Strona główna

I wstęP: tajemna rola informacji


Pobieranie 228.57 Kb.
Strona1/3
Data18.06.2016
Rozmiar228.57 Kb.
  1   2   3


Ireneusz Haczewski

I

WSTĘP: TAJEMNA ROLA INFORMACJI

Zadajmy dziś sobie proste pytanie: - czym jest informacja? Jaka była i jaka jest dzisiaj jej rola? Jak wreszcie ma się ona do omawianego tu dzisiaj tematu? Postaram się pokrótce przedstawić mój pogląd.


W świecie ekonomii, biznesu a więc w świecie, do którego od niedawna zaczynamy się właśnie z pewnym trudem przyzwyczajać, informacja oznacza po prostu zysk, oznacza pieniądze. Przeważnie uczciwe pieniądze, choć bywa też nie rzadko, że nieuczciwy polityk lub urzędnik sprzedaje bezprawnie informacje, do których z racji wykonywania urzędu ma dostęp. Dlaczego? Właśnie by zdobyć szybkie pieniądze, duże pieniądze, pieniądze nieuczciwe. Afery, skandale, komisje śledcze, prokuratury i w końcu wyroki. (No, dobrze, że wyroki).

Odnosimy jednak często wrażenie, że „za komuny” ludzie byli jacyś uczciwsi, polityka prowadzona była czyściej. No, bo skoro prasa codzienna nie informowała, … A więc jednak informacja. Czy jej brak był ulgą?


W świecie PRL-u, dla nas obywateli, informacja też wprawdzie mogłaby oznaczać pieniądze, ale musiałaby to być wyprzedzająca informacja o numerkach totolotka, jakie „padną” w najbliższą niedzielę. Można było sobie… - pomarzyć.

Tymczasem informacja w ustroju totalitarnym oznaczała po prostu władzę. Wszechstronna informacja dla władców a dla tłumów jej totalny brak. Dla tłumów… - dezinformacja. Dlatego nie mogło być wolnej prasy a w rządowej zagnieździła się cenzura i wszechobecna propaganda. Zaciekle zagłuszano wolne radio z Zachodu, wciąż śledzono obywateli, czy czasami nie przekazują sobie potajemnie informacji. I póty ustrój mógł istnieć, póki potrafił zapanować nad informacją, póki potrafił informację monopolizować.

Moja zupełnie prywatna definicja totalitaryzmu brzmi: ustrój, w którym monopolizuje się informację. Cała reszta, to już tylko rzecz wtórna.
I stała się oto rzecz straszna. Rozpoczęła się epoka niekontrolowanego rozwoju techniki, elektroniki a wreszcie informatyki. Już nie tylko, że za sprawą tajemniczego odbicia od jonosfery docierały programy informacyjne Radia Wolna Europa, które przy nadzwyczajnym wysiłku finansowym dawało się jednak zagłuszyć. Jakby już tego było mało, wysoko na orbitach zaczęły krążyć satelity telekomunikacyjne, zwane przez propagandę szpiegowskimi, które umożliwiały niekontrolowany odbiór telewizji i radia na całej kuli ziemskiej.

I za mało było niestety pieniędzy w budżecie naszym i „wiernych sojuszników”, by je wszystkie postrącać na Ziemię. Czyniono najpierw energiczne wysiłki dyplomatyczne, by ograniczyć zasięg ich anten nadawczych. Na szczęście nauka nie potrafiła na razie tak ukształtować ich charakterystyki promieniowania, by zasięg kończył się równo z granicami państwa (ani też z granicami całego obozu). Zresztą na Zachodzie, skąd je wysyłano, nie widziano powodu do takich ograniczeń a trudno i bardzo niezręcznie było im to wytłumaczyć.

Wprowadzono wtedy prawo, że na odbiór satelitarny obywatel musi uzyskać imienne pozwolenie. Spytam, - czy ktoś dzisiaj pamięta, że mieliśmy i my w Polsce takie prawo? Pozwolenie imienne a więc żona i dzieci won z pokoju, bo partyjny tatuś dostał od władzy przywilej, nagrodę za wierność i poogląda sobie teraz MTV.

Brzmi to dzisiaj jak anegdota i kto nie pamięta lub o tym po prostu nie wiedział, niech to sobie między anegdoty włoży, - bo inaczej może się przyśnić w nocy jak koszmarny sen. Przecież i tak, kogo z nas wtedy stać było na paraboidalną antenę, wycelowaną w przestworza?

Zagrożenie kły szczerzyło nie tylko z kosmosu. Zachodni studenci na tych swoich uniwersytetach, całkiem chyba z nudów, wymyślili Internet, - sieć informatyczną, wymykającą się wszelkiej kontroli. A zaraza ta mogła chytrze przeniknąć zwykłym kablem telefonu. Prawda, że poziom naszej krajowej sieci telefonicznej był ogólnie znany i często stanowił wystarczającą zaporę nawet dla rozmów lokalnych. Prawda, że połączenia zagraniczne należało zamawiać na poczcie, co chwilę rozmowa się rwała i trzeba było głośno wrzeszczeć do słuchawki. Poważne zagrożenie wisiało już jednak na włosku. Ochrona przed zagrożeniem była konieczna, lecz kosztowała coraz drożej. Po prostu zaczęło nas na to być nie stać. (I, prawdę mówiąc - chwała Bogu!)
I tak dochodzimy do zaskakującej konkluzji - jednym z zasadniczych powodów upadku komunizmu był nieoczekiwany, wybuchowy wprost postęp nauki. Informacji nie dawało się już kontrolować. „Postępowy ustrój” zderzył się brutalnie z postępem realnym. W takiej konfrontacji zawsze fikcja musi polec.
Ponieważ już bardzo dawno stało się dla mnie oczywiste, że komunizm najbardziej boi się informacji, w upiornych latach stanu wojennego, wybierając do walki broń, wybrałem właśnie informację. W bardzo szerokim tego słowa znaczeniu. Ten wybór okazał się słuszny.

II
RADIO SOLIDARNOŚĆ LUBELSZCZYZNA - 50 LAT HISTORII WOLNEGO RADIA
„Radio Solidarność” to dziś legenda, bo to tajemnicze, nieomalże „kultowe” hasło, przywołujące w pamięci najskuteczniejszą broni w walce z juntą partyjno-wojskową stanu wojennego. Każdy chce mieć w życiorysie choćby wzmiankę o swojej roli w „Radiu Solidarność”. I oczywiście nierzadko wzmianki te dzisiaj łatwo się dokleja. Gdyby już wtedy „radiowców” było aż tak wielu, stanowiliby oczywiście zbyt pokaźną grupę.

Na szczęście była nas garstka. I właśnie głównie dlatego „Radio Solidarność” przetrwało aż do końca.


*

Zacząłem bardzo wcześnie. W 1957 roku, jako bardzo młody człowiek zbudowałem pierwszą nielegalną radiostację. Nie była to tylko zabawa, kilkakrotnie transmitowałem też audycje Radia Wolna Europa. Bezpieka również nie zamierzała tego zlekceważyć. Sprawa do dziś figuruje w aktach pod numerem 021/1265.

Próbowali oczywiście najpierw namierzyć, w końcu po 3 miesiącach skorzystali z usług informatora. Zabrali mnie wprost ze szkoły, podczas trwającej lekcji. Nawet nie doczekali do przerwy. Potem liczne przesłuchania, proces sądowy.

Był to na moje szczęście początek roku 1958, końcówka krótkotrwałej „odwilży”. Niewygodny byłby wtedy dla władzy nieletni więzień polityczny a tak po prostu zastrzelić, też już nie bardzo wypadało. W tej sytuacji sąd dostał dyspozycje od bezpieki, by sprawę szybko i cicho zakończyć.


Przez niedopatrzenie na sali podczas procesu znalazł się dziennikarz. Nie dopatrzyła również i cenzura, Express Wieczorny następnego ranka wydrukował na cały kraj sensacyjny artykuł na pierwszej stronie.

Takie pomyłki nigdy wcześniej i nigdy już później nie mogły mieć miejsca, tylko tuż po pięćdziesiątym szóstym, gdy „śrubę” nagle popuszczono i nikt jeszcze nie wiedział, na ile.


Tłumaczył się potem bezpiece przewodniczący sądu, postanowiono też oczywiście ukarać dziennikarza. Tłumaczył się nawet funkcjonariusz bezpieki, który proces pilotował. Wyjaśniał, że nie poszedł na rozprawę, bo sąd miał przecież przekazane jasne instrukcje, miał tylko odczytać ustalony wyrok, sprawa miała się odbyć przy drzwiach zamkniętych, no i oczywiście bez żadnych dziennikarzy!

Sprostowanie do gazety napisał osobiście wysoki oficer bezpieki. Tekst odręczny a również maszynopis, spisany z gryzmołów przez sekretarkę, są do dzisiaj dostępne w archiwum.


W IPN czyta się to teraz z pewnym rozbawieniem, gdy mamy niezawisłość sądów i rzeczywistą niezależność prasy, gdy nikt nie pisze już sądom wyroków a artykułów dziennikarzom.

Wtedy, szesnastolatkowi siedzącemu na ławie oskarżonych, po długiej serii ubeckich przesłuchań, nie było zbytnio do śmiechu. Tyle, że zaraz potem miałem za to swoje „5 minut” w całej krajowej prasie i 40 minut wywiadu w Polskim Radiu, praktycznie jedynym wtedy medium elektronicznym. No, bo „skoro już mleko się rozlało”… cenzura przepuszczała na mój temat wszystko.

A sensacja była spora, - bo był to w PRL-u absolutnie wyjątkowy ewenement.
Gdybym miał kontakt z jakąkolwiek podziemną grupą, z jakąkolwiek zorganizowaną konspiracją niepodległościową, to moje pierwsze radio oczywiście już wtedy zapewne służyłoby walce. Pozostało jednak pierwszą młodzieńczą wprawką, na pograniczu niezwykłej zabawy i sporego przecież technicznego sukcesu. Z drugiej strony czy tylko? Dla bardzo wielu mógł to być przykład, że monopol informacyjny władzy nie jest jednak taki nienaruszalny, skoro może brutalnie wtargnąć w niego nastolatek. To powinno dać do myślenia.
Wiedziałem wtedy, miałem taką nadzieję, świadomość i pewność, że moje młodzieńcze hobby jeszcze kiedyś się przyda w poważniejszej sprawie. Starałem się też szybko wyjść z pola obserwacji. Liczyłem, że sprawa z czasem przycichnie a kiedyś przecież jeszcze będziemy walczyć, - musimy walczyć.

I… - przecież się przydało, ale dopiero równo po ćwierćwieczu. (No cóż, o tyle wyprzedziłem epokę).


Ogłoszenie stanu wojennego było dla mnie czytelnym sygnałem, że nadszedł nareszcie czas walki. Należy użyć broni, której przeciwnik boi się najbardziej, czyli informacji.

A więc: pozyskiwanie informacji, rozpowszechnianie informacji, archiwizowanie informacji a także nawet przechwytywanie informacji. Do pisania na murach, do kolportowania biuletynów, rozrzucania ulotek, było wielu chętnych, robili to z zapałem. Ja potrafiłem jednak coś więcej, - uruchomić radio.


Radio, to nadajniki wykonane dla „Radia Solidarność”, to zaprojektowanie regionalnej sieci „Radia-S”.

Radio, to nasłuch radiostacji bazowych i ruchomych: „niebieskiej” milicji, pancernego ZOMO i tajnej SB.

Radio, to wreszcie sparaliżowanie łączności wszystkich tych służb, jeśli w ostateczności dojdzie do walk ulicznych, do rozlewu krwi, czyli zbudowanie skutecznej, szerokopasmowej zagłuszarki na „mundurowe” pasmo.

I właśnie te, naszkicowane dla siebie już na samym początku cele, realizowałem przez te parę lat.


Ale i jeszcze coś więcej. Informacja to także zapis dziejących się szybko dookoła nas wydarzeń. To bardzo ważny rodzaj informacji, bo tworzony dla naszych wnuków, dla przyszłych pokoleń, dla historii. Najbardziej dziś wiarygodnym, najdoskonalszym zapisem jest film. Odkąd tylko mogłem, spisywałem historię elektroniczną kamerą, bo taką właśnie mam drugą życiową pasję i drugi, wykonywany już wcześniej zawód.

Nakręciłem kilkadziesiąt godzin archiwalnego dokumentu. To film dokumentujący sposoby organizacji działalności podziemnej, tajne konspiracyjne spotkania, terkoczące równym rytmem powielacze, represje władzy, walki uliczne, tajne występy aktorów bojkotujących rządowe media, systematyczną pomoc z Zachodu, szlachetną inicjatywę „Solidarności Rodzin” oraz „Wakacje z Bogiem” dla dzieci.


Informacja to przecież także rzetelne i natychmiastowe informowanie świata o tym, co dzieje się aktualnie w naszym umęczonym kraju. I dlatego, gdy nadarzyła się tylko okazja, podjąłem najbardziej ryzykowną wtedy pracę - stałego korespondenta Radia Wolna Europa, nadającego na cały świat codzienne relacje bezpośrednio z kraju, a dla jeszcze większej wiarygodności, pod własnym, prawdziwym nazwiskiem.
Oceniając to z dzisiejszej perspektywy, miałem wyjątkowo zasobny arsenał pomysłów. Wtedy było mi jednak wciąż mało i z pasją próbowałem jeszcze bardziej rozszerzyć działalność. Komputerowe szyfrowanie dokumentów, niezależne kino. To również, oczywiście wraz z moją rodziną, udało się skutecznie zrealizować. Co by tu jeszcze?
Ten gejzer wciąż nowych, zawsze atrakcyjnych i celnie trafionych pomysłów, często powodował niezrozumienie a z czasem nawet narastającą niechęć tych nielicznych działaczy, którzy woleli „konspirować” spokojnie, przy czarnej kawie z Zachodu. Dla mnie ważne były wyłącznie efekty, dla nich piastowane funkcje.
Ta refleksja wynika jednak ze spojrzenia perspektywicznego, po latach, gdy czytając spisywane dziś przez innych dzieje Związku, ze zdziwieniem odnoszę wrażenie, że nie jest to opis odniesionych realnie naszych wspólnych sukcesów, a raczej chronologiczny zapis zmieniających się bez przerwy konfiguracji struktur.

Ja ten okres widzę jednak zupełnie inaczej, w barwach o wiele cieplejszych. Wszak wygraliśmy wojnę. Dla siebie, ale i dla znaczącej części zniewolonego świata. Odnieśliśmy spektakularny sukces na miarę globalną, na miarę stuleci i nie jest już dziś dla nikogo ważne, kto kiedy i komu przekazał pieczątki. Natomiast jest ważne, bardzo ważne, kto pomagał a kto szkodził w walce.

Wtedy starałem się jednak tego nie dostrzegać i rzeczywiście prawie nie dostrzegałem, częściowo zaślepiony adrenaliną, płynącą zarówno z ryzyka, jak też z niekończącego się pasma spektakularnych sukcesów.

Obdarzałem najwyższym zaufaniem ludzi, z którymi, choćby i na zasadzie przypadku, przyszło mi ramię w ramię walczyć. Skoro podjęli to olbrzymie ryzyko, z pewnością napędzani są tą samą, co i ja, szlachetną siłą. Gotowi są do tych samych bezgranicznych poświęceń.


Sam też dookoła widziałem, jak ta wiara w ludzi była wtedy zjawiskiem powszechnym. Dlatego właśnie w osiemdziesiątym zdołało się skrzyknąć 10 milionów Polaków i nikt nie pytał, jakie łączą ich poglądy na przyszły kształt Państwa Polskiego, nikt nie pytał nawet o ich niedawną przeszłość, przynależność, wyznanie.

To wyjątkowa jednomyślność Polaków, nie mająca precedensu w historii. Ta siła musiała zwyciężyć, zetrzeć w pył znienawidzony, zakłamany reżim, - choćby nawet gołymi rękami. W tej chwilowej jednomyślności tkwiła jednak groźba, że gdy euforia minie, każdy pójdzie swą odrębną ścieżką a na placu pozostanie już tylko pusty krajobraz po bitwie. I to jest niestety normalne. Nie dziwmy się temu. Wciąż jednak podziwiajmy, jak w chwili bardzo trudnej, decydującej historycznie próby, Polacy potrafili wspólnie, ramię w ramię, walczyć.

I to właśnie w tej historii jest piękne, stanowi jej sens.
Wróćmy więc znowu do „Radia Solidarność”. Ono jest właśnie realnym przykładem tej walki.

Na początek proponuję skróconą wersję encyklopedyczną abyśmy, znając już chronologię wydarzeń, mieli swobodę przemieszczania się w czasie. Tak o wiele łatwiej nam będzie wczuć się w nastroje i oddać klimat tych strasznych, z drugiej jednak strony pięknych, bo bohaterskich dni.

***
„Radio Solidarność” na Lubelszczyźnie – hasło dla encyklopedii:
Po wprowadzeniu stanu wojennego, na początku 1982 roku, Ireneusz Haczewski wykonał w Lublinie dwa nadajniki UKF własnej konstrukcji. Ich moc wynosiła 2 i 3W, co zapewniało odbiór w promieniu do 2 km. Nadajniki montował wewnątrz magnetofonu kasetowego „B-113 -kapral”, w miejsce zasilacza i wewnętrznego głośnika. Pierwszy nadajnik wkrótce po uruchomieniu emisji został porzucony na ulicy Lublina przez przestraszoną ekipę obsługującą, gdy obok przypadkowo przejeżdżała „na sygnale” karetka pogotowia. Niestety brak potwierdzenia w aktach IPN, że tamta emisja była skuteczna. Jeśli tak, byłaby pierwsza w kraju.

W 1983 r. Ireneusz Haczewski, poprzez swoją żonę -


(Barbara Haczewska – w 1981r członek Zarządu Regionu Środkowowschodniego NSZZ Solidarność, delegat na I Krajowy Zjazd „S” a 13 grudnia 1981 członek założyciel Regionalnego Komitetu Strajkowego)
- został skontaktowany z Henrykiem Gontarzem, pracownikiem WSK Świdnik, który poszukiwał sprzętu nadawczego, mając nadzieję na zorganizowanie podziemnego radia. Wykonał dla niego kolejny nadajnik o mocy 5W. Henryk Gontarz okazał się doskonale skutecznym, odważnym i pomysłowym organizatorem.

„Radio Solidarność Świdnik” rozpoczęło pracę w dniu 29 kwietnia 1983r. i pracowało przez 5 lat i 4 miesiące, nadając w tym czasie 43 audycje. Początkowo na falach UKF a od 14 lutego 1984 r. na ścieżce fonii II programu telewizji, z mocą od 40 do 62W.

Sukces był nieprawdopodobny, nic mu wtedy nie mogło dorównać. SB zaangażowała olbrzymie środki w sprzęcie i ludziach, żeby ująć i zniszczyć nadajnik. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych skierowało na Lubelszczyznę najnowocześniejszy sprzęt i specjalistów z Radiokontrwywiadu. Według zachowanych, wewnętrznych sprawozdań służbowych SB, czynnie zaangażowanych w zniszczenie Radia Solidarność było łącznie ponad 350 funkcjonariuszy. Na próżno.

Nie wszyscy z ekipy radiowej długo wytrzymywali stres. Przez cały jednak czas Ireneusz Haczewski w Lublinie przygotowywał sprzęt a Henryk Gontarz organizował pracę na terenie Świdnika. Sprzęt uruchamiał najczęściej Franciszek Zawada. Starano się maksymalnie ograniczyć ilość osób zaangażowanych w pracę a również zachować nadzwyczajne, konspiracyjne środki ostrożności. Szczegółów nie znały nawet tymczasowe władze Regionu (TZR), ponieważ były uzasadnione podejrzenia, że są one inwigilowane przez SB. Akta IPN w pełni to teraz potwierdzają.

Nieco liczniejszą, kilkuosobową grupę stanowili w Świdniku spikerzy radia oraz osoby przygotowujące nagranie. Szczególnie Alfred Bondos, który zredagował wiele audycji. Byli też: Maria Mańko, Bogumiła Górka, Leszek Fijołek, „Jagoda”, Bolesław i Waldemar Kaczmarczyk, Andrzej Niewczas, Mirosław Sola, Jan Kozak i inni.
Poza Świdnikiem „Radio Solidarność” na Lubelszczyźnie działało jeszcze w paru innych miejscowościach. Szczególnie mocnym ośrodkiem były Puławy. Nadano tam około 30 audycji „Radia Solidarność Ziemi Puławskiej” na częstotliwości fonii pierwszego programu telewizji. Dzięki korzystnym warunkom lokalnym emisje osiągały skuteczny zasięg w promieniu do 18 km. Organizowali je: Grzegorz Wołczyk, Zenon Benicki, Alicja i Tadeusz Skiba, Elżbieta Leszczyńska, Anna i Zbigniew Zubowscy, Wacław Hennel i Jan Okoń.

Audycje nadawano także w Poniatowej i Lubartowie a sporadycznie także w Łęcznej i Kazimierzu Dolnym.

Ponadto specjalnie wykonane miniaturowe nadajniki przerwały kilkakrotnie pracę radiowęzłów zakładowych w Lublinie, wchodząc na nie z własnym programem. Dwukrotnie przygotowane były do wejścia na pierwszomajowe przemówienia gen. Jaruzelskiego, podczas pochodu.

W przewidywaniu zastosowania przez władze tzw. „rozwiązania siłowego” i walk ulicznych, skonstruowany był szerokopasmowy nadajnik zagłuszający dużej mocy, dla pasma 172 MHz, skutecznie paraliżujący łączność pojazdów ruchomych milicji i SB, -równocześnie na wszystkich kanałach.


Wszystkie te nadajniki pracujące na Lubelszczyźnie zaprojektował i skonstruował Ireneusz Haczewski. Również przekonstruował on 3 fabryczne egzemplarze, nadesłane w późniejszym okresie z Francji, przystosowując je do pracy na ścieżce dźwiękowej TV Lublin i Kielce (TV Kielce odbierano wtedy w Puławach i Poniatowej).

Zaprojektował też sieć „Radia-S” w całym regionie, typując miejscowości dla emisji i częstotliwości pracy nadajników. Natomiast przygotowanie treści audycji i fizyczna realizacja emisji należały już wyłącznie do lokalnych działaczy w danej miejscowości. Kontakt z nimi był zapewniony w każdym przypadku tylko poprzez jedną zaufaną osobę.


Dzięki ściśle przestrzeganym zasadom konspiracji, przez 6 lat bardzo intensywnej pracy „Radia Solidarność”, żaden nadajnik nie został skutecznie namierzony podczas emisji, a w ręce SB wpadły tylko 2 nadajniki, w tym jeden zupełnie przypadkowo a drugi na skutek donosu. Pozostałe przetrwały do dziś.
Radio Solidarność na Lubelszczyźnie było prawdopodobnie najsilniejszym ogniwem podziemnego radia w kraju. Powstało dzięki inicjatywie indywidualnej. Nie było finansowane przez podziemne władze Związku. Stworzone przez aktywnych członków Solidarności włączyło się mocnym akcentem w konspiracyjną walkę i było tej walki najmocniejszym przejawem.

***
Tyle hasło dla encyklopedii. Codzienne życie daje jednak nieporównanie więcej emocji. Przeżycia uczestników tej walki pozostały na zawsze w ich pamięci. Wyobraźmy sobie, choć dzisiaj to z pewnością trudne, jak garstka zdeterminowanych działaczy prowadzi przez 6 lat walkę z wyszkolonym aparatem Służby Bezpieczeństwa, wspartym przez profesjonalistów z Radiokontrwywiadu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Tamtych jest, (jak sami zanotowali) ponad 350, tych jest trzech, czterech, pięciu, -zależnie od sytuacji, bardzo często po prostu sam jeden. Nie są to jednak, trzeba przyznać, ludzie tak najzupełniej przeciętni. Dziś w aktach czytamy, jak po ponad dwuletniej działalności radia a więc i ponad dwuletniej, bezowocnej akcji zmierzającej do jego zniszczenia, w dniu 30 grudnia 1985 opisywał „wroga” w raporcie pisanym do swoich zwierzchników, wysoki oficer SB:


/-/ stanowi grupę zdecydowanych i zacietrzewionych przeciwników ustroju i naszego aparatu, która pomimo różnych represji z naszej strony nie zaprzestała swej działalności – a kierują nią osoby o wysokim poziomie intelektualnym i emocjonalnie zaangażowane w działalność „S”;

- nie posiadamy źródeł informacji tkwiących bezpośrednio w omawianej strukturze;

- w aktualnych uwarunkowaniach Świdnika działalność radia „S” stwarza istotne zagrożenie; /-/

Widocznym niedomaganiem na tym odcinku jest brak źródeł tkwiących w strukturze i mających bezpośredni związek z redakcją i działalnością radia „S”./-/

Grupa organizatorów radiostacji jest mocno zakonspirowana, prowadzi kontrolę swojej działalności i stosuje szczególne kryteria doboru pojedynczych osób do swej działalności.

ppłk Janusz Gębala
Oni nie znają wtedy tej opinii. Są śledzeni, szykanowani, szczuci. Przemykają niepostrzeżenie piwnicami lub pod osłoną nocy. Przenoszą kłopotliwy w transporcie sprzęt, który „aż parzy w ręce”, tak bardzo jest niebezpieczny, tak bardzo pożądany przez szpicli a jednocześnie tak cenny dla nich, -radiowców z „Radia-S”. Donieść cało, zainstalować, prawidłowo rozwinąć antenę, włożyć kasetę - koniecznie nie pomylić strony -, dołączyć ciężki samochodowy akumulator, uwaga (!) - nie pomylić przewodów, bo będzie huk, błysk i krople stopionej miedzi poparzą oczy i ręce a bezcenne radio „trafi szlag”. Wszystko to na godzinę, na punkt, na czas początku emisji, dobrany dokładnie, przemyślany precyzyjnie. I niech popłynie znów w eter sygnał wolnej radiostacji.

A tam za tą pustką, za tą czernią nocy, za rozświetlonymi w dali oknami czekają ludzie na ten głos wolności. Bardzo wielu ludzi, - tysiące. A więc już tylko podłączyć czerwony kabel, - to „plus” zasilania -. Jest ciemno, niestety nie widać koloru. Dla pewności ma węzeł i przywiązaną dodatkowo wstążkę.

Taśma poszła! W całym mieście cichnie ten zwykły, codzienny jazgot telewizorów, nastaje krótka chwila absolutnej ciszy. Sekunda, dwie, trzy, - och, jakie długie -… i rozlega się znana, oczekiwana melodia, a po niej czysty, klarowny głos: „Tu Radio Solidarność!…”.

A w oddali samochody, nie wiadomo - przypadkowe, ubeckie? Helikopter nad miastem niepokojąco niskim lotem zatacza coraz nowe kręgi, jakby szukał, - namierzał? Horror! Po prostu horror!

I tak piąty, dziesiąty, czterdziesty już raz. Sześć lat. Aż do pełnego zwycięstwa. Aż funkcjonariusz napisze w swoim super tajnym raporcie, mniej więcej te słowa:
W związku ze zmienioną sytuacją polityczno-społeczną zamykamy sprawę operacyjnego rozpracowania kryptonim „NADAJNIK”. Akta zmikrofilmować i zniszczyć, mikrofilmy zachować przez 10 lat. Dostęp do mikrofilmów wyłącznie za zgodą Komendanta Głównego do spraw SB.
A więc do zwycięstwa. Ale wtedy, na początku drogi, kto tak naprawdę wierzył w szybkie, realne zwycięstwo?
Podjęliśmy walkę, bo tego wymagał nasz honor, bo nie chcieliśmy żyć na kolanach, nie zgodziliśmy się nigdy z sowieckim zaborem, bo walczyli o to przed nami nasi przodkowie, ginęli za to i przekazali właśnie nam to zadanie. Kilkunastoletni obrońcy Lwowa, oficerowie z Katynia, żołnierze Powstania Warszawskiego, rozstrzeliwani w katowniach ubeckich żołnierze AK. To powody aż nadto wystarczające. A zwycięstwo kiedyś na pewno przyjdzie. Dziś nie mamy broni, ale - jak Bóg da - zwyciężymy w końcu. Naszą bronią jest niezłomna wiara w ostateczne zwycięstwo. A jeśli nawet nie nam przypadnie ono w udziale, to naszym dzieciom, wnukom. To walka całych pokoleń Polaków, trwa przecież tak wiele już lat. Więc trwajmy w tej walce.
*
Początek był trudny. Pierwszy nadajnik zrobiłem bardzo szybko. Najprościej teraz było samemu nagrać audycję i nacisnąć przycisk. Korciło, lecz taka działalność trwałaby jednak bardzo krótko, mieli mnie przecież niestety wciąż w swoich kartotekach. Nie na tym też polega praca zespołowa, konspiracja. Nie byłem już wtedy sam, jak w pięćdziesiątym siódmym, było nas teraz wielu, statystycznie nawet 10 milionów. Większość z różnych powodów uciekła, garstka jednak przecież została. Szukałem chętnych i odważnych. Chętni się znaleźli.

Przestali być jednak odważni, gdy zawyła w oddali syrena, jak się okazało syrena karetki pogotowia, ale oni nie mieli już czasu tego sprawdzać.

Pozostał na ulicy włączony nadajnik, kręcąca się taśma z audycją i nadzieja na sukces. Podobno ktoś audycję nawet usłyszał. Jedna, dwie osoby. Nie uzyskałem jednak nigdy wystarczająco wiarygodnego potwierdzenia tej wiadomości. A była to prawdopodobnie pierwsza audycja „Radia Solidarność” w Polsce. Nadana z wiaduktu, prawie z wysokości bruku, nie z upatrzonego dachu wieżowca… - lecz jednak.
Dopiero w następnym roku spotkałem znakomitego organizatora i równocześnie odważnego i zdeterminowanego operatora dla radiostacji „Radia Solidarność”. Był nim Henryk Gontarz z WSK Świdnik. W czasie, gdy ja bezskutecznie poszukiwałem ekipy, on miał już ludzi i szukał nadajnika radiowego. Miał akurat dokładnie ten sam pomysł, chciał uruchomić radio. Uzupełnialiśmy się idealnie. Zaiskrzyło pozytywnie. Z radością przekazałem mu sprzęt. I to jest właśnie moment powstania „Radia Solidarność Świdnik”, - pierwszego ogniwa radiowej sieci.
Pierwsze nadajniki miały niewielką moc. Wymagały ponadto zewnętrznego zasilania z osiemnastu ogniw R-20. Były jednak dobrze maskowane i znany jest nawet autentyczny przypadek, gdy funkcjonariusz SB, podczas rewizji, wziął radiostację do ręki, obejrzał ze wstrętem i odłożył na półkę w regale. Nadajnik ten do dziś przechowywany jest w prywatnym archiwum, jak relikwia.
Ich zasięg dla odbiorczych urządzeń profesjonalnych wynosiłby 50-70 km, jednak już dla odbiorników domowych 1,5 do 3 km., ale pod warunkiem umieszczenia ich wysoko na dachu wieżowca. Konspiracyjna praktyka nie była wtedy niestety aż tak komfortowa. Po rozpoczęciu audycji w mieście rozpętywało się piekło. Jeździły samochody, pędzili jakby na oślep piesi agenci, często też latał śmigłowiec. Gdy w małym mieście jest tylko 6 wieżowców, trudno nadać audycję z ich dachu. To nie stolica. Wszystkie wieżowce bezpieka obstawiała w pierwszym rzędzie.

Zaletą nieskomplikowanego sprzętu była jednak jego stosunkowo niska cena. Nie wierzyłem z początku, że uda się nadawać audycje wielokrotnie tym samym sprzętem. Miałem wciąż w pamięci nieudany debiut z lubelskiej ulicy. Cena odbudowy sprzętu była więc dla mnie elementem kluczowym, tym bardziej, że szybko kończyły się moje zapasy części i moje prywatne pieniądze. Od Henryka dostałem na samym początku dwa unikalne tranzystory 2N3632 (nie wiem do dzisiaj skąd je wyczarował) i pieniądze na jeden magnetofon. To i tak było dla mnie dużo, o resztę musiałem już zadbać sam.

Obawy moje na szczęście okazały się w dużej mierze przedwczesne. Ekipa Gontarza potrafiła przez lata nadawać audycje bez utraty sprzętu. To był absolutny fenomen, bowiem umożliwiał zbudowanie zdecydowanie droższego sprzętu, wyższej generacji, o wielokrotnie większym zasięgu. Opracowałem go teoretycznie i przystąpiłem do jego budowy. Potrzebne były jednak jakieś niewielkie fundusze dla realizacji projektu.
Władzom podziemnej Solidarności nie do końca podobał się pomysł, by główne radio regionu działało w nieodległym Świdniku a nie było wyłącznie w ich ręku. W dodatku radio uzyskiwało coraz większy rozgłos a wieść o nim okrążyła kraj. Nie było też przychylnie traktowane nadzwyczajne zakonspirowanie prac nad radiem, jego hermetyczna organizacja. Wywierano nacisk, by główna radiostacja była tu, w Lublinie. Nadal odmawiano finansowania świdnickiego radia.
Wtedy nastąpił zupełnie nieoczekiwany zwrot w sytuacji. Do Lublina trafił „zrzut” sprzętu z Zachodu, w tym 3 radiostacje produkcji fabrycznej. Ponoć sprzęt ten nie był adresowany dla Lublina, ale kierowca był już tak przestraszony jazdą przez zmilitaryzowany kraj, że postanowił natychmiast, tu i teraz, pozbyć się całego transportu.

Przejął to Tymczasowy Zarząd Regionu. Poczyniono intensywne starania, by uruchomić radio z pominięciem mnie. Uznano zapewne, że za bardzo sprzyjam Świdnikowi. Nie chciano słuchać argumentów, że po prostu świdniccy działacze sprawdzili się bez porównania lepiej a w końcu nieważne gdzie, najważniejsze, że „Radio-S” działa aż tak dobrze. „Solidarność” przecież jest jedna a robotnicze środowisko świdnickiej WSK najbardziej w regionie ze Związkiem się utożsamia. Dała przecież tego bohaterskie dowody, w lipcu 80 i grudniu 81. Czy to mało?


Trochę trwało, zanim TZR przekonał się ostatecznie, że „Polak potrafi”, ale to nie znaczy, że każdy. Wtedy dopiero przekazano mi pierwszy nadajnik. Trochę podniszczony nieudanymi próbami, ale na szczęście nie zepsuty jeszcze ostatecznie. To nie było takie oczywiste, - tego typu nadajnik, włączony nieprofesjonalnie, z reguły ulega zniszczeniu. Naprawiłem, sprawdziłem parametry, zestroiłem na maksimum precyzyjne obwody.
Nadajnik był wykonany bardzo nowoczesną technologią. Wtedy jeszcze nie było w kraju, w powszechnym użyciu, syntezy częstotliwości. „Mundurowi” mieli radiostacje stabilizowane rezonatorami kwarcowymi. Tyle kompletów, ile dostępnych kanałów dla łączności. W sumie przeważnie kilka, - dwa, trzy, pięć. To bardzo ograniczało im swobodę łączności. Dlatego milicja nie mogła kontaktować się swobodnie z bezpieką, z wojskiem, ze strażą pożarną, pogotowiem itp. (Ten paraliż podobno trwa w pewnym stopniu i dotąd)

Nadajniki z Zachodu posiadały już syntezę częstotliwości. Umożliwiały precyzyjne dostrojenie do dowolnego kanału w paśmie radiowym, z „krokiem”, co 100 kHz, według norm zachodnich radiofonii.


I wtedy przyszło nagłe olśnienie, - a może by pójść jeszcze dalej i mając tak precyzyjny sprzęt „wejść” na fonię telewizji. Wymagało to dokonania istotnej zmiany w technologii dotąd nieznanej, której dopiero zaczynałem się uczyć. Wydało mi się to jednak teoretycznie możliwe. A skoro możliwe…
Szybko też obliczyłem wielorakie korzyści, płynące z tej metody emisji. Wyszło, że trzeba to zrealizować i to absolutnie koniecznie. Zaszyłem się na długie godziny w mojej, utajnionej przed światem pracowni.

Uzyskałem „krok” wymagany dla dostrojenia radiostacji do kanału fonii telewizji. Dokonałem też innych niezbędnych przystosowań. Nikt nigdy wcześniej nad tym nie eksperymentował, dlatego efekt nie mógł być do końca pewny. Na razie czysta teoria a pomysł powstał wyłącznie w mojej wyobraźni. Eksperymentowanie z pełną mocą nadajnika w moim konspiracyjnym laboratorium, pomimo częściowego ekranowania ścian, też było ogromnie niebezpieczne, -mieszkanie było odległe zaledwie o 1000 m od czułych, obrotowych anten pelengacyjnych, umieszczonych na dachu budynku Państwowej Inspekcji Radiowej. Ze zrozumiałym niepokojem czekałem na „premierę” pierwszej audycji w nowej technologii.


14 lutego 1984, zupełnie przypadkiem, pierwsza emisja „telewizyjna” wypadła na pogrzeb Andropowa, sekretarza generalnego KPZR, wodza „bratniego” imperium. Jego następca Czernienko wygłosił nad trumną płomienne przemówienie.

I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby w Świdniku nie przemówił… - najczystszą polszczyzną. „Potępił działanie służby bezpieczeństwa, wymienił z nazwiska wszystkich aktualnie aresztowanych w WSK, zapewnił, że Solidarność wciąż żyje i walczy”.

Słuchaczy „wmurowało”, komuś nawet podobno wypadła sztuczna szczęka. Oprócz dwu ludzi na świecie, nikt nie wiedział wcześniej, na co się zanosi. Nikt też nie zapowiedział tej audycji i odtąd już nigdy audycji nie zapowiadano.

Naoczni świadkowie opowiadali potem, z wypiekami na twarzy, że usta Czernienki tak dokładnie synchronizowały się z treścią solidarnościowej audycji, że było oczywiste, że to on mówi. „No przecież sam widziałem. A jak płynnie po polsku”, - relacjonowali. Zaskakującą dla słuchaczy ciekawostką było, że dźwięk oryginalny był wytłumiony do zera. Pozostawał jeden, wyraźny tekst naszej audycji, na czystym, klarownym tle. (To efekt związany z modulacją częstotliwości - FM).


Ta audycja zrobiła niemałą furorę. Nawet nie bardzo żałowałem, gdy nazajutrz o świcie przyszli po mnie cywile, żeby mnie prewencyjnie zamknąć na 6 miesięcy. Myślałem wtedy zresztą, że spędzę tam lata.
Pomysł z fonią telewizji był bardzo dobry i nie pora tu teraz na fałszywą skromność. Nikt wcześniej nie zrobił takiego „numeru”. Zyskiwało się na tym bardzo wiele i to na różnych płaszczyznach.
Po pierwsze, - nie były od tej pory potrzebne anonse w prasie podziemnej, ulotkach, czy „pocztą pantoflową” o terminie mającej nastąpić audycji. Wystarczyło wybrać atrakcyjny program w telewizji i publiczność była zapewniona. W końcu mało było wtedy atrakcyjnych programów a do wyboru tylko dwa kanały. Słuchacze zawsze wybierali ten nieco ciekawszy.

Po drugie, - przekaz docierał nie tylko do działaczy i sympatyków. Ci i tak swoje wiedzieli i „Radio-S” potrzebne im było jedynie „dla pokrzepienia serc”. Program docierał teraz również do milicjantów, esbeków, żołnierzy, partyjnych dygnitarzy. I od tej pory można było treść audycji adresować także i do nich. Zajrzyjmy na chwilę do akt:
Tom I karta I/34, dnia 1-09-1989.

TAJNE SPEC. ZNACZENIA
  1   2   3


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość