Strona główna

Joanna Tokarska-Bakir, Żydzi u Kolberga [w:] Joanna Tokarska-Bakir, Rzeczy mgliste. Eseje i studia, Sejny 2004, s. 49-72


Pobieranie 122.53 Kb.
Strona1/5
Data18.06.2016
Rozmiar122.53 Kb.
  1   2   3   4   5

Joanna Tokarska-Bakir, Żydzi u Kolberga [w:] Joanna Tokarska-Bakir, Rzeczy mgliste. Eseje i studia, Sejny 2004, s. 49-72.


... najgorsze ze wszystkie - podejrzenie, że oni nie są nieludzcy [...]

najbardziej ze wszystkiego przejmowała mnie właśnie myśl o ich człowieczeństwie takim

samym jak moje – myśl o mym odległym powinowactwie z tym dzikim,

namiętnym wrzaskiem.

Joseph Conrad, Jądro ciemności


Tematy żydowskie stanowią standardowe wyposażenie każdego tomu Dzieł wszystkich Oskara Kolberga, mimo to jednak ich reprezentacja w wyobraźni etnografów z rzadka wykracza poza granice wyznaczone Żydowi przez nieruchomą obrzędową maskę. Czytamy o Żydzie w weselu, w „herodach”, w „wieszaniu Judasza” i oczywiście w misterium wielkanocnym. Etnografowie uparcie i nie bez racji wystrzegają się realistycznej lektury tych tekstów. Dyskurs realistyczny, który dominował w nielicznych przedwojennych i sporadycznych powojennych ujęciach tego tematu, dawno uległ stłumieniu, a w jego miejsce, wraz z nadejściem strukturalizmu i poststrukturalizmu, pojawił się w etnografii dyskurs symboliczny, a nawet – co jeszcze tak niedawno wydawało się niewyobrażalne – swoisty symboliczny redukcjonizm. mamy z nim do czynienia wówczas, gdy tekst etnograficzny traktuje się wyłącznie jako źródło informacji o obrzędach i wierzeniach, nie zaś jako ślad czyjegoś życia, wielogłosowy zapis całego tego niezrozumiałego procesu, jakim jest przeszłość.

Redukcjonizm symboliczny w interpretacji tematów żydowskich można rozumieć jako wyraz bezradności w stosunku do tego, co kłopotliwe i niezrozumiałe, albo też – co etnografom zdarza się wcale często – powątpiewania w status ontologiczny relacjonowanych faktów. W odróżnieniu od tekstów o płanetnikach, upiorach czy tzw. morowej dziewicy, desygnatami wątków żydowskich są jednak realni ludzie i właśnie dlatego śladów ich życia nie wolno ograniczać do symbolicznego konterfektu. Z obawy przed podobnym przeoczeniem wywodzi się pomysł niniejszego tekstu: będzie on usiłowaniem takiej lektury Kolberga i innych źródeł etnograficznych, by – nie niszcząc narracji symbolicznej – zrekonstruować w nich żydowską „małą opowieść”. W materiale etnograficznym traktowanym jako tekst, ni zaś li tylko zbiór informacji o obrzędach,narracja ta, choć głęboko utajona i stłumiona, nadal jednak istnieje.

Zbiór Kolberga wybieram bynajmniej nie dlatego, by dawać gwarancję obiektywnego obrazu. Mała opowieść nie musi, a może nawet nie może być sprawiedliwa. Kryterium obiektywizmu obce jest też samemu zbiorowi Kolberga, który ma raczej sylwiczno-dygresyjną niż dokumentalną strukturę. O wyborze tego właśnie ułomnego źródła do rekonstrukcji żydowskiej opowieści nie decyduje jego bogactwo czy reprezentatywność, ale ważność tego tekstu – prawdziwej księgi genealogicznej – dla pokoleń etnografów i dla kultury polskiej w ogóle. Warto sprawdzić, jak w lustrze tego właśnie tekstu odbili się ludzie obcy modelowi tej kultury, I jeszcze jedno: zawsze gdy mówię „Kolberg”, mam na myśli nie tyle Oskara Kolberga z jego biografią, zasługami i przesądami, ale pewnego rodzaju autora zbiorowego, zawarte w Ludzie uosobienie kolektywnej świadomości jego czasów. To jej zmagania z przeszłością u Kolberga oglądamy, sami się w nich przeglądając.

Próba, którą zamierzam tu podjąć, w jakiejś mierze ma swoich poprzedników w pracach Aliny Całej1 i Ludwika Stommy2, choć różni się od nich typem zamierzenia („mała opowieść” przeciwstawiona „wielkim”), a co za tym idzie ryzykiem, na jakie się naraża. Takie ryzyko warto jednak podjąć, jest ono bowiem próbą spojrzenia na etnografię oczami jej podmiotu, jakkolwiek byłby on niemy czy wyretuszowany. Kultura nieelitarna z reguły nie pozostawia po sobie pamiętników. Jej dzieje rekonstruować trzeba ze źródeł cudzych. W przypadku zapisków Kolbergowskich, będą to przeważnie półsłówka, jakie wymknęły się chłopom relacjonującym historie o Żydach i czarownikach, i etnografom, którzy opatrywali je zdawkowym komentarzem. będą to z reguły strzępy zdań, oczywistości tak naoczne, że niewarte zapisywania. To one właśnie są najcenniejsze, wyziera z nich bowiem ulotny sensus communis, historycznie tak zmienny w ocenie prawa do inności. Nieliczne zdania podsłuchane u Kolberga będę uzupełniać innymi źródłami, niekiedy też literackimi, możliwie często korzystając z dokumentów najzupełniej współczesnych, o ile przeżyły w nich stare wątki. Niekiedy można też sięgnąć do pamięci zawartej w przysłowiach. Dopiero po złożeniu wszystkich tych okruchów natrafić można na ślad rzeczywistej, nie tylko symbolicznej obecności owego Lejbusia, o którym pisał Stomma: realnej obecności karczmarza, który podpadł klientom, i którego przy jego własnej karczmie „kołowano, aby się nie zatajuł”3. Jest to portret niepewny, oparty na poszlakach, wyposażony jednak w niezbywalne, bo przysługujące nawet karykaturze, roszczenie do prawdy.

Dla opisu uczestnictwa Żydów w życiu zbiorowym polskiej wsi XIX wieku, Kolberg rezerwuje coś w rodzaju „trybu nieobecności”. Kilka wzmianek o „kłuciu Hostii” i „porywaniu dzieci na macę”. Trochę etnografii, związanej z Sądnym Dniem, medycyną czy magią karczemną. Za to sporo refleksów drugiego planu, gdy żydowską codzienność, widocznie dobrze znaną, naoczną, traktuje się jako wprowadzenie do rzeczywistości mniej znanej, chłopskiej. Za pomocą żydowskiego chałata czy „cicki”4 objaśnia się elementy strojów regionalnych5. Żydowskie legendy porównuje się mimochodem z ludowym, słowiańskim mitem stworzenia. Ale judaica tworzą wyłącznie wspomniany „plan drugi” Kolbergowskiego zbioru, prawie nigdy6 nie są rozważane osobno. W niesamodzielności wątków żydowskich można dopatrywać się trzech, niewykluczających się intencji. po pierwsze, tej samej oczywistości, która kierowała Jędrzejem Kitowiczem, który w swoim opisie „wiar jakie były w Polszcze za Augusta III” Żydom poświęcił jedno jedyne zdanie7. Po drugie, przekonania, że opisywać ich wcale nie trzeba, bowiem nie należą oni do „ludu polskiego”, który jest przedmiotem zainteresowania autora (w odróżnieniu wszakże od różnych nacji, takich jak np. Tatarzy, Huculi czy Bojkowie, które za ów „polski lud” uważał). Po trzecie, przekonaniu, że obyczaje żydowskie nie są warte notowania.

Trzecia intencja jest najmniej wiarygodna, bo antykolbergowska, jeśli przez postawę kolbergowską rozumieć namiętność dla rzeczy „nie wartych notowani”. Intencje pierwsza i druga mają zapewne większe oparcie w rzeczywistości. Kolberg, wykształcony inteligent, uczestniczył w historycznym sensus communis epoki, choć starał się zachowywać wobec niej krytyczny dystans. Z 63 tomów, które są w całości wyjątkowym zbiorem cytatów, trudno wyłuskać jego własne poglądy. Jedną z nielicznych takich okazji są streszczenia8. Nietrudno zaznaczyć w nich dystans do cudzych słów i myśli. cudzysłowów takich brak jednak w wypisach, dotyczących oskarżeń o „porywanie dzieci na macę”. Pojawia się tylko zastrzeżenie9, że u podstaw tej uporczywej pogłoski – i to właśnie owe podstawy, nie zaś samą pogłoskę nazywa się „okropnym zabobonem” – było istnienie sekty fanatyków, którzy rzeczywiście porywali dzieci na macę (szerzej zob. w punkcie: Porywanie dzieci „na macę”). Daleki jest jednak od potępiania całej religii mojżeszowej.

Wielokrotnie pojawia się w jego własnych opisach i w przytaczanych przezeń tekstach współczesnych postać karczmarza rozpijającego chłopów za cichą aprobatą warstw wyższych. Pogląd etnografa słychać z rzadka, chyba tylko w komentarzach w rodzaju: „niedozwolenie Żydom zamieszkania w mieści [Wadowice] przyczynia się niezawodnie do umoralnienia okolicy”10. Albo w obrazku Ze świata pedagogicznego (za „Gazetą Narodową”, Lwów 1876, nr 221): „dziedzic usłuchał proboszcza [chcącego poskromić »dziką naturę chłopa« i wychowywać go »usilnie w duchu miłości«]. I wzięli się oburącz do pedagogiki ludu, i cóż zrobili? – Ksiądz zaprowadził Towarzystwo Wstrzemięźliwości, dziedzic wyrzucił z karczmy Żyda, a osadziwszy w niej uczciwego katolika, zrobił z niej prawdziwą gospodę i »dom gromady«”11.

Kilkakrotnie autor powtarza zdania, które odzwierciedlają typowy wiejski antagonizm pomiędzy „włościaninem” i „parchem żydowskim”: „[chłop] nie cierpi Żydów, szydzi z nich, lubi ich wszakże widzieć w karczmach; bo Żyd pozwala mu wyłajać siebie i znosi wszystko, a człowiek prosty poczytuje siebie od niego wyższym przecie”12. Albo: „Jak wszędzie, tak i tutaj [ Żydzi] prześladowani bywali, że zanieczyszczają śledzie na sprzedaż wystawione, że krew dzieci katolickich do swoich maców używają i że jednego z nich w dzień sądny diabeł żywcem do pieca porywa. Przechrzczeni nawet, i imiona dawne na polskie przekształciwszy, nie mogli się otrząsnąć z chciwości i dziwactw poprzednich, a zostawszy neofitami dla interesu, a nie zaś z przekonania, wywołali przysłowie »Żyd chrzczony, wilk chowany, zawsze jednym torem chodzą«”13. Gdzie indziej znów Kolberg przytacza pogląd, zgodnie z którym nazwanie dziecka w łonie „Żydem nieochrzczonym” równa się takim zbrodniom, jak rozdzielenie małżeństwa, odbierania mleka krowom czy odbierania urodzaju14.

W ogóle w przytaczanych przez Kolberga przysłowiach i powiedzonkach Żydzi stanowią zastanawiającą nadreprezentację15. Przede wszystkim są to przysłowia o biciu Żydów („Bij Mośka, Żyda, niech wie, co to bieda”, „Gdy bieda, drzej Żyda”, „ Dębak trzeszczy, a Żyd wrzeszczy”). Bicie był to przywilej studentów, młodzieży ze szkół jezuickich16, wcześniej – „służby palestranckiej”17. Chłopi zyskiwali „dyspensją na bicie” w trakcie tzw. palenia Judasza, obrzędu wielkopiątkowego, polegającego na wywieszaniu kukły Judasza na płocie, dachu lub drzewach rosnących przy żydowskiej zagrodzie18.

Druga grupa przysłów, jakie pojawiają się u Kolberga, odzwierciedla niską cenę żydowskiego życia i, mówiąc ogólnie, nierówną miarę, jaką do oceny życia chrześcijan i Żydów przykładano („najpoczciwszy Żyd szubienicy wart”, „umarł jeden Żyd – to nic, umarł drugi – jeszcze nic”, „Żida ubić – sorok griechow z duszi”, „Żyda nie szkoda, i tak będzie Żydem”19, a także dwuznaczne powiedzonko „Żyda grzęść”, na określenie czegoś, co robi się potajemnie20). O człowieku bogatym lud podkrakowski mówi „mądry jak Żyd” – pisze Kolberg, dodając, „że dla takich mędrców nie mają poważania, biorąc tę przezorność ich za skąpstwo, które w jakiej pogardzie mają, najlepiej okazują słowa, powiedziane przez jednego z tych włościan: »i człekby miał pieniądze, kiejby tylko przestał być człowiekiem«21.

Poza przysłowiami udało mi się natrafić już tylko na drobiazgi: fragment o beznamiętnym obserwowaniu przez gromadę wiejską płonącej bóżnicy22, żarciki o „wojnie żydowskiej”23 i trochę magii – o polewce z ciała zmarłych Żydów, która jest lekarstwem na tyfus, o owczarzach, zamurowujących w ścianie owczarni żydowskie zwłoki itd.24. Są też świadectwa wypowiedziane mimochodem, w rodzaju rzuconego ad hoc zdania o tonącym „Żydzie, którego nikt ratować nie miał ochoty...”25. Ponieważ człowiek się nie kwapi, tonącego ratuje Matka Boska. Żydzi są jej ulubionymi beneficjantami26.

  1   2   3   4   5


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość