści. O wzruszającej obronie Wieży Spadochronowej w parku Kościuszki, o zaciekłych walkach w Domu Powstańca. O dziewczynie w sukience w grochy, która strzeliła do esesmana, podając mu bukiet kwiatów. Czy to wszystko prawda?

Zygmunt Woźniczka: Śląsk potrzebował takich historii dla pokrzepienia serc polskich patriotów. Była to reakcja na głoszone wieści o całkowitej niemieckości Śląska, o radosnym powitaniu armii hitlerowskiej i o tym, że polski opór był słaby. Legendy pogłębiała polska inteligencja na Śląsku, między innymi pisarz Kazimierz Gołba czy działacz narodowościowy, AK-owiec Alojzy Targ. Oni wiedzieli, jak w trudnych czasach potrzebne są takie symbole. A dzisiaj nie jest łatwo oddzielić prawdę od mitów.



DZ: Generał Ferdinand Neuling, który wkraczał do Katowic 4 września, podawał w swoich meldunkach, że katowiczanie witali go owacjami, a opór w parku Kościuszki zdławiono jednym działem. Były różne incydenty obronne, ale mało ważne. Czy Wehrmacht przyjmowano na polskim Śląsku z otwartymi ramionami?

ZW: Meldunki Neulinga, które w Freiburgu odnalazł prof. Ryszard Kaczmarek u Uniwersytetu Śląskiego, to ważne źródło, ale trzeba je konfrontować z innymi. Są to meldunki dowódcy dywizji, dla którego walki w obronie Katowic były epizodem, bo toczyły się na szczeblu kampanii i były krótkotrwałe. Po stronie polskiej broniły się niewielkie kilkudziesięcioosobowe grupy. Ponadto należy pamiętać, że Neuling był zawodowym wojskowym i dla niego - dowódcy dywizji liczącej tysiące żołnierzy, były to walki mało istotne.



DZ: I dlatego nie poświęcił im zbyt dużo uwagi?

ZW: Fakty te potraktował lakonicznie. Na przykład nie podał, kto bronił wieży spadochronowej i parku Kościuszki czy Domu Powstańca. Natomiast dla nas te dane są teraz bardzo ważne. W dodatku obrońcy nie byli wojskowymi z regularnej armii. Cywilów, harcerzy czy powstańców nie chroniła konwencja genewską i dla Niemców byli zwykłymi bandytami, których można było bezkarnie rozstrzeliwać. Dlatego też o obrońcach wieży spadochronowej nie mamy wiarygodnych relacji. Gdyby bronili jej żołnierze regularnej armii polskiej, to zgodnie ze wspomnianą konwencją, trafiliby do niewoli. Tak jak obrońcy Węgierskiej Górki, którzy zadali przecież Niemcom ogromne straty, ale przeżyli obozy jenieckie. Po wojnie mogli dać sprawozdanie z tamtych wydarzeń. Cywilów stawiających opór Niemy zabijali na miejscu.



DZ: Dlaczego obronę Katowic musieli wziąć na siebie harcerze i ochotnicy?

ZW: Grupa Operacyjna Śląsk, dowodzona przez gen. Jana Jagmin Sadowskiego, wchodząca w skład Armii "Kraków", wycofała się ze Śląska 3 września. A razem z nim zorganizowane jednostki, grupy powstańców i harcerze. W Katowicach pozostali tylko ci, do których nie dotarł rozkaz o odwrocie, albo odpowiednio przeszkolone grupy specjalne. Decyzję o odwrocie podjął przygnębiony klęskami i obawiający się okrążenia dowódca Armii Kraków gen. Antoni Szylling. Było to już po zaciętych walkach pod Mikołowem, Wyrami i Kobiórem. Ta decyzja do dzisiaj budzi kontrowersje: z jednej strony Szylling ocalił żołnierzy, którzy potem wykazali się w walkach pod Tomaszowem Lubelskim i Lwowem, zadając Niemcom poważne straty. Z drugiej jednak strony, zrezygnowano. z możliwości zamknięcia się GO Śląsk i podjęcia przez nią obrony okrężnej.



DZ: Byliśmy do tego przygotowani?

ZW: I to dobrze. Obok fortyfikacji na Śląsku była tu równie silna jak w Warszawie obrona przeciwlotnicza, która przez pierwsze dni września paraliżowała niemieckie naloty. Do tego dochodzą sprawnie zorganizowane oddziały powstańcze i harcerskie, zaplecze mobilizacyjne w postaci załóg robotniczych. Obrona okrężna wojsk polskich zatrzymałaby impet niemieckiego i dała czas reszcie sił Armii Kraków na odskoczenie od nieprzyjaciela. Z drugiej jednak strony doszłoby do zniszczenia okrążonych wojsk i dużych strat w okręgu przemysłowym. Bilans zysków byłby jednak większy od pasywów. Nie tylko w sztabie Armii Kraków nie dostrzeżono tej szansy.



DZ: Polskie wojsko jednak się wycofało, a wcześniej uciekli z Katowic wszyscy dygnitarze i urzędnicy.

ZW: Siła armii niemieckiej była ogromna, zwłaszcza oddziały pancerne. To było morze żelaza, czegoś podobnego jeszcze nikt nie widział. Mówiło się o dywizjach pancernych "żelazo jedzie" i tak to wyglądało. Mieli więcej żołnierzy, czołgów, samolotów, samochodów od nas, chociaż my byliśmy piątą armią Europy. Nasz opór był i tak silny. Mieliśmy nadzieję na pomoc sprzymierzonych. Niestety, 12 września nasi sojusznicy na konferencji w Abbevile uznali, że nie mogą nam udzielić pomocy; zostaliśmy zdradzeni. Stalin dowiedział się o tym przez swoich agentów i 17 września wbił nam nóż w plecy. Wzięci w kleszcze - między Niemcy a Rosję, byliśmy bez szans. Wszyscy na naszym miejscu byliby bez szans.



DZ: Czy urzędnicy, opuszczając w pośpiechu Katowice, wiedzieli od razu, że wojnę przegramy?

ZW: To nie była ucieczka, ale ewakuacja. A to różnica. Instytucje państwowe oficjalnie przeniosły się na inny teren, żeby tam nadal pracować. Ofensywa niemiecka była jednak tak szybka, że urzędowania nie podjęto. Ale z drugiej strony wiadomo, że większość urzędników była napływowa, nie miała na Śląsku korzeni i nie bardzo była związana z tą ziemią. Wyjeżdżając, unikali też represji, bo wielu z nich znajdowało się na hitlerowskich listach gończych. Na tych listach byli powstańcy, inteligencja, twórcy, a także, o czym mało kto wie, absolwenci Śląskich Technicznych Zakładów Naukowych. Jaka więc byłaby z tego korzyść, że wojewoda Michał Grażyński zostałby w Katowicach, dał się aresztować i rozstrzelać?



DZ: Czy można sobie wyobrazić inny scenariusz śląskiego września?

ZW: Polskie plany obrony Śląska paraliżowała nie tylko przewaga armii niemieckiej, ale też ich wywiad. Szybko odkryli, jakie mamy słabe strony. Atakowali nas na skrzydłach, pod Lublińcem i Tarnowskimi Górami, w okolicach Bielska. Groziło nam okrążenie. Ale być może, gdyby wojsko wiedziało o polskim osamotnieniu, to w oparciu o fortyfikacje broniłoby się do ostatniej krwi, jak później w Warszawie czy Lwowie.



DZ: Ale w końcu tylko garstka ochotników broniła honoru Katowic.

ZW: W Katowicach obok grup powstańczych Franciszka Kruczka, Karola Orendorza, Nikodema Renca, Franciszka Feige i harcerzy kierowanych przez hm. Józefa Pukowca, zostały też grupy tzw. dywersji przyfrontowej, które znały się na swojej robocie. Te różne akcje, które przetrwały w legendach obrony Katowic, choćby strzał z bukietu, albo inne, o których nie nawet nie wiemy, to być może była właśnie robota naszej dywersji. Potem to oni zakładali na Śląsku i w Zagłębiu ruch oporu.



DZ: Śląsk miał najtrudniejsze w kraju warunki do rozwoju takiego ruchu.

ZW: To prawda. Nikt nie wiedział, co zamierza sąsiad, co wiedzą znajomi. Już we wrześniu donoszono gestapo, gdzie mieszkają ludzie z gestapowskiej listy śmierci. Wspominał mi gen. Zygmunt Walter-Janke, komendant ruchu oporu na Śląsku, że przez konfidentów zginęły tutaj setki konspiratorów.



DZ: I zabrali ze sobą do grobu relacje, wspomnienia, które mogłyby wyjaśnić wiele zagadek, związanych także z początkiem wojny.

ZW: Rzeczywiście, brak tych relacji jest bardzo dotkliwy. Dlatego też rodziły się te piękne legendy, których nie da się ani całkowicie odrzucić, ani przyjąć. Nie ma świadków, nie ma świadectw. Historycy jeszcze długo będą się zastanawiać, co naprawdę zdarzyło się we wrześniu 1939 roku na Śląsku.



http://katowice.naszemiasto.pl/wydarzenia/764946.html

MSZ odpiera zarzuty Mniejszości NiemieckiejPiątek, 31 sierpnia 2007 20:20

Ministerstwo Spraw Zagranicznych oświadczyło, że zarzuty Mniejszości Niemieckiej pod adresem minister Anny Fotygi są bezzasadne. To odpowiedź na list mniejszości, opublikowany 29 sierpnia w "Gazecie Wyborczej". W liście można przeczytać, że Anna Fotyga, pełniąc funkcje wiceprezydenta miasta Gdańska, miała "torpedować zaawansowaną już w tym czasie budowę pomnika pamięci ponad 1100 osób, głównie narodowości niemieckiej." Zmarły one w okresie od kwietnia 1945 do kwietnia 1946 roku na tyfus w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej. Rzecznik MSZ Robert Szaniawski w wydanym oświadczeniu tłumaczy, że "nieznana jest przeszłość wojenna poszczególnych osób upamiętnionych pomnikiem". Ponadto jedną z ofiar tyfusu ma być Zygmunt Mazur, asystent zbrodniarza hitlerowskiego profesora Spannera, którego działalność opisała Zofia Nałkowska w "Medalionach". Rzecznik wyraził też ubolewanie, że prawda na ten temat nie jest szerzej znana mieszkańcom Gdańska. Uroczystość odsłonięcia pomnika odbyła się 31 października 2003 roku na terenie Parku Kultury Fortyfikacji Miejskiej "Twierdza Gdańsk". Monument ufundowały: Miasto Gdańsk, Związek Mniejszości Niemieckiej, Rada Ochrony Pomników Walki i Męczeństwa.

http://www.polskieradio.pl/iar/news/artykul3023037.html

Propozycja rozwiązania problemu roszczeń wynikających z II wojny światowejSobota, 1 września 2007 10:16 Mariusz Muszyński i Krzysztof Rak uważają, że Niemcy i Polska powinny ostatecznie zrezygnować ze wszystkich roszczeń wynikających z II wojny światowej. Pełnomocnik polskiego rządu ds. stosunków z Niemcami i członek zarządu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej opublikowali wspólny artykuł na łamach dziennika "Frankfurter Allgemeine Zeitung". Autorzy nawiązują do propozycji tzw. opcji zerowej, którą jesienią ubiegłego roku przedstawił Niemcom premier Jarosław Kaczyński. Polegała ona na tym, że wszelkie roszczenia związane z II wojną światową obywatele Polski i Niemiec mogliby kierować jedynie do własnych rządów. Jak piszą Muszyński i Rak, propozycja ta pozostała bez odpowiedzi ze strony niemieckiej. "Polacy i Niemcy wciąż nie uregulowali rachunków za II wojnę światową" - czytamy we frankfurckim dzienniku. Autorzy artykułu przestrzegają, że eskalacja wzajemnych roszczeń może w następnych latach obciążać wzajemne stosunki. Muszyński i Rak przypuszczają, że w odpowiedzi na niemieckie roszczenia majątkowe i żądania zwrotu dóbr kultury Polacy mogą domagać się reparacji wojennych i odszkodowań za mienie zniszczone przez hitlerowców w czasie II wojny światowej. Aby raz na zawsze przezwyciężyć historyczne zaszłości, publicyści proponują obu rządom - jak głosi tytuł artykułu - "zrezygnować ze wszystkich roszczeń".



http://www.polskieradio.pl/iar/news/artykul3023456_propozycja_rozwiazania_problemu_roszczen_wynikajacych_z_ii_wojny_swiatowej.html

Nabożeństwo w lesie
Ewangelicy z bielskiego kościoła Zbawiciela spotkali się na nabożeństwie przy Kamieniu Jana w Bielsku - Cygańskim Lesie. Jest to kamienny stół ołtarzowy - miejsce tajnych nabożeństw protestantów w czasach kontrreformacji od 1654 do 1709 roku. To jeden z kilku tzw. Leśnych kościołów w Beskidach. Najpopularniejszy znajduje się na szczycie Równicy. Nabożeństwo nie jest okazją do rozpamiętywania dramatycznych czasów dla protestantów, wyjaśnia biskup diecezji cieszyńskiej Kościoła Ewangelicko- Augsburskiego, Paweł Anwailer.
Nabożeństwa przy Kamieniu Jana odbywają się tylko raz w roku. Są jednocześnie okazją do uczczenia kolejnych  rocznic poświęcenia ewangelickiego kościoła Zbawiciela w Bielsku-Białej, którego budowę rozpoczęto w 1782 roku. Obok kościoła stoi, jedyny w Polsce, pomnik Marcina Lutra.

1 września 2007 21:41

Radio Katowice juszkiewicz@radio.katowice.pl

Pierwszaki na Śląsku, nawet gorzej sytuowane, pójdą do szkoły z tytami


Wykonany z tektury kolorowy róg obfitości wypełniony po brzegi słodyczami, czyli tyta - to niezbędne wyposażenie śląskiego pierwszaka, rozpoczynającego naukę. Ideą tego prezentu od rodziców jest osłodzenie maluchom perspektywy wieloletniej edukacji.

Zakup tyty, zależnie od rodzaju i jakości słodyczy, może być sporym wydatkiem, na który nie wszystkich rodziców stać. Dlatego w Rudzie Śląskiej Stowarzyszenie Pomocy Rodzinie "Miś" i Miejskie Centrum Informacji i Wolontariatu zorganizowały zbiórkę słodyczy i przygotowały 100 tyt dla dzieci z rodzin - będących pod opieką Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej.

- Zbiórka się udała. Tyty są piękne, duże i bardzo obfite. Dzieci strasznie się cieszą, kiedy je odbierają - powiedziała w sobotę prezes stowarzyszenia Joanna Sieradzka.

Stowarzyszenie prowadzi też akcję pomocy matkom niemowląt pod hasłem "Magiczna Szafa", oferując im używane ubranka czy łóżeczka w dobrym stanie. - Mamy maluchów pytały, czy mamy coś dla starszych dzieci, które idą do szkoły, bo one bardzo na to czekają - dodała prezes Sieradzka. Dlatego zawartość rudzkich tyt jest trochę nietypowa - oprócz słodyczy dzieci znajdą w nich również szkolne przybory - zeszyty, kredki, flamastry.

Zwyczaj obdarowywania pierwszoklasistów słodyczami odnotowano po raz pierwszy w dwudziestoleciu międzywojennym. Tyty dostawały wówczas od rodziców tylko dzieci z zamożnych, mieszczańskich rodzin. Etnografowie przypuszczają, że jest to zwyczaj niemieckiej proweniencji. Upowszechnił się w czasach Polski Ludowej.

W sklepach województwa śląskiego można było przed początkiem roku szkolnego kupić gotowe tyty wypełnione słodyczami. Rodzice mogli też kupić pusty róg i samodzielnie skomponować zawartość.

W sprzedaży są wersje dla chłopców z postaciami robotów i dla dziewczynek, np. z czarodziejkami. Najtańsza pusta, niewielka tyta kosztowała w centrum Katowic 6 zł. Przeciętna ma jednak mniej więcej pół metra długości. Oszczędni rodzice dolną część rogu wypełniają zajmującymi dużo miejsca chrupkami, a tylko na górze umieszczają czekoladki i cukierki, inni nie żałują dziecku słodkości i maluchy wręcz uginają się, niosąc tytę do szkoły.

Do zwyczaju należy również wizyta u fotografa, który robi pierwszakowi pamiątkowe zdjęcie z tytą. W zbiorach Muzeum Śląskiego w Katowicach są takie zdjęcia z końca lat dwudziestych XX w.

Zwyczaj obdarowywania dzieci tytami jest znany również w Wielkopolsce i na Opolszczyźnie, natomiast zupełnie obcy w sąsiadującej ze Śląskiem Małopolsce.

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/pierwszaki_na_slasku_nawet_gorzej_sytuowane_pojda_do_szkoly_41168.html

SportoweFakty.pl | 01-09-2007 10:43

W dniu dziesiątej rocznicy śmierci legendarnego napastnika Ruchu Chorzów Ernesta Wilimowskiego kibice Niebieskich spotkali się nad grobem znakomitego snajpera ze Śląska. Mogiła znajduje się na największym cmentarzu w Karlsruhe. Fani po raz pierwszy odwiedzili grób w 2006 roku w dniu 90. rocznicy urodzin "Eziego".
Czytaj całość: http://www.sportowefakty.pl/index.php?dysc_id=1&news_id=216711

W Nakle o szkolnictwie




01.09.2007.

Dnia 30 sierpnia 2007 po raz kolejny komnaty zamku Donnersmarcków w Nakle Śląskim wypełnił tłum gości. Tym razem przybyli na spotkanie pt. "Historia szkolnictwa na Śląsku" organizowane przez Ruch Autonomii Śląska, Przymierze Śląskie oraz Starostwo Powiatowe w Tarnowskich Górach. Interesujący wykład dotyczący powstania i rozwoju szkolnictwa na Śląsku od pradziejów aż po lata 40. XX wieku wygłosił Marek Smuda z zabrskiego koła RAŚ. Licznie zgromadzeni goście z uwagą wysłuchali referatu i aktywnie wzięli udział w dyskusji. Dyskusja była żywa i przerywana wybuchami śmiechu, który często gościł na twarzach zebranych gdy wspominali swe młode lata spędzone w szkolnych murach. Przekrój wiekowy gości przybyłych do Nakła pozwolił poznać szkolne opowiastki z różnych okresów. Były opowieści jak było "za stary Polski", a "jak za Niymca" czy też z lat 70. ubiegłego stulecia.

Oprócz wykładu organizatorzy przewidzieli niespodziankę. Pierwszoklasiści z Nakła Śląskiego zostali obdarowani tytami, które miejmy nadzieję osłodzą im pierwsze szkolne dni.

Spotkaniu towarzyszyła wystawa starych podręczników, świadectw szkolnych z kolekcji Ireny i Romana Gatysów. Dzięki temu dzieci mogły zobaczyć, z jakich książek uczyli się ich dziadkowie, a przy okazji wysłuchać gawędy pana Gatysa.

Miejmy nadzieję, że kolejne spotkanie w nakielskim zamku będzie równie udane, a rozmowy i dyskusje przeciągną się do późna, tak jak w ten czwartek.



http://www.raslaska.aremedia.net/index.php?option=com_content&task=view&id=210&Itemid=35

Ezi patronem stadionu chorzowskiego Ruchu?




01.09.2007.

Genialny piłkarz Ernest Wilimowski, wychowanek 1. FC Katowice, który w latach 30. ubiegłego wieku odnosił wspaniałe sukcesy z Ruchem Wielkie Hajduki, może stać się patronem stadionu przy ulicy Cichej. Z takim wnioskiem do władz Chorzowa wystąpił Ruch Autonomii Śląska. Wilimowski – niezwykle ceniony przez inną legendę niebieskich, Gerarda Cieślika – zakładał koszulkę reprezentanta Polski i Niemiec. Jako jedyny piłkarz w historii zdobył cztery gole w meczu mistrzostw świata przeciw narodowej drużynie Brazylii (w 1938 r.). Należy do niego także rekord polskiej ligi – 10 bramek strzelonych w jednym meczu (Ruch Chorzów – Union-Touring Łódż, 21 maja 1939).

Zachęcamy do poparcia inicjatywy uhonorowania popularnego Eziego, w czasach komunizmu wymazanego z annałów polskiej piłki. Można to uczynić podpisując list, który zostanie wysłany do władz Chorzowa: List poparcia

http://raslaska.aremedia.net/index.php

Radni wojewódzcy przez pomyłkę powołali w 7 szpitalach podwójne rady społeczne


Ostatnia sesja sejmiku wojewódzkiego przypominała krwawą jatkę. Opozycja, czyli PO i lewica, postanowiła rozprawić się z PiS-em oraz zarządem województwa.

W ferworze politycznej walki doszło do pomyłki, którą zafundowała sejmikowa komisja zdrowia, przygotowując wadliwą uchwałę. Wskutek tego w siedmiu szpitalach powołano nowe rady społeczne, choć starym kadencja się nie skończyła.

- W niektórych szpitalach kadencja rad upływa pod koniec września lub nawet w grudniu. Podwójne rady, co oczywiste, nie mogą funkcjonować, a zatem dyrektorzy do czasu naprawienia

pomyłki nie będą mogli podejmować decyzji np. inwestycyjnych i budżetowych, przy których akceptacja lub opinia rady jest konieczna - alarmuje Grzegorz Szpyrka, wicemarszałek odpowiedzialny za ochronę zdrowia.

Jego zdaniem placówkom tym grozi decyzyjny paraliż. - To opinia przesadna - ripostuje radna PO Gabriela Lenartowicz, która bagatelizuje wpadkę. - Przecież nikt nie zabrania odwoływania rad w czasie kadencji. Można uznać, że nowi członkowie zastępują starych automatycznie, a jeśli taka interpretacja nie będzie możliwa, to w ostateczności na następnej sesji przegłosujemy nową uchwałę, porządkującą całą sytuację.

Stanie się to jednak najwcześniej za miesiąc. Jednak zgodnie z prawem przed upływem czteroletniej kadencji członka rady można odwołać tylko wtedy, gdy sam zrezygnuje, bądź gdy organ, który go rekomendował wycofa rekomendację. Radna Lenartowicz uważa, że nie należy przeceniać roli rad społecznych, bo tak naprawdę jest to ciało doradcze, a ostatnie słowo i tak należy do dyrektora szpitala. Jak jednak wytłumaczyć fakt, że choć ciało to działa społecznie, to do rad najlepszych placówek radni ciągną jak pszczoły do miodu?



Agata Pustułka

http://katowice.naszemiasto.pl/wydarzenia/765270.html

Podlaskie: edukacja w językach mniejszości narodowych



Ponad 4 tys. uczniów szkół podstawowych, gimnazjów i liceów w województwie podlaskim uczyć się będzie języków mniejszości narodowych: białoruskiego, litewskiego i ukraińskiego w rozpoczętym w poniedziałek nowym roku szkolnym - szacuje Kuratorium Oświaty w Białymstoku.

Dokładne dane będą znane za kilka tygodni, po złożeniu przez dyrektorów szkół, ankiet na temat nauczania w ich placówkach języków mniejszości narodowych - poinformowała wizytator Jolanta Toczko.

Z szacunków kuratorium wynika jednak, że uczniów nie będzie mniej niż w minionym roku szkolnym, kiedy to języków trzech mniejszości narodowych uczyło się ponad 4,3 tys. uczniów podstawówek, gimnazjów i szkół średnich.

Jak dodała Toczko, nowym miejscem nauczaniem języka mniejszości będzie nowo powstała prawosławna szkoła podstawowa w Białymstoku, w której w pierwszej klasie języka białoruskiego będzie uczyło się dziewięć osób.

Języka białoruskiego uczy się najwięcej osób; w ubiegłym roku szkolnym było to blisko 3,5 tys. uczniów.

Kuratorium oświaty w Białymstoku ocenia, że liczba osób, które uczą się w językach mniejszości jest zmienna i zależna od sytuacji demograficznej..

Województwo podlaskie uchodzi za region najbardziej w kraju zróżnicowany narodowościowo. Są tam największe w kraju skupiska mniejszości białoruskiej i litewskiej; żyją tam także m.in. Ukraińcy, Rosjanie i Tatarzy.
http://wiadomosci.onet.pl/1598939,11,1,0,120,686,item.html

Zgoda na tablice bez referendum


Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji obiecało umieścić Tarnów Opolski w rejestrze gmin mniejszościowych bez głosowania mieszkańców.

Ustną obietnicę wpisania Tarnowa do rejestru złożyła Danuta Głowacka-Mazur, zastępca dyrektora Departamentu Wyznań i Mniejszości Narodowych MSWiA. Jest to decyzja precedensowa, gdyż Tarnów Opolski złożył wniosek bez przeprowadzania społecznych konsultacji w sprawie tablic.

- Pani Głowacka-Mazur zapewniła mnie w rozmowie telefonicznej, że po zasięgnięciu opinii radców prawnych w MSWiA Tarnów Opolski znajdzie się wśród gmin, w których będzie można ustawić tablice polsko-niemieckie z nazwami miejscowości - mówi Rafał Bartek, członek Zarządu Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Niemców na Śląsku Opolskim. - Oznacza to, że konsultacje są niezbędne tylko w tych gminach, gdzie mniejszość stanowi - według spisu powszechnego - mniej niż 20 procent mieszkańców. To skandal, że dotychczas urzędnicy nas zwodzili. Niepotrzebnie przeprowadzano referenda także tam, gdzie mniejszość stanowi 20 procent i więcej.

Profesor Grzegorz Janusz, ekspert od praw mniejszości narodowych i kierownik Zakładu Praw Człowieka na Wydziale Politologii UMCS w Lublinie, nie ma wątpliwości, że tam, gdzie mniejszość stanowi co najmniej jedną piątą, referendum w sprawie tablic przeprowadzać nie trzeba.


- Artykuł 12 Ustawy o mniejszościach narodowych mówi wyraźnie, że warunkiem ustawienia tablic jest odpowiedni procent mniejszości na danym terenie lub referendum - uważa prof. Janusz - a to oznacza, że wystarczy spełnić jeden z tych warunków.
W Tarnowie czekają teraz na oficjalną decyzję z ministerstwa na piśmie.

- Jesteśmy dobrej myśli - zapewnia Bernard Friedla, sekretarz gminy Tarnów Opolski. - Wprawdzie kazano nam uzupełnić nasz wniosek, ale chodziło o jakieś formalne drobiazgi, a o sprawę referendum nikt nas nawet nie pytał. Chcemy uniknąć konsultacji, chociaż nie boimy się o ich wynik. Po prostu każde referendum jest ze swej natury konfliktogenne. Dlatego nawet gdyby mnisterstwo zmieniło zdanie, pójdziemy do sądu, a nie będziemy przeprowadzać konsultacji. Prawo jest po naszej stronie.

Franz Dylla, lider mniejszości niemieckiej w Tarnowie, zapewnia, że dwujęzyczne tablice nie są elementem niemieckiej polityki.
- One są fragmentem tradycji tej ziemi - uważa Franz Dylla. - Kiedy do Tarnowa przyjadą z Niemiec dawni mieszkańcy, będzie im miło czytać obok nazwy polskiej także tę nazwę miejscowości, którą pamiętają z dzieciństwa. A i obecnym mieszkańcom nazwa Tarnau nie powinna przeszkadzać. Nie niesie ona żadnych treści kontrowersyjnych czy faszystowskich.
Rudolf Urban, przewodniczący rady gminy, nie ma jednak wątpliwości, że dwujęzyczne tablice mają w gminie także przeciwników.

- Mam jednak nadzieję, że i oni będą umieli w nazwach dwujęzycznych zobaczyć reklamę gminy i jej otwartości na świat - mówi Rudolf Urban. - Dlatego jestem przekonany, że nie dojdzie u nas do żadnych gorszących scen i niszczenia tablic.


Kiedy dwujęzyczne tablice staną w Tarnowie, nikt dziś nie potrafi powiedzieć. Brakuje przepisów wykonawczych do ustawy. Nie wiadomo, jaką drogą budżet państwa będzie przekazywał pieniądze na ten cel. Szlaki przeciera gmina Radłów, która do rejestru gmin mniejszościowych została wpisana jako pierwsza.

http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20070903/POWIAT01/70903011

Uwięzieni przez Hitlera


Rozmowa z dr Andrzejem Kurkiem, autorem książki "Niemieckie więzienia sądowe na Śląsku w czasach Trzeciej Rzeszy".

- 1 września kolejna rocznica rozpoczęcia II wojny światowej. Wraz z nią zaczęły się aresztowania przeciwników hitleryzmu. Ilu z nich we wrześniu 1939 Niemcy zamknęli w opolskim więzieniu?
- Akurat dziś, 31 sierpnia, przypada rocznica pierwszych aresztowań przeprowadzonych m.in. na Opolszczyźnie w ramach Septemberaktion (Akcji Wrzesień). Kontynuowano je pierwszego września. Zatrzymano wtedy 17 osób. Przewieziono je do więzienia w Opolu, a 13 dni później przetransportowano do obozu koncentracyjnego w Buchenwaldzie. Jedenastego września miała miejsce druga fala aresztowań. Do opolskiego więzienia trafiło wtedy kolejnych 150 osób z różnych stron Śląska Opolskiego. Oni także zostali wywiezieni do obozów koncentracyjnych. Kobiety do Ravensbrueck, mężczyźni do Buchenwaldu. Wśród zatrzymanych byli działacze polscy: Jan Augustyn, Franciszek Buhl, Wiktor Gorzołka, Piotr Pandza, Jan Szczeszyński. W Opolu więziony był także - zanim trafił do Dachau - prof. Teodor Musioł, jeden z twórców Wyższej Szkoły Pedagogogicznej. Na opolskim dworcu specjalna tablica upamiętnia te transporty. Ogółem na terenie Śląska Opolskiego aresztowano we wrześniu ponad 500 osób, z których blisko połowa trafiła do różnych obozów koncentracyjnych. Tych ludzi nie zatrzymywano za przestępstwa kryminalne. Już na kilka miesięcy przed wybuchem wojny Urząd Policji Kryminalnej Rzeszy sporządził specjalną księgę gończą. Zawierała ona 8700 nazwisk działaczy narodowych i politycznych, przedstawicieli świata nauki i kultury, powstańców śląskich i wielkopolskich, księży. Tysiąc z nich mieszkało na Górnym Śląsku. Ich jedynym przestępstwem było to, że czuli się Polakami.

- Ilu z wywiezionych do obozów więźniów udało się przeżyć?
Niestety, tylko nielicznym. W rejestrze alfabetycznym niemieckiego więzienia w Opolu znajduje się m.in. nazwisko Michała Jośki z Gamowa, który przeżył całą wojnę w Buchenwaldzie i został wyzwolony w ostatniej grupie więźniów, symbolicznie zamykając za sobą bramę obozową. Wśród aresztowanych 1 września był także Karol Bieniusa z Dobrzenia Wielkiego. Z obozu w Buchenwaldzie zwolniono go po 9 miesiącach i wcielono przymusowo do Wehrmachtu. Ranny na froncie wschodnim, wrócił do Dobrzenia w grudniu 1945 roku. Inny więzień opolski, Franciszek Mikuła z Dobrzenia Wielkiego żyje do dziś, ma 94 lata. W swoich wspomnieniach utrwalił nazwiska więzionych wraz z nim w Opolu Polaków: Wincentego Piechotę, Karola Bieniusę, Franciszka Adamca, Piotra Mehla, Jana Wawrzynka i Zofię Poliwodę.

- Pod jakim zarzutem ich aresztowano?
Najczęstszą przyczyną była tzw. zdrada stanu. Oskarżano o nią nie tylko Polaków, ale też Niemców, ukraińskich robotników przymusowych i przedstawicieli innych narodowości. W sumie w latach 1939-1945 w opolskim więzieniu osadzono za to, według moich obliczeń, nie mniej niż 5 tysięcy osób. Powodem aresztowania mogło być praktycznie wszystko: nie dość pilna praca, nielegalny ubój, słuchanie zabronionych audycji radiowych, czy małżeństwo Niemca z Polką. Za większość z tych "przestępstw" można było zostać skazanym nie tylko na karę więzienia czy obóz koncentracyjny, ale także na karę śmierci.
 Portret

Dr Andrzej Kurek jest pracownikiem Aresztu Śledczego w Opolu. Jego książka "Czesi w więzieniach okupowanej Europy" została uznana w czerwcu za bestseller przez główną warszawską księgarnię naukową im. Bolesława Prusa. "Niemieckie więzienia sądowe na Śląsku w czasach Trzeciej Rzeszy" to jego druga książka.



- Czy w opolskim więzieniu wykonywano takie wyroki?
- Nie. Skazanych na śmierć przewożono z Opola do Wrocławia lub Katowic. Tam karę śmierci wykonywano zazwyczaj przez ścięcie na gilotynie. Zdarzały się także powieszenia i rozstrzelania, ale ten sposób zabijano osoby, których czyny, zdaniem hitlerowskich sądów zasługiwały na szczególne potępienie. Podstawowym sposobem uśmiercania więźniów było ścięcie. Gilotyna z katowickiego więzienia, zachowała się do dziś i można ją oglądać w bloku numer 26 w Muzeum Auschwitz-Birkenau. W sumie w Rzeszy zamordowano w ten sposób, jak udało mi się oszacować, ponad 18 tysięcy więźniów. W opolskim zakładzie w czasie wojny zmarły 23 osoby. Nie dowiemy się prawdopodobnie nigdy, co było przyczyną ich śmierci, do dokumentacji wpisywano bowiem fikcyjne choroby, zapalenie płuc lub zawał serca. Dziesięciu Polaków, czterech Niemców i jeden Ukrainiec popełnili w więzieniu samobójstwo, wieszając się w celi.

Na początku wojny opolskie więzienie było dla wielu aresztowanych "stacją przesiadkową" w drodze do obozu. Czy tak było również w kolejnych latach?
- Tak, choć zmienił się kierunek tych transportów. W roku 1939 więźniów wożono przede wszystkim na Zachód, do niemieckich obozów koncentracyjnych. Od roku 1940 trafiali oni przede wszystkim do obozu w Auschwitz. Z dokumentacji wiadomo, że trafiło tam z Opola w latach 1940-1944 około 600 ludzi. Ale dokumentacja obozowa jest mocno niekompletna. Prawdopodobnie było ich w rzeczywistości znacznie więcej.

- Jakie warunki panowały w opolskim więzieniu?
- Nie ma zbyt wielu informacji na ten temat pochodzących wprost od więźniów czy z zachowanych dokumentów. Z tego co wiemy, więźniowie byli przetrzymywani w równie trudnych warunkach, jak w okresie stalinowskim. W bardzo ciasnych celach zamykano po cztery osoby. Okrutnemu traktowaniu zatrzymanych sprzyjało to, że zakład karny znajdował się wówczas nie w centrum miasta jak dziś, ale na uboczu. W miejscu dzisiejszego osiedla "Chabry” były wtedy pola. Więźniów zatrudniano więc do ciężkich prac fizycznych lub do lżejszych prac wikliniarskich, tkackich, przy produkcji zabawek itp. Niektórzy aresztowani próbowali odreagowywać swoją tragedię za pomocą twórczości artystycznej. Jednym z nich był przetrzymywany w Opolu Piotr Gawlikowski z organizacji "Płomień”. Zamknięty w pojedynczej celi wyrył na ścianie płaskorzeźbę przedstawiającą wybuch wojny. Pobity przez strażnika musiał swoje dzieło zniszczyć. Wtedy na odwróconym blacie stołka przy pomocy złamanego widelca wyrzeźbił scenkę więzienną. Warto przypomnieć, że w Opolu siedzieli nie tylko mężczyźni, ale i kobiety z małymi dziećmi. Prawdopodobnie ze względu na nie do więziennego inwentarza należała koza, która dostarczała mleka. Dzieciaki te wywieziono ostatecznie do obozu dla dzieci w okolicach Łodzi.

- Co się stało z ludźmi uwięzionymi w Opolu, gdy wojna dobiegała końca?
- Czekała ich ewakuacja. Na rozkaz dowództwa Wehrmachtu 20 stycznia 106 więźniów przekazano gestapo. W więzieniu pozostało 139 osadzonych. W nocy z 20 na 21 stycznia 87 osób ruszyło pieszo do więzienia w Brzegu. Tu zostało 35 niezdolnych do marszu. Pięćdziesiąt dwie osoby szły dalej, do Kłodzka, a stąd 31 więźniów przetransportowano do Budziszyna. Losy większości ewakuowanych pozostają dziś nieznane. Dramatem opolskiego więzienia jest to, że kiedy zakończyła się wojna, dalej było ono miejscem okrutnych prześladowań. Ślązacy byli tu przetrzymywani przez stalinowski aparat terroru.

- Ile poza Opolem było więzień hitlerowskich na Opolszczyźnie?
- Bardzo dużo, bo to było państwo niesłychanie represyjne. Obok samodzielnych więzień egzekucyjnych, takich jak w Opolu, istniały więzienia przeznaczone dla więcej niż 50 zatrzymanych. Zwykle mieściły się one w miastach powiatowych. A małe więzienia - do 50 osób - funkcjonowały praktycznie w każdej miejscowości. Więzienia powyżej 50 osadzonych funkcjonowały m.in. w Głubczycach, w Kluczborku, gdzie mogły odbywać karę 72 osoby, w tym 9 kobiet, a także w Nysie, w Koźlu i w Prudniku. Ciężkie więzienie dla ponad 500 osób działało w Strzelcach Opolskich. Dwa więzienia, w tym jedno bardzo ciężkie, na 550 osób, mieściło się w Brzegu. Budynek tego zakładu dziś nie istnieje. Prowadząc badania do książki o czeskich więźniach w Europie, ustaliłem, że było to wyjątkowo straszne miejsce. Więźniów mordowała załoga. Strażnicy wieszali ich w kaplicy więziennej, co potwierdziła nawet kontrola z Ministerstwa Sprawiedliwości Rzeszy.

- Jak udało się panu zdobyć tak wiele informacji o więzieniu opolskim i innych hitlerowskich więzieniach?
- Niemal cudem w opolskim archiwum zachował się alfabetyczny spis więźniów z lat 1933-1946. Właściwie nie powinno go tu być. Pod koniec wojny administracja Rzeszy kazała dokumentację więzienną oraz maszyny i urządzenia wywozić jeszcze przed ewakuacją więźniów. W tym samym opolskim archiwum znalazłem teczki osobowe czeskich więźniów z Brzegu. Informacji o innych śląskich więzieniach hitlerowskich szukałem przede wszystkim w Archiwum Federalnym w Berlinie i w Archiwum Austriackiego Oporu w Wiedniu, a także w Instutucie Pamięci Narodowej w Warszawie. Są to, jak przypuszczam, pierwsze na tak szeroką skalę prowadzone badania na świecie. Obawiam się, że pełnej dokumentacji o wszystkich więzieniach hitlerowskich w Europie nie uda się już zgromadzić nikomu. Niektóre dokumenty, np. dotyczące wielkiego więzienia w Królewcu, zostały zniszczone podczas pożaru.

http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20070831/WYWIAD/70831010


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość