Strona główna

Małgorzata Musierowicz Nasza Księgarnia Warszawa 1986


Pobieranie 94.56 Kb.
Data19.06.2016
Rozmiar94.56 Kb.
Bijacz” Małgorzata Musierowicz

Nasza Księgarnia Warszawa 1986

Przyszedł i od razu zaczął. Tak. Od pierwszego dnia.

Stłukł Wioletkę, bo pani ustawiła go z Wioletką w parze. Ona zawsze chodzi bez pary, bo ma brudne ubranie, bo jej tata pije. Bijaczowi nie podobało się, że musi z nią iść. A jak mu się coś nie podoba, to on bije.

Wtedy Wioletka powiedziała: „Bijacz” — i wszystkie dzieciaki zaczęły go tak nazywać.

Bijacz bije zawsze niespodziewanie albo kopie, z całej siły. Najczęściej od tyłu. A my jesteśmy słabsi i mniejsi od niego.

Wielki facet z tego Bijacza. Ma sześć lat, jak my wszyscy, ale wygląda na starszego. Jest największy z całej zerówki. Gruby. Mocny. Ręce wielkie ma. Oczy małe. Nos mały. Tylko usta duże. I ciągle się ruszają — albo Bijacz żuje gumę, albo coś je.

No, a ja się garbię. Tak. Jestem chudy. I noszę okulary. I łatwo płaczę. I jeszcze nie dostałem żadnej pitki, bo jak pani na mnie krzyknie, to ja się zaraz denerwuję i zapominam, co miałem powiedzieć.

Dlatego tak się chowam przed tym Bijaczem. Jak on kogoś bije, to udaję, że nie widzę i szybciutko odchodzę. A jak zobaczę Bijacza samego, to uciekam.

Może dlatego tak mi się udawało.

Aż do wczoraj.

Wczoraj słońce ślicznie świeciło od rana, na drzewach różowe kwiaty, trawa zielona. Szedłem taki wesoły przez podwórko i wymachiwałem workiem od kapci — aż doszedłem do zerówki i otworzyłem drzwi.

I co?... Wpadłem prosto na Bijacza.

— Co jest? — spytał Bijacz groźnie i pchnął mnie ręką w czoło. — Co się tak pchasz, kościotrupku? Nie możesz uważać?

Tak się przestraszyłem, że stałem całkiem bez ruchu. Bałem się nawet mrugnąć.

— No — powiedział wreszcie Bijacz. — Zjeżdżaj do klasy.

Zrobiłem dwa kroki, a wtedy on uderzył mnie w głowę — od tyłu. Tak mocno, że aż mi zadzwoniło w uchu. Pośliznąłem się i upadłem. Uderzyłem głową o ścianę. Bijacz stał i śmiał się głośno.

— Ale mazgaj — powiedział i wypluł gumę. Bo ja siedziałem pod ścianą i płakałem. Bijacz poszedł sobie, a ja wciąż siedziałem na posadzce.

Wszystkie dzieciaki były już w sali, tylko Wioletka stała niedaleko i patrzyła na mnie okrągłymi oczami.

Widziała, że płakałem.

— Idź sobie! — krzyknąłem na nią. — Czego się gapisz, no?!

Patrzę — a ona też płacze...

Postała tak chwilę, pociągnęła nosem i weszła do sali.

Poszukałem chusteczki w worku z kapciami, wytarłem nos i podniosłem z posadzki okulary. Spadły, jak mnie Bijacz uderzył.

Wszedłem do klasy. Pani stała przy tablicy i rysowała literę „Z”. Przeszedłem przez całą klasę i powiedziałem:

— Proszę pani!

— No, co tam znowu? — spytała pani. — Ach, to ty. Znowu się spóźniłeś. Czego chcesz? Jak ty wyglądasz?

Chciałem jej powiedzieć, chciałem naskarżyć na Bijacza, żeby go pani ukarała i żeby już nikogo nie bił.

Powiedziałem:

— Bo, proszę pani, on... — i popatrzyłem na Bi jacza.

A on właśnie groził mi pięścią.

To miało chyba znaczyć, że jak powiem, to znów dostanę.

— No, co? — denerwowała się pani. — Jaki on? — O co chodzi?

— Nie, nic — powiedziałem. — Nic — i poszedłem na swoje

miejsce.

Na przerwie znów chowałem się w szatni. A po zajęciach szybko uciekłem. Nie zjadłem nawet obiadu w półinternacie, tylko pobiegłem do domu i czekałem na klatce, aż mama wróci z pracy—albo tata.

Czekałem, aż zobaczyłem, jak tata idzie po schodach.

W prawej ręce trzymał gazetę, w lewej teczkę, więc obie miał zajęte, i jak się do niego przytuliłem, to nie mógł mnie objęć.

— Tato — powiedziałem.

— Hm? — spytał tata.

— Jeden chłopak mnie uderzył. W głowę.

— Trzeba było mu oddać — powiedział tata i wsadził gazetę pod pachę. Wyjął klucze i otworzył drzwi.

— Czemu nie oddałeś? On pomyśli, że z ciebie mazgaj.

—A przecież ty jesteś dzielnym chłopcem.

— Ale on... --zacząłem. Chciałem powiedzieć, że Bijacz jest wielki i silny i że ja się go boję. Ale było mi wstyd. Przecież tata myśli, że ja jestem dzielny.

Wieczorem nie mogłem zasnąć, tylko się martwiłem. Myślałem, co mam robić — i nic nie wymyśliłem.

Rano bałem się pójść do zerówki. Nawet udawałem, że jestem chory i że boli mnie brzuch i gardło — ale mama od razu poznała, że udaję I kazała mi się ubierać.

Znów słońce świeciło, tak było ładnie na naszym podwórzu i na ulicy też, ale ja już nie byłem wesoły. Szedłem powolutku, żeby się spóźnić i żeby Bijacz już był w sali, nie na korytarzu. I jak doszedłem do drzwi, zajrzałem najpierw przez szparę.

Bijacza nie było widać. Więc wszedłem.

I zobaczyłem go pod oknem z paprotkami.

Zobaczyłem też Wioletkę — biegła szybko z szatni do klasy i ślizgała się w kapciach po posadzce.

Tak, wszystko widziałem. Widziałem, jak Bijacz podłożył Wioletce nogę i jak ona tak okropnie się przewróciła, i długo nie mogła wstać. Więc szybko j podniosłem, bo pamiętałem, jak to boli.

Potem, nie wiem nawet, jak to się stało, podszedłem do Bijacza i powiedziałem:

— Jesteś wstrętny!

Pomyślałem, że dobrze by było, żeby się odwrócił i odszedł. Ja bym go wtedy trzasnął. Albo bym go kopnął, tak jak on to robi — od tyłu. Tylko, że nie chciałbym być taki sam jak on.

— Chcę się z tobą bić — powiedziałem. Reszta dzieciaków szła do klasy i jak tylko to powiedziałem — wszyscy zaczęli przystawać koło nas i słuchać, co się dzieje.

— Co? Ty? Ze mną? — zaśmiał się Bijacz. — Ale głupi. Ja cię przewrócę jednym palcem.

— To przewróć!!! — krzyknąłem i wysunąłem pięści.

— Ja cię, mazgaju, rozgniotę jak kluskę!

— To rozgnieć!!! — wrzasnąłem. Zdjąłem okulary i podałem je Wioletce. — No, dalej, Bijacz, na co czekasz? — i zamachałem mu pięściami przed samym nosem.

Zrobiło się cicho.

Wszystkie dzieciaki wokół nas przestały rozmawiać i śmiać się. Wszyscy tylko patrzyli.

I czekali.

Bijacz rozejrzał się wokół, ale nikt do niego nie powiedział ani słowa. Nikt nawet nie uśmiechnął się. Ani nie spojrzał. Wszyscy patrzyli na mnie.

Bijacz zakaszlał i włożył ręce

do kieszeni.

— Co się wygłupiasz, mazgaju? — powiedział. — Czy ja chcę się bić? Ja wcale nie chcę się bić. No, co ty.

— Wcale nie jestem mazgajem! — wrzasnąłem.

Bijacz cofnął się trochę i powiedział szybciutko:

— Nie, nie jesteś.

Zrobiłem dwa kroki i znów byłem przy nim. Blisko.

— Za to ty jesteś tchórzem — powiedziałem. — Bijesz słabszych. Albo dziewczynki. Powiedz, uderzyłeś kiedyś silniejszego od siebie?

Bijacz rozejrzał się I cały poczerwieniał.

— Nie—sapnął.

— Nigdy byś nie uderzył. Bo się boisz. To przeproś teraz Wioletkę.

— Za co? Za co? — zdenerwował się Bijacz i nos mu się spocił. — Za to, że nie urnie chodzić?

— Urnie—powiedziałem. —Ty jej podstawiłeś nogę.

— Ja? Ja nie podstawiłem! — kłamał Bijacz.

— Sam widziałem!

— I ja też widziałem! I ja! I ja! — zaczęły nagle wykrzykiwać dzieciaki.

— Więc ją przeproś — powiedziałem i stanąłem przed Bijaczem, nos w nos.

Wcale się nie bałem. Tylko trzęsły mi się ręce. I nogi. Bijacz spocił się na twarzy.

— Przepraszam — mruknął, cały czerwony. I patrzymy — a on beczy. Jak prawdziwy mazgaj.

Tak to było z Bijaczem. Teraz będziemy mówić na niego Jurek, bo on już nikogo nie bije. Wszystko jest W porządku.

Tylko ja mam kłopot, bo ta Wioletka chodzi ze mną w parze i wciąż trzyma mnie za rękę.

Ale właściwie ona jest całkiem fajna. Lubię ją.

Boję się..” Małgorzata Musierowicz

Nasza Księgarnia Warszawa 1984

Ja wszystkiego się boję.

Psa na przykład się boję, bo tak okropnie szczeka i ma rozgniewane oczy.

Albo wróbelka, który wypadł z gniazda i tak piszczy, i piszczy, a ja nie wiem, co robić — i płaczę.

Boję się, jak milicjant wchodzi do naszej bramy.

Pani w zerówce się boję. Ona krzyczy, że zaraz oszaleje. Nie wiem, co trzeba robić, jak ktoś oszaleje. Dzwonić po pogotowie, czy co?

Boję się czołgów i odrzutowców.

I bardzo się boję tego wielkiego Darka z piątego piętra. On jest strasznie silny, chodzi i się nudzi, i lubi dokuczać małym dzieciom, a nawet bić. Najbardziej dokucza temu malutkiemu Pawełkowi, co mieszka na parterze. Ja też jestem mała. I mam warkocze. To on zawsze mnie dogoni i ciągnie za włosy albo szturcha pięścią. Ja nie tego się boję, że to boli, tylko tego, że on jest taki zły. Ten Darek.

Dziś niedziela. Na obiad było mięso. Mama nie chciała jeść, bo ona mięsa zupełnie, ale to zupełnie nie lubi. To ja też powiedziałam, że nie lubię. Bo było twarde i nie mogłam pogryźć. Tatuś bardzo się rozgniewał, krzyknął: „Nie doprowadzaj mnie do rozpaczy!” I uderzył pięścią w stół. Ja się popłakałam. Już nic całkiem nie mogłam jeść i za karę, aż do szóstej, musiałam siedzieć w domu. Na dworze świeciło słońce i dzieci się ładnie bawiły. A ja siedziałam w moim pokoju i rysowałam smutne rysunki. Myślałam sobie, że to wszystko jedno. Gdybym wyszła, to i tak przecież nikt się ze mną nie będzie bawił. Dlatego, że ja się wszystkiego boję, a dzieci tego nie lubią. Mówią, że jestem tchórz.

Ale o szóstej, kiedy mama powiedziała, żebym biegła na podwórko, pobiegłam. Dzieci już nie było. Usiadłam sobie taka smutna w piaskownicy. Z tego smutku zaczęłam przesypywać piasek. Najpierw usypałam małą górkę, potem większą. I pomyślałam, że dobrze by było zbudować wielki, wielki zamek, największy ze wszystkich.

Nie chciałam iść do domu po łopatkę, więc wyszukałam w śmietniku starą dachówkę, puszkę blaszaną i patyk. Tą puszką usypałam wielką górę, a dachówką przyklepałam boki. A potem patykiem zrobiłam drzwi i okna, i przejście podziemne. Zbudowałam trzy wielkie wieże i obłożyłam ściany kamykami. I ustawiłam płot z patyczków, i zrobiłam ogród z trawek i gałązek.

Popatrzyłam na mój zamek. Wcale mi się nie wydawał skończony. Dobudowałam mu jeszcze długi mur i domek dla ogrodnika i zaczęłam kopać fosę. Kopałam i budowałam, i sypałam ten piach, aż nagle w telewizji skończyła się pszczółka Maja i dzieci wyszły na podwórko.

Przyszedł ten mały Pawełek z parteru i przyszła Basia w czerwonym skafandrze. Przyszedł Andrzej w okularach, co zawsze chodzi z rowerem, i jeszcze przybiegł Kuba z piłką i rakietką. I powiedział: „Ojeju, patrzcie, ale fajny zamek zrobiła Ania!”

Ania to ja.

Było mi przyjemnie i wesoło. Wszystkie dzieci oglądały mój zamek i mówiły, że piękny i wspaniały. Potem Basia pobiegła do domu po wiaderko z wodą i spryskaliśmy ściany zamku, bo już trochę zaczynały wysychać. Nawet Andrzej odstawił swój rower i powiedział, że trzeba nalać wody do fosy, to zamek nie wyschnie tak szybko. Może nawet wytrzyma kilka dni. Tylko trzeba by wyłożyć fosę kamykami, żeby woda nie wsiąkała.

Zabraliśmy się do roboty. Nazbieraliśmy kamyków i wyłożyliśmy fosę. Pawełek przyniósł w wiaderku wody, a Andrzej przekopał kanały i woda spływała do jeziorka.

Było ślicznie! Wszyscy tak ładnie się bawiliśmy i nikt nie kłócił się z nikim. Słońce jeszcze świeciło, piasek był czysty i złoty, a woda błyszczała.

Jak już wszystko zrobiliśmy, to usiedliśmy sobie na brzegu piaskownicy. Patrzyliśmy na nasz piękny zamek i jedliśmy dropsy miętowe. Były dobre, takie dobre, że aż się dziwiłam, bo ja miętowych nie lubię.

Aż tu nagle przychodzi Darek, ten wielki, z piątego piętra. Od razu wiedzieliśmy, że on wszystko popsuje. Bałam się, że na pewno zaraz zburzy nasz zamek. Ale nie. Stanął kolo piaskownicy i nic nie mówił, tylko jadł chleb ze smalcem. Jego cień zasłonił nasz zamek i woda już nie błyszczała.

Wszyscy siedzieliśmy cicho i nic nie mówiliśmy, bo Darka lepiej nie zaczepiać. Może się znudzi i pójdzie. Ale nie. Stał i jadł, aż Kuba pierwszy nie wytrzymał i mówi: „Cześć, Darek!”

Darek na niego popatrzył i nic nie powiedział. To Kuba, wystraszony, mówi znowu: „Ale ładny zamek, co ?„

A Darek połknął swój chleb ze smalcem i mówi: „Do kitu. Bawią się kupą błota, smarkacze”.

Odwrócił się i kiedy tak odchodził, to jeszcze kopnął wieżę. Od razu zawalił się cały środek zamku. Wszystkie dzieci aż krzyknęły, a on się zaśmiał i poszedł.

Ja płakałam najbardziej, bo Basia jest dzielniejsza,

a chłopcy nie płakali wcale, z wyjątkiem Pawełka. Andrzej

powiedział, że ten drań jeszcze popamięta. Chwycił kawałek dachówki i zaczął naprawiać zamek. Zaraz też wszyscy zabrali się do pracy i klepali piasek, kopali i sypali,

i bardzo szybko naprawiliśmy wszystko, co Darek popsuł. Ledwie naprawiliśmy, on już był z powrotem. W ręce

miał nowy kawał chleba ze smalcem.

„No, co — mówi — wy, krety, znów się w piasku grzebiecie, zostawcie to lepiej, bo i tak wam zepsuję. Wynocha stąd

— mówi — idźcie do domu, ja tu sobie posiedzę i wypalę papieroska”.

Na to Andrzej walnął dachówką, aż pękła na pół, i krzyczy:

„A my nie pójdziemy! My tu jeszcze chcemy się bawić! Piaskownica jest dla dzieci! To ty sobie idź!”

Darek popatrzył na Andrzeja tak dziwnie, a potem powoli odłożył swój chleb na ławkę. Zaczęłam się nagle trząść ze strachu. Bardzo się boję, jak ktoś ma takie złe oczy. Zawsze uciekam. Ale teraz nie uciekłam. Bałam się o Andrzeja. Przysunęłam się bliżej i wzięłam go za rękę. Darek jest wielki, mocny i chodzi do technikum. A Andrzej do drugiej klasy. Bardzo się bałam o Andrzeja, więc się jeszcze przysunęłam i jeszcze mocniej ścisnęłam go za rękę.

Darek popatrzył nagle na mnie tymi oczami i się zezłościł.

„A ty co, mała? Zjeżdżaj no, bo i ty dostaniesz!”. I zamachnął się ręką, ale nie uderzył, tylko powiedział: „Wynocha. Ale już. Ostatni raz wam mówię”.

No i nie wiem, jak to było, ale nagle wszystkie dzieci stanęły obok nas i wzięły się za ręce. Staliśmy tak obok siebie i trzymaliśmy się za ręce, i nikt nic nie mówił. Tylko patrzyliśmy na tego Darka i zasłanialiśmy przed nim nasz zamek. Darek zdziwiony patrzy na nas i nic nie mówi, a my stoimy.

„Co jest?” — pyta wreszcie.

A my nic. Ani słowa. Tylko wszyscy na niego patrzymy.

„No, co się tak patrzycie!” — wrzasnął Darek, a na to ja się odezwałam, sama nie wiem, dlaczego: „Nie rycz tak, bo ci majtki zlecą!”

Jak to powiedziałam, to się przestraszyłam. Darek stanął nade mną i patrzył zdziwiony, a minę miał taką, jak nie wiem co. Myślałam, że mnie uderzy, i zamknęłam oczy, ale nagle Kuba wrzasnął:

„O, patrzcie, już mu spadają!” — i wszystkie dzieci zaczęły się śmiać i ja z nimi, bo ten głupi Darek myślał, że mu naprawdę spadają majtki, i zaczął sobie oglądać nogi. Przewracaliśmy się ze śmiechu i nagle on splunął i sobie poszedł, a my śmialiśmy się jeszcze głośniej, bo pokonaliśmy głupiego Darka.

Potem z okien bloku rozległa się prognoza pogody i mamy zaczęły wołać, żeby wracać do domu.

„To idziemy” — powiedział Andrzej.

A na to Basia: „A zamek? Jak go zostawimy, to Darek go zburzy”.

A ja na to: „E, tam, niech sobie zburzy”.

No bo rzeczywiście. To tylko kupka piachu. To wcale nie jest ważne.

Ważne jest, że byliśmy odważni.

I ważne, że jesteśmy razem.

Teraz jest już wieczór. Całkiem ciemno. Leżę w łóżku i słucham, jak budzik tyka. Jeszcze trochę się boję różnych rzeczy, na przykład ciemności.

Ale już o wiele, o wiele mniej.

Co mam” Małgorzata Musierowicz

Nasza Księgarnia Warszawa 1988

Co mam.


Mam sześć lat. Mam rodziców i rower. I mam siostrę w wózku.

Czego nie mam.

Zębów dwóch na dole. Podwórka. I przyjaciela. Dlatego jest mi smutno. Może na to nie wyglądam, ale jest mi smutno, bo nie mam przyjaciela. Również jest mi smutno, że nie mam podwórka. Ale zamiast podwórka mam śmietnik, trzepak do dywanów i bramę. W bramie zawsze stoją starsi chłopcy i śmieją się ze mnie, jak upadnę, albo zabierają mi rower, jak wyjdę z rowerem. Na trzepaku można wisieć i fikać kozły. Więc to mam zamiast podwórka. A zamiast przyjaciela? Nic.

Raz rudy Bartkowiak, co chodzi już do trzeciej klasy i często stoi w bramie, chciał się ze mną zaprzyjaźnić.

— Jak leci, Andrzej — pyta — nie masz czasem gumy do pożucia?

— Nie mam — mówię.

— A forsę masz?

— Mogę mieć — mówię.

Poleciałem do domu i poprosiłem mamę, żeby mi dała na gumę Donald, i zaraz pobiegłem do kiosku. Oddałem Bartkowiakowi wszystkie cztery paczki, on pożuł, pożuł i mówi: przyjdź jutro, pobawimy się w wojnę. Ale w wojnę się nie bawił, tylko znów chciał na gumę. Pobiegłem do domu, a mama pyta, na co mi tyle pieniędzy.

— Na gumę dla Bartkowiaka — mówię.

No i tak się skończyła przyjaźń z Bartkowiakiem, bo bez gumy bawić się już nie chciał. W nic.

Powiedziałem mamie, że przez nią straciłem przyjaciela.

— Ale mi przyjaciel — mama na to — on lubi nie ciebie, ale to, co od ciebie dostaje.

Dziewczyny to mnie lubią. Nie wiem dlaczego. Raz pytam jedną, a ona mi na to — bo masz takie loczki jak aniołek. No! Ja dziękuję za takie lubienie. Chcę mieć przyjaciela chłopaka, i już!

Zacząłem chodzić do zerówki. Chłopaków dużo, ale wszyscy już się znają z przedszkola. W parze pani mnie ustawiła z Grzesiem. Grzesio jest chudy, mały i tak zabawnie mówi. Nie: szafa, a: fafa, nie: sok, a: fok. Dzieci się z niego śmieją. To on cicho siedzi, nie odzywa się, a jak pani go pyta, to patrzy w drugą stronę i udaje, że nic nie słyszy. Dogadać się z nim nie można, taki wystraszony.

Tłusty Krzysiek jest duży i mocny. Jego tata jest milicjantem i daje czasem Krzyśkowi gwizdek do ponoszenia. Bardzo bym się chciał z Krzyśkiem zaprzyjaźnić. Ale on na mnie nie patrzy. On się przyjaźni z drugim mocnym i dużym, z Mariuszem. Razem są jeszcze mocniejsi i wszyscy ich się boją. To po co Krzyśkowi przyjaciel taki jak ja?

Moja mama na to: przyjaciel powinien pomagać przyjacielowi, ale nie oczekiwać zapłaty.

Ta gruba Hanka z czarnymi włosami przyjaźni się z J01ą. Chodzą sobie na przerwach pod rękę i gadają cały czas. A co Hanka zobaczy Grzesia, to mówi:

kulfon, kulfon! — I w śmiech.

Najpierw myślałem, że to jakaś zabawa, i też się

roześmiałem. Grzesio myślał, że ja śmiałem się z niego.

A Hanka jeszcze bardziej: kulfon, kulfon! A Jola też

w śmiech i woła: kulfon!

Dopiero zrozumiałem, że Hanka naprawdę chce zrobić Grzesiowi przykrość, a Jola ją naśladuje, bo jest jej przyjaciółką. No, wiecie!

Już nawet nie musiałem pytać mamy. Sam zrozumiałem, że przyjaciel musi na przyjaciela nakrzyczeć, kiedy ten robi coś złego.

A Grzesio stanął pod murkiem i popłakuje.

— Nie rycz, chłopie — mówię i klepię go po plecach.

— Idź fobie — on na to i zakrywa twarz.

Nic już nie mówiłem. W kieszeni miałem czerwony modelik volkswagena, a w drugiej kieszeni — przyczepkę do niego. Kempingówkę z czerwonymi firankami. Wyjąłem ją, zaczepiłem, zacząłem jeździć volkswagenem po żwirze obok Grześka nogi i patrzę ukradkiem, czy Grzesiek beczy. Już nie beczy. Patrzy na kempingówkę, a oczy mu się świecą.

— Chcesz pojeździć? — pytam go.

— Jafne — on mi na to.

Całkiem się pocieszył.

Pani zawołała nas do sali.

Będziemy się uczyć piosenki — mówi.

— Dobrze, dobrze — wołają dzieciaki, a Hanka najgłośniej, żeby pani słyszała. A jak się pani odwróciła, to ona znów do Grzesia: kulfon, kulfon. I w śmiech. A co pani spojrzy, to ta znów ma słodką minę.

„Toś ty taka” — myślę sobie. A Grzesio znów się robi smutny.

Więc jak się uczyliśmy tej piosenki, włożyłem Hance za kołnierz kłosek od trawy, zielony taki, rósł na boisku.

Ona się obejrzała, a ja mówię:

To za kulfona, to jest robal, wstrętny, z nogami. jak cię ugryzie, to będziesz miała bąble na plecach.

Wrzasnęła, jak nie wiem co, a my z Grześkiem w śmiech.

— Proszę pani, oj, proszę pani — woła Hanka.

Oj, Andrzej z Grześkiem wpuścili mi robala na plecy.

Pani wystraszona pędzi do niej i pakuje jej rękę za kołnierz. Jak wyjęła kłosek, to nakrzyczała na nas, że koleżankę straszymy. A my z Grześkiem nic. Trochę nam się zrobiło głupio, ale Hanka miała za swoje!

Grzesiek odprowadził mnie do domu, bo blisko mieszkam.

Patrzymy, a tu Bartkowiak wraca ze szkoły. Gumę ciamka, zadowolony taki, a ja się zagapiłem i ryms! — przewróciłem się Bartkowiakowi pod nogi.

Bartkowiak ryknął śmiechem, a Grzesio na to:

— Cicho, łobuzie! Taki stary, a taki głupi! — podał mi rękę i pomógł wstać.

A Bartkowiak tak się zdziwił, że stanął bez ruchu Z otwartymi ustami.

Patrzymy, a tu idzie moja mama z zakupami.

— Cześć — mówię.

— Cześć— mówi mama. — Kto to taki, ten sympatyczny chłopiec? — pyta i patrzy na Grzesia.

— Ten chłopiec? — ja na to. — To mój przyjaciel, mamo.


Gębolud” Roksana Jędrzejowska-Wróbel

Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne Gdańsk 2004

Tego ranka Gębolud obudził się w złym humorze. Znowu przyśniło mu się, że jest dobrym, miłym panem. który lubi dzieci i zwierzęta. Brrr... Ten sen prześladował go od jakiegoś czasu. — No dobrze, może i mam czasem ochotę być ogrodnikiem. Nawet bardzo często. Ale nie mogę. Jestem złym czarownikiem i już. To przecież rodzinna tradycja — mamrotał do siebie, wlokąc się do łazienki.

Po drodze potknął się o stertę starych butów i stanął zamyślony. Od kiedy skończył trzy latka, wiedział, że gdy dorośnie, zostanie strasznym czarnoksiężnikiem — tak jak jego tata i dziadek. Czasami próbował sobie wyobrazić. że mógłby być kimś innym i na przykład, zamiast mieszać śmierdzące czarne mazidła — hodować róże, a z ich pachnących płatków robić konfitury i olejek różany.

„Może to wychodziłoby mi lepiej niż czarowanie?” — pomyślał. Miał przecież wokół swego domu duży ogród, ale jak przystało na ogród bardzo złego czarownika. rosły w nim tylko chwasty: perz, świrzepa. osty i pokrzywy oraz trujący wilczomlecz i jadowity szalej.

„..Właściwie, gdyby go przekopać i posadzić trochę róż? Pod płotem herbaciane, przy domu pnące bladoróżowe, a pośrodku klomby z karminową Mercedes” rozmarzył się, ale zaraz spojrzał w odrapane lustro, wiszące w korytarzu i przypomniał sobie, kim jest. Złym, brzydkim i groźnym Gęboludem, którego boją się wszystkie dzieci w okolicy.

— Czarownik i róże. Też coś! — prychnął rozeźlony własnymi pomysłami. — Do roboty! Muszę dzisiaj sporządzić Wyjątkowo Obrzydliwą Miksturę.

Jednak, kiedy chciał otworzyć drzwi łazienki, w której miał swoje tajemne laboratorium, ręka przykleiła mu się do klamki. Oderwał ją z trudem i wytarł w ręcznik. od czego. niestety, stała się tylko jeszcze brudniejsza.

— W takich warunkach nie można pracować! — westchnął ciężko Gębolud. — Nawet jak na dom strasznie złego czarownika jest tu już zbyt brudno.

Do tej pory nawet nie przypuszczał, jak wielki był nieporządek, panujący w jego starym domu. Natomiast doskonale wiedziała o tym dobra czarownica Hortensja, która od jakiegoś czasu odwiedzała siedzibę czarownika. Gębolud nie miał jednak o tych wizytach zielonego pojęcia — wszechogarniający brud sprawił, że ani razu nie zauważył nieproszonego gościa.

Ponieważ w otaczającym go bałaganie czarownik nie mógł znaleźć już niczego, nawet miotły, postanowił pożyczyć ją właśnie od Hortensji. Sąsiadka mieszkała nieopodal w błękitnym domku z białymi firankami w oknach. Nie lubił tam chodzić — u Hortensji było zawsze tak czysto i pachniało kwiatami. Gęboludowi robiło się wtedy strasznie żal, zaczynał za czymś tęsknić okropnie i miał ochot płakać, a na to nie mógł sobie w żadnym wypadku pozwolić. Dlatego starał się w ogóle nie odwiedzać Hortensji, chociaż w głębi duszy bardzo ją lubił. Ją i jej piękny ogród. Jednak Hortensja nie mogła się przecież o tym dowiedzieć! Dlatego, kiedy stanął przed jej drzwiami, zrobił ponurą mi i dopiero wtedy zapukał. Czarownica otworzyła.

Pożyczysz miotłę? Moja gdzieś się zawieruszyła - wymamrotał pod nosem Gębolud, na co Hortensja uśmiechnęła się radośnie i zawołała:

- Miotła!

Pstryknęła palcami, obróciła się na pięcie i w jej dłoni natychmiast pojawiła się śliczna zielona miotła ze strusich piór, którą bez słowa wręczyła Gęboludowi. Czarownik podziękował i ze spuszczoną głową poczłapał w stronę swojego zaniedbanego domu.

„Ta Hortensja! Pstryk — i już! Dlaczego mnie nigdy nic nie wychodzi? Myślał rozgoryczony.

Nagle przyszedł mu do głowy pewien pomysł.

„A gdyby tak zamienić te pióra w odkurzacz? Usiądę sobie wygodnie, a wszystko samo się sprzątnie. W końcu jestem czarodziejem!”.

— Zaraz. zaraz. Jak ona to robiła? Powiedzieć, pstryknąć, obrócić się— mruczał zaaferowany Gębolud opierając miotłę o ścianę najbrudniejszego pokoju.

— Odkurzacz!!! — wrzasnął. celując swym brudnym paluchem w zieloną miotełkę. Potem strzelił palcami i dla pewności okręcił się dwa razy napięcie.

Miotła gwałtownie zawirowała i buchnęła tumanem kurzu, spod którego oczom zdumionego czarownika ukazała się... mała pyzata dziewczynka.

— Tatuś? Jaki śliczny tatuś! — rzuciła się na szyję osłupiałemu Gęboludowi.

— Jaki znowu tatuś?!! ryknął swoim najstraszniejszym głosem.

— Mój, mój tatuś! Kochany! — Pyzata przytuliła ufnie do czarnego płaszcza Gęboluda.

— A. fuj! Jaka czysta! A w ogóle, kto ty jesteś? z obrzydzeniem odsunął słodko uśmiechniętą dziewczynkę.

— Jak to, kto? Córeczka! Przecież to ty mnie wyczarowałeś — rozpromieniła się niezrażona Pyzata, rozglądając się dookoła. — Ojej, jaki tu bałagan! Widzę. że zjawiłam się w samą porę. Bierzemy się do roboty. Ja zajmę się kuchnią a ty wyszoruj łazienkę, a potem — marsz do kąpieli.

Pyzata nieco krytyczniej przyjrzała się Gęboludowi i jego lepkiemu od brudu płaszczowi z oberwanym kapturem. Potem, nie wiadomo skąd, wyciągnęła ścierkę, proszek, czysty ręcznik oraz płyn do kąpieli „Sosnowy las” i niezwykle — jak na małą dziewczynkę — energicznym gestem wepchnęła lekko tylko opierającego się czarodzieja do zagraconej łazienki.

Zamknęła drzwi i oddaliła się w głąb domu. podśpiewując radośnie: — Hej ho. hej ho, do pracy by się szło...

Gębolud z pewnym trudem dotarł do wanny pełnej pajęczyn i słoików z zaschniętymi, nieudanymi miksturami.

— Wykąpać się? Czemu nie? Nigdy nie próbowałem. Poza tym i tak miałem posprzątać — westchnął, podkasując rękawy.

Po kilku godzinach okazało się, że proszek do czyszczenia i silne ręce Gęboluda potrafią zdziałać cuda. Łazienka lśniła czystością, a zmęczony czarownik z lubością wylegiwał się w cieplutkiej, pachnącej pianie.

— Ho ho ho... Nie wiedziałem, że to takie przyjemne...— mruczał zadowolony.

Prawdę mówiąc, od dawna miał ochotę się wykąpać. ale nie bardzo wiedział, czy złemu czarnoksiężnikowi wypada pachnieć „Sosnowym lasem i wodą po goleniu. Teraz rozglądał się po czyściutkiej łazience i po raz pierwszy od bardzo dawna był z siebie dumny.

„Dziwne. Ciekawe, dlaczego żadne czary nie udały się do tej pory równie dobrze, jak to sprzątanie? Może dlatego, że nigdy tak naprawdę ich nie lubiłem?” — zastanawiał się. Z rozmyślań wyrwało go pukanie i głosik Pyzatej:

— Czyste ubranie zostawiam pod drzwiami!

Umyty Gębolud z przyjemnością włożył dżinsowe ogrodniczki i koszulę w kratę — i wyszedł z łazienki. progu aż zmrużył oczy; jego ponury dotychczas dom, teraz błyszczał w promieniach słońca, wpadającego przez lśni okna. Wszędzie rozchodził się miły, waniliowy zapach. k za nim, dotarł do kuchni, w której zarumieniona od gorąca Pyzata właśnie wyjmowała z piekarnika apetyczny drożdżowy placek. Kiedy go jedli przy stole nakrytym obrusem w kolorową kratkę, ktoś zastukał do drzwi. Stała w nich Hortensja i uśmiechała się do Gęboluda swoim najładniejszym figlarnym uśmiechem.

— Pewnie przyszłaś po miotłę? Hmm, tego... Ona właśnie je ciasto... To znaczy... — Gębolud, jąkając się z zakłopotania, próbował zasłonić Pyzatą, która wspinała się palce i usiłowała wyjrzeć zza jego pleców.

— Ja ci ją odkupię. przyrzekam. Bo wiesz...

— Ach, miotła? Pewnie ci się złamała? — zaśmiała się wesoło Hortensja. — Albo wyleciała przez okno?

— Tak, tak, właśnie — podchwycił wdzięczny Gębolud.

— Złamała się i wyleciała przez okno. Właśnie, właśnie...

— Nie szkodzi — machnęła ręką Hortensja i uśmiechnęła się tajemniczo. — Ja właściwie przyszłam w innej sprawie. Przyniosłam ci prezent.

Czarownica delikatnie wyjęła z kieszeni fartuszka mały krzaczek i podała go Gęboludowi.

— To na dobry początek — powiedziała.

— Przecież to herbaciana róża! Skąd wiedziałaś? — wykrzyknął zdumiony. czule przytulając różę do piersi.

— Przecież jestem czarownicą — roześmiała się Hortensja i mrugnęła porozumiewawczo do Pyzatej.
Kredki” Małgorzata Musierowicz

Instytut Wydawniczy Nasza Księgarnia Warszawa 1986

Ja jestem najładniejsza z całej zerówki. I imię też mam najładniejsze: Paulinka.

Mam najdłuższy warkoczyk. I babcia mi go co dzień zaplata wstążką i wiąże na końcu piękną kokardę.

Mam fartuszek granatowy, z falbankami. Te falbanki są sztywne i namarszczone, i tak ślicznie szeleszczą.

W zerówce jestem najlepszą uczennicą. Mam czyściuteńki zeszyt i pięknie rysuję, i umiem wszystkie cyferki i literki duże i małe. Lubię chodzić do zerówki. Rano, po śniadaniu, babcia

kiwa mi z okna, a ja maszeruję sobie prze podwórze i już zaraz, za sklepem spożywczym jest nasza szkoła. I tylko szkoda, że zawsze muszę spotkać tego chudego Jarka.

Ten Jarek jest ze mną w zerówce, w tej samej grupie. Mieszka też w naszym bloku. I jak tylko wyjdę, to on też wychodzi. Jakby specjalnie na mnie czekał.

Kiedy mnie zobaczy, to robi się czerwony i mówi:

— Czeeeść.

I nic więcej.

To ja się odwracam i idę sobie. Idę szybko do szkoły i już się nie rozglądam. bo mi nieprzyjemnie, że taki brzydki chłopiec za mną idzie.

No bo przecież ja jestem taka ładna i najlepiej się uczę. A on nic nie urnie i jest najgorszy. Ma stare bu-ty i zniszczone spodnie. I taki jest ciągle wystraszony i blady, i chudy, i nie ma nawet worka na kapcie, tylko torebkę foliową. Ani kredek nie ma, ani zeszytu. Mówi, że zgubił. Ma jeszcze brudne ręce i nie lubi się uczyć. Jak się uczymy, to on patrzy w okno. Tylko jak rysujemy, to Jarek jest zadowolony. Sebastian mu pożycza jedną kredkę, bo mu więcej szkoda, i Jarek rysuje na kartce jakieś wielkie ptaki z okropnymi dziobami.

Wczoraj były moje urodziny. Dostałam prezenty od rodziców i babci. Od tatusia — temperówkę na korbkę. Od mamusi — nowe buciki, a od babci — cudowne woskowe kredki.

Przyszłam do zerówki i pokazałam dzieciom moje prezenty. Pokazałam im, jakie mam nowiutkie buciki, i jak ta temperówka ostrzy ołówek najostrzej na świecie, i kredki im pokazałam. One są wspaniałe, mają dwadzieścia cztery kolory i leżą sobie równiutko w czerwonym, błyszczącym pudelku, każda w swojej przegródce. Wyglądają jak tęcza i tak ślicznie pachną.

Dzieciaki mi zazdrościły. Ta gruba Hanka z Czarnymi włosami powiedziała nawet:

— Do niczego te kredki! Mój wujek przyśle mi sto razy lepsze!

— Akurat — powiedziałam. — Nie ma lepszych. Te są najlepsze na świecie.

— Akurat najlepsze! — Hanka na to. — Wszystko chcesz mieć najlepsze, myślisz pewnie, że ty sama jesteś najlepsza!

— Pewnie, że jestem! — krzyknęłam i tak sobie rozmawiałyśmy, aż tu nagle patrzę, moich kredek nie ma!

— Gdzie kredki?! — krzyknęłam. — Kto mi je zabrał? Nikt się nie odezwał.

Zaczęłam strasznie płakać. A dzieci stały koło mnie i gadały wszystkie na raz. I nagle wszyscy pobiegli w drugi koniec klasy. Bo tam ten chudy Jarek bil się z Sebastianem.

Przestałam płakać i też podeszłam.

Sebastian jest duży, ładny i nosi fajne spodnie sztruksowe. Uczy się dobrze i ładnie rysuje. Ale lubi wszystkim dokuczać. Więc najpierw myślałam, że Sebastian dokucza Jarkowi. Ale nie, to Jarek rzucał się na Sebastiana.

— Oddawaj! — krzyczał. — Ja widziałem! — i szarpał Sebastiana za sweter. Wreszcie chwycili się za szyje i tak się przepychali, jak to chłopaki: Jarek jest słabszy, ale jakoś udało mu się przewrócić Sebastiana na podłogę. Usiadł mu na plecach. Sebastian wierzgał i się wyrywał, a Jarek nic, tylko:

— Gdzie kredki?

— Wrzuciłem na szafę... — stęknął Sebastian i wtedy Jarek go puścił. Wlazł na krzesło i zajrzał na szafę.

Będzie konkurs — powiedziała. — Konkurs na rysunek o jesieni. Najlepsze prace zdobędą nagrody.

Wszyscy zabrali się do rysowania. Ja też rozłożyłam swoje kredki i zaczęłam rysować. Narysowałam niebieściutkie niebo I wielkie liście żółte, pomarańczowe i brązowe.

Przy stoliku obok rysował Sebastian. Ten Jarek też siedział na swoim miejscu, ale nie rysował.

— Po... pożycz kredkę — powiedział cicho do Sebastiana.

— Teraz to pożycz kredkę, tak? — powiedział Sebastian tak głośno, że aż pani podniosła głowę. — A kto się bił?! Niech ci teraz ta twoja Paulina pożycza!

Oho. Jeszcze czego. Żeby mi całą kredkę wysmarował? A zresztą ja muszę najładniej ze wszystkich narysować jesień! Wszystkimi kolorami!

Wcale na niego nie spojrzałam. Niech myśli, że nie słyszę.

Ale on do mnie jednak podszedł.

Najpierw długo nic nie mówił, a potem tak cicho poprosił:

— No... tego... po-pożycz kredkę...

— Nie, nie mogę — odpowiedziałam szybko. — Wszystkie są mi bardzo potrzebne.

— To chociaż brązową... — powiedział Jarek jeszcze ciszej. Tak cicho, że właściwie wcale nie było go słychać. Więc mu nie odpowiedziałam. Pochyliłam się tylko nad kartką i zaczęłam rysować dużo, dużo brązowych kasztanów.

Jarek postał jeszcze trochę, a potem sobie poszedł.

Sebastian wstrętnie się zaśmiał, a w klasie było całkiem cicho. Tylko pani chyba nic nie zauważyła, bo coś tam pisała w zeszycie. Wszystkie dzieciaki przestały rysować patrzyły na Jarka, jak stoi przy swoim stoliku i zakrywa sobie oczy.

No, przecież ja naprawdę brązowej pożyczyć mu nie mogłam. Co on sobie myśli? Przecież ja muszę narysować kasztany. Sam sobie winien. Dlaczego nie ma własnych kredek?

Znowu na niego spojrzałam.

Ale Jarek nie stal już tam, gdzie przedtem. Podeszła do niego Wioletka, ta mała, co też źle się uczy i jest taka blada, i ma zniszczone sukienki. Nic nie powiedziała, tylko wzięła Jarka za rękę i pociągnęła do swojego stolika. I dała mu połowę swoich kredek, to znaczy dwie. Pomarańczową i brązową.

— Ale ty nie zdążysz narysować wszystkiego — powiedział Jarek.

— To co? Ale chociaż sobie porysujemy — uśmiechnęła się Wioletka.

— A może będziemy się wymieniać — wymyślił Jarek. — Jak ty będziesz rysowała liście, to ja pień. A jak ty pień — to ja liście. Dobra?

— Dobra.


Usiedli obok siebie i zaczęli rysować. A wtedy pani podniosła głowę i spojrzała na nich, a potem na mnie. I miała taką poważną minę.

Wioletka narysowała swój rysunek, a Jarek to nawet nie zdążył narysować wszystkich liści. To jego drzewo było takie gołe i bardzo mi się nie podobało.

I naprawdę nie wiem, dlaczego pani i innym dzieciom akurat ich rysunki spodobały się najbardziej. I Jarek, i Wioletka dostali nagrody — po małym pudełku chińskich kredek.

A dzisiaj rano Jarek już nie czekał na mnie, chociaż właśnie dziś było mi jakoś smutno i mogłabym sobie nawet z nim pogadać. A on dziś poszedł wcześniej do szkoły, widziałam go z daleka, nawet nie obejrzał.

Obraził się chyba.

Ale o co?

Kurczak” Małgorzata Musierowicz

Wydawnictwo Poznańskie Poznań 1987

Muskułów to ja nie mam. Nie. Ręce mam takie cienkie, cienkie... Cały jestem cienki. I chudy.

I jestem najmniejszy W naszej zerówce. Dlatego mówią na mnie Kurczak.

Nie Bulwa, bo Bulwa mówią na grubego Krzycha. Nie Tojota, bo tak mówią na Wieśka, co go tata przywozi samochodem japońskim. Nie Tygrys, bo Tygrys to jest ten Jurek, co ma kurtkę w pasy żółte i Czarne. Mówią na mnie Kurczak, bo jestem podobny do kurczaka.

Jest mi przykro.

Piję dużo mleka. Jem takie mnóstwo klusek i chleba, że aż mi brzuch pęka. Bo bardzo chcę być większy. Ale jakoś nic nie pomaga. zrobiłem sobie taką miarkę na drzwiach mojego pokoju. I co dzień się mierzę. Ale co dzień jestem taki sam.

Wczoraj rano znów się mierzyłem. I wyszło mi, że urosłem!!! Tak się ucieszyłem, aż tu wchodzi mama i mówi: — Zapomniałeś zdjąć drewniaczki przed mierzeniem.

No tak. Zapomniałem.

Byłem aż smutny ze złości. Taki zezłoszczony poszedłem do szkoły. Bo ja chodzę do szkoły, do zerówki. Padał deszcz i chciało mi się płakać.

Wszedłem do sali i zobaczyłem, że pani wyjmuje z szafy gazetki i że znowu będzie nudno. Dzieciaki jeszcze chodziły, gadały i nagle ktoś zawołał: — 0, Baśka idzie, w okularach!

Baśka weszła, wystraszona taka, okulary miała duże i brzydkie. Dotąd nie nosiła okularów. Nikt w naszej grupie nie nosił. Ale były badania u okulistki i ona Baśce kazała. Więc dzisiaj Baśka przyszła w okularach. Ona jedna. Na całą klasę.

Wszyscy się z niej zaczęli naśmiewać, że wygląda jak sowa. Baśka tłumaczyła: — To nie moja wina przecież. W sklepie okularowym nie było innych oprawek. — Ale nikt jej nie słuchał.

Ja też się z Baśki naśmiewałem. Bo naprawdę wyglądała jak sowa. A przy tym byłem ciągle rozzłoszczony. I ja popchnąłem tę Baśkę, aż się przewróciła. I zawołałem: — Baśka ma zeza! Zezol! Zezol!

Baśka popatrzała na mnie z podłogi. Była taka smutna i zdziwiona. Ale nie płakała. Wstała, poprawiła okulary, a potem je zdjęła. Chciała je wyrzucić do kosza, ale pani zaczęła na nią krzyczeć i nie pozwoliła. Kazała jej natychmiast założyć okulary. I Baśka założyła. Siedziała przez całą lekcję w okularach, odwrócona od wszystkich. A na mnie już więcej nie spojrzała, chociaż chciałem tego.

Po lekcjach poszedłem do domu i znów się zmierzyłem. Ale nic nie urosłem od rana. Potem zrobiła się noc, a ja źle spałem. Mama przyniosła mi rumianku do popicia. Chyba miałem gorączkę, bo mi się różne rzeczy zdawały. Zasnąłem i obudziłem się znowu. Wciąż była noc. Z okna świeciło prosto na moją poduszkę. Światło było takie niebieskie-niebieskie i białe, i zdawało mi się, że poduszka świeci, i że moje ręce świecą, i że cały pokój świeci tym światłem niebieskim. A to świecił księżyc.

Zdawało mi się, że pod oknem stoi Baśka i płacze. Wiedziałem, że tam nie ma nikogo, tylko wisi sukienka mamy. Wiedziałem, że ta Baśka to mi się tylko śni albo wydaje. Ale co z tego. I tak było mi jej okropnie żal. Baśki i w ogóle wszystkich ludzi. Z tego żalu zacząłem płakać. Myślałem, dlaczego musi tak być, że jeden człowiek dokucza drugiemu. Tyle się ma zmartwień. A to grypa, kiedy klasa idzie akurat do kina. Albo się zgubił piórnik chiński z pisakami. Albo mi nie kupili roweru, bo w sklepie nie ma. Na takie zmartwienia nie ma rady. Chyba one muszą być.

Ale przecież dokuczać się nie musi!

Tak sobie smutno myślałem. A księżyc świecił i świecił, i świecił. Pokój był ładny jak akwarium. Podłoga błyszczała i lustro błyszczało, i meble błyszczały, jakby były ze srebra, nie ze sklejki. Cicho było, bardzo cichutko. Może miałem gorączkę. A może mi się tylko śniło, że myślę. I wymyśliłem.

Że jeden człowiek dokucza drugiemu, bo chce być od niego lepszy.

Tak!

Powie: jesteś brzydki i głupi, a sam zaraz się czuje mądry i ładny.



Powiedziałem Zezol na Baśkę i ją popchnąłem, bo na mnie mówią Kurczak i ciągle ktoś mnie popycha i przewraca, i ja choć raz chciałem być lepszy od kogoś.

Ale przecież wcale nie byłem lepszy.

Tak naprawdę to nikt nie jest lepszy.

Bardzo chciałem to zapamiętać. Bo wiedziałem, że jak się rano obudzę, to będzie jak z każdym snem, że zapomnę. Więc szybko złapałem kredkę olejną ze stolika i na ścianie koło łóżka nagryzmoliłem:

NIKT NIE JEST LEPSZY OD NIKOGO

Potem pomyślałem: ciekawe czy naprawdę piszę, czy mi się tylko śni. A potem otworzyłem oczy i już było rano. Leżałem z kredką w ręce, a kolo łóżka stała mama i gniewała się, że dlaczego akurat na ścianie, ale na szczęście musiała zaraz lecieć do pracy.

I napis został.

Wstałem z łóżka i patrzyłem na te literki czerwone. Znaczy, że napisałem je naprawdę. Że mi się nie śniło to pisanie. A Baśka? Śniła mi się, czy nie?

Zaplątało mi się w głowie z tego myślenia.

Jak przyszedłem do szkoły, to wszyscy już byli. Kleili czapki z kolorowej bibułki, na zabawę.

Baśka w okularach siedziała smutno pod oknem. Ucieszyłem się. Jakbym zobaczył kogoś miłego. I właściwie to ta Baśka jest miła. Ma różowe policzki i czarne warkocze. i oczy brązowe. Nigdy się nie kłóci. I nie ma tych samych dolnych zębów co ja.

Patrzyłem na nią, aż tu pani krzyczy: — Siadaj, czego stoisz na środku!

Więc usiadłem koło Baśki.

Ona na mnie nawet nie spojrzała. Tylko się odsunęła jak najdalej. Ja się przysunąłem, i mówię: Ty, Baśka.

Ona nic.

Pomyślałem, że ona na pewno mnie nie lubi. Powiedziałem jednak: — Baśka. Gniewasz się? A ona szybko: — Tak. Daj mi spokój.

— Nie gniewaj się, co? — ja na to.

Ona nic. Poczerwieniała, zacisnęła usta, brwi zmarszczyła. I klei czapkę z różowej bibuły. Całkiem do niczego ta czapka.

Poczekałem chwilę i mówię: — Ja cię popchnąłem wczoraj i przezywałem. Bo chciałem być od ciebie lepszy. Bo na mnie mówią Kurczak.

Baśka nawet nie spojrzy. Jeszcze bardziej się zrobiła czerwona. Trochę się rozgniewałem. Co ja tak gadam, a ona ciągle obrażona. Ale potem pomyślałem, że spróbuję jeszcze raz, i mówię: — A ja coś wymyśliłem.

Ona wciąż na mnie nie patrzy. Ale nagle ta czapka z bibuły rozlazła się jej tam gdzie sklejone. I Baśka się zawstydziła, i szybko burknęła: — No, co tam wymyśliłeś, co?

— Że nikt nie jest lepszy — powiedziałem. — Od nikogo. Ona pomyślała trochę i mówi: No, masz rację, Kurczak.

Podałem jej drucik: — Tym zwiąż, bo ci się ta czapka rozleci. I nie mów na mnie Kurczak.

— A jak? — pyta ona.

— Maciek.

— Dobra. Mogę mówić Maciek.

— A ja cię już nigdy nie popchnę i zawsze będę cię bronić, zawsze. Chcesz?

— Chcę — powiedziała Baśka i spojrzała na mnie wreszcie brązowymi oczami przez te swoje okulary. Uśmiechnęła się, a potem mówi: — Na pewno mnie obronisz, bo jesteś większy ode mnie.

— Ja? O, nie — zasmuciłem się. — Ja jestem najmniejszy z całej klasy.

— A wcale; nie! - ona na to. — Byłeś najmniejszy, Maciek, ale ostatnio urosłeś. Chodź, zmierzymy się.

Wstaliśmy i przymierzyliśmy się, i rzeczywiście byłem wyższy!

Nagle zobaczyłem. że Baśka trochę ugięła kolana, żeby się zmniejszyć. Ale nie było mi tak przykro, jak wtedy gdy zapomniałem do mierzenia zdjąć drewniaki.

Sam nie wiem, czemu teraz było mi wesoło.

Już dawno tak się nie cieszyłem!

No, naprawdę.

Rybka” Małgorzata Musierowicz

Nasza Księgarnia , Warszawa 1986 r.

Opowiem wam o chłopcu, który nie lubił być grzeczny. Chłopiec ten miał sześć lat, a nazywano go Rybka, bo był pieszczoszkiem swoich rodziców i babuni.

— Moja Rybeńko — mówiła na przykład babunia i wiązała mu na szyi ciepły szalik. — Moja Rybeńko, idź sobie teraz na dwór, ale uważaj, żebyś się nie spocił.

— No to po co mi dajesz szalik? — pytał chłodno Rybka.

Na to babcia, że za nic w świecie nie puści Rybki bez szalika, bo jest wczesna wiosna.

Na to Rybka bez słowa zdejmował szalik i wrzucał go za szafkę z butami.

Babuni natychmiast szkodziło to na serce. Więc łapała się za lewy bok i mówiła podniesionym głosem, że skoro tak, to Rybka wcale nie pójdzie na dwór. Na to Rybka, że owszem, pójdzie, i wychodził.

— Tylko żebyś mi się nie spocił, bo się przeziębisz! I nie biegaj, bo pochlapiesz spodenki! — wołała z okna babunia i zaraz siadała w fotelu trzymając się za serce, bo Rybka biegał po ogrodzie jak opętany, deptał świeżo skopane grządki i obiema nogami wskakiwał we wszystkie co głębsze kałuże.

Rybka był w ogóle przekorny i nieposłuszny. Nie chciał pić mleka, bo wciąż słyszał, że mleko jest pożywne. Nie jadał masła z tych samych powodów. Obgryzał paznokcie, ponieważ mu tego zabraniano. Smarował kopiowym ołówkiem na ścianach klatki schodowej słowo „głupi” i żałował jedynie, że nie potrafi jeszcze napisać nic innego.

Któregoś dnia Rybka nie chciał iść z babunią po zakupy. Wolał zostać w domu. I został. Ale kiedy babunia wróciła z piekarni, mieszkanie było puste, a Rybki ani śladu. Po prostu poszedł sobie. Wrócił dopiero późnym wieczorem, kiedy to rodzice i babunia zdążyli już wypytać o niego we wszystkich szpitalach w mieście.

— Rybko! Gdzie byłeś? — krzyknęła zapłakana mama, a tato przełożył Rybkę przez kolano i wlepił mu kilka solidnych klapsów.

Coś takiego zdarzyło się Rybce po raz pierwszy w życiu. Nigdy, nigdy dotąd nie dostał takiego lania!

— Och!!! — krzyknął zrywając się na równe nogi i ani trochę nie żałując swego postępku. — Och!!! Itak zawsze będę robić tytko to, na co mam ochotę! Jeszcze zobaczycie! — Rybka tupnął nogą i pobiegł do swego pokoju trzaskając drzwiami.

Następnego dnia obudziły go śmiechy i tupanie. Otworzył oczy. Był szary, wczesny poranek. Rybce bardzo chciało się spać, ale spać nie mógł, bo przeszkadzały mu hałasy za drzwiami. Wstał więc i wyjrzał z pokoju.

Zobaczył coś takiego, że musiał przetrzeć oczy, by się upewnić, że nie śpi.

Babunia jeździła w przedpokoju na wrotkach!!! Tak, jeździła na wrotkach, znacząc brzydkie ślady na lśniącym linoleum. W ręce trzymała słoik konfitur i wyjadała je ze smakiem dużą łyżką.

— Babciu! Co robisz?! — krzyknął Rybka przerażony.

— Co, nie widzisz? — zdziwiła się babunia i przejechała tuż obok Rybki, owiewając go słodkim zapachem smażonych truskawek.

— Przecież sama zawsze mówiłaś, że nie wolno wyjadać konfitur!

— No to co? — powiedziała babunia. — Nic mnie nie obchodzi, że nie wolno. Ja tam lubię konfitury. I zjem sobie wszystkie, bo taką mam ochotę.

Zanim Rybka zdołał odpowiedzieć, na korytarz wypadli rodzice, tupiąc, krzycząc Wesoło i rzucając piłką futbolową.

— Hej, co robicie! — wrzasnął Rybka, którego pchnęli na ścianę. — Nie wolno bawić się piłką w mieszkaniu!

— A bo co? — burknął tatuś i oboje z mamą pobiegli do pokoju. Tam tato zgłówkował piłkę, która odbiła się od szafy i trzasnęła w zieloną doniczkę z kaktusem. — Zbiłeś doniczkę! — powiedział z wyrzutem Rybka.

— Wielkie rzeczy! — zaśmiał się tatuś i wypluł na podłogę gumę do żucia. Potem kopnął piłkę w kierunku bramki. Bramką był kąt pod stołem, o czym Rybka wiedział najlepiej, bo sam często strzelał tam gole. — Brzdęk! — ryknął tatuś zachwycony, kiedy ze stołu spadły dwie szklanki i stłukły się. — To mi się podoba! Rybka ma rację. Nie trzeba się niczym przejmować. Od dziś tak właśnie będziemy żyć.

Rybka spojrzał na mamę i złapał się za głowę. Mama siedziała na podłodze, opierała buty o fotel I... obgryzała paznokcie!

— Mamo! Co robisz?! — jęknął Rybka.

— Obgryzam paznokcie — powiedziała mama opryskliwie. — Postanowiłam żyć tak, jak mi się podoba. Zrozumiałam, że to ty masz rację, synku. Aha, nie idę dziś do pracy.

— Ja też — rzekł tatuś.

— Przecież wyrzucę was z pracy! — przestraszył się Rybka. — E, co tam — rzekł tata beztrosko. — Wyrzucą, to wyrzucą. Wolę się bawić. Nie lubię być posłuszny.

— Tralala-la, hop-siup! — zawołała babunia wjeżdżając do pokoju na wrotkach. — Śniadania dziś nie będzie. Obiadu też! Kto jest głodny, niech sobie coś zje. Tylko nie konfitury. Konfitury to ja już zjadłam.

— Zjem sobie galaretkę morelową na sucho! — ucieszył się tata. — I oranżadę w proszku bez wody!

— Przecież to niezdrowo... — szepnął Rybka i poczuł, że kręci mu się w głowie. To, co działo się dziś w domu, było straszne. Czyżby wszyscy nagle zwariowali?

Nie posprzątali mieszkania. Nie dali Rybce jeść. Wyszli z domu gryzmoląc po ścianach. Kiedy znaleźli się w ogrodzie, tatuś, wciąż ubrany w piżamę, wydał bojowy okrzyk i rąbnął piłką w pojemnik ze śmieciami. Mama i babcia, śpiewając wniebogłosy, biegały po grządkach, bawiąc się w berka kucanego.

A Rybka stał pod drzewem i się wstydził. Wstydził się, bo nagle zobaczył, jak okropnie wygląda niegrzeczne zachowanie, jeśli patrzy się na nie z boku.

— Mamo! Tato! — błagał prawie z płaczem. — Przecież tak nie można...

— Dlaczego? — zdziwił się tatuś. — Każdy może robić to, na co ma ochotę.

— Nie! Nie może! — krzyknął Rybka i rozpłakał się na dobre. — Bo... bo... trzeba się liczyć z innymi... No, przestańcie już!

Ale nikt go nie słuchał.

Przez caluśki dzień, do późnego wieczora, rodzice i babunia zachowywali się tak samo okropnie. Rybka chodził za nimi, błagał, prosił, upominał— na nic. Nikt nie zwracał na niego uwagi. Nikt go nie nakarmił, nie wykąpał, nie położył spać. Zasnął wreszcie, spłakany, w ubraniu na fotelu... A kiedy się obudził, był znów poranek. Rybka leżał w swoim łóżku, ubrany w czystą piżamkę. Z kuchni dobiegał brzęk łyżeczek i zapach kawy. Wszystko to było takie zwyczajne i miłe. Rybka pomyślał, że wczorajsze straszne wydarzenia przyśniły mu się tylko.

Wyszedł z pokoju i zobaczył rodziców. Siedzieli przy kuchennym stole, jak co dzień przed wyjściem do pracy, pili kawę i rozmawiali ze sobą poważnie — jak zwykle. Babunia stała przy kuchence i gotowała kakao dla Rybki.

A kiedy spytał, dlaczego wczoraj zachowywali się tak niegrzecznie, zdziwili się.

— My? — spytali. — Może ci się to śniło?

Rybka nie odpowiedział. Właśnie w tej chwili postanowił, że zawsze już, zawsze będzie grzeczny i nawet w to wierzył. Bo dobrze wiedział, że to wczorajsze — to nie był sen.

Miał na to dowody.



Po pierwsze — kaktus tkwił w nowej, czerwonej doniczce.

A po drugie — w całym domu nie było ani odrobiny truskawkowych konfitur.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość