Strona główna

Europa na miarę naszych ambicji z profesorem Jerzym Buzkiem, przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, rozmawia Andrzej Gelberg „Ojcowie założyciele”


Pobieranie 31.47 Kb.
Data19.06.2016
Rozmiar31.47 Kb.
Europa na miarę

naszych ambicji

Z profesorem Jerzym Buzkiem, przewodniczącym Parlamentu Europejskiego, rozmawia Andrzej Gelberg

„Ojcowie założyciele”, twórcy idei zjednoczonej Europy - Robert Schuman, Jean Monet, Konrad Adenauer, Henri Spaak, Alcide de Gasperi, Altiero Spinelli - śnili przed ponad pół wiekiem o Stanach Zjednoczonych Europy. Ale nie tylko śnili - zaczęli tworzyć fundamenty do realizacji tej idei. Od tego czasu Europa przeszła długą drogę. Dzisiaj w Unii Europejskiej jest 25 państw, wspólna waluta obowiązuje w 16 krajach, granice praktycznie przestały istnieć. Z pozoru wydawać by się mogło, że realizacja wizji „ojców założycieli” jest w zasięgu ręki. A jednak jest inaczej - jak się okazało rzeczywistość ujawniła problemy, które były poza wyobraźnią wcześniejszych wizjonerów. Jaka jest dzisiaj wizja zintegrowanej już w niemałym stopniu Europy - czym będzie za lat 20,30,50? I o czym marzy przewodniczący europejskiego parlamentu?


Ja działam. Na marzenia nie mam czasu. Moja kadencja trwa 2,5 roku, a urząd swój sprawuje już od prawie 9 miesięcy. Od pierwszego dnia staram się aktywnie promować i wdrażać w życie moje 4 priorytety.

Pierwszy to budowanie w ramach polityki zagranicznej partnerskich relacji z naszymi sąsiadami na południu i wschodzie.

Drugim priorytetem jest tworzenie nowego "ładu światowego".

Doceniając rolę przywództwa euro-atlantyckiego w ciągu ostatniego półwiecza, dzisiaj musimy otwarcie powiedzieć, że to nie wystarcza już do stawienia czoła wyzwaniom współczesności. Potrzebujemy, w zależności od spraw, aktywnego i konstruktywnego udziału nowych partnerów. Mam na myśli: Chiny, Indie, Brazylię, Rosję czy RPA. W zglobalizowanym, wielobiegunowym świecie, globalne przywództwo musimy wypełniać treścią wspólnie, a nie w pojedynkę. O tym będę pod koniec kwietnia rozmawiał w Waszyngtonie z amerykańskimi politykami.

Trzecią kwestią o wielkim dla mnie znaczeniu jest wieloletni budżet UE po roku 2013. Musi być on skonstruowany na miarę naszych ambicji. Ważne jest jednak, żeby przy tworzeniu budżetu - stawiając na innowacyjność i nowe technologie – nie zapominać o jego spójności. Bo jest to w istocie fałszywa alternatywa i obie polityki powinny się uzupełniać - z korzyścią dla obywateli.

Ostatnim priorytetem jest wreszcie coś, co nazwałem Europejską Wspólnotą Energetyczną. Idea nawiązuje do założycielskiego pomysłu Roberta Schumana jakim była Europejska Wspólnota Węgla i Stali. Dziś ropa i gaz ma takie samo znaczenie jak węgiel i stal po wojnie. Dlatego postuluję wspólne zakupy gazu, połączenia sieci państw członkowskich, rozbudowanie sieci przesyłowych tak, aby nie być uzależnionym od jednego tylko państwa-dostawcy, zwiększenie zróżnicowania źródeł energii, wspólny rynek energii. Solidarność energetyczna - zapisana w Traktacie z Lizbony - musi stać się rzeczywistością.

Jeśli mówimy o solidarności - jednym z paradygmatów Unii Europejskiej miała być solidarność jej członków. Z realizacją owego paradygmatu był zawsze kłopot, ale obecny kryzys okazał się wręcz „zimnym prysznicem” dla tego szlachetnego przesłania. Gdy pojawiły się kłopoty, poszczególne kraje zaczęły kierować się partykularyzmem, a im były silniejsze, tym skuteczniej udawało się im bez oglądania się na kogokolwiek realizować własne rozwiązania. Czy i na ile UE może wpłynąć na zmianę takich praktyk?


Panie redaktorze, zawsze istnieją pokusy zachowań egoistycznych, które uwzględniają jedynie nasz wąsko pojęty interes. Dzisiaj jednak - co wyraźnie widać przy okazji obecnego kryzysu gospodarczego - Europa przekroczyła masę krytyczną. Jesteśmy już systemem naczyń połączonych. Jeżeli ułamie się jedna rurka w tym skomplikowanym systemie, to ucierpi cały system. A to się nikomu w Unii nie opłaca. Dlatego ta pokusa, o której pan redaktor wspomina, pozostaje jedynie pokusą.

Na ile ocenia Pan szansę poszerzenia Unii Europejskiej o nowe kraje, które deklarują chęć przystąpienia do wspólnoty? Mam na myśli Turcję, ale także Ukrainę, która dzisiaj - z punktu widzenia Polski, oby nie bezpowrotnie - szanse te utraciła Czy do „europejskiego stołu” dopuszczone zostaną - tak jak to się stało ze Słowenią - państwa będące częścią byłej Jugosławii?



Trzeba sobie powiedzieć jasno, że perspektywa członkowska w Unii Europejskiej jest najbardziej efektywnym narzędziem tzw. miękkiej siły (soft power), którą dysponuje UE. Przerobiliśmy już tę lekcję w Polsce i w naszym regionie.

Jaka mamy dzisiaj sytuację? UE prowadzi negocjacje z Turcją oraz Chorwacją. W pierwszym przypadku raczej czeka nas długi okres zanim Turcja będzie w stanie spełnić kryteria kopenhaskie. W przypadku Chorwacji powinniśmy już niebawem spodziewać się pozytywnego finału. Negocjacje są zaawansowane, a co ważniejsze zostały odblokowane po tym jak Chorwacja i Słowenia porozumiały się pod koniec zeszłego roku.

Jeżeli chodzi o pozostałe kraje byłej Jugosławii, to stoją one dzisiaj w kolejce do Unii, a nie walczą ze sobą - jak to miało miejsce w latach 90. minionego stulecia. To wielka zmiana jakościowa. Dzisiaj kraje te pracują ciężko i z determinacją na swoją unijną przyszłość. Jeśli zaś chodzi o Ukrainę, to cieszy mnie, że nowo wybrany prezydent tego kraju Wiktor Janukowicz, z którym miałem już przyjemność spotkać się dwa razy odkąd objął swój urząd, mówi wyraźnie, że UE jest dla niego priorytetem. Złożył deklaracje, że Ukraina jest w stanie się otworzyć na UE tak bardzo jak Unia na Ukrainę.

Podsumowując uważam, że obie strony muszą być gotowe do rozszerzenia - zarówno Unia jak i kandydaci. Kryteria kopenhaskie są tu dobry wyznacznikiem. Jestem optymistą co do przyszłości rozszerzenia. Ale będzie to wymagało cierpliwości. Poza Chorwacją, i jak sądzę Islandią, która niedawno złożyła wniosek o członkostwo, mówimy jednak o dłuższej perspektywie czasowej.

W trakcie toczącego świat kryzysu kolejne kraje strefy euro „machnęły ręką” na kryteria z Maastricht, łamiąc zasady mechanizmu ERM II, szczególnie w punkcie dotyczącym deficytu budżetowego. Przykład Grecji może być tutaj swoistym memento, ale nie tyle poprzez fakt łamania podpisanych wcześniej przez ten kraj zobowiązań, ile przez uzewnętrznienie pełnej bezradności Unii, która nie posiada skutecznego instrumentarium by przeciwdziałać takim praktykom. Życie okazało się bogatsze niż wyobraźnia eurodeputowanych, a tworzone w Brukseli przepisy - nie zawsze, delikatnie mówiąc, adekwatne do rzeczywistości. Jakie dla Unii płyną wnioski z casusu Grecji? I już tylko przy okazji: skoro członkowie eurolandu nie wypełniają podstawowych kryteriów z Maastricht, to jak uzasadniać wymaganie ich spełniania od kandydatów aspirujących do obszaru unii walutowej?


To jest absolutnie fundamentalne pytanie. Przed dwoma tygodniami byłem z wizytą w Berlinie. Z panią kanclerz Merkel długo rozmawialiśmy na ten temat. Pomyślałem sobie wtedy, co by było, gdyby nie został przeforsowany tzw. Pakt Stabilizacji i Wzrostu, gdy powstawało euro. Aż strach pomyśleć w jakim stanie znajdowałaby się ta waluta! Trzeba sobie jasno powiedzieć: euro jest namacalnym symbolem naszego sukcesu. Jest walutą docenianą na świecie. Jej stabilność jest ważna nie tylko dla państw eurolandu, ale również dla tych państw członkowskich UE, które zamierzają się do niej przyłączyć, a także dla tych, które zamierzają pozostać poza strefą euro.

Nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że Unia wykazała się bezradnością, choć nie sposób nie zauważyć, iż kryzys postawił przed nami nowe wyzwania. Trwa ważna debata o tym jak sobie z nimi dawać radę oraz jak zapobiegać im w przyszłości.

W kontekście Grecji postulowałem podczas ostatniego spotkania przywódców unijnych, aby powiązać unijną solidarność z ich odpowiedzialnym postępowaniem. Gdy ostatnio przyjmowałem w Brukseli premiera J. A. Papandreaou i referował mi kroki zaradcze, które zamierza podjąć, to widziałem w nim zdeterminowanego przywódcę, który wie, że musi podjąć kilka niepopularnych decyzji. Jestem optymistą, że sobie z tym poradzi.

A dla całej Unii płynie następująca lekcja z tego kryzysu: kryteria muszą być przestrzegane. Musimy bezwzględnie przestrzegać Paktu Stabilizacji i Wzrostu. On jest niczym kotwica ratunkowa.

Rudymentarną podstawą Unii Europejskiej jest etos demokracji - z niej czerpie siłę i legitymację istnienia. Obecny kryzys pokazał z całą jasnością, że na świecie są potężne siły, funkcjonujące w krajach demokratycznych, które z demokracją mają niewiele wspólnego, są - jako oligarchie - wręcz jej zaprzeczeniem. Mam na myśli międzynarodowe korporacje, zarządzane przez ludzi, których tak naprawdę nikt nie wybierał. A o potędze owych korporacji najlepiej niech świadczy fakt, że były w stanie w skuteczny sposób wymusić na rządach krajów Unii korzystne dla siebie decyzje - z kieszeni podatnika. Czy dla Unii Europejskiej nie jest zagrożeniem równoległe funkcjonowanie w obecnej postaci takich dwóch bytów, opartych o jakże odmienny kod aksjologiczny?


Unia Europejska jest tak długo silna, jak długo jest w stanie dostrzegać zagrożenia i im przeciwdziałać. Odnoszę silne wrażenie, że w trakcie obecnego kryzysu gospodarczego, który nie był przez nas zawiniony, bo przecież przyszedł z zewnątrz, wykazaliśmy się odpowiedzialnością w stosunku do naszych obywateli. Podjęliśmy wszystkie możliwe działania mające na celu stabilizację sytuacji. Instynktu samozachowawczego nie straciliśmy. To bardzo ważne.
Solidarność energetyczna Unii Europejskiej jest - mimo licznych deklaracji - wciąż nierozwiązanym problemem. Na przeszkodzie stoi brak wspólnie realizowanej polityki energetycznej, spowodowany de facto partykularnym podejściem do tego problemu niektórych krajów, które okazały się otwarte na „bilateralną politykę energetyczną” Rosji. Bezskuteczne kontestowanie przez członków Unii - Polskę i inne kraje rejonu Morza Bałtyckiego - „podmorskiej rosyjsko-niemieckiej rury”, są najlepszym tego przykładem.

Dotyka pan niezwykle ważnego zagadnienia. Jednego z tych, któremu poświęciłem bardzo dużo czasu odkąd jestem eurodeputowanym. Teraz, kiedy jestem przewodniczącym PE, jest to jeden z moich priorytetów. Jak wcześniej wspomniałem koncepcja Europejskiej Wspólnoty Energetycznej jest próbą przełożenia postulatu solidarności energetycznej wpisanego do Traktat z Lizbony na język konkretów.

Niedawno moja macierzysta komisja przemysłu zajmowała się projektem regulacji na temat bezpieczeństwa dostaw gazu w ramach procedury „współdecyzji”. Ta regulacja określa, kiedy mamy do czynienia ze stanem nadzwyczajnym - m.in. wtedy kiedy zgłosi go jeden z krajów członkowskich. I wzmacniając rolę Komisji Europejskiej przewiduje reakcję już po 3 dniach – na przykład przez możliwość reeksportu gazu. Parlament Europejski będzie najpewniej już w maju głosował nad tym projektem. Jeśli ta regulacja zostanie ostatecznie przyjęta i stanie się obowiązującym prawem w Unii Europejskiej, to zrobimy duży krok na rzecz zrealizowania solidarności energetycznej.

Jak ma wyglądać europejska współpraca z Chinami? Z jednej strony kontrakty handlowe z Państwem Środka powinny być podpisywane przez dwóch silnych partnerów, z drugiej - partykularne interesy poszczególnych krajów członkowskich pokazują Chińczykom słabość polityki gospodarczej UE i pozwalają ChRL na rozgrywanie Europy.


Powiem jak to powinno wyglądać z perspektywy Parlamentu Europejskiego. W relacjach z Chinami, ale też z innymi naszymi wielkimi partnerami w innych zakątkach świata, nie możemy zapominać o przypominaniu o konieczności przestrzegania praw człowieka. To jest dla nas, Europejczyków, sprawa o znaczeniu podstawowym. Nie może być "business as usuall" - bez tego ważnego elementu. W Parlamencie Europejskim przywiązujemy do tego ogromna wagę. Ważnym narzędziem naszej działalności na tym polu jest Nagroda im. Sacharowa na rzecz wolności myśli. Przyznajemy ją od 22 lat. Dwa lata temu laureatem tej nagrody został chiński dysydent Hu Jia, a w zeszłym roku - rosyjski "Memoriał". Europa budując relacje z partnerami na całym świecie - krajami małymi, średnimi czy dużymi - nie może zapominać o prawach człowieka.

Czy UE powinna inwestować w rozwój Afryki? Z czasem Afryka stanie się jednym z największych rynków zbytu, choć obecnie jest kontynentem targanym konfliktami i nędzą. Od pewnego czasu dostrzec można na tym kontynencie ekspansję inwestycyjną ze strony Chin, azjatyckich krajów arabskich…i Rosji.



Afryka jest kontynentem przyszłości i choć nie wszyscy jeszcze dostrzegają jej potencjał, to najbardziej przewidujący są już tam obecni. Europa też jest tam obecna - nie tylko w kontekście gospodarczym, ale również humanitarnym i politycznym. Warto podkreślić udaną misję wojskową Unii Europejskiej w Czadzie, w której przez 18 miesięcy brali udział również polscy żołnierze. Parlament Europejski od kilku lat blisko współpracuje z Parlamentem Pan-Afrykańskim, instytucją Unii Afrykańskiej. Europa docenia potencjał Afryki, ale nie możemy jednak nie zauważyć, że podejście Europy jest inne niż np. Chin. Naszym celem jest blisko współpracować, aby potencjał tego kontynentu mógł być zrealizowany z korzyścią dla jego państw, a przede wszystkim obywateli.

Unia Europejska jest bardzo mocno zaangażowana w walkę z globalnym ociepleniem. Jednak od pewnego czasu pojawiają się coraz liczniejsze informacje, że naukowe analizy na bazie których zbudowano teorię o groźbie globalnego ocieplenia były - oględnie mówiąc - niezbyt dokładne. Wobec nowych faktów poszczególne kraje zaczynają nabierać dystansu do wspomnianej groźby i lista oficjalnych i mniej oficjalnych sceptyków rośnie. Jak w tej sytuacji do tego problemu będzie podchodzić UE?



Zdaję sobie sprawę, że po srogiej zimie ludziom trudno uwierzyć w ocieplenie klimatu. Ten proces trzeba jednak analizować w kontekście wielu lat. Sam to badałem. Przez sześć lat - od 1990 do 1996 roku - byłem reprezentantem Polski w Międzynarodowej Agencji Energii, która realizowała program gazów cieplarnianych, badając skutki oddziaływani tych gazów na środowisko. Podsumowaliśmy prowadzone w szerokim zakresie specjalistyczne badania, realizowane na całym świecie przez glacjologów, klimatologów, archeologów. I wyszło nam, że jest co najmniej 90-procentowe prawdopodobieństwo, że człowiek znacząco się przyczynia do ocieplenia klimatu. Unia Europejska jest zdeterminowana aby realizować swój program opisany w tzw. Pakiecie Energetyczno-Klimatycznym. Ale aby nasze działania miały realny skutek, musimy mieć po swojej stronie takie państwa jak USA, Chuiny, Indie czy Rosję. Bez ich aktywnego udziału i zaangażowania walka z zagrożeniami klimatycznymi nie będzie skuteczna.

Unia Europejska obejmująca dzisiaj niemal cały kontynent mogłaby być z wielu względów światową potęgą. Mogłaby - gdyby chciała i potrafiła. Ale chyba nie chce lub nie potrafi, czego wyrazem mogą być: brak wspólnej polityki obronnej i wspólnej armii oraz brak wspólnej polityki zagranicznej - niezbędnych atrybutów aspirującego do pozycji lidera podmiotu politycznego. Wyrazem „braku ambicji” na tym polu było wybranie na stanowiska prezydenta i ministra spraw zagranicznych Unii polityków niejako „z drugiego szeregu”. Dlaczego Unia Europejska się „samoogranicza” i nie ma ambicji?



Na jesieni zeszłego roku w tygodniach poprzedzających ten wybór bardzo otwarcie i głośno postulowałem potrzebę wyboru kobiety na jedno z dwóch "lizbońskich stanowisk". Nie mówię, że to o wyborze zdecydowało, ale pomogło stworzyć właściwy klimat dla wyboru kobiety.

Nie uważam żeby Unia się samoograniczała i nie miała ambicji. Musimy pamiętać, że UE to związek 27 różnych państw. Wykuwanie decyzji, zawsze i w każdej istotnej sprawie na ścieżce kompromisu – nie jest łatwe i musi trwać. Ten kompromis nie jest może doskonały i nie wszystkich w pełni satysfakcjonuje, ale innej skutecznej metody nie ma. Unia Europejska nie jest federacją, tylko związkiem suwerennych i niepodległych krajów. Obserwując od środka jak ten skomplikowany mechanizm działa, muszę powiedzieć, że jest nadzwyczaj sprawny. Jesteśmy w stanie dochodzić do decyzji, choć przyznam, że czasami trwa to długo.

Teraz po wejściu w życie Traktatu z Lizbony mamy nowa erę w Unii. Powołanie tzw. ministra spraw zagranicznych jest wielkim i ambitnym eksperymentem. Baronessa Ashton pełni dzisiaj funkcję poprzednio pełnioną przez trzy różne osoby. Wyzwania stoją przed nią ogromne - trzeba jej dać czas. Gdy Jacques Delores został w 1985r. szefem Komisji Europejskiej nikt nie przypuszczał, że pozostawi po sobie tak wielką spuściznę. Zatem jeżeli baronessie Ashton się powiedzie - na co bardzo liczę - to będziemy mogli powiedzieć , że mamy zręby wspólnej i realnej polityki zagranicznej. A to będzie nasze wielkie osiągnięcie.

Dla mnie bardzo ważne jest to, że PE zyskał wiele nowych uprawnień. Przykładem będzie odrzucenie przez nas tymczasowego porozumienia SWIFT o przekazywaniu danych finansowych obywateli UE władzom USA. W tej sprawie miałem przyjemność rozmawiać z sekretarz stanu Hillary Clinton, której wyjaśniłem, że PE realizuje swoje uprawnienia i chce właściwie chronić wrażliwe dane obywateli europejskich. Parlament uznał, że wynegocjowane porozumienie w niedostatecznym stopniu je zabezpiecza. Negocjacje muszą odbyć się od nowa. Na tym przykładzie widać, że wzmocniony Parlament Europejski w ten sposób zamierza ambitnie zabiegać o interesy 500 milionów europejczyków, których reprezentujemy.

    Nie minęło jeszcze pół roku od wejścia w życie Traktatu z Lizbony. Zatem potrzebujemy czasu, aby ponad wszelką wątpliwość stwierdzić czy w oparciu o ten Traktat zbudujemy Unie Europejską na miarę naszych ambicji.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość