Strona główna

John Goodman … Sam Olivia Wilde … Eleanor Marisa Tomei


Pobieranie 76.87 Kb.
Data17.06.2016
Rozmiar76.87 Kb.

Przedstawia film:


PREMIERA: 04.12.2015

Produkcja: USA 2015

Czas trwania: 100min.
www.monolith.pl

http://www.facebook.com/monolithfilms


OBSADA
Diane KeatonCharlotte

John Goodman … Sam

Olivia Wilde … Eleanor

Marisa Tomei … Emma

Ed Helms … Hank

Amanda Seyfried … Ruby

Jake Lacy … Joe

Alan Arkin … Bucky
TWÓRCY
Reżyseria … Jessie Nelson

Scenariusz … Steven Rogers

Zdjęcia … Elliot Davis

Muzyka … Nick Urata
KONTAKT

MONOLITH FILMS SP. Z O.O.

Al. Zjednoczenia 36

01-830 Warszawa

Tel.: + 48 (22) 851 10 77, + 48 (22) 851 10 78

Fax: + 48 (22) 851 10 79
DZIAŁ DYSTRYBUCJI:

lukasz.klimek@monolith.pl

ryszard.pawlicki@monolith.pl

tel: +48 (22) 851 11 01, +48 (22) 122 05 41


PR I PROMOCJA:

Rabbit Action Sp. Z o.o.

Al. Zjednoczenia 36

01-830 Warszawa

tel.: (22) 841-03-25, (22) 841 03 34

masza.grabowska@rabbitaction.pl (PR)

anna.krynska@rabbitaction.pl (PR online)

iwona.lisowska@rabbitaction (promocja)

OPIS
Zwariowana, pełna świątecznego uroku i usiana gwiazdami jak wigilijne niebo, komedia o najpiękniejszym dniu w roku, którego nie zepsuje nawet rodzinna katastrofa.
Cztery pokolenia rodziny Cooperów spotykają się jak co roku przy świątecznym stole, ale tym razem skrzętnie skrywane rodzinne sekrety wyjdą na jaw, co może nieco zepsuć wigilijną atmosferę miłości i zrozumienia.
Senior rodu Bucky poważnie rozważa spędzenie świąt w towarzystwie młodziutkiej kelnerki z okolicznej knajpy. Jego córka wraz z mężem wciąż udają perfekcyjne małżeństwo, mimo iż coraz częściej mają ochotę okładać się choinką. Ich syn nie może zapanować nad uroczą acz niesforną czteroletnią córeczką, która klnie jak szewc. Jego siostra, piękna i samotna, by uniknąć rodzinnych komentarzy, zaprasza na kolację przypadkowo poznanego żołnierza, którego przedstawia jako narzeczonego. W tym roku bombki mogą eksplodować.
PROCES PRODUKCJI

Podczas świąt Bożego Narodzenia Cooperowie spotkają się jak zawsze w licznym gronie... i wszystko zaczyna się walić. „Każdy z członków rodziny pragnie jedynie przeżyć tę noc w spokoju, wszyscy boją się, że reszta zacznie ich wypytywać o prywatne życie”, opowiada reżyserka Jesse Nelson. „Zaczynają więc tworzyć wyidealizowane wersje samych siebie, żeby błyszczeć wśród swoich bliskich, ale gdzieś po drodze stają się na powrót rodziną, odkrywając na nowo dzielące ich dawniej więzi”, kontynuuje Nelson. „Każdego człowieka nawiedzają duchy przeszłości. Nikt nie jest w stanie uniknąć wspomnień, a w szczególności tych związanych z tym wyjątkowo emocjonalnym okresem. Albo zamartwiamy się przeszłymi czynami, albo dajemy sobą zawładnąć lękom związanym z przyszłością. Bardzo często zdarza się tak, że nie żyjemy w teraźniejszości”, mówi reżyserka. „Jestem przekonana, że każdy dostrzeże w naszym filmie szaleństwo własnych rodzinnych spotkań!”.


Nic nie wywołuje tak znakomicie komediowego napięcia, jak opowieść zawarta w ograniczonym czasie – jednego dnia. „Ta historia jest dość skomplikowana i nie ma w niej łatwych odpowiedzi”, twierdzi reżyserka Jesse Nelson. „Akcja rozgrywa się w trakcie jednego dnia, Wigilii Bożego Narodzenia, w trakcie którego wszystko ulegnie przemianie. Każdy z członków familii Cooperów w jakiś sposób odmieni swoje życie. Potrafiłam się z nimi utożsamić, to nie są komediowe schematy ubrane w ładne ciuszki”. Producent Michael London dodaje, że Nelson zakochała się w Cooperach od momentu przeczytania scenariusza autorstwa Stevena Rogersa. „Rozumiała ich jako rodzinę, dlatego potrafiła tak dobrze ukazać ich na ekranie. Chciała, żeby każda z postaci tryskała humorem, ale jednocześnie nie wydawała się naciągana, przesadzona. W Kochajmy się od święta wiele jest przezabawnych scen, ale wszystkie one wynikają z prawdziwych i wiarygodnych emocji oraz relacji między bohaterami”, opowiada London. „Jesse wzbogaciła dodatkowo całą fabułę o motyw wspomnień, które przeszkadzają czasami w postawieniu kolejnych życiowych kroków. Jesse i autor zdjęć Elliot Davis wpisali ten wątek w filmową opowieść, dzięki czemu głównym bohaterom jeszcze łatwiej jest kibicować”.

London przyznaje, że ciągnie go do projektów opowiadających o familijnych więziach, takich jak „Kochajmy się od święta” oraz „Rodzinny dom wariatów” Thomasa Bezuchy, który wyprodukował kilka lat wcześniej. „Widzę w takich filmach wiele radości, tym bardziej gdy pokazują, że żadna rodzina nie jest idealna, niezależnie od tego jak bardzo tego byśmy chcieli. Fraza Najpiękniejszy okres w roku... podkreśla dodatkowo to, że okres bożonarodzeniowy wywiera jeszcze większą presję – bo każdy chce, żeby było idealnie, nawet jeśli oznacza to tworzenie pozorów przed innymi. A to rodzi komediowe sytuacje oraz wiele błędów, które przeważnie popełniają ludzie stawiani pod murem oczekiwań”, wyjaśnia producent. „Rodzi także mnóstwo autentycznych emocji i pomaga zacieśniać więzi pomiędzy ludźmi. Należy spełnić jeden tylko warunek – wszyscy muszą nauczyć się zapominać o tym, co ich różni, a w zamian skupiać na tym, co może ich połączyć”. A scenarzysta Steven Rogers dodaje: „Film koncentruje się na relatywnym pojmowaniu czasu. Ludzie spędzają go tak wiele na wracaniu do błędów z przeszłości oraz zamartwianiu się przyszłością, że zapominają o teraźniejszości. A to wielki błąd. Dopiero z wiekiem człowiek uczy się, że to, co najważniejsze, dzieje się tu i teraz”.


Rogers podkreśla, że dokładnie taki wydźwięk ma wątek starego wdowca Bucky'ego (Alan Arkin), który dzięki młodej kelnerce Ruby (Amanda Seyfried) powraca pamięcią do czasów młodości. Przeżył je szczęśliwie ze zmarłą już żoną, którą dziewczyna mu przypomina. I to właśnie Bucky ironicznie podsumowuje naturę świąt Bożego Narodzenia jako „czas dobrobytu i radości, ale świat z jakiegoś powodu zaczyna wpadać w szał. Tak jakby dało się zaplanować szczęście...” Arkin opisuje Bucky'ego jako byłego nauczyciela, który uwielbiał swoją pracę. Szaleje za Ruby i cieszy się, że może być dla niej kimś w rodzaju mentora. Seyfried opowiada, że jej bohaterka miała ciężkie życie i w pewnym sensie dlatego zaprzyjaźnia się z Buckym, który odwiedza często knajpkę, w której pracuje. „Świetnie się ze sobą dogadują, to dwie zagubione dusze, które znajdują w sobie trochę ciepła i dodają otuchy”, mówi aktorka. Bucky Cooper jest ojcem Charlotte (Diane Keaton) oraz Emmy (Marisa Tomei), ale jego córki są od siebie całkowicie różne i wyznają zupełnie inne wartości.
London opowiada, że Keaton była zaangażowana w projekt od samego początku, zarówno jako aktorka, jak i producentka wykonawcza. „Diane to podpora rodziny Cooperów, a także filar całej naszej obsady”, podkreśla producent. „Mając do dyspozycji aktorkę takiego kalibru, o wiele łatwiej przekonać do filmu innych. Kolejną ważną postacią jest John Goodman. Kreowany przez niego Sam, mąż Charlotte, to ciepły i wyrozumiały, a także zabawny facet. Świetnie się z Diane uzupełniali. Któż nie chciałby mieć Johna Goodmana za swego ojca?!”, dodaje ze śmiechem London. „Alan Arkin, Marisa Tomei, Olivia Wilde i Ed Holmes stworzyli wiarygodne postaci, ludzi z krwi i kości, przemycając jednocześnie do swoich ról sporo humoru. Amanda Seyfried i Anthony Mackie grają ludzi spoza kręgu Cooperów, którzy zostają przypadkiem wciągnięci w ich pełne emocji familijne świętowanie. Wnieśli do swoich występów mnóstwo serca. Jake Lacy, który wciela się w fałszywego chłopaka bohaterki Olivii Wilde, skradł wszystkie sceny, w których się pojawiał. To naprawdę wielki komediowy talent!”, dorzuca London.
Cóż więc przyciągnęło Diane Keaton do tego projektu? „Uznałam, że to przesłodka historia”, opowiada aktorka. „Jestem bardzo rodzinną osobą i wiem, że nic nie jest idealne, a ten scenariusz podkreślał, iż jest to właśnie największa zaleta Cooperów. Pracowałam już wcześniej z Jesse Nelson, bardzo się ucieszyłam, że będę mogła znowu się z nią spotkać”. Keaton mówi również, że chciała zagrać w filmie, który podkreśli radość wynikającą z rodzinnych spotkań w trakcie świąt Bożego Narodzenia. „To czas, który należy przeżywać wspólnie. Gdy byłam dzieckiem, rodzice zabierali mnie i moje rodzeństwo na wycieczki. Pamiętam, że spotykaliśmy się zawsze w kuchni, mama zaczynała śpiewać, a my do niej szybko dołączaliśmy. Nie byliśmy jakąś wymyślną rodziną. Cooperowie też nie są”. „Widziałam Johna Goodmana niedawno w Co jest grane, Davis? i był tam absolutnie fantastyczny! To prawdziwy profesjonalista, który oddaje się w pełni granej roli. Możliwość zagrania z nim w jednym filmie była dla mnie zaszczytem”, dodała Keaton o możliwości współpracy z aktorem.
Goodman również nie szczędzi komplementów swojej partnerce. „Diane jest cudowna, zabawna, szczera – to wspaniała aktorka. Świetnie się razem bawiliśmy”. „Zresztą wszyscy wypadli świetnie. Ed, który gra mojego syna. Olivia, która gra moją córkę. Alex Borstein, która wciela się w moją synową... Wszyscy byli zabawni i stworzyli na planie wspaniałą atmosferę zrozumienia”. Ed Helms tak opowiada o swoim bohaterze, Hanku: „to ojciec trójki dzieci, który przechodzi właśnie trudny okres w życiu. Niedawno rozwiódł się z Angie (Alex Borstein) i ciągle próbuje się przystosować do nowej sytuuacji. Chce być silny i być przykładem dla swojej rodziny. Stał się ojcem jako nastolatek – w liceum. Sam zresztą w pewnym momencie mówi: „stałem się tatą tego samego dnia, w którym oblałem biologię...”, dodaje aktor. W siostrę Hanka, Eleanor, wciela się Olivia Wilde, która wprost zakochała się w scenariuszu. „Ten tekst wywołał we mnie wiele sentymentalnych uczyć. Śmiałam się, ale także płakałam. Eleanor to osoba chaotyczna, zwariowana, nigdy nie wyszła za mąż i nie osiągnęła żadnego większego sukcesu”, mówi Wilde. „Właśnie zostawił ją narzeczony, wywracając jej życie do góry nogami. Bardzo mi się ta rola spodobała, nie mogłam sobie także odmówić możliwości zagrania córki Johna i Diane!”.
Na lotnisku Eleanor spotyka Joe (Jake Lacy), któremu proponuje, by został na tę jedną noc jej fałszywym chłopakiem. „Spodobała mi się ta postać, bo nie jest idealna. Joe stara się być człowiekiem, którym nigdy wcześniej nie był, reprezentować sobą pewne wartości”, mówi młody aktor. „Od razu zaczynają się z Eleanor lubić, a co za tym idzie – także mocno czubić. Inaczej postrzegają różne rzeczy, ale znakomicie do siebie pasują. Fajnie mi się grało te wszystkie sceny przekrzykiwania się z Olivią”. Zupełnie inaczej traktują się dwie siostry z klanu Cooperów – Emma i Charlotte. Marisa Tomei, która wcieliła się w Emmę, twierdzi, że jej bohaterka wnosi na rodzinną kolację największy emocjonalny bagaż. „Na skutek różnych wydarzeń stała się zgorzkniałą, nie dostrzegającą w niczym sensu kobietą. A świąteczny okres jedynie pogłębia jej negatywny nastrój. Zazdrości siostrze jej udanej rodziny, nie potrafi się z nią porozumieć. Emma mówi zresztą w pewnym momencie do Charlotte: „to tak jakbyśmy były na siebie uczulone”.
Nelson ujmuje to jeszcze inaczej. „Każda rodzina ma swojego Fredo, jak w Ojcu chrzestnym. Charlotte przywykła do tego, że jej siostra coś nabroiła lub znajduje się w tarapatach. A Marisa świetnie te wszystkie cechy w Emmie pokazała”, opowiada reżyserka. „Wierzę, że w tym okresie można spotkać zupełnie obcych sobie ludzi, którzy pojedynczym gestem czy słowem potrafią zmienić życie swoich rozmówców”, dodaje Nelson, mając na myśli sytuację, w której Emma próbuje ukraść biżuterię na prezent dla Charlotte, ale zostaje aresztowana przez funkcjonariusza Williamsa (Anthony Mackie). „Gram kogoś w typie umundurowanego anioła Bożego Narodzenia”, wyjaśnia ze śmiechem aktor. „Pojawiam się w życiu jednej kobiety z klanu Cooperów, przekazuję jej pewną wiedzę i odsyłam z powrotem w świat lepszą i zmienioną”. Nelson zauważa jednak, iż relacja między Emmą i Williamsem nie jest jednostronna. „Ona też w jakiś sposób wpływa na jego życie oraz na to, kim jest” - mówi. W byłą żonę Hanka, Angie, wciela się Alex Borstein. „Poznali się w liceum, a chwilę później ona była już w ciąży. Nie było w tym większej miłości. Bardziej przywiązanie. Są niczym rodzeństwo”, opowiada aktorka. „Razem dorastali, razem weszli w dorosłość. Są ze sobą bardzo związani, ale nie w taki sposób, w jaki by chcieli. To niestety bardzo ważne z perspektywy wychowywania dzieci”.
Ostatnią członkinią dynastii Cooperów jest ciotka Fishy, która jest kobietą niezależną i potrafiącą zarażać wszystkich śmiechem oraz radosnym nastrojem. Na spotkaniu rodzinnym jest nawet w stanie zademonstrować nowe taneczne ruchy! „Uwielbia muzykę i nie interesuje się tym, czy ktoś ją rozumie czy nie – rusza w tany wtedy, kiedy ma na to ochotę”, mówi aktorka June Squibb, która wcieliła się w rolę niesfornej cioci. Jest jeszcze jeden bohater w „Kochajmy się od święta”, choć zawsze niewidoczny – narrator, któremu głosu użyczył Steve Martin. Aktor twierdzi, że dołączył do projektu ze względu na Jesse Nelson oraz historię swojej postaci, której nie będziemy tu wyjawiać. Dla reżyserki najważniejsze było stworzenie odpowiedniej liczby skomplikowanych relacji między bohaterami, ale jednocześnie upewnienie się, by z wszystkimi postaciami można było sympatyzować. „Nikt się w tym filmie nie myli. Eleanor ma rację, że jej matka za bardzo się o nią martwi, ale Charlotte wie, że ma rację, że musi swojej córce pomóc. Sam także ma rację, że jego związek z Charlotte trochę podupadł, więc powinni skupić się bardziej na sobie niż rodzinie, ale z drugiej strony ona dobrze robi, że chce pomagać swoim dzieciom w trudnych chwilach. Wszyscy mają rację”, opowiada z uśmiechem na ustach Nelson. „Nasz film pokazuje rodzinę, której członkowie uczą się wzajemnie tolerować dzielące ich różnice”.
WESOŁYCH I RADOSNYCH ŚWIĄT
„Lubię myśleć o Cooperach jako o von Trappach tegorocznych świąt Bożego Narodzenia. To von Cooperowie”, śmieje się Jesse Nelson, reżyserka „Kochajmy się od święta”. Być może nasi bohaterowie nie są spokrewnieni ze słynną śpiewającą familią z „Dźwięków muzyki” Roberta Wise'a, ale Nelson ma całkowitą rację przyrównując obie rodziny pod względami wokalnymi. Alan Alan Arkin był w przeszłości zawodowym muzykiem folkowym, obecnie potrafi wyczyniać prawdziwe cuda na ukulele. Ed Helms od razu dał reżyserce wybór instrumentu, na którym może grać jego filmowy bohater – „wolisz pianino, gitara czy banjo?” John Goodman od lat zdobywa uznanie jako wspaniały muzyk oraz piosenkarz, a na dodatek jest prawdziwym mistrzem grania na ustnej harmonijce. Diane Keaton często śpiewała w swoich wcześniejszych filmach, więc przyjęła z uśmiechem wyzwanie wykonania przed kamerą kilku świątecznych przebojów. June Squibb również może się pochwalić talentem wokalnym, co sprawiło, że zawsze dotrzymywała Keaton kroku. Alex Borsten umie grać na wiolonczeli – i choć jeszcze nie na poziomie zawodowym, to z pewnością już wkrótce i tę umiejętność opanuje do perfekcji.
Nelson poprosiła dodatkowo o pomoc przy tworzeniu filmowego soundtracku swego wieloletniego przyjaciela, nagrodzonego Grammy muzyka, producenta i piosenkarza T Bone Burnetta. „Od jakiegoś czasu myśleliśmy o realizacji filmu związanego muzycznie ze świętami, bo oboje kochamy ten okres. Wszystkie melodie mu towarzyszące są przepiękne”, zachwyca się reżyserka. Gdy powiedziała Burnettowi, że w filmie będzie scena rodzinnego śpiewania kolęd, podając przy okazji listę aktorów biorących udział w projekcie, nie musiała go dłużej przekonywać. „Okazało się także, że znał twórczość folkową Alana, jeszcze sprzed jego aktorskich dokonań. Doskonale pamiętał także cudowny głos Diane, która zadebiutowała jako piosenkarka w Złotych czasach radia Woody'ego Allena. Pracował również z Edem Helmsem, znał więc jego możliwości”. Burnett przyjechał do domu Nelson, gdzie wspólnie pracowali z aktorami i wybierali piosenki najbardziej pasujące do opowiadanej historii. Arkin zasugerował nawet jedną, którą bardzo dobrze znał – „Born in Bethlehem” i która stała się ostatecznie najważniejszym punktem sekwencji rodzinnego śpiewania.
Warto dodać, iż aktorzy świetnie się tamtego dnia bawili i jeszcze bardziej zżyli, co pomogło im grać członków tej samej rodziny. Po zakończeniu zdjęć Burnett wysłał Nelson prawie sto kolejnych piosenek, żeby mogła wypróbować różnych wersji w montażu. Co więcej, jego przyjaciel, Charles Duncan, napisał nowy świąteczny przebój zatytułowany „The Light of Christmas Day”, który pojawia się na napisach końcowych filmu w wykonaniu Alison Krauss oraz Roberta Planta. „Muzyka jest esencją świąt Bożego Narodzenia, musiała więc automatycznie stać się ważną częścią naszego filmu”, mówi producent Michael London. „Jesse chciała nakręcić obraz wypełniony radosną muzyką, ale także uchwycić bożonarodzeniowego ducha, łącząc w filmie elementy świętowania z fragmentami melancholijnymi. Muzyka spina wszystkie wątki Kochajmy się od święta efektowną klamrą, która sprawi, że widzowie będą się radować i jednocześnie płakać ze wzruszenia”, kontynuuje producent. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Jesse Nelson jest znana ze znakomitego gustu muzycznego, a jej film „Sam” był nominowany do Grammy w kategorii Najlepszy soundtrack.
Dla Arkina możliwość zagrania przed kamerą na ukulele była wielkim zaszczytem. „Przez 50 lat radziłem sobie dość średnio z gitarą. Nie potrafiłem nigdy zagrać tak, jakbym sam siebie chciał usłyszeć, postanowiłem więc przestać się frustrować tymi niepowodzeniami. Odłożyłem gitarę na bok i zabrałem się za granie na ukulele. Nie mógłbym lepiej trafić!”, wyjaśnia aktor, który zakochał się w pomyśle rodzinnego śpiewania Cooperów. „Tak to wygląda w prawdziwym życiu. Chodzi o poczucie harmonii, a to rodzi się wyłącznie poprzez praktykę. Świetnie się bawiliśmy przy kręceniu tych scen. Mamy jazzową wersję jednej znanej kolędy, w innej poszliśmy trochę w stronę latynoskich rytmów. W filmie będzie to trwało jakieś 10 sekund, ale warto było. Jestem zdania, że muzycznie Kochajmy się od święta zachwyci wszystkich widzów”, kontynuuje Arkin. Helms z kolei informuje, że chciał zagrać w tym filmie ze względu na słodko-gorzki scenariusz oraz obsadę składającą się z jego aktorskich idoli. „Kiedy dowiedziałem się, że będę mógł wystąpić u boku Alana Arkina, wpadłem w niekontrolowaną ekscytację! To było totalnie szalone doświadczenie! Nie mogę nawet uwierzyć, że do tego w ogóle doszło”, mówi aktor.
„Uwielbiam śpiewać kolędy, ale Cichą noc uważam ogólnie za jedną z najlepszych kompozycji muzycznych”, kontynuuje Helms. „Na planie zaśpiewaliśmy kilka tradycyjnych świątecznych kolęd i piosenek, a także szereg ich dziwniejszych wersji, co sprawiło, że jeszcze bardziej podkreśliliśmy wyjątkowość Cooperów jako rodziny”. Aktorzy nie tylko świetnie się bawili na planie, ale złapali także bakcyla improwizacji. Arkin zaczynał grać na ukulele, a kolejne sekundy przynosiły kolejnego dołączającego się do niego grajka lub śpiewaka, tak że w pewnym momencie praca na planie chwilowo ustawała i wszyscy oddawali się wspólnemu świętowaniu. John Goodman wspomina, że dawno się tak dobrze nie bawił przy kręceniu filmu, w szczególności w chwilach gdy mógł spontanicznie improwizować z Helmsem, Arkinem, Keaton, Squibb oraz Borstein. Montażystka Nancy Stewart rozumiała aktorskie emocje we wszystkich nakręconych scenach, ale ogrom materiału sprawił, iż stanęło przed nią ogromne wyzwanie. „Śpiewanie na żywo przed kamerą jest w kontekście filmowym bardzo trudne, ponieważ każde ujęcie posiada nieco inne tonacje głosów śpiewających, każdy kadr jest złożony z innych relacji pomiędzy aktorami i granymi przez nich postaciami”, opowiada Stewart. „W niektórych ujęciach słychać bardziej jeden instrument, w innych jakiś aktor wybija się ponad innych. Łączenie materiału jest czasochłonne”.
W przypadku doboru piosenek montażystka nie miała wcale łatwiej. „T Bone Burnett przesłał mi dziesiątki bardzo eklektycznych utworów, zaznaczając, że dzięki nim będę w stanie znaleźć odpowiedni rytm do każdej ze scen. Stewart była autentycznie zdziwiona, że może istnieć tak wiele wersji jednej kolędy. „Depresyjne, radosne, zabawne, złowieszcze. To niesamowite, że świąteczne przeboje można wykorzystywać w tak wielu emocjonalnych kontekstach, więc w filmie pojawia się naprawdę mnóstwo kolęd i piosenek w różnych aranżacjach, żeby podkreślić emocje panujące na ekranie”, mówi Stewart. „Jest ich tak wiele, że musiałam bardzo uważać, aby niczego nie spłycić zbyt szybkim cięciem do kolejnego ujęcia lub sceny. Muzyka była dla mnie w tym sensie znakomitym przewodnikiem”, mówi montażystka. Dobrym przykładem jest scena wykonania „Have Yourself Merry Little Christmas” przez Charlotte i Sama. Dla Keaton i Goodmana była to prawdziwa gratka, ponieważ oboje tę właśnie piosenkę uważają za swój ulubiony świąteczny przebój. Jesse Nelson dodaje, że ten fragment idealnie odzwierciedla emocjonalną podróż, którą ta dwójka przebywa przez cały film: „Ich wykonanie jest wprost cudowne. Piękne. Smutne. Autentyczne. Wierzę, że na salach kinowych pojawi się wiele łez!”
FILMOWA UCZTA
Stwierdzenie, że przygotowywanie świątecznej kolacji u Cooperów było ogromnym wyzwaniem, byłoby gigantycznym eufemizmem. Wystarczy zapytać Melissy McSorley, która pracowała wcześniej przy „Szefie” Jona Favreau, a na planie „Kochajmy się od święta” została ekspertką do spraw żywieniowych. „Współpracowałyśmy z Melissą bardzo blisko, żeby filmowe jedzenie nie przypominało dań z restauracji, lecz efekt pracy i miłości włożonej w kreację wszystkich potraw przez Cooperów”, opowiada Jesse Nelson. „Mamy w filmie cudownie wyglądające i autentycznie smakowite dania ugotowane na bazie starodawnych przepisów przekazywanych z pokolenia na pokolenie i podawane na talerzach, które są w rodzinie od wielu pokoleń. Biedna Melissa, musiała cały czas robić dokładki, żebyśmy mogli kręcić kolejne ujęcia. I jeszcze kolejne”, wspomina reżyserka „Kochajmy się od święta”. „Po dwunastu dublach zauważyłam, iż w kolejnych ujęciach nie ma już żadnej energii czy żywiołowości. Aktorzy tak się najedli, że zapadli w żywieniową śpiączkę!”, dodaje ze śmiechem Nelson, podkreślając, iż wszyscy uwielbiali potrawy przygotowywane przez Melissę, w szczególności jej legendarne już farsze i nadzienia.
Producentka Janice Williams twierdzi, że scena rodzinnej kolacji świątecznej „była największą sekwencją w całym filmie. Spędziliśmy nad nią ponad cztery dni zdjęciowe, ale wyszło fantastycznie. Obsada zajadała się jej smakołykami nawet w przerwach pomiędzy kręceniem scen”, mówi z uśmiechem Williams. „Krzyczeliśmy do nich, żeby poczekali chociaż na kamery, ale w odpowiedzi otrzymywaliśmy jedynie rozanielone spojrzenia i wyjaśnienia typu: ale to jest takie pyszne...”, kontynuuje producentka. Tak więc przez cztery dni wszyscy jedliśmy świąteczne potrawy, niezależnie od tego, czy kamera była uruchomiona, czy schowana w magazynie. Upewnienie się, że jedzenie wygląda pięknie i świeżo w trakcie dwunastogodzinnych dni zdjęciowych to naprawdę ogromne wyzwanie. Chcieliśmy, by widzowie zaczęli czuć w trakcie oglądania filmu niepochamowaną chęć dołączenia do Cooperów – żeby pozazdrościli im takiej uczty i zakochali się w ekranowych potrawach”, przyznaje Williams. „Melissa wszystko na bieżąco gotowała i przygotowywała, choć miała do dyspozycji jedynie małe pomieszczenie, praktycznie pozbawione kuchennych sprzętów z prawdziwego zdarzenia. Była niesamowita i wszystkich nas uszczęśliwiła”.
McSorley wspomina także, że Nelson wyjaśniła jej na samym początku, że potrawy „muszą wyglądać tak, jakby zostały „żywcem wzięte” z domu Marthy Stewart, ale jednocześnie powinny mieć w sobie coś domowego, spontanicznego”. Było to szczególnie ważne w przypadku postaci granej przez Diane Keaton, która poprzez gotowanie wyraża samą siebie, ukazuje swoją prawdziwą osobowość. A przy okazji ma autentyczny talent do pichcenia smacznych potraw, które w filmie ostatecznie zbliżą do siebie członków rodziny Cooperów. McSorley wspomina, że musiała jednak trochę się ograniczać, zważając na wszelkie potencjalne alergie, gusta smakowe oraz rzeczy, których aktorzy – oraz pies Bolt, wcielający się w Ragsa, ukochanego zwierzaka Cooperów – nie lubili jeść. „Wszystko, co postawiłam na stole, zostało prędzej czy później zjedzone”, podsumowuje McSorley, dodając, iż nie udałoby jej się podołać temu wyzwaniu bez pomocy kilku kucharek, które pomagały jej każdego dnia na planie, by zachować atrakcyjny wygląd wszystkich potraw.
Komu jej smakołyki najbardziej przypadły do gustu? „Myślę, że łatwiej będzie wymienić, kto najwięcej czego zjadł”, mówi ze śmiechem McSorley. „Timothy, który wcielił się w Charlie'ego, pałaszował najwięcej szynki. June Squibb zajadała się sosem żurawinowym i specyficzną sałatką, która jest w filmie specjalnością Charlotte Cooper. Najbardziej zaskoczyła mnie jednak Amanda Seyfried, która ma boską figurę, ale potrafi jeść za pięciu. Uwielbiała podjadać nadzienia z różnych dań!”, dodaje McSorley, informując, iż poza rzeczoną sałatką, tak naprawdę żadna z potraw nie została opisana w scenariuszu. Wszystko było jej kreacją. A kto zasmakował najbardziej w jej purée ziemniaczanym? Pies Bolt, który gra Ragsa, zwierzaka Cooperów, nie miał żadnych problemów z robieniem kilkunastu dubli z taką potrawą stawianą mu pod nosem. „Musieliśmy uważać za każdym razem, gdy Bolt wchodził do pomieszczenia. Nie mogliśmy trzymać talerzy na krawędzi stołu. Niestety, pies miał chody u grających w tej scenie aktorów, którzy ochoczo pomagali mu atakować kolejne porcje. Zjadał wszystko, co mu stanęło na drodze”, opowiada ze śmiechem McSorley. „Nie musieliśmy się jedynie obawiać o świąteczne cukierki, bowiem zostały one specjalnie dla niego przygotowane z psich smakołyków.

IDEALNIE LUDZCY
Jak zostało już wspomniane, w psa Cooperów, Ragsa, wcielił się pies Bolt. Wedle słów wszystkich członków obsady sprawdził się wyśmienicie i sprostał wszystkim wyzwaniom pracy na planie. „To Marlon Brando psich aktorów”, zachwyca się Jesse Nelson. „Bardzo się zżył z całą obsadą i był przez wszystkich uwielbiany. Boltowi w szczególności przypadły do gustu sceny z ciotką Fishy – oboje uwielbiają jeść!”, śmieje się reżyserka. „Jestem wielką miłośniczką psów. Te zwierzęta doceniają ludzi za to, kim ci są. Każdy z bohaterów filmu ukrywa coś przed innymi, ale Ragsa nikt nie jest w stanie przechytrzyć. Psiak widzi wszystkie wady i zalety swoich ludzkich gospodarzy, ale nie próbuje nikogo oceniać. Nie leży to w jego naturze”. Nelson wspomina, że na potrzeby obsadzenia tej roli obejrzała dziesiątki przesłuchań nagranych przez jej reżyserów castingu. „Gdy tylko zobaczyłam Bolta, od razu wiedziałam, że będzie idealnym Ragsem! Miał znakomity timing, a jego trener udowodnił mi, że ten pies będzie w stanie zagrać wszystko to, o co go poproszę”. Bolt potrafił nie tylko wykonywać różne sztuczki, ale także pałaszować kolejne miski z jedzeniem w przeciągu kilku zaledwie sekund, co zawsze wywoływało zdumienie pośród całej ludzkiej ekipy.
Trener Bolta, Gary Mui, wyjaśnia, że pies jest po części bernardynem (ze strony matki), a po części owczarkiem australijskim (ze strony ojca). A że obie rasy są bardzo mocno ukierunkowane na wykonywanie zadań, praca na planie „Kochajmy się od święta” była dla Bolta wspaniałym doświadczeniem. Pies urodził się w parku dla zwierząt w japońskiej Osace. Pracujący tam trenerzy byli święcie przekonani, że matka Bolta była za stara na takie uciechy, więc odseparowali ją od samców, ale dość szybko przekonali się, że owczarki australijskie to bardzo zdeterminowane zwierzęta. Pewnego ranka odkryli w jej zagrodzie ojca Bolta, a kilka miesięcy później suczka urodziła dziewięcioro szczeniaków. „Bolt był pierwszym i jednocześnie największym”, opowiada Mui, dodając, że pies został obsadzony w „Kochajmy się od święta” ze względu na swoją wyjątkową prezencję. Warto nadmienić, że Bolt urodzony w 2008 roku, swoje imię zawdzięcza słynnemu sprinterowi, olimpijczykowi Usainowi Boltowi. „Gdy był szczeniakiem, wszędzie biegał, jakby nie potrafił zatrzymać się w miejscu”, kontynuuje Mui, który pracuje wraz ze swoim psim klientem dla Birds & Animals United, firmy zajmującej się tresowaniem zwierząt.
Bolt pracował właśnie na planie innego filmu, gdy nadeszła propozycja współpracy od Jesse Nelson, która w 2012 widziała psiaka w reklamie Volkswagena emitowanej na Superbowl. Oprócz występów w wielu reklamach, Bolt zagrał także w takich filmach jak: „Cziłała z Beverly Hills 3” Leva L. Spiro, „Noc w muzem 3: Tajemnica grobowca” Shawna Levy'ego (gdzie wcielał się w... tygrysa) czy „W ciemność. Star Trek” J.J. Abramsa. Już w przyszłym roku będzie można zobaczyć kolejny projekt z jego udziałem – „The Choice”. Jako owczarek australijski, Bolt musi być nieustannie aktywny, zarówno fizycznie, jak i psychicznie, gdyż w wypadku dłuższej bezczynności pies zacznie wariować. „Jeśli nie będę dawał mu czegoś do roboty, zamieni moje życie w piekło”, śmieje się Mui. „Pamiętam, że pewnego ranka, kiedy Bolt miał trzy lata, wypuściłem go na ogródek i poszedłem wziąć prysznic. W tym czasie zdołał wykopać dziurę o głębokości prawie metra! Bardzo dobrze się złożyło, że na plan Kochajmy się od święta trafiliśmy praktycznie bezpośrednio z pracy przy innym filmie, ponieważ Bolt był w dobrej formie. Zdarzało się, że gdy trafialiśmy na plan zdjęciowy po dłuższym okresie bezczynności był hiperaktywny przez pierwszy tydzień”.
Wszyscy członkowie ekipy i obsady byli maksymalnie zaangażowani w pracę z Boltem. „Diane Keaton i Amanda Seyfried za każdym razem okazywały mu pozytywne emocje, głaskały i bawiły się z nim. Ale jego ulubienicą była June Squibb. Czuć było fantastyczną chemię na planie”, kontynuuje Mui. „Z pewnością pomogło to, że w każdej ich wspólnej scenie June go karmiła lub się do niego tuliła”, dodaje ze śmiechem trener psiego aktora. „W trakcie kręcenia poszczególnych ujęć skupiliśmy się na tym, by nie dekoncentrować Bolta – żeby mógł cały czas patrzeć na mnie stojącego gdzieś poza zasięgiem kamery. Naszego pierwszego dnia na planie, podczas pracy nad sceną rodzinnego śpiewania, działo się tak dużo różnych rzeczy, że Bolt nie wiedział, gdzie się patrzeć. Podczas jednego z ujęć spoglądał w prawo, choć ja byłem po jego lewej stronie. Dopiero po chwili się zorientowałem, że obserwował Alana Arkina, którego bardzo polubił”, kontynuuje Mui. Na co John Goodman szybko dopowiada: „Jest to dla mnie kompletnie zrozumiała reakcja. Wszyscy cały czas zerkamy na Alana”.
Nelson traktowała psiaka jak normalnego członka obsady. „Spędzała dużo czasu nad planowaniem kolejnych ujęć. Była bardzo otwarta na moje sugestie, omawialiśmy razem wszystkie możliwości występu Bolta, żeby pomóc mu stworzyć jak najpełniejszą rolę. Jednocześnie nigdy nie zapominała o tym, że jest to pies i potrzebuje specjalnych warunków na planie. Była cudowna”, opowiada Mui, dodając, że jedną z cech rozpoznawczych Bolta jest to, że kochany psiak uwielbia podkradać jedzenie. „Nie potrafi się powstrzymać. Ustawiliśmy kiedyś scenę, w której wydawało mu się, że zrobił coś niecnego i nie poniósł za to żadnych konsekwencji. Każdy dobrze wytresowany pies szybko uczy się, że tak właśnie działa praca na planie. Mogę mu powiedzieć ostre nie, ale ostatecznie i tak nie poniesie żadnej kary, więc błyskawicznie łapie, kiedy może sobie pozwolić na złe zachowanie, a kiedy ma grać bycie niegrzecznym”, wyjaśnia trener Bolta.
„To naprawdę dobry pies i w 99.9% przypadków robi dokładnie to, o co go poproszę. Zdarza mu się również miewać kaprysy, w szczególności, jeśli chodzi o jedzenie. Na planie Kochajmy się od święta niecnie to wykorzystaliśmy, bo dzięki permanentnemu dokładaniu jedzenia, Bolt był w stanie wziąć udział w dwa razy większej liczbie ujęć”, śmieje się Mui, opowiadając, że najtrudniejszą sceną z udziałem psa była ta, w której Bolt biega po salonie Cooperów w poszukiwaniu pożywienia. „Był koniec dnia zdjęciowego, a Jesse chciała nakręcić całość na steadicamie. Nie mieliśmy czasu na próby, nie mogłem go także kontrolować, ponieważ kamera podążała tam, gdzie Bolt zdecydował się podążać, bez żadnych przerw. Musiał wbiec do salonu prosto z korytarza, obiec stolik, zajrzeć do miski, złapać w drodze leżącą zabawkę, przebiec znowu przez całe pomieszczenie, wskoczyć na łóżko i zacząć się nią bawić”, wyjaśnia trener Mui. „Podzieliliśmy całą scenę na kilka fragmentów i pokazywaliśmy Boltowi, czego od niego wymagamy. Próby trwały jakieś dziesięć minut, po czym zaczęliśmy kręcić. Nagraliśmy scenę kilka razy. Byłem z niego dumny”.
ŚNIEŻEK PRÓSZY
Śnieg naprawdę prószył. A potem zaczynały się nawałnice... „Kręciliśmy zdjęcia w lutym w Pittsburgu, kiedy spadł śnieg, było tak cudownie. Wszystkie rzeki... mosty... parki... przestrzenie... Ależ to wspaniałe miasto!”, opowiada Jesse Nelson. „Chcieliśmy uczynić z tego zaletę naszego projektu, wpisaliśmy nawet wiele oblicz miasta do naszego scenariusza. Nie wzięłam jednak pod uwagę tego, że natrafimy na ostre śnieżyce... Musieliśmy pracować w temperaturze -10 stopni Celsjusza, jednego dnia zamarzła ciężarówka wożąca kamery, innego mieliśmy problemy z paliwem...”, opowiada reżyserka, dodając, iż „jednym z naszych głównych rekwizytów była śnieżna kula, która pewnego dnia była zlodowaciała do tego stopnia, że wybuchła!
Charlotte Cooper kolekcjonuje śnieżne kule Nie jest to tylko jej wielka pasja czy też wieloletnie hobby. To sposób, w jaki kobieta postrzega otaczający ją świat. „Podobała mi się metafora śnieżnej kuli jako symbolu pamięci – patrzenia przez padający śnieg na siebie samą z dawnych lat”, wyjaśnia Nelson, dodając, iż ogromna ilość śniegu, która pojawia się w filmie, zmusza bohaterów jeszcze bardziej do poszukiwania ciepła drugiego człowieka oraz wchodzenia w nowe relacje. „To właśnie opady śniegu powodują, że Joe nie może ruszyć się z lotniska, czekając na poprawę pogody. Tam poznaje Eleanor, która wywraca jego życie do góry nogami. Ale pozytywnie! W takich warunkach ludzie zaczynają dzielić się swoimi doświadczeniami z nieznajomymi”, informuje Nelson. Ale w innych warunkach również jest podobnie. „Emma Cooper została aresztowana i przebywa w wozie funkcjonariusza Williamsa, ale stoją w tak ogromnym korku, że końca nie widać. W scenach, w których Bucky i Ruby siedzą sobie w restauracji, jedynie szyby dzielą ich od śnieżnej zamieci, która spowija całe miasto białym całunem. Czuć, iż natura ma w tym okresie coś więcej do powiedzenia”, kontynuuje Jesse Nelson.
Autor zdjęć Elliot Davis nazywa „Kochajmy się od święta” „filmem pogodowym”. Kręcenie zdjęć w tak dramatycznych warunkach „było znakomitą sposobnością, aby przekazać kruchość i wrażliwość wszystkich bohaterów. Czuliśmy się przy okazji tak, jakbyśmy sami znajdowali się wewnątrz śnieżnej kuli, jakbyśmy byli w odizolowanym świecie pełnym ciekawych zjawisk, które powodują, że ludzie zaczynają się zupełnie inaczej zachowywać”, twierdzi Davis. „Dzięki temu, że to prawdziwy śnieg i autentyczne, niekomputerowe warunki atmosferyczne, czuć na ekranie napięcie, które wynika z zaistniałych sytuacji. Pracowałem już przy filmach, w których pogoda gra tak dużą rolę, między innymi w Podróży przedślubnej oraz Co z oczu, to z serca. Nauczyłem się świadomie zwracać uwagę na pewne rzeczy”. Nelson dała również Davisowi kilka zdjęć pokazujących paletę kolorów, jaką chciałaby uzyskać na ekranie. „Na zewnątrz panują przeważnie odcienie bieli i szarości, dzięki czemu czerwone wdzianko Mikołaja tak bardzo się na ich tle wyróżnia”, opowiada autor zdjęć. „Chodziło nam o rozpoczęcie od chłodnych, zimowych kadrów, od poczucia izolacji i lekkiej desperacji, a także presji związanej z tym akurat dniem. Bohaterowie są pozostawieni sami sobie, niezależnie od tego, czy siedzą na lotnisku, czy też w kawiarence”.
Davis podkreśla, że scenę rodzinnych śpiewów nakręcił w typowo dokumentalnym stylu, korzystając z dwóch kamer skierowanych bezpośrednio na twarze aktorów, żeby uchwycić przede wszystkim ich występy. „Nie kręciliśmy wyłącznie na zbliżeniach, lecz także w nieco szerszych kadrach, żeby ukazywać bohaterów w otoczeniu bliskich im ludzi”. Z kolei w scenie kolacji „mieliśmy nakaz od studia, żeby wszelkie potrawy ukazać jak najbardziej atrakcyjnie, ponieważ są one jednym z elementów, które zbliżają do siebie ludzi w okresie świątecznym”, wspomina Davis. „W filmie jest naprawdę DUŻO jedzenia!” Autor zdjęć pracował wcześniej z Jesse Nelson przy „Samie”, dlatego ponowna możliwość spotkania się na planie bardzo go ucieszyła. „Jesse ufa kamerze, współpracujemy ze sobą bardzo blisko, ponieważ ona wie, co chce osiągnąć, a przy okazji jest otwarta na moje pomysły”, kontynuuje Davis, informując jednocześnie, że zdjęcia do „Kochajmy się od święta” powstały w trakcie 45 dni na kamerach cyfrowych, w szerokoekranowym anamorfotycznym formacie obrazu 2,35:1.
W scenach rozgrywających się we wnętrzach główną inspiracją Nelson były obrazy holenderskiego malarza epoki Renesansu, Pietera Bruegela Starszego (przykładowo „Myśliwi na śniegu” – z pejzażem zamarzniętych i surowych przestrzeni, które ocieplają swoją obecnością ludzkie postaci). „Zakochałam się w kolorach, które wykorzystaliśmy we wnętrzach – śnieżnym błękicie zimy oraz niebieskiej szarości ścian”, opowiada Nelson. „Powtórzyliśmy je również w scenach w garderobie Diane, która jest najlepszym dowodem na to, że choć Charlotte i Emma nie żyją ze sobą w najlepszych relacjach, ubierają się w gruncie rzeczy bardzo podobnie. Gdy były małymi dziewczynkami, nosiły takie same stroje, które symbolizowały ich siostrzaną miłość. Choć wyrosły, nie przestały ubierać się w taki sposób”, dodaje reżyserka. Scenografka Beth Rubino i kostiumografka Hope Hanafin miały podkreślić te i wiele innych aspektów świata bohaterów filmu za pomocą kolorów. Rubino, która była nominowana za swoją pracę przy „Wbrew regułom” oraz „Amerykańskim gangsterze” do Oscara, jest znana z wielkiego wyczucia w kontekście tworzenia idealnych domostw, w których każdy chciałby zamieszkać. Pracowała już także z Diane Keaton przy „Lepiej późno niż później” Nancy Meyers.
Dom Cooperów jest miejscem dość uniwersalnym, ponieważ to właśnie w nim znajduje się wiele dziecięcych wspomnień głównych bohaterów, którzy już tam od dawna nie mieszkają. Mogą je jednak przynajmniej częściowo odzyskać, jeśli tylko otworzą się na to, co miejsce to ma im do zaoferowania. Rubino i Nelson doszły szybko do kompromisu pod względem wyglądu domu Cooperów. „Współczesny. Komfortowy. Nostalgiczny. Dostępny dla wszystkich”, wyjaśnia scenografka. „Nie chciałyśmy, by to miejsce wyglądało na urządzone przez osoby z zewnątrz, świecące i piękne jak z katalogowego obrazka. Dom wygląda tak, jakby przez lata żyli w nim prawdziwi ludzie, tworzący z tej przestrzeni coś swojego i w ten sposób absolutnie unikatowego. Właśnie dlatego staje się on dla wszystkich bohaterów katalizatorem pięknych wspomnień” - kontynuuje Rubino, dodając, że poszukując idealnego domu, który zagrałby przytulne i nieco chaotyczne gniazdko Cooperów, udało im się znaleźć miejsce perfekcyjne... z zewnątrz. „W jaki sposób oddać charakter domu? W jaki sposób przekazać, iż przez lata zmieniał się wraz ze swoimi właścicielami?”, mówi scenografka.
„W trakcie poszukiwań zrozumiałyśmy, że ta przestrzeń musi posiadać wiele szklanych elementów, co wiązało się z zapisanymi w scenariuszu odniesieniami do śnieżnej kuli”, wyjaśnia Rubino. „W ten sposób uzyskałyśmy ciekawe wrażenie estetyczne, a także podkreśliłyśmy główny motyw filmu – że nasze prywatne światy są nieustannie wstrząsane przez niezależne od nas siły, a my musimy doceniać wszystkie chwile spokoju. Ale także nie poddawać się bez walki”, kontynuuje z rozmysłem scenografka „Kochajmy się od święta”. „Ten wątek stał się podstawą wszystkiego, co później robiłyśmy na planie. Z niego narodziła się estetyczna warstwa całego filmu – koncepcja, że każdy człowiek ogląda świat w lekko wykrzywionym zwierciadle. Wszystkie przygotowane przez nas plany zdjęciowe wyglądały tak, jakby widz patrzył na nie przez śnieżną kulę”, podkreśla Rubino. „Kolory były kolejnym ważnym elementem opowiadanej na ekranie historii, akcentującym przytulną hermetyczność tego domowego świata, a także opisującym poszczególnych bohaterów i to kim są naprawdę, a nie to jak chcieliby, żeby widzieli ich inni”
Kluczowym planem była kuchnia – serce domu Cooperów. To tam, co oczywiste, przygotowuje się jedzenie, co automatycznie oznacza, że kuchenna przestrzeń jest wypełniona, najbardziej ze wszystkich pomieszczeń, świątecznym duchem. „Jedzenie stanowi bardzo ważny element naszego filmu. Wykreowaliśmy cały ten świat niemalże od zera – zastanawialiśmy się, jakie podamy talerze, w jaki sposób nakryty zostanie stół, jakie sztućce się na nim znajdą itd.”, opisuje z dumą Rubino. Twórcy „Kochajmy się od święta” celowali jednak nade wszystko w prostotę oraz niewyszukane wzory, które ukażą esencję rodziny Cooperów. „Nie chcieliśmy wpisywać się w schematy kina świątecznego, dlatego zapadła decyzja, żeby odejść od bożonarodzeniowych wzorów oraz strojów. Pomogły nam po raz kolejny tonacje, które można zaobserwować w pracach Bruegela – żadnych jasnych i odblaskowych kolorów, ani czerni i bieli. Bogate, wyraziste tonacje”.
Gdy Nelson wraca wspomnieniami do pracy na planie „Kochajmy się od święta”, jeden dzień wyróżnia się spośród pozostałych. „Kręciliśmy sceny w prawdziwym szpitalu. Bucky przechodzi obok porodówki, gdzie urodziło się właśnie siedmioro dzieci. W Wigilię Bożego Narodzenia”, wyjaśnia reżyserka. „Powtarzałam wcześniej pielęgniarkom, że mam nadzieję, że urodzi się tego dnia dużo dzieci, bo to pomoże nam nagrać fantastyczne przebitki do filmu. A one powtarzały, że powinnam nakręcić wszystkie ujęcia po pełni księżyca, bo wtedy będę miała do dyspozycji przynajmniej siódemkę dzieci”, wspomina z niedowierzaniem Jesse Nelson. „I tak właśnie się stało. Jedno dziecko urodziło się wprawdzie tuż przed przybyciem naszej ekipy, ale po pełni księżyca pojawiło się dokładnie siedem nowych niemowląt”, informuje reżyserka. „Wzięłam to za dobry omen”, podkreśla ze śmiechem Nelson.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość