Strona główna

Emilii Krakowskiej. Sztuka powstała na podstawie bestsellera o tym samym tytule autorstwa Zofii Mierzyńskiej


Pobieranie 23.1 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar23.1 Kb.
7 marzec (środa) godz. 14.00

Spektakl teatralny "Wakacjuszka" z okazji Dnia Kobiet.


Komedia z udziałem Emilii Krakowskiej . Sztuka powstała na podstawie bestsellera o tym samym tytule autorstwa Zofii Mierzyńskiej. Reżyseria: Janusz Dymek. Sztuka miała premierę 20 września 2003 roku. Od tamtej pory była wystawiana ponad sto razy na scenach wielu teatrów i domów kultury w całej Polsce, a także zagranicą (Szwajcaria, Niemcy). Monodram opowiada historię Anieli, która wyjeżdża do mitycznej, mlekiem i miodem płynącej Ameryki, by zarobiwszy szybko, łatwo i przyjemnie powrócić do kraju w glorii chwały…
Niestety rzeczywistość okazuje się nieco bardziej skomplikowana, pieniądze nie rosną na drzewach. Aby je zdobyć Aniela musi wykazać się nie lada sprytem.
Koniec końców wyprawa okazuje się być tyleż samo kształcącą, co kosztowną...
Spektakl pokazuje sporo prawd życiowych, które nieraz wywołują salwy śmiechu na widowni lub przeciwnie, skłaniają do refleksji nad wątpliwą wartością pieniądza i upragnioną miłością. Sztuka rozgrywa się na tle barwnej scenografii stworzonej na wzór zamożnego, amerykańskiego domu.
Bilety w cenie 10 zł.
Recenzja spektaklu „Wakacjuszka”

z udziałem Emilii Krakowskiej

AICT/IATC

Sekcja polska Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Teatralnych

Justyna Hofman - Wiśniewska   

2005.08.04



PEREGRYNACJE EMILII KRAKOWSKIEJ

Emilia Krakowska z „Wakacjuszką” jeździ po całej Polsce, można ja spotkać nie tylko w kurortach i wielkich miastach, ale i w miasteczkach. Ja spotkałam ją w Krakowie. W miejscu dziwnym i teatru pełnym, - w Śródmiejskim Ośrodku Kultury, w Kamienicy Lamellowskiej przy ulicy Mikołajskiej 2, a więc w samym sercu miasta. Zresztą, które miejsce w Krakowie nie jest dziwne, albo przynajmniej nieco dziwne, magiczne albo kultowe?

To miejsce wypełnia teatr. I Nina Repetowska, która z kolei wypełnia tenże teatr. W tym roku „Wakacjuszka” rozpoczęła piąty Przegląd Teatrów Jednego Aktora – „Krakowski Teatr Faktu i jego Goście”. Teatr faktu... Dziś już mało kto wie, co to takiego. Dzisiejszy teatr faktu Niny Repetowskiej też z tym, co rozumiano pod tym mianem jeszcze trzydzieści lat temu ma niewiele wspólnego. Wtedy był to – jeśli tak można powiedzieć – teatr faktu historycznego, teatr niemalże dokumentalny; wystawiano m.in. „Rozmowy z katem” Kazimierza Moczarskiego, „Worcella” na podstawie prozy wrocławskiego pisarza czy „Rzecz o zagładzie miasta” Wiesława Wodeckiego, specyficzny „dokument” napisany na kanwie procesu, który nigdy się nie odbył. Teatr faktu w tamtych czasach był terenem, na którym pisarz ograniczał się do pośrednictwa między archiwum a sceną. Teatr faktu Niny Repetowskiej to teatr faktów obyczajowych i biograficznych, teatr, którego główną animatorką i bohaterką jest ona sama. Większość scenariuszy monodramów jest jej autorstwa i w jej wykonaniu. Jest więc Repetowska jako Mira Zimińska – Sygietyńska w spektaklu „Taka mała – Mira”, Maria z Kossaków Pawlikowska – Jasnorzewska w „Lilce”, Pola Negri w „Policie – królowej ekranu”, Gabriela Zapolska w „Geniale – frau Zapolska”, jest też „Hefajstos” – sentymentalna podróż muzyczna w Studencki Teatr Piosenki lat sześćdziesiątych. pn. „Hefajstos”. Moja droga artystyczna, którą podążam z wyboru od wielu lat jest niezwykle trudna, lecz fascynująca – mówi Repetowska. – Fascynują mnie losy wielkich i wspaniałych Polek, o nich właśnie piszę i gram swoje monodramy. Monodramista jest na scenie sam, nie podpiera się partnerem, suflerem, inspicjentem czy wielka scenografią. Musi w przestrzeni scenicznej zaistnieć sam i skupić na sobie uwagę publiczności, czasem nawet przez dwie godziny. Lecz, jeśli już zdobędzie zaufanie partnera, którym jest właśnie widz ogarnia go szczęście, bo widz go pokocha i nie opuści. Przeżywają wtedy razem losy przedstawianej postaci, a potem trudno im się rozstać. Aktor monogramista wydziela z siebie ogrom energii, aby przekonać i zatrzymać widza. Jeśli to osiąga jest szczęśliwy. Jest to zjawisko fascynujące, ale niezwykle trudne i pewnie z tego powodu monodram jest, niestety, ginącym gatunkiem sztuki scenicznej. To wszystko prawda, ale i prawdą jest, że nic nie trwa wiecznie, zwłaszcza szczęście aktora. Monodram powoli schodzi ze sceny, co nie znaczy, na szczęście, że zniknie całkowicie, bo tak z reguły w sztuce się nie dzieje. Monodram, jak każdy gatunek sceniczny zawsze znajdzie swoich zwolenników i miłośników. Zawsze znajdą się widzowie, którzy pragną uczestniczy w tym specyficznym tete a tete z aktorem.

„Wakacjuszka” to wątek wydobyty z książki Zofii Mierzyńskiej, autorki, która była „wakacjuszką’, czyli kobietą na saksach amerykańskich. Zostawiła w Polsce męża i dwójkę dzieci i wyjechała „na chwilę”. Chwila, jak to w życiu bywa, zamieniła się w wieloletnie trwanie, głos męża i dzieci coraz bardziej obco brzmiał w telefonicznej słuchawce. Mąż się z nią rozwiódł, dzieci podorastały w kraju bez matki, ale, jak podkreśla Aniela miały wszystko, bo dolary wysyłałam co miesiąc. A jak szli do kościoła, to wszyscy widzieli, że idą Amerykany od Anieli. Miała tę wytęsknioną i pożądaną forsę. Nie taką wielką jakby chciała i pragnęła, ale stale pięła się w górę. Najpierw sprzątała w apartamentach amerykańskich Żydów i chodziła sprzątać "na domki". Potem „zaliczyła” dwa małżeństwa i dwa wdowieństwa. Po pierwszym mężu został jej dom. Po drugim – urna z jego prochami i kiczowate wnętrze domu, kiczowate i tandetne ubrania, sztuczne kwiaty oraz cała masa pretensji i żalów, słowem kiczowate życie. Wdowa ma żal do obydwóch partnerów. Pierwszy mąż nie zaspakajał jej seksualnie. Drugi przez całe życie niczego się nie dorobił, a zamiast na wakacje na Florydzie zabierał ją na demonstracje związkowe, gdyż był przewodniczącym związków zawodowych.

Mierzyńska pisze o tym, co sama przeżyła i widziała, co nie znaczy, oczywiście, że jest to dokument autobiograficzny. Nie. „Wakacjuszka” to opowieść o młodej kobiecie, która zbrzydziwszy sobie biedne życie w biednym kraju rodzinnym postanowiła wyjechać do krainy mlekiem i miodem płynącej, czyli uwielbianej i czczonej niczym bożek mamony i wszelakiego szczęścia Ameryki. Tu nie miała nic, tam czekało na nią wszystko. Łatwe, szybkie i atrakcyjne życie i, oczywiście sukces finansowy, który zapewni jej powrót w rodzinne pielesze w glorii i chwale. Niestety, jak to często w życiu bywa Real okazuje się brutalny, a pieniądze nawet w Ameryce nie rosną na drzewach. Aniela, bohaterka opowieści, wybiera wyjście najprostsze” amerykańskie zamążpójście. Sceniczna opowieść o losach spragnionej sukcesów Polki rozpoczyna się w momencie, gdy mąż Anieli odchodzi do lepszego świata, Aniela zostaje ze spadkiem (nie za wielkim, a właściwie całkiem niewielkim) i tęsknotą za kochankiem, który natychmiast świeżo upieczoną wdowę porzuca. Ot, życie. Takie samo w Ameryce, jak w każdym innym miejscu.

Aktorka wchodzi w szykownym kapeluszu do zatłoczonej niemiłosiernie przez widzów Sali (widowiskowa salka wypełniona ponad brzegi!), wita się z co którymś szczęśliwcem z pierwszego rzędu podając mu rękę (ręki tej, jak myślę, wielbiciele aktorki nie umyją co najmniej przez tydzień). Sympatyczne, naturalne, bezpośrednie, mające w sobie ludzkie ciepło wejście na scenkę. Niejeden aktor wykonuje różne gesty „pod publikę”, starając się niejako z góry zaskarbić sobie jej łaski. W tym wejściu Krakowskiej było jednak coś tak naturalnego, niewymuszonego i niezgranego, że nie odczuwało się tego jako gest, lecz właśnie coś normalnego, co po prostu w tym miejscu, w tej sytuacji było czymś oczywistym. Emanowała z niej serdeczność, której Krakowska jako człowiek posiada wiele.

Maleńka scenka zapełniona meblami: stół, kanapka, stolik z telefonem, fotem, i, oczywiście, kominek a na nim urna ze zdjęciem tego, który właśnie odszedł. Aniela wróciła z pogrzebu – uroczystego i spełniającego wszystkie wymogi „pokazania się” w takiej chwili. Wszystko było jak należy. Wszystkie grzechy i winy, żale i pretensje Aniela wypomni nieboszczykowi dopiero tu, w zaciszu domowym. Wreszcie mu wygarnie! No i wygarnia. Z całą maestrią aktorskiego warsztatu. Jest damą, prostaczką, zachłanną babą, rozhisteryzowaną kobietką, kochanicą przeżywającą orgazm na samo wspomnienie kochanka. Różnorodne nastroje wyraża głównie głosem, jego modulacją od ciepłego, naturalnego tembru jej altu do niemal pisku. Jest w tym niezwykle precyzyjne rozkładanie akcentów, budowanie klimatu wokół wspominanego w danej chwili zdarzenia, jest wspaniały teatralny warsztat, nad którym aktorka panuje. Gra, tworzy tę swoją Anielę jak znakomity pianista, który z niebywałym wyczuciem uderza w klawisze instrumentów jak burza, by za moment przejść do czystej liryki, łagodnego tchnienia uczuć. Bardzo oszczędna w gestach, dobiera kostium adekwatny do kwestii z typowym amerykańskim bezguściem. Jest melodramatyczna i tandetna, bo los jej w tej Ameryce jest w gruncie rzeczy tandeciarski. Najżywsze w całej postaci są jej oczy – rozbiegane, skupione, filuterne, „maślane” (scenka wspomnień przeżyć seksualnych z kochankiem), trzeźwe, bo przecież życie toczy się dalej. Krakowska śmieje się, szlocha, płacze, tańczy, przeskakując z jednej frazy muzycznej, bo jest to rozłożenie akcentów, to granie postaci jak utwór muzyczny ze swą różnorodnością sekwencji, w drugą niczym dobry wirtuoz mający dobrą partyturę. Biegniemy za nią ani przez

chwile nie odczuwając znużenia, mimo, że w Sali jest koszmarnie duszno i gorąco. Aktorka gra tę swoją partyturę na widzach, jak na klawiszach i rozpędzona w tych arpeggiach urojeń i pretensji starzejącej się kobiety ujawnia swoją twarz prawdziwą: ludzką sympatię do głupiej Anieli i kobiet Anielom podobnych. Branie w obronę granej postaci to zasadniczy rys budowy postaci przez Krakowską. Dzięki temu jej Jagna („Chłopi”), Malina („Brzezina”), Gabrysia w końcu („Na dobre i na złe”) są tak przejmująco ludzkie i żywe. Bo przecież ta cała amerykańska Aniela mimo silnego zakotwiczenia się w amerykańskim realu ma marzenia, jest samotna i opuszczona, wyobcowana, swój niby sukces życiowy zawdzięcza wykalkulowanym związkom z mężczyznami, a chciałaby kochać i być kochaną. Po odejściu kochanka popłakuje w poduszkę, ale już po chwili trzeźwo myśląc dzwoni do biura matrymonialnego. Podczas tej rozmowy odsłania prawdę: smutny w gruncie rzeczy los. Każdy z nas ma w sobie coś z Anieli - mówiła po spektaklu. W pogoni za mamoną i karierą gubimy to, co w życiu naprawdę jest ważne: uczucia, prawdziwe, autentyczne, szczere uczucia. I ludzką przyzwoitość. Albo odkładamy te sprawy na później, gdy już ten sukces czy sukcesik, w zależności od naszej pazerności, odniesiemy. Tylko… Gdy raz całe swoje życie poddamy kalkulacjom i spekulacjom, to do miłości, szacunku i cenienia wartości wyższych nie powrócimy nigdy.

Wakacjuszka może się uważać za kobietę sukcesu – tak ją widzą chicagowscy polonusi, takie są kryteria oceny, czy ktoś odniósł sukces czy też nie. Ma dom, którego piwnice wynajmuje Polakom „wakacjuszom" , mało tego: po latach sprzątania po obcych domach może sama zatrudniać pomoce domowe, a przy okazji upokarzać te Polki – doktorki, które się do niej zgłaszają tak, jak kiedyś ją upokarzano i pofolgować swoim kompleksom. Jest pełna wyższości i pogardy, przybiera maniery typowej pani domu, która zatrudnia gosposię do wszystkiego, lekarkę traktuje z góry (świetna rozmowa telefoniczna z wyimaginowana rozmówczynią) robiąc jej łaskę, że w ogóle chce z nią rozmawiać, bo to ona jest kimś, a tamta nikim. Dodatkową frajdę sprawia jej fakt, że ta gosposia jest z wykształcenia lekarzem.

Krakowska – Aniela jest próżna i małostkowa, głupia i niesłychanie trzeźwo myśląca zarazem, psychicznie bardzo silna i mimo, że „w latach” to z niebywałym apetytem na życie, wręcz pazerna w wyszarpywaniu z życia smakowitych dla siebie kąsków.

Trudno jej odmówić racji. Pogoń za finansowym sukcesem, w czasie której traci się coś cenniejszego od pieniędzy, ciągłe pretensje do innych, małostkowość zdarzają się nie tylko w Ameryce.

Na stole podczas całego spektaklu stoi wielki tort. Po pogrzebie Aniela czeka na swego kochanka. Ten tort i świece i zabawna, kusa sukieneczka lalki to dla niego. On jednak, brutal i padalec, dzwoni, że nie przyjdzie, że wyjeżdża na zawsze. Tort stoi do końca. Nie zje go kochanek, więc dostaną po kawałku widzowie, uczestnicy spotkania. Jeszcze tylko kilka słów, bo w Sali jest Zofia Mierzyńska, która wspomina swoją Amerykę, jest kilka innych osób, które to polskie dorabianie się za granicą znają z autopsji i obserwacji. Powieściowy dokument zyskuje nagle wymiar bolesnej prawdy, prawdziwego życia. Słowa Krakowskiej skrzą się dowcipem, zwłaszcza, gdy mając tego jednego torta i pełniusieńką (a nawet więcej) salę zaproszonych do konsumpcji widzów mówi, że krakusy są centusie, więc torta starczy, ale ona jest poznanianką, więc zapewnia, że zostanie jeszcze na kolejny spektakl…

Tak więc, gdy ktoś z Państwa spotka na swojej wakacyjnej (i nie tylko) drodze „Wakacjuszkę” namawiam do jej poznania.

 

Justyna Hofman – Wiśniewska



„Wakacjuszka” – scenariusz: Zofia Mierzyńska, reżyseria: Janusz Dymek, wykonanie: Emilia Krakowska, 5.07.2005, Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie.

 



Galeria









©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość