Strona główna

Marek edelman


Pobieranie 72.27 Kb.
Data20.06.2016
Rozmiar72.27 Kb.

MAREK EDELMAN (1919-2009) był członkiem Bundu, współzałożycielem Żydowskiej Organizacji Bojowej i jednym z dowódców Powstania w Getcie Warszawskim. Po wojnie wybitny kardiolog, współpracownik KOR-u, członek Solidarności, w 1998 r. odznaczony Orderem Orła Białego.



MAREK EDELMAN:

Daj mi spokój, o powstaniu to ty nic nie

zrozumiesz.

ANKA GRUPIŃSKA:

Czy ktoś z nas, ktoś, kto tam nie był, może

zrozumieć?

MAREK EDELMAN:

Czasem ci, którzy nie zadają pytań, a tylko

słuchają, rozumieją. A ty chcesz wiedzieć

więcej. A więcej nie można wiedzieć. Bo to

nie jest tak, że ty chcesz coś wiedzieć, to ja

ci mam powiedzieć. Ja w ogóle nie chcę już

nic powiedzieć. Ja nie jestem w stanie i nie

chcę mówić o wszystkim
ANKA GRUPIŃSKA: Kiedy w 1988 roku byłam po raz pierwszy w kibucu Lochamej Hagettaot (Bojowników Getta) i przeczytałam im moją rozmowę z Tobą, okropnie na mnie napadli. I dopiero kiedy taka starsza siwa pani wstała i zapytała ze zdziwionym oburzeniem: „O co temu Markowi chodzi, czy on chce zostać Chrystusem wszystkich Polaków?", zrozumiałam przyczyny ich złości. Czy jesteś zadowolony z roli, jaką historia w Polsce Ci wyznaczyła?

MAREK EDELMAN: Słuchaj, mnie z wieloma ludźmi w tym kraju łączy pewien sposób myślenia o życiu. Między nami nie ma miejsca na nacjonalizmy. W tym moim myśleniu nie ma miejsca na naród wybrany, na ziemię wybraną. Jest sprawa poszanowania każdego życia. I koniec. Ale nie trzeba z tego wszystkiego tworzyć mitu.

Mit powstał. Czy Tobie się to podoba, czy nie, mit jest. Marku, czy zdajesz sobie sprawę, jak wielkie znaczenie tu, w Polsce, miała książka Hanki Krall? W rozmowach najczęściej jej nie doceniasz. Poprzez tę książkę zaistniałeś w świadomości wielu. I jeszcze coś - ta książka w pewnym sensie stworzyła Twój obraz.

Myślę, że bardziej stworzyła obraz Hani. [Informacje o osobach i książkach przywoływanych w rozmowie i wyjaśnienia hebrajskich słów w notce pod tekstem].

W innym sensie.

Wiesz, Hania jest genialna. Ona jak nikt potrafi zanotować każde słowo. Ja nie zawsze chciałem się zgodzić na te jej puenty, ale już... Nie ma znaczenia. Ja nic nowego tam nie powiedziałem. Wszystko powiedziałem w „Getto walczy"

Wyjątkowość tej książki nie polega na odkryciu nowych faktów historycznych. Przeciwnie, jej czytelnik się dowiaduje, że te fakty, precyzyjnie przekazane, nie mają tak wielkiej wartości. Wyjątkowość tej książki polega na stworzeniu takiego Twojego wizerunku, który stał się więcej niż bliski pewnej formacji pokoleniowej: bohaterski antybohater, najuczciwszy cynik i wrażliwy obrazoburca... Słyszymy Ciebie przez tamten tekst.

Skąd ty wiesz, że to Hania taki obraz stworzyła? Ona nic tu nie stworzyła! Ona tylko odtworzyła to, co usłyszała.



Więc to Ty byłeś wielkim kreatorem? Taki byłeś, zanim Hanka o Tobie opowiedziała, i taki jesteś, tak?

Tak, jak najbardziej.



W takim razie - to naprawdę jest świetna książka.

No tak, Hania miała to przebicie.



Posłuchaj, proszę, cytatu z Ben Guriona z roku '42: „Nie chcieli nas słuchać. Swoją śmiercią sabotowali ideę syjonistyczną". I dalej: „Tragedia, której doświadcza europejskie żydostwo, nie jest bezpośrednio moją sprawą". Co Ty na to, Marku?

list, pamiętam, był napisany w sierpniu albo wrześniu '43 na Komitetowej 4! Na pewno do niego dotarł. Ja nie jestem pewien, czy nie zabrał go Karski. A potem, kiedy Antek i Celina tam pojechali? Ile lat w Izraelu nie mówiło się dobrego słowa o tym, co tu się stało? Mówiło się: my jesteśmy narodem żydowskim, bo walczymy z Arabami. A oni - dali się zarżnąć. I właściwie do dziś ci nowi Żydzi siebie tylko uważają. Odcięli się od narodu żydowskiego z Europy i udają, że mogą własną kulturę zbudować. Skreślili całe wspaniałe wieki.



Masz o to wielki żal?

Słuchaj, ja uważam, że można było trochę tego uratować, ale oni nie chcieli. I teraz piszą w języku bez tradycji, a o tym, co mieli, nawet nie pamiętają. Żydzi byli Europejczykami, a Izrael będzie państwem o kulturze arabskiej. Ja nie mam nic przeciwko temu, ale z żydostwem to nie ma już wiele wspólnego. Bo żydostwo było w Europie!



Ciekawa jestem, co powiesz o książce Celiny.

Wyobrażam sobie, co ona mogła napisać.



Celina powiada na przykład, że trudno byłoby przeżyć w getcie, gdyby nie myśl o towarzyszach w Palestynie.

Aaa, bzdury! Kto w getcie myślał o towarzyszach w Palestynie ?! Ale ja wiem, że ona to mówiła na zjeździe związków zawodowych w 1946 albo w '47 roku. I ona musiała tak powiedzieć!



Książka Celiny jest pełna patosu.

No tak, bo ona pisała to dla innych. Ale rozum swój to Celina miała.



Czy Celina, Antek i inni byli tak bardzo syjonistyczni przed tym wszystkim? Czy to trochę była taka doszyta ideologia?

W czasie wojny ten syjonizm nie odgrywał żadnej roli. W1939 Palestyna była szansą ucieczki. Ale trzeba się było zadać z Mussolinim, tak jak Rebe z Ger, żeby móc się tam dostać. Prawdę powiedziawszy, wszyscy syjoniści nienawidzili Schwarzbarta i tych syjonistów z Palestyny. Apotem, jak przyjechali ci szlichim, to oni się po prostu podłączyli. I Antek był tu szefem, bo on miał kontakty. On pomagał organizować tę aliję. WMSZ-cie miał jakichś kolegów: Zarzycki, Jóźwiak. Nie pamiętam, za ile dolarów Żyda przepuszczali wtedy na granicy.



Czy Ty byłeś tym ich powojennym syjonistycznym zaangażowaniem zaskoczony?

Niee, śmialiśmy się razem. Antek zresztą tak szybko nie wyjechał, dopiero po trzech latach. Celina wyjechała. Ale jeszcze szybciej wróciła. Tu, na tamtym łóżku, spała trzy miesiące. W ciąży wtedy była.



Ja zrozumiałam z różnych Twoich wypowiedzi, że czułeś się trochę opuszczony, samotny, kiedy oni w końcu wyjechali.

Nigdzie tego nie powiedziałem.



Nie, to moja interpretacja. Pisałeś jednak, że nie bardzo wie­działeś, co ze sobą zrobić.

A myślisz, że oni wiedzieli?! I potem w Izraelu wszyscy byli w cieniu - Antek, Celina i Kazik też.



Ale Antek i Celina pewnie w kibucu byli mniej samotni niż Kazik w Jerozolimie?

Nie wiem. Myślę, że im wszystkim niespecjalnie się działo. To nie przypadek. To był dalszy ciąg tej samej polityki, którą Izrael pokazał w czasie wojny: my jesteśmy jedyną armią, tylko my tutaj jesteśmy coś warci.



Czy Ty miałeś jakieś spory z Antkiem o tę ich powojenną interpretację powstania?

On do mnie nigdy takich rzeczy nie wygadywał. Jednak mówił to publicznie.

No tak. Ale wiesz, muszę ci powiedzieć: w tym całym ŻOB-ie, poza Maszą, która do dziś nienawidzi Anielewicza, nie było takich różnic partyjnych.

Ale po wojnie mocno się ujawniły, prawda?

Tak, bo oni chcieli temu Izraelowi pokazać, że są najlepsi, a nas w ogóle nie było.



I Ty nie byłeś o to wściekły?

Nie, śmiałem się z tego. Mówiłem do Antka: „Co, wyście wszystko zrobili?! A bez Bundu mielibyście kontakt z AK?! Beze mnie mielibyście kontakt z AK?! Kto by zwami rozmawiał?!" „AJurek!" - krzyczał Antek. Co Jurek? Jurek się nie mógł dobić.



A Ty się łatwo dobiłeś?

Ja ich znałem. Nie dlatego, że ja, tylko ja miałem tę markę. Markę bundowca?

No tak. A te rozmowy z Antkiem to nie były jakieś strasznie poważne polityczne rozmowy. On się śmiał, ja się śmiałem i to było wszystko.

Swoją pierwszą wizytę w Izraelu w latach 50. skróciłeś o kilka dni. Dlaczego?

Bo mi Antek zawracał głowę. Zabrał mnie na trzydniową wy­cieczkę po Izraelu. Objechaliśmy wszystko: Morze Martwe, pustynia itd. Bardzo mi się tam podobało. Wróciliśmy do kibucu i on mnie pyta: „No i jak?" „Przepięknie" - mówię. „Ale co ci się najbardziej podobało?" No to ja mówię: „Krajobrazy, przyroda". „A ty nie widzisz tych fabryk?" „W Polsce są większe" „Ale te Żydzi zbudowali!" „No to co?"

I tak od słowa do słowa i on mówi: „Ty masz obowiązek tu zostać!" „Pocałuj mnie w d..." powiedziałem i trzasnąłem drzwiami.

Następnego dnia Antek przyjechał na lotnisko, chciał mi dać czekoladę, a ja nie lubię czekolady. „Odczep się", powiedziałem.



Słyszałam, że kiedy Cię chciano zjeść za te skrzela malowane przez Anielewicza, to Antek bardzo Cię bronił.

Noo, w tej sprawie to on musiał mnie bronić, bo on mi o tym opowiadał.



Kiedy rozmawialiśmy 15 lat temu, Ty powiedziałeś bardzo ostre antyizraelskie słowa: że ten naród nie ma szans w mo­rzu stu milionów Arabów.

Bo nie ma szans przy wrogiej polityce Izraela!



No więc jest pewna zasadnicza zmiana - coraz więcej Izraelczyków uważa, że konieczny jest kompromis, by móc współistnieć w tamtym świecie.

50 lat tych małomiasteczkowych polityków nie wyszło im na dobre. Ale jest inna rzecz, o której ja wtedy mówiłem. Nie ma szans na europejskie państwo żydowskie, oni się zarabizują.



To państwo już dziś jest w dużej mierze państwem arabskim.

No, to już. Ja o tym mówiłem. Ale czy to arabskie państwo żydowskie im się do końca uda? - ja tego nie wiem. To zależy od stosunków międzynarodowych, od polityki amerykańskiej, od fundamentalizmu islamskiego; jest sprawa Jerozolimy itd. A tymczasem to jest państwo narodowe, państwo religijne, gdzie chrześcijanin jest obywatelem drugiej, a muzułmanin - trzeciej kategorii. To jest nieszczęście. Po tym, jak tu zamordowano trzy miliony ludzi, oni chcą dominować i nie liczyć się z nie-Żydami?! Świeccy ulegają presji religijnych i takie państwo nikomu na zdrowie nie wychodzi.



Opowiedz coś dobrego o Anielewiczu. Żeby choć trochę zrównoważyć ten obraz z malowanymi na czerwono skrzelami. Ale nie było w tym nic złego!

Dobrze wiesz, że wielu miało do Ciebie o to pretensje. Tylko niektórzy potraktowali to jako taką ludzką, niepatetyczną opowieść.

No właśnie. To był taki głodny dom i ta mama chciała zarobić na chleb, to malowała te skrzela.



Ale jednak uraziłeś patriotyczne, narodowe i jakieś inne uczucia.

Bo co? Nie wolno farbować skrzek?



To teraz opowiedz coś innego o Anielewiczu. Znałeś go dobrze?

Ja go znałem przez pół roku. Od listopada do maja. Byłem z nim codziennie.



Lubiłeś go?

Nie pamiętam... Nie pamiętam! My byliśmy różni w działaniu. On był nieobliczalny. Ja byłem z Antkiem po jednej stronie. A Anielewicz z tym drugim... jak on się nazywał?



Berliński?

...z Berlińskim byli po drugiej.



Na czym polegała ta ich nieobliczalność?

No właśnie. Mówiłem, że on był szalony.


No co on zrobił? Wyszedł na ulicę, zastrzelił werkszuca i zabili potem 250 czy 300 osób. on zabił tego werkszuca rano, wziął jego rewolwer i o czwartej ćzy trzeciej po południu przyjechali niemcy i całą ulicę, wszystkich wymordowali. on był nieodpowiedzialny. bo on nigdy nie przeżył akcji przesiedleńczej. przyjechał z będzina do warszawy i jemu się zdawało, że on może nie wiadomo co. po tej akcji z werkszucem komisja koordynacyjna żądała, żeby go zdjąć ze stanowiska.

Kiedy ta historia z werkszucem miała miejsce?

W marcu czy kwietniu. Ale Anielewicz był bardzo bojowy, inteligentny. Tyle że nie miał dobrej oceny sytuacji.



Anielewicz rzucił się z gołymi rękoma na Niemców.

No właśnie. Mówiłem, że on był szalony.


I nie dał się zapakować na Umschlagplatz?

Tak, to było 19 stycznia.



Marku, codziennie wychodziłeś na aryjską stronę. Nosiłeś krew do badania.

Przez jakiś rok tak chodziłem.



Chodziłeś też z kartami choroby?

Tak, do głównego lekarza miasta.



Lubiłeś te wyjścia? Czy może bałeś się trochę?

Przecież ja byłem legalny. Mogli mnie pobić, ale nic więcej nie mo­gli mi zrobić. Ja zanosiłem krew, a poza tym miałem interesy.



Jakie interesy?

No, tu miałem krew, a tu miałem gazetki. Nosiłem je z Koziej, od żony Rafała Pragi. I jeszcze z innych miejsc, ale zabij mnie - dziś nie pamiętam skąd.



Co jeszcze robiłeś?

Słuchaj, ja już nie pamiętam. Kontakty nawiązywałem. Tu miało być spotkanie z Pużakiem, a tu trzeba zanieść wiadomość, różne rzeczy się tam działy. Nic nadzwyczajnego. Był lokal, ulica, numer mieszkania i trzeba było jakąś kartkę zostawić albo zabrać, z kimś się mówiło. Ale to wszystko strasznie długo trwało, bo trzeba było chodzić pieszo. Nie jeździłem samochodem.



Gdzie wasze gazetki były drukowane? Pamiętasz?

Pewnie, sam je drukowałem. Jedna drukarnia była na Miłej 67, druga - na Nowolipie 36 czy 38; to były dwie główne.



Kto jeszcze drukował?

Stasia. Był też taki chłopak, Zyferman się nazywał, i jeszcze dwie dziewczyny. Jedna chyba miała na imię Blumka. Stasia robiła winiety.



Marku, opowiesz o Elżuni?

Wszystko.



Elżunia, córka Zygmunta Frydrycha, była w klasztorze na południu Polski, w Przemyślu.

I Inka chyba ją stamtąd przywiozła. Elżunia była na Krochmalnej, pod piątym. Ten człowiek, który się nią opiekował, zginął potem w powstaniu warszawskim. Miał nogę w gipsie i nie zabrali go do kanału. To go Niemcy zastrzelili i spalili. Potem Elżunia była w Pruszkowie, a tam było takie pole, na które przychodzili różni ludzie i wybierali te dzieci. Elżunię wziął jakiś młynarz, żeby mu gęsi pasała. A potem się zrobiło zimno i ten młynarz był dla niej bardzo niedobry. To przyszła taka pani z Żyrardowa. Zobaczyła, że dziecko zmarznięte, to ją zabrała. A mąż tej pani reperował rowery.



Ile Elżunia miała lat wtedy?

Nie pamiętam dokładnie. Może sześć, siedem albo osiem?



Mieliście z nią kontakt w tym czasie?

Nie, skąd! Od momentu powstania sierpniowego żadnego kontaktu. I Elżunia czytała tej pani bajki, żeby ta pani mogła zasnąć. Elżunia była jej najlepszą córeczką i w ogóle było nadzwyczajnie. Potem wojna się skończyła, a przecież Zygmunt kazał mi odnaleźć córkę. Więc zacząłem jej szukać. Ijakprzyjechałem takim dużym samochodem z amerykańską flagą, to jakieś dzieci zaczęły krzy­czeć: „Elżunia, uciekaj, bo Żydy po ciebie przyjechały" Potem przyjechałem drugi raz i ta pani powiedziała, że nie może się z nią rozstać. W końcu oddała ją za ileś tam dolarów. Przywiozłem Elżunię do Warszawy. I tak to było


Ale to nie jest koniec historii Elżuni?

Jakby! pogrom kielecki, to pani Estera powiedziała do mnie: „Ty nie masz prawa brać za nią odpowiedzialności" i zabrała Elżunię do Szwecji. A tam zaadoptowała ją pewna pani z Ameryki. I Elżunia miała w Ameryce rower, kucyka i łódkę, skończyła studia, a potem wyszła za mąż i popełniła samobójstwo. Otruła się.

Ty uważałeś, że to dobre rozwiązanie wysłać ją z Polski?

Pani Iwińska powiedziała, że nie mogę brać odpowiedzialności za cudze dzieci.

W sytuacjach ostatecznych są możliwe dwie przeciwne po­stawy. Jedna, nazwijmy ją umownie, postawą Czerniakowa i druga - postawa ŻOB-owca. Ta pierwsza to postawa kompromisu wieńczonego tragiczną rezygnacją. A druga - to postawa tak naprawdę szaleńca. Od czasu do czasu zastanawiamy się, dlaczego historia przyznaje rację szaleńcom.

Czerniaków tak samo jak my wiedział, że wszystko już przegrane. A w przegranej sytuacji trzeba pokazać charakter. Trzeba pokazać, że potrafi się być przeciw tej ekstremalnej sytuacji. I mimo że Czerniaków potrafił Rumkowskiemu odmówić, to nie wytrzymał do końca.

Ale z tą oceną jest różnie. Dzisiaj Mostowicz mówi, że Rumkowski postępował w porządku, bo zachował przy życiu iluś tam Żydów, którzy nie zginęli w Marszu Śmierci. To jest niesłychane, że gotowy jesteś wziąć na siebie odpowiedzialność, że będziesz zabijał ludzi, bo może przeżyje ci 10 osób na 100... Jeżeli to jest moralność, to trudno.

Dla historii to wszystko jedno, czy te 10 przeżyje. Jeden czło­wiek to zupełnie co innego. Jak leży na białym prześcieradle, itcL, itd. A w tej masówce...

Też pojedynczy ludzie.

Wiesz, co się stało w getcie piotrkowskim. Jak im kazali wybierać ludzi na śmierć, to oni zlikwidowali cały interes i przyjechali do Warszawy. „Zabijajcie sami, ja nie muszę zabijać" - powiedzieli. A Rumkowski zabijał.

Więc postawa Czemiakowa nie jest równa postawie Rumkowskiego. Bo Czerniaków nie chciał wysyłać ludzi na śmierć.

Wiesz, on miał inną mentalność. Taki mieszczański senator, pan inżynier. On nie był zdolny do walki.

I nie był też zdolny do innej postawy. Zygielbojm też nie walczył.

No i różne są te dwie śmierci. Tam była słabość, a tu protest.

Dlaczego historia najczęściej przyznaje racje szaleńcom? Dlaczego Anielewiczowi stawia się pomniki, a Czerniakowowi -nie?

Bo Czerniaków dawał tabliczkę czekolady konającym dzieciom, a za to nie stawia się pomników!

I nie masz pretensji do świata, że tak jest skonstruowany, że tak dzieli nagrody i zapomnienia?

Nie. Bo ta zasada gwarantuje nam pewną wolność.

Gwarantuje możliwość przewrócenia tej beczki, na którą ktoś chce cię wepchnąć?

Tak. Mniej więcej. A Czerniaków jednak dał się na beczkę wepchnąć.

Mówisz to bez cienia wątpliwości?

Oczywiście.

Popełnił samobójstwo. Może jednak da się ten gest przeczytać jako akt sprzeciwu, w pewnym sensie akt odwagi?

Nie, nie uważam. On zmarnował szansę. Ja już o tym 100 razy mówiłem. On miał kolosalny autorytet i mógł powiedzieć: panowie, nie dajcie się, idźcie do walki. Myśmy byli ludźmi bezimiennymi. A on mógł przynajmniej wzmocnić bierny opór. A nie zrobił nic. On nie lubił tego podziemia, tych gazetek, które jemu nosili. Bał się tego wszystkiego.

Marku, masz dwa wspaniałe życia w jednym: to w getcie i to po stronie „aryjskiej". Najpierw dzielny żołnierz, a potem świetny lekarz.

Bo ja miałem dobre pomysły.

Więc dwa razy miałeś świetne pomysły. Dwa razy miałeś lepsze pomysły niż inni. A te dwie rzeczywistości są spięte taką klamrą przyzwoitego człowieka. Czy Pan Bóg był bardziej łaskawy dla Ciebie niż dla innych?

Nie wiem, czy to zasługa Pana Boga, ale wiesz co: to wszystko to jest jedna rzecz. To drugie wynika z pierwszego, a trzecie z drugiego. Trzeba mieć trochę odwagi, żeby coś zrobić prze­ciwko. I tam, i tu robiłem to samo, zawsze przeciwko. Trzeba było przekonać ludzi, żeby z tobą szli. I udało się. Ale ja też popełniałem błędy.



Jakie?

Nie doceniłem możliwości człowieka. Przesadziłem.



Wtedy, w powstaniu?

Daj mi spokój, o powstaniu to ty nic nie rozumiesz.



Czy ktoś z nas, ktoś, kto tam nie był, może zrozumieć?

Czasem ci, którzy nie zadają pytań, a tylko słuchają, rozumieją. A ty chcesz wiedzieć więcej. A więcej nie można wiedzieć. Bo to nie jest tak, że ty chcesz coś wiedzieć, to ja ci mam powiedzieć. Ja w ogóle nie chcę już nic powiedzieć. Ja nie jestem w stanie i nie chcę mówić o wszystkim.

Pytanie jednak dotyczy tych spraw, o których godzisz się mówić, a ja, inni, krążymy wokół sedna rzeczy i ciągle jeste­śmy tak samo daleko.

Wiesz, gdybyś była moją kochanką, i w łóżku byś leżała, i słuchała, co ja mówię - może byłoby inaczej. Bo żeby coś wiedzieć, trzeba być bardzo związanym z człowiekiem. A ty jesteś dziennikarzem, który się chce czegoś dowiedzieć od obrzydliwego Żyda.

Rozmawiasz z dziesiątkami dziennikarzy...

No i oni się niczego nie dowiedzieli.

Czemu z nami wszystkimi rozmawiasz? Czemu ciągle odpo­wiadasz na te same pytania?

A co mi szkodzi?! Siedzi tu jakaś baba albo chłop i gada, gada, gada. A ja? Ja ich nie oszukuję. Czyja cię oszukałem?

Zastanawiam się, dlaczego naprawdę to robisz?

Zobacz, jaki jestem przystępny. Ja mówię tak, że wszyscy my że rozumieją.

A ty mówisz półprawdy?

Nie, całą prawdę, tylko nie do końca. Nie możesz wszystkie wiedzieć. I ty, i oni. I ja do nikogo nie mam żadnych preter Nie można obcemu człowiekowi tego wszystkiego opowiedz

To nie jest chyba tylko kwestia obcości i bliskości, ale też i czasu. Ja jestem ze świata 50 lat później...

To jest jedno i drugie.

Powiedz, Marku, czy Ty w tych pogettowych latach spotki łeś kogoś, kto nie był tam i...

...tak, tak, tak...

...i nie przeżył tego, co Ty...

...tak, tak, tak...

...a jednak kontakt był 100%...

...tak, tak, tak...

...i nie było żadnych barier.

No, tak! Śliczna dziewczyna. I namiętna, we wszystkim pasjonatka. Ona mnie pchała, bo mnie się nie chciało, zaangażowanie. Zaangażowanie całym życiem. A ty nie jesteś zaangażowana. Ty chcesz książkę napisać. Rozum co mówię?

Trochę tak, ale nie do końca.

No właśnie. Bo trzeba umieć oddać całą wiarę w tego drugi I wtedy dzieją się rzeczy genialne.

Ty o miłości mówisz.

Nie, nie o miłości. Tak, o miłości. O różnych sprawach mó Nie tylko o getcie. O wszystkim. Trzeba umieć wskoczyć jeszcze raz na dach. Zawsze. Gdyby nie ona i jeszcze dwie dziewczyny to ja bym tego wszystkiego nie zrobił. One mnie pchały: dalej, dalej! One potrafiły tak jak ja myśleć o życiu innego człowieka Leży ci tu facet i umiera. One chcą go ratować. Ale trzeba się zaangażować. A zaangażować się - to jest ryzyko. Ryz którego takie 25-letnie dziewczyny nie umieją podjąć. Potrzebowałyby pistoletów. Ja się nie balem zaangażowania, a one to podchwyciły. I za rok, pół roku były takie same. I już byliśmy razem. Bo to wszystko to jest to samo. Ten jeden dzisiaj, to jest te 400 tysięcy wtedy. A ty nie jesteś w stanie w to wszystko wejść, we mnie wejść. Bo nie chcesz.

Rzeczywiście, nie jestem w stanie. Jesteś już bardzo zmęczony?

Nie. Mogę umrzeć...



Rozmawiała Anka Grupińska


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość