Strona główna

I co wyszło?


Pobieranie 32.09 Kb.
Data18.06.2016
Rozmiar32.09 Kb.
Ale pani namieszała: rekonstrukcja bramy, korona cierniowa i swastyka z kryształków, napisy fanów Lechii Gdańsk, przekształcony herb Gdańska...

- Tylko tak się panu wydaje. Wystawa jest nagrodą za wygranie Gdańskiego Biennale Sztuki, którego tematem była tożsamość miejsca. No to pochyliłam się nad moim miastem.


I co wyszło?

- Nigdzie nie doświadczyłam większej agresji niż tutaj, to przecież w Gdańsku, mieście wolności, odbywał się mój proces o znieważenie uczuć religijnych. Owszem, tutaj dobrze się czuję, mam przyjaciół, inspiracje, Jeśli chodzi o ludzi, wszystko jest ok. Nikt na mój widok nie przechodzi na drugą stronę ulicy. Ale przez 10 lat to miasto nie zauważało mnie jako artystki. To pierwsza wystawa od dekady, nazwałam ją „Miasto Zdarzenie Re-Konstrukcja Przemocy”.

Chyba nie ma większego symbolu przemocy niż ta rozjechana 16 grudnia 1981 roku przez czołg historyczna brama nr 2 Stoczni Gdańskiej, dowód pacyfikacji zakładu przez ZOMO. Inna praca z wystawy: swastyka naprzeciwko korony to z jednej strony oczywiście nawiązanie do nazistowskiej przeszłości Gdańska, z drugiej do księdza Jankowskiego, który miał tendencję do pokazywania splendoru zarówno własnego, jak i Kościoła. Jego manią było zamawianie hostii zrobionych z bursztynów, marzył, by z bursztynów wykonać cały ołtarz. Organizował zbiorki, kwesty... Kiedyś weszłam przypadkiem do kościoła św. Brygidy i nie mogłam oderwać się od wszechobecnego kiczu.
Dlaczego na wystawie umieszcza pani koronę i swastykę naprzeciw siebie?

- Są pięknie wykonane, przypominają drogie gadżety. Są symbolem władzy i ostrzeżeniem, do czego może doprowadzić brak kontroli nad nią. A dla mnie kościół ma dziś realną władzę. Co robią 20 lat po upadku komunizmu dygnitarze państwowi na niemal każdej kościelnej uroczystości? Inną pracą będą fotografie murów z rasistowskimi, wzywającymi do przemocy napisami fanów Lechii Gdańsk. Pokazuję też swoją wersję „Brunatnej Księgi”,

Pierwotna wersja została , zredagowana przez Marcina Kornaka, naczelnego organizacji ‘Nigdy Więcej’, jako efekt kilkunastoletniego monitoringu incydentów na tle rasistowskim i ksenofobicznym oraz przestępstw popełnionych przez neofaszystów.
Prace nowe, ale tematy stare.

- Tak, mam swoje tematy: relacja płci, opresyjność katolicyzmu, norm społecznych... Nie zastanawiam się, czy to rodzaj konsekwencji czy schlebianie modzie i jak to zostanie przyjęte. Przemoc jest również tematem mojego doktoratu, który będę realizowała za rok.


Oj, to jeszcze parę wystaw o przemocy zobaczymy.

- To temat niewyczerpany. Przemoc jest wszechobecna, globalna. Istnieje w relacji płci, polityce, ekonomii, sporcie. Trzeba tylko umieć ją zauważać. Wtedy można zacząć coś robić.


Ale co? Naprawdę wierzy pani, że pokazanie w galerii rasistowskich napisów sprawi, że ludzie zaczną je zamalowywać?

- Nie jestem tak naiwna, to byłby czysty dydaktyzm. Ja nie jestem od działania, ale otwierania oczu.


Kiedy zaczął się pani proces w 2002 roku, parę miesięcy po zamknięciu wystawy „Pasja” środowisko artystyczne przymknęło oczy czy dostała pani poparcie?

- Kuratorzy, artyści podpisywali kolejne petycje w mojej sprawie, ale na tym się kończyło. Nie czułam realnej pomocy, nie czułam, że to środowisko ma wpływ. Okazało się, że artyści są łatwym celem dla polityków, ponieważ są bezbronni.

Ja pamiętam raczej, że nawet pani wrogowie zawiesili krytyczne siekierki, kiedy doprowadzano panią do sądu.

Tak jak Andrzej Osęka, ówczesny główny krytyk „Gazety Wyborczej”.

- Kiedy wybuchła medialna afera wokół „Pasji”, Osęka pisał klasyczne paszkwile. Ale szybko połapał się, że podtrzymując linię krytyczną wobec mnie, znajdzie się w obozie ciemnogrodu, a to nie honor dla inteligenta. Zresztą to było powszechne i fałszywe. Wielu pluło na mnie po kątach, by po chwili ustawić się przed kamerą i mnie poprzeć. Widziałam to, nie byłam ślepa.

Osęka namawiał mnie, bym wzięła udział w programie telewizyjnym Jacka Żakowskiego. Nie chciałam, bo polegało to na nieustannym przepytywaniu, a tego już miałam dość w sądzie. Dałam się jednak namówić. W programie brali udział również Stefan Chwin, Jerzy Stuhr i właśnie Osęka. Program niby miał mi pomóc, ale wymogi telewizyjnego show musiały być zachowane, więc na sali zasiadła publiczność, wśród niej kilkoro agresywnych członków Młodzieży Wszechpolskiej. Dzięki za takie wsparcie. Pod koniec programu wszyscy się pożarli, poszły wyzwiska prawie jak w sądzie. Oczywiście całe to zamieszanie zostało wycięte. Jako gwiazda w połowie programu przyszedł minister Waldemar Dąbrowski i zapewnił, że mnie popiera, jest świetnie. Taka pokazówa, że się robiło słabo.

Zdecydowanie jednak mogę stwierdzić, że cały proces mnie zahartował, wzmocnił.
Co to znaczy, że zahartował?

- Chodzi o mój charakter. Jak zaczęła się sprawa z, „Pasją” o obrazę uczuć religijnych Polaków, byłam osobą spłoszoną, wystraszoną. Idąc do sądu naiwnie wierzyłam, że to nieporozumienie, ja wam wszystko wytłumaczę, wy zrozumiecie i się rozejdziemy. Jednak w sądzie spotkałam się z taką agresją ze strony obcych mi osób, że długo nie mogłam się pozbierać. Przed sądem odbywały się manifestacje w obronie krzyża, chętnych do uczestniczenia w procesie było tylu, że sprzedawano bilety, ustawiano bramki przy drzwiach. By przejść do sali, musiałam mieć specjalną ochronę. Zresztą z policjantami, którzy mnie eskortowali, jakoś się polubiliśmy, pokazywali mi nawet plakaty, które księża rozwieszali w kościołach, by zmobilizować wiernych na demonstrację przeciwko mnie.

Jakkolwiek śmiesznie to zabrzmi - na sali sądowej nauczyłam się rozmawiać o swojej sztuce. Pomyślałam: jak uda mi się wybronić „Pasję” przed taką publicznością, która mnie tu sprowadziła, to wytłumaczę się już ze wszystkiego. To również sprawiło, że zaczęłam robić prace krytykujące polską religijność.

Ale nie miała ich pani gdzie pokazywać.

- Sprawa „Pasji” wzmocniła mnie prywatnie, ale artystycznie to był cios w plecy. Kiedy moi rówieśnicy robili wystawę za wystawą, korzystali z boomu na polską sztukę, ja byłam na indeksie. Prawie nikt nie chciał ze mną pracować. Po rozpoczęciu procesu w 2002 roku szybko odwołano mi trzy wystawy. W Słupsku dyrektor miejskiej galerii, po tym jak zapowiedział mój przyjazd, stracił pracę. Potem w była akcja w Ostrowie Wielkopolskim. Jeszcze przed otwarciem 10 proboszczów podpisało list protestacyjny, że czują się obrażeni moimi pracami. Kurator, który wynajmował lokal na prywatną galerię z dnia na dzień stracił ją. A była też jeszcze „Polityka”.
Oni księży chyba się nie boją?

- Naczelny tygodnika Jerzy Baczyński po tych incydentach zaproponował mi rodzaj retrospektywy, miał to być gest wsparcia. Bardzo mu na tym zależało, a mi zależało, by pokazać film wideo z ogłoszenia pierwszego wyroku z 2003 roku, w którym sędzia uznał mnie winną, skazał na prace społeczne i dwa tysiące grzywny. Rzeczywiście, praca oddaje gorącą atmosferę na sali, agresję publiczności i absurd całego procesu. Szef „Polityki” chyba się wystraszył, postawił ultimatum: wystawa bez filmu, albo wcale. Nie zgodziłam się na pokaz bez filmu.

Nikt wtedy nie był tak odważny, by coś mi zaproponować. Wszyscy bali się o swoją pozycję.
Próbowała pani sama coś zaproponować galeriom?

- Nie.
Trochę głupio.

- Jakoś nie umiem tak się oferować. To nie jest kwestia gwiazdorstwa, nie chciałam, żeby ktoś stracił pracę przeze mnie Jakoś przyjęłam, że ludzie znają mnie przez publiczny wizerunek, a ten był paskudny. Dostałam jednak propozycję od Grażyny Kulczyk.
Wyglądało to na transakcję wiązaną: pani może mieć wystawę w dobrej galerii Stary Browar, a Grażyna Kulczyk pokazała wszystkim, że nikogo się nie boi. Może zaprosić każdego i nikomu nic do tego.

- Dokładnie tak.


Kiedy poczuła pani, że to co się dzieje wokół, musi pani przerobić w sztukę?

- Od razu, jak tylko zaczął się proces wiosną 2002 roku. Nie jestem osobą wylewną i te prace pozwalały mi wyładować emocje. Czułam, że nie mogę odpuścić, że jak zacznę robić sztukę na inny temat, to dam sygnał, że udało się mnie zastraszyć. Kiedy wracałam po rozprawie do domu i oglądałam wieczorem relację w telewizji, zawsze miałam, jako osoba podejrzana, wypikselowaną twarz. Czułam się jak bandyta, przestępca. I ten motyw wykorzystałam w instalacji „Oto ciało moje”. Zrealizowałam własny akt, sfotografowany głową w dół, do kolan, niemal bez rąk. Ogryzek ciała z wymazaną twarzą. Do tego zrobiłam coś w rodzaju wielkiego rożna, co sugerowało możliwość nadziania ciała z fotografii na ten ostry szpikulec, jak kawał mięsa. Od razu wcieliłam się w rolę cierpiętnicy, ofiary.


Pachnie to raczej sadomasochizmem.

- Pewnie tak. Intuicyjnie prowadziłam jakąś dziwną grę z publicznością zgromadzoną w sądzie i jego żądaniami. Słyszałam, że trzeba mnie ogolić na łyso, jak goliło się kiedyś, w czasie wojny głowy kobietom współpracującym z Niemcami. W przeddzień wyroku w 2003 roku zgoliłam swoje długie włosy i uplotłam z nich i rzemieni rodzaj bicza. Taki samo masochistyczny fetysz.

Trzy lata później pewien performer austriacki zaproponował mi udział w drodze krzyżowej w Salzburgu. Ile razy słyszałam, jaka jestem zła i jak mnie za to ukarać… Mentalnie ukrzyżowano mnie i to nie raz. Postanowiłam te wizje zrealizować.

Przegięła pani.

- Nie ja. Marcus Hank zaproponował mi taką rolę, bo wiedział jakie kłopoty mam w Polsce. Piekło rozpętało się, kiedy dziennikarz wiedeńskiej bulwarówki odgrzebał, o co jestem oskarżona, a sam Hank rzucił, że mam na krzyżu wisieć nago. W tamtym czasie przebywałam na stypendium w Niemczech, kiedy zadzwonił konsul z Wiednia, sugerował, żebym jednak nie przyjeżdżała, bo atmosfera wokół mnie jest gorąca. Przez tydzień faks w Niemczech, wypluwał mi pierwsze strony bulwarówek, które jechały po mnie naprawdę ostro. Dostałam nawet pogróżki morderstwa od tamtejszych nacjonalistów. W efekcie całą imprezę odwołano, a ja byłam wściekła na Hanka, że moim kosztem chciał sobie zrobić reklamę. Myślałam, że za granicą wolność artystyczna jest nieograniczona. Znowu się myliłam.
Te działania były tyleż przerabianiem traumy, co zręcznym wykorzystaniem roli ofiary. Grała pani z sądem swoimi pracami?

- Traktowałam je jako manifestację: nie wycofam się, nie złamiecie mnie, dalej będę podejmować swoje tematy. Gry było niewiele, bo mało wtedy pokazywałam. Prac, o których mówimy, prawie nikt nie widział.


Jak czuła się pani policzkowana przez swego profesora?

- Kiedy wybuchła afera Grzegorz Klaman, który wcześniej edukował mnie artystycznie (to w jego galerii Wyspa pokazywałam „Pasję”), poczuł że nie daję sobie rady z sytuacją i postanowił mi pomóc. Zaproponował mi wielogodzinne rozmowy przed kamerą, miałam mówić o sobie, jak się czuję, o pracach. On zadawał pytania, ja odpowiadałam.


Klasyczne szkolenie medialne?

- Coś w tym rodzaju. Byłam na to kompletnie nieprzygotowana. Nie umiałam rozmawiać o sobie, ani o swojej sztuce. Jakby tego było mało czytał mi prosto w twarz wpisy z forum Młodzieży Wszechpolskiej. Po kolejnym zapewnieniu, jaka jestem podła jeszcze przykładał mi w policzek.


Tak chyba jednak nie wygląda szkolenie.

- On miał duże opory, by tłuc mnie jako kobietę i uczennicę. Mnie też nikt w życiu nie uderzył w twarz. Mieliśmy niezłego pietra i duże opory, by to zrealizować. Ciosy niby nie były mocne, ale po 10, 20 razie miałam już dość. Praca nosi tytuł „196 kk”, czyli numer paragrafu, z którego mnie sądzono.


Coś pomogło?

- Chyba bardziej te rozmowy, choć gdy po latach oglądam tę pracę, czuję zażenowanie.


Kiedy było najgorzej?

- Po pierwszym procesie odcięłam się od wszystkich. Musiałam. Miałam nawet moment przekonania, że rzeczywiście zrobiłam źle, obraziłam czyjeś uczucia religijne. Przez parę miesięcy nie byłam w stanie zrobić nic. A musiałam z czegoś żyć. Pomogła mi rodzina. Byłam magazynierem w firmie brata, sprzedawałam pocztówki, sprzątałam.


Nie myślała pani, żeby przeprosić?

- Nigdy.

Długo robi się koronę cierniową?

- Pierwszą trzy dni, potem szło już szybciej.

Najpierw rozgrzewałam twardy wosk ciepłem swych palców i za pomocą ognia ze świeczki. Potem formowałam ją w skali 1:1. Gotową odstawiałam, by stwardniała. Cała sztuka to dowieść gotowy model w całości do odlewni. Tam umieszcza się go w formie i zalewa ciepłym metalem. Następnie wyjmuje z pieca, odkuwa, obrabia szlifierką i patynuje. Na większości widać odciski palców, rodzaj mojego DNA.
To mocny symbol cierpienia, ofiary. Nie bała się pani śmieszności?

- To było rodzaj perwersyjnego odreagowania całej tej sytuacji. Korony zaczęłam realizować w 2005 roku. Te obiekty były efektem bardzo osobistych przeżyć, połączonych z narodową tendencją do martyrologii, katolicyzmu na pokaz. Zresztą tak były eksponowane, w gablotach, na czerwonych poduszkach, jak relikwie.

Dużo kolegów artystów wtedy zaczęło mi nawet zazdrościć, że jako artystka mogę przeżyć coś naprawdę. A ten proces to świetne paliwo do kolejnych prac. Jakiś absurd!
Dlaczego tak rzadko pani wystawia? Brak pomysłów czy propozycji?

- Galerie jeszcze wciąż się mnie boją, zwłaszcza te miejskie finansowane przez samorządy. Kojarzę się z kłopotem, awanturą. Wydaje się, że jeszcze nie minął niekorzystny dla mnie klimat polityczny.


Raczej jest dla pani idealny: PiS sprowadzony do roli oszołomów, rozbity LPR, ojciec Rydzyk w defensywie...

- Może ludzie nie wiedzą, że robię nowe rzeczy, wciąż pamiętają jedną „Pasję”. Pracę dla mnie wtedy ważną, ale już historyczną.


Może ludzi męczy już pani ofiarnictwo? Może czas na odcięcie się od „Pasji”

- Poczułam, że uwolniłam się od tej sprawy po ostatnim, prawomocnym orzeczeniu w 2010 roku, uznającym mnie za niewinną. Już nikt nie może się odwołać. Koniec. Już nie chcę do tego wracać w sztuce.

Z drugiej strony, czuję, że na pewno nie uwolnię się od roli artystki pokrzywdzonej przez złe państwo. Reportaż o wolności wypowiedzi w sztuce? Nieznalska. Sprawa drącego Biblię Nergala? Nieznalska. Nie chciałabym być kojarzona tylko z tą jedną pracą. Jakbym nie zrobiła w życiu nic więcej.
Zmęczyła się pani „Pasją”?

- Jeśli chodzi o skalę rażenia – to najważniejsza moja praca. A jeśli o wartość artystyczną, sentymentalną wolę inne swoje realizacje. Uwielbiam „Wszechmoc: rodzaj męski”, to instalacja zainspirowana siłownią, tyle że przyrządy do ćwiczeń- w kształcie szubienic, mają zakończenia falliczne. Do tego dochodzi nagranie dźwięku z prawdziwej siłowni. Z tymi wszystkimi jękami, stękami, brzęczeniem żelastwa, muzyka łup łup... Dwóch facetów wyciskających tony na jakimś haju. Ta praca zawsze, kiedy ją pokazuję, wprawia mnie w stan euforii, choć to tylko rodzaj żartu z męskości.


Sprzedaje pani prace?

- Po zakończeniu sprawy nie narzekam. Przedtem sprzedawałam bardzo mało, właściwie tylko Grażyna Kulczyk zakupiła do swojej kolekcji, trzy zdjęcia. Chciała też „Pasję”, ale sąd aresztował dzieło. Adwokat uświadomił mi, że nie mogę sprzedać głównego dowodu rzeczowego. Zaproponowałam, że zrobię drugi egzemplarz, ale kopii już nie chciała.

Bardzo bym chciała, żeby „Pasja” znalazła się w publicznej krajowej kolekcji.
W 2003 roku wyceniała ją pani na trzy i pół tysiąca.

- Ja? To niemożliwe, tak nisko się ceniłam? Teraz warta jest dużo więcej.


Jakaś nauka z zamieszania o „Pasję”?

- Doświadczyłam, że artyści w Polsce są zabawką w politycznej grze. Środowisko nie posiada realnej siły. Wiem też, że nie ma niewinnych prac, każda może być podejrzana i trzeba być czujnym.


Brzmi to prawie jak przewodnik partyzanta.

- Może. Nauczyłam się strategii minimalizowania zagrożeń. Przede wszystkim nie opowiadać za dużo przed wystawą, co się pokaże. Wszystko może być wykorzystane przeciw mnie. Najpierw wernisaż, a potem komentarze.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość