Strona główna

Garoua Boulaï, 20


Pobieranie 25.95 Kb.
Data18.06.2016
Rozmiar25.95 Kb.

Garoua Boulaï, 20.V.2000

/.../ Dziękuję wszystkim, którzy pamiętają o mnie w Afryce i oprócz wsparcia finansowego, wysyłają nawet listy. Wyobraźcie sobie, że teraz dostaję dużo listów, które wysłaliście na Boże Narodzenie. No cóż, można i w Wielkim Tygodniu dzielić się opłatkiem. Nasza Czarna Siostra Katarzyna - Kamerunka, bardzo je lubi i tylko czeka, aż wyciągnę je z listów. A tydzień temu, dostałam jeden list, który mi wysłano na imieniny


w październiku! Najważniejsze, że doszedł.

A jak przeżyłam moje pierwsze święta w Kamerunie? Z różnymi uczuciami.

Tzn. z jednej strony, nie umiałam się przestawić na inny krajobraz wokół scenerii Bożonarodzeniowej. Choć zaczęła się susza, jednak było jeszcze dużo zieleni. Nie było także tradycyjnej choinki w domu, czy w kościele. Siostry łamią gałęzie tui i tak stroją od lat kościół i naszą kaplicę. Bombki też wiszą. I kiedy byłyśmy w kaplicy, patrząc na szopkę, czułam święta, gdy wychodziłam na zewnątrz – atmosfera znikała.

Z drugiej jednak strony – przeżyłam je głębiej i jakoś tak dosłowniej. Dlaczego? Wyobraźcie sobie, że w Polsce, buduje się szopki w kościele, jako mieszkanie dla Boga Niebios, ale nikt nie mieszka w podobnych warunkach! Czyli dekoracja przedstawia coś nierealnego, niewspółczesnego, coś dalekiego od naszego życia.

A tutaj? Dekoracja przedstawia Boga, który przychodzi na świat w szopie pokrytej słomą, w całkowitej nędzy i to jest tak bliskie tym ludziom, że aż dech zapiera. Przeżycia Maryi, Józefa i małego Dziecięcia są zrozumiałe dla nich i bardzo bliskie. I kiedy wpatrywałam się w szopkę i porównywałam rzeczywiste warunki wiejskich chat to bardzo głęboko wchodziłam w atmosferę Bożego Narodzenia. Zrozumiałam bardziej miłość Boga do ludzi. On zniżył się aż tak. Z miłości.

Nasz dom, w którym mieszkam, jest murowany. Są sprzęty, meble, firanki, serwety


i kwiaty. Powoli zaczynają się pojawiać w naszej okolicy podobne domy. Większość domów jest jednak w stylu szopki Pana Jezusa. Dla mnie jest to jeszcze nie do wyobrażenia, jak można całe życie spędzić w takich warunkach!

Spałam już w wielu takich chatach i jednak muszę się przyznać, że z wielką ulgą


i radością wracam do swojego domu. Nie piszę tego z chlubą, ale właśnie dzięki temu, Bóg, który się rodzi w stajence, stał się mi bliższy i większy!

Normalnie, w codziennej pracy, nie zostajemy na noc w wioskach. Nie są aż tak oddalone (najdalej 60 czy 4), a droga, jak już pisałam w pierwszym liście, jest coraz lepsza. Spałam na wioskach podczas pieszych pielgrzymek. A byłam już na dwóch!!!

Pierwszy raz, w styczniu, wyruszyłam z S. Nikolą i naszą Czarną nowicjuszką do Betare–oya razem z Legionami Maryi. Wspominałam o nich w drugim moim liście. Betaré-oya jest oddalona od nas o 120 km.

To jest nasza sąsiednia parafia, należeliśmy kiedyś do niej. Starsi ludzie pamiętają wyprawy na pieszo do tego kościoła. Myśmy wybrali krótszą drogę, przez sawannę


i dzięki temu, zrobiliśmy tylko 60 km i to w trzy dni.

Wyszło z nami około 160 ludzi, reprezentujących prawie wszystkie wioski. To było wydarzenie dla nich i dla nas bardzo znaczące. Po opowieściach starych misjonarzy, miałam naprawdę wielkiego stracha. Chciałam pielgrzymki i się bałam. Przerażały mnie warunki klimatyczne, warunki mieszkaniowe, higieniczne i jedzenie.


Jednak pierwszy dzień, zniosłam bardzo dobrze, a gdy dotarliśmy do wioski, która nas gościła, wielki mój strach opadł bardzo szybko. Ofiarowali nam chatę
z łóżkami, posprzątaną i było nawet, na czym siedzieć. Potem posiłek z tradycyjnym maniokiem, z mięsem i sosem. A wokół tego atmosfera wielkiej radości, bo przyjęłyśmy ich gościnę. Zresztą widziałam tę gościnność na obydwu pielgrzymkach. Zanim weszliśmy do wiosek, wszyscy jej mieszkańcy wychodzili nam na przeciw z tańcem
i śpiewem i prowadzili nas najpierw do szefa wioski, a potem do kaplicy i rozprowadzali nas po domach. Zawsze ten moment jest dla mnie wzruszający, gdy wywołują najpierw rodzinę przyjmującą, ona wychodzi, a potem proszą np. trzy osoby z naszej grupy. Rodzina przyjmująca tańczy i wydaje okrzyki radości, wita serdecznie gości, bierze bagaże i z radością prowadzi do swojego domu. Gościnność w Afryce jest bardzo szczodra i autentyczna, a największym zlekceważeniem jest nie przyjąć ich gościny.

Po kolacji zawsze nas czekał jeszcze tzw. wieczór kulturalny. Wszyscy zebrani wokół dużego ogniska (nie muszę przypominać, że tu nie ma elektryczności), uczestniczyliśmy w tym, co ludzie przygotowali. Afrykanie, to są urodzeni aktorzy, muzycy i tancerze. Na miejscu wymyślają różne skecze, scenki i świetnie to grają. Obserwuję ich ruchy i wczuwam się w akcję. Dzięki takim scenkom można poznać dużo zwyczajów i przesądów afrykańskich. Całe ich życie jest w tych krótkich scenkach, bo oni biorą przykłady z życia. Np. scenka przedstawia Murzyna, który nie chce się dzielić swoim jedzeniem, nawet z przyjacielem; chętnie przyjmuje za to gościnę od innych. Łowi ryby, oczywiście zjada je sam a potem dławi się ościami i umiera. Każda scenka jest zakończona morałem. Ta też – gościnność na pierwszym miejscu.

Albo inna scenka o marabu (takim ich czarnoksiężniku. Jest ich w Afryce ciągle bardzo dużo i wszystko zależy od nich – życie i choroba, szczęście czy nieszczęście).

Marabu wysyła ludzi, którzy podsłuchują rozmowy różnych ludzi i dzięki temu jest zorientowany w wielu sprawach. Potem przychodzą do niego ludzie z problemami a on im mówi dodatkowe szczegóły. Oni wtedy wierzą, że on jest w kontakcie z innymi duchami


i wszystko wie.

Scenka skończyła się chorobą marabu, który nie umiał sobie samemu poradzić i przyszedł do przychodni katolickiej. Wszystkie te scenki są bardzo dynamiczne, jest dużo ruchu, okrzyków, widzowie reagują też bardzo spontanicznie. Lubię je oglądać.

Gdy jestem tylko w środowisku młodzieżowym, jest lepiej, bo mówią w języku francuskim, gdy są ludzie starsi, wtedy mówią językiem Gbaya, bo dużo z nich nie chodziło do szkół i nie znają języka francuskiego. Jest to dla mnie lekkie utrudnienie, bo słucham tłumaczenia, a to zawsze jest z lekkim opóźnieniem. I jest tak, że ludzie już się śmieją, a ja za moment dopiero się dowiaduję, dlaczego. Mimo wszystko je lubię!

Pomiędzy scenkami są tradycyjne tańce w których chętnie uczestniczę. To są tańce bardzo spokojne i rytmiczne, przy akompaniamencie bębnów i grzechotek. Cały dzień pielgrzymki jest wypełniony modlitwą i pieśnią. Dla mnie to jest, mimo wszystko niezrozumiałe, jak można cały dzień i wieczór śpiewać! I to głośno!

Czy wszystkie noce miałyśmy spokojne, jak pierwsza? O nie! Zaraz na drugą noc, przygotowali nam nocleg w pustym domu, w którym zagościły nietoperze. Z dwóch racji nie mogłyśmy zasnąć: ze strachu i z hałasu. Całą noc wydawały swoje odgłosy.

I tak było często na przemian. Raz wchodzę do mojego pomieszczenia (trudno to nazwać pokojem), a tu na ścianach duże pająki i karaluchy. O mój Boże! Wybiłam, co mogłam, reszta pouciekała; jednak bałam się usnąć. A nie można ludziom powiedzieć, że mi się tutaj nie podoba. Oni się już do robactwa przyzwyczaili, a poza tym było posprzątane.

Raz, dostałyśmy pokoje w oberży. Nawet każda z nas osobny! Nasza radość bardzo szybko się skończyła, gdy poczułyśmy zapachy ze wspólnej toalety, tuż pod naszymi otworami w ścianach (trudno to nazwać oknami).

Ale najlepiej było, gdy gościnę zaofiarował nam jeden z bogatszych muzułmanów! Była to niewielka wioska, chcieli jednak nas wszystkich ugościć całym sercem, więc wszyscy mieszkańcy wioski przyjmowali pielgrzymów, bez względu na wyznanie.

Nam ofiarowali jeden z ładniejszych domów. Gdyśmy się rozpakowały, gospodarz domu przyszedł do nas razem ze swoimi ….czterema żonami, aby nam życzyć miłego pobytu
w jego …. haremie! Mówię Wam, noc była spokojna, ale długo w nocy żeśmy się śmiały, że śpimy w haremie! Znam to słowo z egzotycznych książek i filmów, ale że ja także będę spać w haremie, tego sobie nie wyobrażałam!

Trzeba jednak podziwiać otwartość wszystkich ludzi.

Po pierwszej pielgrzymce z Legionami Maryi do Betaré-oya (słowo to oznacza: szef śpi), nawet się nie zastanawiałam, w jaki sposób dotrzeć do Bertoua, oddalonego od nas
o 300 km. Jest to stolica naszej diecezji i właśnie ją wybrała Konferencja Episkopatu Kameruńskiego na miejsce Forum młodzieży z okazji Wielkiego Jubileuszu 2000. Ponieważ droga nasza do Bertoua przebiega przez teren parafii Betaré-oya, postanowiliśmy iść razem. Z naszej parafii wyszło 80 młodych. To dużo, patrząc na koszta, długość nieobecności w szkole i wysiłek. Stwierdziliśmy, że 10 dni wystarczy i im i nam, tzn. 6 dni w drodze (160 km) i 4 dni w Bertoua. Nas było znowu trzy: S. Nikola nasza nowicjuszka Katarzyna i ja, a z Betaré-oya szedł Ksiądz Marian.

Skład ten, to było jedyne rozwiązanie dla naszych parafii. Od nas odleciała do Polski Siostra Józefina, jako lekarz towarzyszący ewakuacji ciężko chorego Ks. Marka z diecezji tarnowskiej. Również dwie Siostry Michaelitki zostały ostatnio natychmiast ewakuowane do Polski z powodu choroby i są w osłabionym stanie liczbowym. Aż zaczęła przychodzić do głowy myśl – kto następny? Ja się czuję dobrze, miałam wprawdzie ostatnio dwie malarie, ale to nic w porównaniu z przebiegiem mojej pierwszej malarii.

Wyruszyliśmy 31 marca. Moi młodzi trochę podjechali wywrotkami na spotkanie obydwu parafii i pielgrzymka się zaczęła Drogą Krzyżową i Adoracją Najświętszego Sakramentu (był to piątek). Każdego dnia miałyśmy Mszę Świętą i aż trzy konferencje. Głosiliśmy je na zmianę, łącznie z naszą nowicjuszką. Po prostu chcieliśmy skorzystać, że mamy ze sobą około 170 młodych ludzi otwartych na Boga. Nie mogę jednak powiedzieć, że doświadczyłam wszystkich trudów pielgrzymki, gdyż niestety, jechałam samochodem
z bagażami, jedzeniem i chorymi. Jest on jednak niezbędny przy tego rodzaju akcjach. Siostra Nikola szła lub jechała na zmianę z Ks. Marianem, tylko nasza Katarzyna przeszła całą drogę na pieszo. Samochód jest także potrzebny, by móc zorganizować każdy dzień. Wcześniej trzeba sprawdzić, czy wioska jest gotowa z posiłkiem, powiadomić niektórych ludzi, podwieźć chorych, czy jeszcze ileś tam drobnych rzeczy. Nasze wieczory i noce już opisałam.

Miłą dla nas niespodzianką były odwiedziny naszego Arcybiskupa Rogera Pirenne (Belg). Przyjechał z naszym proboszczem, Ks. Darkiem Pejka (diecezja gnieźnieńska). Biskup zachęcił do wytrwałości i wyjaśnił sens pielgrzymki, szczególnie w roku jubileuszowym. I widać było, że się cieszy naszą inicjatywą. W ostatnim dniu, wędrowali z nami, głosząc Słowo Boże i spowiadając Ojcowie ze Wspólnoty Św. Jana (Francuzi), ponieważ weszliśmy na teren ich parafii. Oni także zorganizowali nam uroczyste wejście do miasta, razem z orkiestrą. Było to dla naszych młodych wielkie przeżycie. Pierwszy raz w życiu coś takiego przeżywali! A większość z nich była pierwszy raz w Bertoua! Kursują wprawdzie busy osobowe, ale koszty są wysokie i nie dla nich.

Gdy wchodziliśmy do miasta, pomyślałam, że jeden etap naszej wędrówki jest za nami, teraz zacznie się inna rzeczywistość i inne problemy. Weszliśmy w wielotysięczny tłum młodych z całego Kamerunu, nasze miejsca noclegowe były bardzo rozrzucone, odległości duże, no i ze względu na koszta, postanowiliśmy sami przygotowywać posiłki. A myśmy mieli tylko dwa nieduże samochody terenowe. Jednak i tym razem, nasi młodzi wykazali dużo umiejętności i dojrzałości. Oczywiście, że były momenty nieco boleśniejsze dla nas, gdy widzieliśmy oznaki lekkomyślności czy egoizmu, ale to znikało wobec innych problemów.

Jak wiecie, w Afryce jest bardzo silne poczucie przynależności do plemienia. Mają swoją kulturę, swoje zwyczaje, tańce, śpiewy i język. Nasi młodzi z plemienia Gbaya, przyglądali się bardzo uważnie tańcom innych plemion, ale się nie włączali. Pytam się, dlaczego się nie bawicie? To nie są nasze tańce. To nie szkodzi. Tańczcie razem. Nie umiemy. No cóż, według mnie, wszystkie tańce są podobne. Ale to tylko według mnie.

Forum Młodych gościło dużo biskupów, łącznie z kameruńskim kardynałem Tumi, którego tak szanuje nasz Papież i było dużo dobrych słów pod adresem młodzieży. Choć zmęczona, jednak bardzo szczęśliwa wróciłam do Garoua Boulaï moim terenowym samochodem, a moi młodzi - ciężarówkami. Myślę, że był to nowy powiew Ducha Świętego dla naszych młodych. Zobaczymy. Od razu ich zaprosiłam na następną wyprawę, tym razem do Garoua Boulaï, aby świętowali razem z naszą Wspólnotą Sióstr Dominikanek radość z racji tego, że jedna z Kamerunek, Siostra Katarzyna złoży I Śluby Zakonne. Na tę okazję przyjechały do nas dwie Siostry z Krakowa. Wróciła także nasza Siostra Józefina. Skorzystałam z okazji, że jest Ojciec Kapucyn z Centralnej Afryki, Robert Wieczorek, głoszący Słowo Boże do S.Katarzyny. Mówił także i do nich. Poza tym, było dużo sportu: maratony i mecze piłkarskie (jak wiecie Kamerun zwyciężył ostatnio Puchar Afryki, już po raz drugi z kolei), a w niedzielę wieczorem wielki wieczór kulturalny przy wielkim ognisku razem z główną osobą dnia tego, czyli Siostrą Katarzyną i jej rodziną.

Moi Drodzy, rozpisałam się tym razem, ale mam tyle nowych przeżyć, z którymi pragnę się podzielić. Trochę martwię się przyszłością, bo na razie pomagali nam Francuzi z firmy budującej drogę, poprzez udostępnianie olbrzymich wywrotek na przewóz ludzi. Dziwicie się? Ja też. Ale jest to jedyny środek do przemieszczania się dla nas. Myślę oczywiście o większej ilości ludzi. Reszta środków transportu, albo nie jest na nasze drogi, albo nie istnieje (jak np. pociągi, autobusy), albo jest strasznie droga opłata. Przerasta to moje i ich możliwości. Wiem, że w Polsce, transport ludzi takimi środkami jest zabroniony, ale cóż, ja i oni się cieszymy z tego co jest. Firma niestety ma inne problemy


i nieśmiało mówi, żebyśmy znaleźli inne środki. Najpierw przeżyłam mały szok, tak jakby mi ziemia się usunęła sprzed nóg, potem pomyślałam, że oni i tak dużo pomogli, więc trzeba im być wdzięcznym. A najważniejsze, że robią drogę i to w szybkim czasie. Wy sobie nawet nie wyobrażacie, co to znaczy mieć drogę, po której można normalnie jechać!

Mój problem z przemieszczaniem ludzi pozostaje jednak nie rozwiązany. /.../


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość