Strona główna

María Perez


Pobieranie 16.62 Kb.
Data19.06.2016
Rozmiar16.62 Kb.
María Perez.
Dwudziestego ósmego czerwca mieszkańcom Barcelony zdawało się, że wakacje trwają już co najmniej miesiąc. Wysokie temperatury i setki turystów człapiące i tak zazwyczaj zatłoczonymi ulicami, tworzyły obraz niezrozumiały tutejszym, którzy najchętniej oddaliby ostatnią kroplę zimnej wody w lodówce za trzydniowy urlop i ucieczkę z tej metropolii. Nawet plaże nie stanowiły odpowiedniego miejsca na wypoczynek. Gdyby mimo tego uciążliwego upału, tego skwaru nie do zniesienia, wdrapać się gdzieś wysoko, na dach wieżowca, wieżę kościelną, czy też na głowę samego Kolumba, i spojrzeć na panoramę miasta zauważyłoby się, że jest złożona niemal z samych ludzi, a budynki i plaże giną gdzieś w tej gigantycznej żywej masie. A przecież mieszkali tu także tacy, którzy na co dzień potrzebowali ciszy, odrobiny spokoju, jakiegoś naprawdę zwyczajnego ukrycia w cieniu chłodnej uliczki, naprawdę zwyczajnej ucieczki przed gwarem i hałasem w miejsce, którym nie może być jednak własny pokój w mieszkaniu, gdy za ścianą obok staromodny telewizor serwuje mecz piłki nożnej.

Słońce na Ramblas, gdy stanęło się do niego plecami i spojrzało w dół, na rozgrzany bruk, wskazywało godzinę mniej więcej szesnastą. María celowo nie wzięła zegarka, bo zegarek to taka rzecz, która od razu zobowiązuje. Jak już się ma zegarek, nigdy nie wypada się spóźniać, ani też marnotrawić cennego czasu, spacerując bezcelowo, jak mówi mama i jak mówi Rosa, której zdaniem marnotrawienie czasu to każda czynność nie związana z robieniem prania, prasowaniem i wychodzeniem na targ po rybę. Biorąc pod uwagę taką postać rzeczy, María lubiła marnotrawić czas. Z reguły wszystkie jej wyprawy poza dom argumentowała potrzebą wędrówki w zaciszne miejsce, jednak plany te spełzały na niczym tym częściej, im bardziej orientowała się, że odgłosy ulicy i tłumu czasem dobrze na nią wpływają. Teraz zawzięcie od kilkunastu minut przemierzała przeludnioną Ramblas, w kierunku Placu Katalońskiego z reklamówką czerstwego chleba w spoconej dłoni. Karmienie gołębi przy fontannach stało się już swego rodzaju rytuałem, odprawianym w każde piątkowe popołudnie. Tego dnia było ich mnóstwo, być może z powodu upału wolały kręcić się w pobliżu spacerowiczów sypiących okruszki, niż same zdobywać pożywienie. Gołębie w Barcelonie są bardzo ufne i oswojone, dzięki czemu żyje im się dostatnio. Są wielkie i tłuste. María nie zachwycała się gołębiami tak jak starsi ludzie, którzy przychodzili tu zawsze tylko w tym celu, a ich chleb był niekiedy świeży. Karmiła je raczej mimochodem, niespecjalnie zwracając na nie uwagę. Wolała przypatrywać się ludziom. Tym razem jej uwagę przykuła jakaś młoda malarka, która na rozstawionej obok sztaludze usiłowała stworzyć pejzaż placu. Wychodziło jej całkiem marnie. Na pewno była dopiero studentką Akademii Sztuk Pięknych i niespecjalnie odpowiadała jej technika, która musiała obraz wykonać. Widać to było po jej skrzywionej minie, zdradzającej zupełny brak entuzjazmu. Na głowie miała zupełny nieład. Włosy związane w niechlujny kłębek, stare spodnie pochlapane farbą i wyciągnięty sweter. Jednym słowem, wystarczyło rzucić na nią okiem, by rozpoznać w niej artystkę. María dałaby jednak uciąć sobie rękę o to, że jej koleżanki z roku to czyste i modnie ubrane lolitki, które szkicownik i paletę noszą tylko do przysporzenia sobie wdzięku. Jeśli natomiast chodziło o chłopców z roku, z pewnością trzy czwarte z nich stało w najbardziej uczęszczanych punktach miasta i malowało portrety przechodniom. María nie znosiła tych tanich portrecistów. Ich gnioty ledwo przypominały pozujących do nich ludzi. W całym jej życiu tylko jeden ją zaintrygował. To było całkiem dawno, w okolicach Łuku Triumfalnego. Długo stała nad jego karkiem i przypatrywała się powstającym portretom, aż w końcu odwrócił się i spytał, czy nie chciałaby sama zostać namalowana. Odmówiła, ponieważ nie miała pieniędzy. Portrecista zapewnił ją jednak, iż w tym wypadku nie zależy mu na pieniądzach, uważał bowiem twarz Maríi za intrygującą i stanowiącą dla niego wyzwanie. Usiadła więc na małym rozkładanym krzesełku i w milczeniu przyglądała się groźnym oczom malarza. Kiedy skończył, zdjął rysunek ze sztalugi i wręczył go Maríi. Spoglądała na nią jej własna twarz, chociaż nieco różniąca się od tej, którą ona postrzegała. Ciemne, kręcone włosy wydawały się być dłuższe i gęstsze niż zazwyczaj, spojrzenie czarne i w jakiś dziwny sposób okrutne. Malarz próbował poprzez wizerunek ukazać jej domniemane cechy wewnętrzne i dobrze mu się to udało, bo María czasem bywała bezwzględna i władcza, wszystko to przez jej burzliwy temperament. Obrazem była w każdym razie zachwycona, od razu zaniosła go do domu i postawiła w pokoju, na półce z książkami. Nigdy więcej nie spotkała jednak już żadnego innego portrecisty, który przypadłby do jej gustu. Malowanie to bardzo żmudna czynność. Udowodniła to młoda dziewczyna na placu, która po kilku nieudanych smagnięciach pędzlem zebrała farby, złożyła sztalugę i oddaliła się w zupełnie inną stronę. Cały zapas pieczywa w reklamówce już się skończył, María otrzepała ręce i wstała. Przyszedł czas na wizytę w kawiarni. Kawiarnia nazywała się Zurich i kiedy María przekraczała jej próg, kierując wzrok od razu w stronę stolika po prawej stronie baru, przy oknie wychodzącym na plac siedział młody kastylijczyk o czarnych, kręconych włosach i grubych brwiach. Nazywał się Juan Carlos. Zwykle patrzył przez okno, ale kiedy tylko usłyszał kroki Maríi od razu odrywał od niego spojrzenie i witał przyjaciółkę serdecznym uśmiechem. Znał jej chód doskonale i rozpoznałby go w każdej części świata. Od dziesięciu lat był niezmiennie lekki i cichy, przywodzący na myśl kroki baletowe z przedstawienia, które wspólnie widzieli w Gran Teatro wieki temu. Czuł się taki szczęśliwy za każdym razem, kiedy widział jej sylwetkę nachylającą się przy ich ulubionym stoliku i błogosławił każdy piątek za ten właśnie widok. Czuł dreszcze przebiegające mu z tyłu pleców i jakieś dziwne ukłucie w okolicach żołądka. Miał szczerą nadzieję, że nigdy nie zostanie na tym przez nią przyłapany, bo wtedy cały ich dziecięcy świat ległby w gruzach. Pamiętał doskonale, jak kiedyś podczas wspólnego pikniku na jednej z wysepek w Parku Güell, María rzuciła mu się na szyję z płaczem i kazała obiecywać, że jak brutalnie by się nie zestarzeli w przyszłości, dla siebie nawzajem na zawsze pozostaną dziećmi takimi samymi jak tu na tej wysepce. On wtedy jej przysiągł na serce, na własne życie i na ich wspólną przyjaźń. Dopiero potem zrozumiał, że tak naprawdę wcale nie chce pozostawać w jej oczach dzieckiem, że pragnie być przystojnym mężczyzną i że właśnie z nią i tylko dla niej tak bardzo chce dorosnąć. Juan nigdy nie odważył się jej tego powiedzieć i znosił nieustannie wszystkie jej niedojrzałe wybryki z niedojrzałymi chłopcami, którzy czyhali na Maríę, dziewczynkę o naiwnym dziecięcym spojrzeniu, a tak wyraźnie kobiecej anatomii. Czasami budził się w nim gniew tak potężny, że gotów był ich wszystkich pozabijać. Lecz za każdym razem jego najskrytsze pragnienia kończyły się serdecznym przyjacielskim uśmiechem w Zurichu o godzinie szesnastej w każdy piątek. María siadała naprzeciw i zamawiała kawę z cynamonem i churros, a on sączył mrożoną herbatę, przeglądając kartę z alkoholami, wyobrażając siebie, płacącego za butelkę Riohy przekonany, że nigdy nie doczeka tej chwili. Rozmawiali o książkach i artystach. Juan oświadczył, że całkiem niedawno spotkał Somozę u siebie, w okolicach Placa de Joanic i jest pewny, że szukał on tam pomysłu na książkę. María tylko uśmiechnęła się sceptycznie oświadczając, że piękna i stara dzielnica Gracía po prostu przyciąga artystów i jest przez nich często odwiedzana. Potem oboje opróżnili szklanki i wyszli na plac, kierując się w stronę Ogrodów Królowej Wiktorii, które od zawsze są ich ulubionym miejscem spacerów. María miała na sobie zwiewną szarą sukienkę i wyglądała w niej tak skromnie a zarazem tak pięknie. Na Placu Katalońskim zerwał się już wieczorny wiatr, który bawił się ciemnymi lokami obojga spacerowiczów. María miała rumiane policzki i śmiała się, opowiadając jak ostatnio Rosa przypaliła baraninę i zrozpaczona rozważała, czy nie odejść z pracy dla zachowania resztek honoru. Juan raczej milczał przez większość drogi, lubił słuchać przyjaciółki i wiedział doskonale, jak bardzo lubi mu opowiadać wszystko, co dzieje się w jej domu. Przekroczyli bramę parku i usiedli na jednej z ławek, a Juan zdjął z siebie marynarkę szkolnego mundurka i zarzucił na ramiona Maríi, zauważywszy na nich gęsią skórkę. W tym momencie spojrzała mu znienacka prosto w oczy i oświadczyła, że dawno nie była u niego na Gracíi. Przyznał jej rację, ale też podkreślił, że dochodzi godzina dziewiętnasta, zwiastująca rychły powrót Maríi do domu na calla de Codols, a dzisiejszy wieczór zapowiada się bardzo chłodno. Wzruszyła ramionami oznajmiając, że raz może zrobić wyjątek i wrócić do domu później. Powiedziała to w taki sposób, że coś w środku Juana Carlosa drgnęło i znów poczuł dreszcze przechodzące mu po plecach. I nagle jakimś dziwnym sposobem, nogi Maríi stały się jeszcze zgrabniejsze niż do tej pory, dłonie bardziej delikatne i usta, które do tej pory uważał za zwyczajne, przybrały na wydatności. Nagle złapał się na snuciu nieprzyzwoitych myśli i ogarnęło go dziwne, wstydliwe uczucie. Spojrzał jeszcze raz na przyjaciółkę i był przekonany, że coś się w niej zmieniło, że nie patrzy na niego jak przedtem, kiedy brali się za ręce i biegali po placu rozganiając gołębie, a wszystko w nich było od stóp do głów niewinne i szczere. Marzył o takim spojrzeniu od bardzo dawna, ale teraz wcale nie był szczęśliwy. María nigdy nie opowiadała mu o chłopcach, którzy się za nią uganiają, ale obserwował ich z boku i domyślał się, co z nią robią. Obrzydziła go ta myśl. Jeszcze raz spojrzał na jej zaróżowione od wiatru policzki. Uśmiechnął się odrobinę nieprzytomnie, ujął za rękę, po czym oświadczył że odprowadzi ją na metro na Calla de Collos, bo Rosa na pewno przygotowała ciepłą kolację. María spuściła w głowę odrobinę zmieszana i nie wypowiedziała ani słowa. Podniosła się z ławki i okryła szczelniej marynarką.

Słońce na Ramblas całkowicie zaszło za dachy budynków, kiedy dwójka młodych przyjaciół wędrowała w kierunku stacji metra. Ławki na Placu Katalońskim opustoszały, tylko młoda malarka, studentka Akademii Sztuk Pięknych powróciła tu ze swoją sztalugą. Rozejrzawszy się wokół malowała w skupieniu fontannę, z której tryskająca woda mieniła się jasnym światłem odbitym z otaczających ją latarni. Studentka nazywała się Ana Botella.





©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość