Strona główna

Pamiętnik mojego taty Aleksandra Wojtasa ur. 18. 11. 1924r. ♦ Część I


Pobieranie 89.15 Kb.
Data18.06.2016
Rozmiar89.15 Kb.
Pamiętnik mojego taty Aleksandra Wojtasa ur. 18.11.1924r. ♦
Część I
Po I wojnie światowej życie nieco się ustabilizowało i nastał spokój, lecz nie cieszyliśmy się nim zbyt długo. Wprowadzono okres międzywojenny. Mój tata podczas I wojny światowej walczył w wojsku austriackim przeciw Rosji. Trafił wtedy do niewoli wroga, pozostawiając żonę z półtora roczną córeczką oraz całym gospodarstwem rolnym. Mamie było bardzo ciężko pogodzić wszystkie obowiązki związane z prowadzeniem całego inwentarza i rodziny.

Tata jednak trafił w dobre ręce rosyjskiego rolnika, Hadziaja. Było to w południowej Ukrainie w okolicach miasta Odessy. Ziemie tamtego regionu były bardzo urodzajne. Uprawiano na nich tylko pszenicę, której nawet nie nawożono żadnym obornikiem ani nawozami, a pomimo tego żniwa zawsze dawały obfite owoce pracy rąk ludzkich.

Po 4 latach niewoli tata powrócił do domu cały i zdrowy. Byliśmy znowu w komplecie jak dawniej.

W latach 20, nasza rodzinka zaczęła się powiększać i w niedługim czasie liczyła sobie już 5 rodzeństwa, tj.: 3 braci i 2 siostry, z których jedna zmarła w siódmym roku życia. Było nam dobrze, choć czasem doskwierał głód i dokuczała bieda. Mimo to fakt, że jesteśmy razem dawał nam poczucie bezpieczeństwa i ucieczki przez złym światem. Tata był aktywnym członkiem Stronnictwa Ludowego (SL powstałe w 1931 roku; domagało się przywrócenia rządów demokratycznych i reformy rolnej bez odszkodowania oraz uspołecznienia niektórych gałęzi gospodarki narodowej. Organizowało zjazdy, demonstracje i strajki chłopskie; gł. Działacze: W. Witos, M. Rataj, W. Kiernik, K. Bagiński). Uczestniczył w wielu zebraniach tej partii. Członkowie SL jeździli na nie furmankami, które ciągnęły konie. Pamiętam jak tata opowiedział mi o jednym takim wiecu w Wierzchosławicach, rodzinnej wsi Wincentego Witosa. Pojawili się na nim jacyś konfidenci, którzy rozpoczęli strzelaninę. Na szczęście nikomu nic się nie stało, ale całe zrzeszenie zostało rozgromione. Powstał wielki popłoch i każdy z obecnych uciekał w swoją stronę. Brzmi zabawnie, ale ówcześnie było to wydarzenie niecodzienne i bardzo niebezpieczne.

Mając niespełna 15 lat obserwowałem jak świat się zmienia i rozpoczyna się piekło wojny. Nie wiedziałem wtedy jak życie doświadczy mnie w następnych dniach. Znałem wojnę z opowieści ojca i innych weteranów I wojny światowej, ale nigdy nie przypuszczałem, że mogę doświadczyć ją na własnej skórze. Nie przypuszczałem wtedy, że będę ocierał się o śmierć z każdym rankiem. Co najgorsze nie myślałem wtedy, iż będę musiał opuścić miejsce najdroższe memu sercu to jest mój dom rodzinny.

Tak, więc wojna dawała o sobie znać. Niemcy gnębili naród Polski na wszelkie możliwe sposoby. Konfiskowali zwierzęta, bez których gospodarstwo praktycznie nie mogło funkcjonować. Trzeba podkreślić, że rolnictwo przed wojną odgrywało kluczową rolę w codziennym życiu. Ziemia była główną „chlebodawczynią" dla jej mieszkańców. Uprawiając ją człowiek mógł wyżywić bliskich i normalnie funkcjonować. Natomiast niemieccy żołnierze zostawiali po jednej sztuce bydła, głównie krowę i nie obchodziło ich jak ten biedny gospodarz (bez inwentarza) przeżyje następne doby. Widocznie uważając ten gest za dość hojny w stosunku do właścicieli gospodarstw, zażądali kontyngentu w postaci wyznaczonych ilości mleka, które należało im oddawać. (Kontyngent - określona ilość pewnej wielkości, np. kontyngent wojska, kontyngent dostaw na rzecz państwa; dostawy te mają charakter przymusowy, często nie są w pełni odpłatne).Do dziś nie wiem jak udawało nam się nie umrzeć z głodu. To z pewnością wielka zasługa moich kochanych rodziców, ich miłości, którą wypełniali puste miejsca w żołądku.

Teraz dopiero nadeszły ciężkie czasy. Ludzie nie mieli, czym uprawiać pól, bo Niemcy zabierali wszelkie narzędzia lub złośliwie je niszczyli. Czasem zdesperowani rolnicy zaprzęgali krowy zamiast koni i uprawiali leżące odłogiem pola rolne. Cała praca wydawała się bezużyteczna, ponieważ nie wolno było mleć zboża. Kamienie do żaren zostały podobnie jak zwierzęta skonfiskowane przez patrole niemieckie bądź też po prostu zniszczone.

W tych czasach niepewnego jutra nawet ludzie, którzy byli w dobrych stosunkach z najeźdźcą nie spali spokojnie. Nasz sołtys był w takim położeniu. Bojąc się niemieckich żołnierzy wolał pozostać z nimi w dobrych kontaktach, ale i jego nie oszczędzili.. Nie miał też łatwego życia przez ten przywilej. Wręcz przeciwnie. Niemcy posługiwali się jego osobą, aby wykonywać liczne rozkazy ze sztabu. Wyszło rozporządzenie dotyczące przymusowych robót. Sołtys miał wydelegować wyznaczoną liczbę osób - był to tzw.„kontyngent ludzi". Wiadomość o liście rozniosła się szybko po wsi. Osoby wymienione na liście zaczęły się ukrywać w piwnicach, na strychach i tym podobnych miejscach. Wielokrotnie doprowadzali się do ciężkiego stanu zdrowotnego, chorowali, zaziębiali się, marzli i umierali.

Byli także i tacy, którzy aby ochronić swoich bliskich przed możliwością wysłania na roboty, urządzali łapanki na ofiary z listy. Wiedzieli dobrze, że jeżeli dana osoba z listy nie zjawi się, ktoś inny będzie musiał zająć jej miejsce. Robili, więc wszystko, aby tymi, którzy wypełniliby luki w liście nie byli ich najbliżsi. Trudno oceniać ludzi w takim momencie. Tu kończy się granica pomiędzy tym, co powinno się zrobić a co należy. Zaczynała się tworzyć specyficzna atmosfera. Można nawet użyć słów „zezwierzęcenia". -Zabijać, aby żyć; po trupach do celu. Te hasła odzwierciedlają uczucia ludzkie. Każdy zaspokaja własne potrzeby chroni własną skórę. To okropne, że wojna doprowadza narody do takiego stanu.

Wydarzenia te nie oszczędziły i mojej rodziny. Siostra wyszła za mąż i wyprowadziła się z domu. Starszy brat w lipcu 1942 roku został wyznaczony do przymusowych robót. Wiedząc, że nic na to nie poradzi był przygotowany do wyprawy, tak jakby można było się na coś takiego przygotować. Nie tracił jednak wiary i nawet w tak ciężkiej sytuacji, w której się znalazł potrafił pomóc kuzynce. Mąż tej kuzynki pracował w Niemczech, został złapany w czasie jednej z łapanek i wywieziony tam do pracy u „baora". Kuzynka bardzo chciała żeby powrócił, prawdopodobnie spodziewała się dziecka, a poza tym nie mogła poradzić sobie z prowadzeniem gospodarstwa. Jedynym wyjściem z tej sytuacji było znalezienie kogoś na miejsce jej męża. Tym kimś był mój brat. Pojechał na wskazany adres i o dziwo udało się dokonać podmiany.

Mąż kuzynki powrócił do niej. Niemieccy żołnierze nie wierzyli, że brat jest rzeczywiście tam, gdzie powinien jak zapewniała kuzynka i cała rodzina. Na pewien czas, dopóki nie nadeszło potwierdzenie z samych ziem niemieckich mój tata został uwięziony w areszcie. Więzienie to znajdowało się w naszej miejscowości Zakliczyn. Był tam około jednego tygodnia do czasu nadejścia odpowiedniego dokumentu potwierdzającego stanowisko brata. Nie był mino wszystko sam. Mama codziennie była w tym areszcie. Przynosiła posiłki ojcu i dbała o niego jak mogła. Podziwiam jej odważną postawę i miłość. Właśnie w takich ekstremalnych momentach życia ludzie mogą sprawdzić, na co ich stać. Do czego mogą się posunąć w chwilach zagrożenia, uciemiężenia i głodu. Czy mogą liczyć na przyjaciół, rodzinę, żonę czy męża. Moja mama zdała ten egzamin bardzo dobrze. Tatę zwolniono do domu po tym jak przysłano awizo z Niemiec.

Szkoła ♦
Przyjemnie wspominam lata szkolne. Były beztroskie i wesołe wśród rówieśników. Jak każde dziecko spokojnie patrzyłem w przyszłość, ponieważ wiedziałem, że o wszystko zadbają moi rodzice. Teraz, gdy spoglądam w przeszłość i przypominam sobie moich kolegów z ławy szkolnej, tych, którzy już nie żyją, ciągle wierzę, iż to, co nam wpojono w okresie dorastania i to nasze poświęcenie w późniejszym okresie życia, kiedy tak bliskie sercu idee patriotyczne uaktywniły się, nie poszło na marne.

Głęboko w sercu mam nauczyciela, a zarazem dyrektora mojej dawnej szkoły Ignacego Dąbrowskiego. Był dla młodych ludzi, których kształcił wielkim mentorem, patriotą. Tę miłość do Polski przelewał na młodych, chciał zakorzenić im mocno uczucie do wolności. Dużą wagę przywiązywał do historii. Starał się uświadomić nas o pięknej przeszłości ojczyzny polskiej. Sam doświadczył niewoli przed I wojną światową. Prowadząc lekcje zawsze potępiał zabór rosyjski. Wspominał nieludzkie nadużycia caratu (ustrój w dawnej Rosji), wywożenia ludzi na Sybir, aby zaludnić puste i nieurodzajne tajgi mocarstwa rosyjskiego. Transporty te pochłaniały wiele ofiar. Ludzie skazani na takie wygnanie marzli w czasie drogi na Syberię. Nikt nie przejmował się ich zwłokami. Wyrzucano je w śnieg a reszta szła dalej. Okrutna rzeczywistość cierpienia i śmierci. Jak bezwartościowe okazywało się istnienie człowieka. Jedynym celem było życie, ale jak żyć widząc te wszystkie twarze wciąż jeszcze ciepłe, a mino to opuszczone przez duszę?

Pan profesor był gorliwym lektorem. Wspominał jak naród się buntował. Jak organizowano różne zrywy, powstania chociażby styczniowe (1863r.) czy listopadowe (1830 -1831 r.). Postawił na nas, abyśmy zachowali historię i nie zapominali o tych, którzy walczyli i umierali dla Polski. Myślę, że wiedział, iż to nie koniec zmagań ojczyzny o wolność i niepodległość. Czekała nas jeszcze długa droga, a on zapalił w nas płomyczek obywatelskiej postawy - czynnej. Profesor czytał nam liczne lektury pism patriotycznych oraz literackie pisane wierszem utwory. Uczyliśmy się ich na pamięć. Towarzyszyły mi przez wszystkie lata i wciąż są częścią mojej własnej historii:

„Powstanie styczniowe"
Dzieci! Był taki rok, rok 63,

Gdzie garść Polaków pełna mocy męstwa

Silna nie liczbą, ale wolą ducha.

Chciała powalić olbrzyma północy,

Zerwać kajdany niewoli łańcucha.

Śnieżył się styczeń,

Poszli niepomni przestrogi obliczeń.

Poszli, by walczyć najgodniej, najprościej.

Życie położyć przy budowie dzieła,

Które się zwało wskrzeszeniem wolności,

I krzyknąć światu.- Polska nie zginęła!

Lasy ich kryły a potem okryły ich ciemne mogiły.

Lochy kazamat pełne mocy kiru,

Dnie męki, męki krwawej i poczucie klęski.

Tajgi śnieżyste i lody Sybiru.

Lecz w sercach nie zgasł znicz Polski zwycięskiej.

Dzieci! Był taki rok, rok 63
„List z Sybiru"
Mamo, piszę do Ciebie ten list

Czy go czytać będziesz nie wiem,

czy dojdzie nie wiem...

Chciałbym się spytać kwiatka

jak się to u nas wróży listków rwaniem,

Ale kwiatki umarły pod śniegu posłaniem

I o losie mej kartki żaden mi nie powie.

Mamo, jak to okropnie, gdy słowo po słowie

kładę serce swe, duszę, całego siebie.

I nie wiem czy ja, chociaż powrócę do Ciebie...

Mamo, jak to już dawno...

Jak dawno się zdaje gdym Cię żegnał...

Ta chwila jak we mgle mi staje.

Przed okiem zapatrzonym tam ku naszej stronie

widzę twoje rozpaczanie wyciągnięte dłonie

Widzę ruch ten, gdy chciałaś z żalu obłąkana,

Przed potworem dymiącym runąć na kolana

I ten wieczór i słońce gasnące szkarłatnie

Jękiem rwie mi serce -„pamiętaj”- ostatnie...

„Pamiętaj o Mamo"- ile w tym jednym wyrazie jest męki...

Gdyby chciał wyryć słowo to na głazie i kazać mu pamiętać,

Z żalu głaz by spękał...

Nie ma dnia, nie ma nocy

Bym we łzach nie klękał powtarzając -„pamiętaj"

- straszne jak przekleństwo.

O Mamo,


Jeśli chciałaś dać błogosławieństwo

bym żyjąc i konając nie cierpiał ogromnie,

To było mnie pożegnać wołając -„zapomnij”...

Piszę rankiem, śnieg zawiał w okienka mej chaty,

W izbie mroźno i szaro,

Jakiś gość skrzydlaty przed zimnem do lepianki schronił się i ćwierka,

Ja piszę a ptaszyna spod pułapu zerka,

I widzi jak na papier ciężka łza mi kapie.

Sople wiszą lodowe u ścian na okapie,

I stary mój kożuszek srebrzy się od szronu.

Jak głucho, bicie serca słychać jak głos dzwonu.

Co tu robię?

Jak żyję?... nie wiem jak nakreślić,

Że patrzę... nie chcę widzieć, Myślę... nie chce myśleć.

Że pomiędzy tym wszystkim, co mnie tu otacza a mną,

Jest dusza moja, która przeinacza rzeczywistość

I sprawia, że złudzony snami chodzę

z niewidomymi jak ślepiec oczami.

I tak dzień po dniu przeżywam, i chwilka za chwilką,

I to mam wewnątrz siebie i tak trwam tym tylko...

Ludzie nie są źli tutaj, jest w nich jakaś szczera litość.

Nieraz chłop prosty tak na mnie spoziera,

Jak ja patrzyłem niegdyś na pisklę bezdomne

Nieraz, gdy wyjdę na śniegi ogromne zakrwawione

od zorzy polarnego nieba

Na progu pieniądz złoty,

albo krążek chleba położy jakaś dobra,

niewidoma ręka Jem chleb ten, gdy piszę i serce mi pęka.

O Mamo, jak mi tęskno...

Śnię, co noc prawie żem w kraju

Nasz pokoik widzę jak na jawie Staśku

siedzi na krześle z pałasikiem w ręku.

Ty Mamo, jak to zwykle szyjesz przy okienku.

A w kącie ja i Zosia gwarzymy oboje...

Budzę się, ale oczu otworzyć się boję

I chciałbym usnąć jeszcze by ujrzeć to samo,

Jaki to żal okropny... jaki to żal Mamo.

Mamo, napisz mi wszystko

Czy tak samo z rana gra sygnaturka u Świętego Jana?

Czy tak samo pod Zamkiem pluska Wisły fala?

Czy słońce zawsze najpierw płomienie zapala

na kolumnie Zygmunta wprost naszego domu?

Czy pieśń z Fary jak echo dalekiego gromu

bijąc w niebo milczące brzmi po staroświecku?

Pytam jak dziecko małe odpowiedz jak dziecko...

Mamo, powiedz Zosi niechaj pamięta,

powiedz ze ja o to prosi umarły

Niech zapomni i niech mi przebaczy...

Żem prócz niej kochał kogoś bardziej... choć inaczej.

Stasia ucałuj Mamo, mów mu często o mnie,

Choćbyś go miała zasmucić ogromnie.

Te duszyczkę tak jasna, te jego oczęta...

Zosia niechaj zapomni, lecz on niech pamięta.

Mamo, bądź zdrowa Mamo,

Niech Boża opieka czuwa nad wami.

Pozdrów każdego człowieka,

Mów każdemu wszystkim wszystko,

Pozdrów jak od brata, bo ja do was pisze jak z tamtego świata...

Bo ja do was nie wrócę...

A jakie wrą wojny w mym sercu chciałbym zwalczyć,

chciałbym być spokojny,

Ale kiedy pomyśle... nigdy, nigdy! O Mamo...


Te wiersze utkwiły mi w pamięci. Do dziś recytuje je moim wnukom i o dziwo nie zapomniałem żadnej zwrotki pomimo moich 80 lat.

Ignacy Dąbrowski organizował także rożne akademie, gdzie jego uczniowie występowali inscenizując dawne opowieści i recytując literaturę na forum. Mój starszy brat Władysław dostał dość ważna role w jednym z takich przedstawień. Była to wierszem pisana historia o niepodległości Polski. Tekst nie był prosty i krotki, ale kiedy on uczył się roli ja również przysłuchiwałem się, chcąc zapamiętać jak najwięcej:

„Racławickie zgasły kosy,

Racławickie ucichły pola,

Prześniły się dnie potęgi.

Przyszła ciemna noc „Niewola".

Lecz tej nocy błysła zorza na zachodzie rozpalona.

Od piramid hen przez morza brzmiało imię Napoleona (...)"

I dalej było tak:

„I ożyły znowu serca, gdy radosna pieśń wionęła

Marsz Dąbrowski z ziemi włoskiej

Jeszcze Polska nie zginęła

Przeszedł Grochów, Wawer, Stoczek Ostrołęka

Przegrana na mogiłach żal przyklęka,

krwawi smutnych wspomnień rana"

To fragment, który wyjątkowo zapamiętałem.

Myślę, że mówi sam za siebie.

Skończyły się lata szkolne i

1 września 1939 roku wybuchła II wojna światowa.

Agresorem były Niemcy.

Napadli na Polskę niespodziewanie rozpoczynając walki trwające 5 lat.
Niewola♦
W listopadzie 1942 roku ukończyłem 18 lat. Należałem do bałdystu. Miałem pracować w Polsce wraz z sześcioma kolegami z mojej wsi Dzierżaniny. Niestety okazało się zupełnie inaczej. W dniu 4 grudnia 1942 roku załadowano nas jak zwierzęta na starą furmankę, którą dotarliśmy do Brzeska. Warunki noclegowe były prawie żadne. Przenocowano nas w jakiejś piwnicy. Nie pamiętam dokładnie gdzie, ponieważ mrok i późne godziny nie pozawalały zorientować się dobrze w terenie. Nie było to jednak tak ważne, gdyż bardzo wcześnie następnego dnia musieliśmy odmaszerować na stację kolejową. Teraz zmuszałem się, aby zasnąć, ale jak? Bezlitosne zimno i brak odpowiednich podstawowych mebli do spędzenia nocy to nie jedyny powód, który nie pozwalał spokojnie pogrążyć się w śnie. Przede wszystkim miałem przed oczami widok mojej matki, domu. Myśli tłoczyły się wciąż na nowo. Nie wiedziałem, dokąd idziemy i czy jeszcze kiedykolwiek będę mógł zobaczyć wszystko, co do tej pory było tak bliskie mojemu sercu. Tu rozpoczynała się dla mnie ważna lekcja. Ktoś kiedyś powiedział, że tyle wiemy o sobie na ile nas sprawdzono. Ja dopiero rozpoczynałem sprawdzanie samego siebie, i poznawanie, jakim jestem człowiekiem.

Rano zaprowadzono mnie wraz z pozostałą piątką na stację kolejową, skąd dotarliśmy do Krakowa. Nikt nic nie mówił, ale większość pasażerów tego pociągu przeczuwała najgorsze. Wewnętrzny głos podpowiadał każdemu z osobna, że jesteśmy wywożeni do III Rzeszy do przymusowej pracy, ale nikt nie ośmielił się wypowiedzieć tych słów na głos.

Będąc w Krakowie zostaliśmy zamknięci w żydowskiej szkole. Było tam mnóstwo ludzi niewiadomego pochodzenia (głównie z łapanek). Nie mogę wciąż zapomnieć tej wizji ludzkiego płaczu, rozpaczy pomieszanej z brudem i smrodem fekaliów, które tarzały się po całym pomieszczeniu i korytarzach. Co więcej pomieszczenie to było dosyć małe jak na taką ilość istnień. Nie było wyposażenia tylko słoma, która i tak leżała tu od ściśle nieokreślonego czasu i powinna być dawno zmieniona. I znowu nasuwa się porównanie do zwierząt, bo przecież zwierzętom zmienia się słomę prawie codziennie - każdy, kto kiedykolwiek parał się rolnictwem wie o tym dobrze i potrafi ocenić tę sytuację.

Przebywając w żydowskiej szkole miałem ze sobą małą walizeczkę, którą taszczyłem od samego początku tej tułaczki. Prawie o niej zapomniałem, ale głód przypomniał mi o niej i o jej zawartości. Były w niej bochenki chlebów, które moja rodzicielka zapakowała mi przed podróżą. Tak, więc postanowiłem skorzystać z jej zawartości, aby nieco się posilić. Me było to jednak tak proste jakby się mogło wydawać. Wokoło ciasno, tłoczno. Wygłodniałe masy ludzi, którzy od dłuższego okresu nie widzieli żadnego pokarmu. Cóż mogłem zrobić -oczywiście podzieliłem się w miarę moich skromnych możliwości z tymi, którzy wyciągając ręce podchodzili do mnie z błagalnym spojrzeniem w oczach. Rozdałem prawie wszystko, co posiadałem zostając z kawałkiem pieczywa dla samego siebie. Przecież nie potrafiłbym odmówić głodnemu - Pan Jezus powiedział - "byłem głodny, nie nakarmiliście mnie".

Te 9 dni, jakie tam spędziłem stawały się wiecznością i dały mi wiele do myślenia. Zmieniłem się na chwile w obserwatora. Obserwowałem zachowania i relacje ludzi między sobą. To było straszne widzieć jak jeden ze współwięźniów bije innego za kawałek czegoś, co mogło przypominać coś do jedzenia. W takich chwilach uciekałem myślami do rodziny, do bliskich, co wcale nie zmniejszało strachu i bólu, który rodził się w moim młodym sercu.

Codziennie odchodziły transporty. Odczytywano nazwiska z listy i wywożono w niewiadomym kierunku. Ja i moi kompanii (m.in. Staszek Pociecha, Jan Baca) wyczekiwaliśmy z obawą, co dalej z nami będzie. Wreszcie po 9-ciu dniach doczekaliśmy się „zaszczytu" obecności wśród nazwisk na jednej z list. Wystąpiliśmy na dziedziniec czwórkami. Każda taka czwórka dostała po bochenku chleba i około pół pęta kiełbasy. Następnie z całym tym ekwipunkiem wymaszerowaliśmy pod eskortą żołnierzy niemieckich na dworzec kolejowy w Krakowie. Czuliśmy tylko, że czeka nas jeszcze długa droga.

Na stacji pociąg z wagonami osobowymi był już podstawiony. Cała podróż trwała dwie doby. Warunki okazały się dość znośne, choć było tłocznie. Po dotarciu na stację dowiedziałem się, że jesteśmy w mieście Frankfurt nad Menem. Nigdy wcześniej nie bywałem za granicą, ale nie powiem, iż okoliczności, w jakich się tu znalazłem były przyjemne. Po wyjściu z pociągu i opuszczeniu stacji zabrano nas do obozu, gdzie przebywaliśmy - leżąc na deskach - następnych pięć dni. Obóz przypominał trochę poprzednie miejsce naszej niewoli, ale nie będę zagłębiał się w szczegóły.

Następny transport zabrał nas tym razem do obozu Pirsmasen Nord otoczonego górami. Tam zabawiliśmy już znacznie dłużej. Jedzenia wciąż brakowało a Niemcy nie kwapili się o to by zaspokoić nasz głód. Dlatego sami dbaliśmy o nasz wikt. Koledzy często chodzili do tubylców kraść brukiew, która była naszym głównym posiłkiem. Nie zdobywali jej w łatwy sposób. Zazwyczaj, kiedy zapadał mrok, ukradkiem żeby żaden z niemieckich żołnierzy nie zauważył, wtedy wymykali się z obozu, przecinali druty i kradli z rolniczych dołów liczne zapasy m.in. buraków. Wegetowaliśmy tak około tygodnia, do czasu, gdy postanowiono wznowić naszą tułaczkę. Tym razem już nie wspólnie. Rozdzielono naszą szóstkę. Tylko czworo z nas pojechało do Francji, w tym również ja, a reszta została w obozie. Było nam ciężko. Przecież od początku tej wojny trwaliśmy razem i nadal chcieliśmy, aby tak było. Niestety nic nie mogliśmy zrobić.

23 grudnia 1942 roku w Święto Bożego Narodzenia przed samą Wigilią dotarliśmy w sile 136 mężczyzn do Francji. Doprowadzono nas do obozu pracy w Jarny około północy. Miejsce obozu było otoczone drutem kolczastym. Pilnowane i zarządzane przez strażników, dobieranych przez Niemców pod kierownictwem szefa obozu, Polaka, starającego się o obywatelstwo niemieckie.

Każdy nowo przybyły dostał wykuty na blaszce numer identyfikacyjny, który od tej pory był wszystkim, co musiał wiedzieć. Mnie przypisano numer 217 z 276 możliwych. Nie było imion, nazwisk, człowiek przestawał się liczyć, a raczej jego tożsamość. To zupełnie jak drobna oznakowana część wielkiej maszyny zwanej III Rzeszą.

Umieszczono nas na kwaterze w kopalni w tzw. Salle de fete (w czasie pokoju we Francji były to sale, gdzie urządzano przyjęcia, zabawy; świetlica) znajdowały się trzypiętrowe prymitywne łóżka, gdzie robotnicy z kopalni odpoczywali -ja zajmowałem to na samej górze. Posililiśmy się czymś mało apetycznym i poszliśmy spać. Już następnego dnia połowa więźniów wyruszyła do kopalni Droitaumont na pierwszą zmianę na godzinę 6:00. Była to kopalnia rudy żelaza. Ja wraz z grupą, do której mnie przydzielono poszedłem do kopalni na godzinę 16.00. Praca okazała się bardzo ciężka i brudna. Ładowaliśmy łopatami kawałki rud do wózków. Zmuszano nas do wykonywania norm produkcyjnych ustalonych przez niemiecką służbę nadzoru kopalni. Było to 8 wózków na osobę dziennie. Mój strój nie był zbyt profesjonalnie wyposażony. Tak naprawdę to chodziliśmy w łachmanach, które nie dawały ciepła w okresie zimy. Nawet nasze kwatery nie były ogrzewane. Zdarzały się nawet przypadki - choć to nic nadzwyczajnego w takich warunkach - częstego występowania wszy. Pracowałem przy robotach wydobywczych rudy żelaza.

Po wykonanej pracy dostawaliśmy odpowiednie wynagrodzenie w postaci 60 dekagramów chleba na dzień. Jeżeli ktoś nie wykonał normy zostawał na drugą zmianę -dodatkowe 8 godzin - nie otrzymywał posiłku i był maltretowany. Wszyscy wiedzieli o codziennym brutalnym zachowaniu w stosunku do deportowanych Polaków przez wspomnianego szefa obozu, ale nit nic nie mógł zrobić. Takie były niepisane prawa najeźdźcy.

Pracując w kopalni ze względu na mój mały wzrost i wątłość przydzielono mnie w końcu do pracy na jakiś czas z minerem, przy wysadzaniu rud dynamitem. Wierciliśmy dziury w skałach młotem pneumatycznym na głębokość ok. 2 metrów i wsadzaliśmy porcję środka wybuchowego rozsadzając blok skalny na mniejsze kamienie. Po skończonej zmianie wszyscy wyglądali tak samo, to znaczy byli czerwoni od pyłu. Na szczęście codziennie braliśmy prysznic przebierając się w stare rzeczy. I tak każdego dnia przez 20 miesięcy. Z wycieńczenia zmarło ok. 11 osób z mojej grupy.

10 czerwca 1944 roku zostałem wywieziony do miejscowości Łebach, wraz z innymi Polakami z obozu. Zajmowałem się zupełnie inną dziedziną niż górnictwo. Robiliśmy wylewki pod różnorodne maszyny w fabryce. Dowiedziałem się nieco później, że miała to być fabryka niemieckiej amunicji. Przepracowałem tam następne 3 miesiące mojego życia.

We wrześniu żołnierze III rzeszy zabrali nas na okopy. Naszym miejscem pobytu był stary strych, kryty dachówką betonową, która nie chroniła przed wiatrem. Aby umilić nam trochę pobyt wyścielano nam także niewielką ilość słomy - która nie była zmieniana przez cały nasz czas bytowania tam. Z tego, co po pewnym czasie zostało z tej słomy rodziły się wszy i pchły. Warunki dokuczały i nie można było praktycznie spać. Patrząc jednak z innej perspektywy trzeba było zdrzemnąć się, chociaż trochę, ponieważ wcześnie rano ok. 4 godziny następował wymarsz 7 km. do celu - pracy. Nasze buty miały drewniane podeszwy, co dodatkowo nie było komfortowe na tak daleką pieszą drogę do roboty, szczególnie w zimie, kiedy drogi były śliskie i oblodzone. Było nas 12 grup po 40 ludzi w każdej.

W zakres naszych obowiązków wchodziło kopanie rowów przeciwczołgowych. Nie pozwalano nam odpoczywać, a jeżeli już któryś się odważył odsapnąć na boku dostawał batem. Naszym jedynym odpoczynkiem mogły być momenty nalotów eskadry alianckich samolotów lub, gdy amerykańscy żołnierze strzelali serie pocisków armatnich. Wtedy to Niemcy chowali się do schronów, bunkrów. Do okopów chodziliśmy tylko bardzo wcześnie, kiedy jeszcze było ciemno i wracaliśmy także bardzo późno, gdy mrok już zapadł. Wszystko to, dlatego, że niemieccy żołnierze obawiali się, iż zostaną zauważeni przez samoloty amerykańskie. Nam nie zależało w tamtej chwili na życiu, było nam wszystko jedno czy teraz zginiemy czy pożyjemy jeszcze trochę w niewoli. Nie baliśmy się.

Jeżeli chodzi o żywność to dostawaliśmy 1 bochenek czarnego chleba na 10 osób oraz bryłkę margaryny o średnicy 2 cm.

Chleb smakował jak trociny, ale nikt nie narzekał. Do picia natomiast czarna kawa - w dodatku lura. Posiłek był tylko raz dziennie i to wieczorem, ponieważ rano nie było czasu na rozdzielanie pokarmu.

W takim trybie życia, które obracało się wyłącznie wokół pracy dla Rzeszy nikt nie myślał o higienie. Będąc w obozie 7 miesięcy nikt się nie kąpał. Jak można sobie wyobrazić było to świetne królestwo dla wesz i pcheł. Oceniając to z dzisiejszego punktu widzenia sam zastanawiam się jak mogłem wytrzymać coś tak nieludzkiego. Rasa „nadludzi" jak nazywali siebie Niemcy traktowali nas gorzej niż zwierzęta. Tylko Bóg i wiara w Niego ochraniała nas przed najgorszym. Dawała nam siłę i nadzieję, że okrucieństwo kiedyś się skończy.

16 marca 1945 roku alianci urządzili nalot - wielkie bombardowanie. Podobno ruszył front w Mecu, który utrzymywał się 7 miesięcy. To była wiadomość. Wśród niemieckich żołnierzy wybuchła panika. Około północy zwołali apel i rozkazali wyruszyć w głąb Niemiec. Z tego, co pamiętam byli przestraszeni, obawiali się bardzo - może po raz pierwszy, że ich obecność na ziemiach polskich nie jest jeszcze do końca przesądzona. Na rozkaz szefa obozu wszyscy mroźnym porankiem wyruszyliśmy błądząc w mroku i wśród niebezpiecznych pocisków padających w bliżej nieokreślonym celu. Ten „spacer" trwał do świtu. Dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, że zmierzamy do rzeki Ren, aby tam pracować przy okopach. Pokonaliśmy jakieś 16 kilometrów idąc przez ruiny zbombardowanego miasta Noinkirchem, wśród bijących ogniem piwnic, okien, pozostałości domów. Asfalt, po którym stąpaliśmy był gorący do tego stopnia, że parzył nas w stopy. Zaprowadzili nas do najbliższego lasu, bojąc się o swoje życie, naszym się zupełnie nie przejmowali. Przeczekaliśmy w tym lesie jeden dzień aż się ściemniło i ruszyliśmy w dalszą tułaczkę, uciekając z miejsc alianckich nalotów.

Dotarliśmy do miasta Saurlauten, gdzie podobnie jak dzień wcześniej plan był taki sam. Zaczekać do zmroku w lesie i ruszać dalej. Nasz obóz nie był tam sam. Również rozmaita ludność niemiecka uciekająca przed klęską wraz z całym dobytkiem i inwentarzem. Można powiedzieć pewnego typu tabor z wozami i końmi. Kiedy niemieccy żołnierze dali nam w końcu odpocząć, spojrzałem na człowieka, który posiadał dość dużą ilość bochenków chleba. Podszedłem, więc do niego nie mając nic do stracenia i poprosiłem o kawałek pieczywa. On jednak, ku mojemu zdziwieniu podał mi wiaderko i powiedział żebym napoił jego konia. Tak też zrobił, choć nie miałem pewności czy dostanę coś w zamian. Na szczęście człowiek ten okazał się być dobrym niemieckim obywatelem. Obdarował mnie bochenkiem chleba i trzema cebulami. Nie umknęło to oczom moich współtowarzyszy niedoli, więc podzieliłem się tym skromnym posiłkiem z nimi. Kiedy byliśmy już w stanie normalnie myśleć - najedzeni i wypoczęci, postanowiliśmy skończyć podróż tutaj. Nie iść dalej.

Decyzję podjęliśmy - ja i trzech moich kolegów. Ukryliśmy się dobrze w gęstwinie zarośli i siedzieliśmy w niej tak długo aż wszystko nie ucichło. Po pewnym czasie, gdy już było pewne, iż jesteśmy sami wyruszyliśmy własną drogą, choć podobnie jak wcześniej nie znając celu. Błądząc tak bez idei napotkaliśmy opuszczoną leśniczówkę. To było coś -rozgościliśmy się tam do rana. Jednak Bóg czuwał nad nami, bo kto wie gdzie byśmy wylądowali idąc ciągle w szeregach imigrującego obozu pracy. Dach nad głową i sen w leśniczówce dało nam namiastkę wolności.

Rano 19 marca przyjechali amerykanie ogłaszając przez megafony i trąbiąc hasła w różnych językach, że- kto chce żyć niech ucieka do francuskiej granicy, bo niemieckie oddziały mogą w każdej chwili się cofnąć. Po chwili, gdy dotarły do nas te niesamowite dźwięki opuściliśmy lokum i wyszliśmy sprzymierzeńcom na spotkanie. W szeregach alianckich wojsk było również wielu Polaków. To niesamowite móc znowu słyszeć i rozmawiać w ojczystym języku. To wzruszające chwile napawające optymizmem na przyszłe koleje losu. Częstowano nas herbatnikami, ciastkami, czekoladą, ale przede wszystkim zapałem walecznych serc. Nie jestem w stanie opisać tych wszystkich uczuć, jakie mną władały. Anonimowi walczący za naszą wolność żołnierze, nie znamy ich z imienia, czasem nawet nie wiemy jak wyglądają a mimo to poświęcają własne zdrowie i życie za drugiego człowieka, za masy ludzi. Podobnie jak święci. Nie można pozwolić by o nich kiedykolwiek zapomniano, bo ta głównie żyjemy w wolnym kraju.

Następnie wyruszyliśmy zgodnie z zaleceniami naszych zbawców w stronę francuskiej granicy.. Po drodze znajdowaliśmy mnóstwo tobołków, koni, pozostawionych przez uciekających. Nie zmarnowaliśmy okazji i zarekwirowaliśmy jednego z koni wraz z wózkiem, aby nasza wyprawa mogła nieco przyspieszyć. Siedząc na wozie miałem okazję obserwować, co dzieje się wokoło. Tłum istnień ludzkich zmierzał w tym samym kierunku, do bezpiecznej przystani. Matki z dziećmi, starszych i młodszych, kalekich. Ciągnęli wozy z pozostałością tego, co kiedyś zwało się ich domem. Powiedziano nam jeszcze, że przez trzy dni z Niemcami możemy robić, co nam się tylko podoba. Grabić, bić, nawet dopuszczać się zbrodni za doznane krzywdy. Nie ma żadnych ograniczeń. Nie wiem jak inni, ale ja i moi koledzy nie zamierzaliśmy wykorzystywać tego przyzwolenia. Po drodze napotkaliśmy niemieckie gospodarstwo, od którego zażądaliśmy posiłku i gościny, bo w przeciwnym wypadku splądrujemy ich mienie. Nie sprawiali kłopotów, chociaż byli przerażeni, podali mam posiłek składający się z kromek chleba z masłem i kawy białego zabarwienia. Ze względu na nasze przywileje mogliśmy robić, co nam się podobało. Mogliśmy wygonić z domu tych gospodarzy i sami spać w ciepłych łóżkach, ale nie. Byliśmy brudni, a niektórzy nawet zawszeni, dlatego postanowiliśmy spędzić noc w stodole na sianie. Jeszcze pamiętam ten niepowtarzalny i tak mi bliski zapach świeżego siana. To była jedna z nocy, którą wreszcie spałem spokojnie. Rano zjedliśmy, co przygotowała gospodyni i wyruszyliśmy w drogę.

Jadąc wozem dotarcie do opuszczonego obozu niemieckiego zajęło nam o wiele mniej czasu niż pieszo. Było coś ok. 30 kilometrów, kiedy zauważyliśmy żołnierzy amerykańskich, którzy kierowali nas do konkretnego miejsca. Wchodząc do obozu porzuciliśmy naszą tymczasową furmankę. Zastaliśmy to miejsce przepełnione masami ludzi, którzy schronili się tu uciekając do granicy. Spędziliśmy w obozie jedną noc, a następnego ranka załadowano nas na samochody i przewieziono znów do miejscowości, z której tak niedawno wyruszyliśmy- ja i moi koledzy. Tam zajmowaliśmy się okopami. Amerykanie posilali nas w miarę możliwości mimo tego, iż sami nie posiadali dużo, żeby tylko przetrwać. Me było znowu tak źle. Kwiecień, piękna pogoda. W pewnych chwilach opalaliśmy się także wszyscy nad rzeką. Gdy miesiąc kwiecień dobiegał końca zaproponowano nam - kto chciał- wcielenie do Kompanii Wartowniczej. Pomyślałem, że może i ja się zgłoszę. I tak też zrobiłem. Wszystkich chętnych zaopatrzono w mundur amerykański, broń i załadowano na niezadaszone ciężarówki, gdzie 70 osób stało na baczność zważywszy na brak miejsca i za dużą liczbę pasażerów. Droga wiodła od Lebach do Reims ok. 1000 km. Na miejscu we Francji była dla nas postawione namioty. Spędzaliśmy w nich noce, a w dzień szkolono nas, żebyśmy nauczyli się posługiwać bronią. Takie szkolenie zajęło tydzień. Dbano również o nasz wikt. Codziennie jajecznica, bardzo biały chleb z dodatkiem rodzynek. Niesamowicie smaczne.

Amerykańscy żołnierze wyjechali praktycznie wszyscy. Został tylko jeden, murzyn, który objął całe dowództwo naszego obozu. Poza tym cała gromada polskich wojaków. Naszym zadaniem był dozór nad innych nieco dalej wysuniętym obozem, w którym


umieszczeni byli niemieccy żołnierze. Spędziliśmy na tej służbie 20 miesięcy: od 1 maja 1945r. do 1 grudnia 1946roku.. Segregowali ubrania amerykańskie, płaszcze, mundury, koszule. Powstał umowny handel wymienny. Z czasem, kiedy już cała ta sytuacja zaczęła się stawać codziennością, niewolnicy wrogiej narodowości zaczęli przerzucać nam ubrania w zamian za drobnostki np. papierosy. Co później z tym robiliśmy? - Szło się do miasta i
sprzedawało za kila drobnych franków. Całkiem nie mały zarobek. Za część pieniędzy zdobytych w ten sposób nabyłem garnitur szyty na miarę u krawca. Był brązowy w paski. Następnie kupiłem płaszcz. Więc wróciłem do kraju w pełni elegancji.

Pod koniec listopada obóz zaczął się rozpadać. Niemców wypuszczano do ich kraju, a nas zachęcano do powrotu do Polski. Rzeczywiście, skoro tak się sprawy miały, to nasza rola jako służbistów już się skończyła, byliśmy bez pracy. Nadeszła pora by wracać do domu. Zachęcały do tego także gazety, w których widniały hasła -Wracajcie do Polski, bo pracy jest dużo, dobre zarobki. Prawda była zupełnie inna. W całym kraju panowała bieda. Wprowadzono żywność na kartki (we Francji także).

Dostałem dyplom odbycia służby na zakończenie mojej pracy. Wracaliśmy pociągami z konwojem amerykańskim. Podróż trwała 11 dni. Miejscem docelowym była miejscowość Dziedzice - tzw. punkt zbiorczy. Tam nas zameldowano, dano bilety. Później podróżowałem już sam. Dojechałem pociągiem do Słotwiny. Pisałem wcześniej do rodziny, do szwagra czy mógłby wyjechać po mnie na stację bryczką. Podałem datę szczegóły. Jednak, kiedy byłem na miejscu zauważyłem mnóstwo bryczek, które stały mając nadzieję na jakiś nikły zarobek. Tak, więc wybrałem jedną z nich w nadziei na szybkie dotarcie do domu. Woźnica dziwnie się zachowywał. Śpiewał i śmiał się w czasie drogi. Podejrzewałem, że nie jest do końca trzeźwy, ale to zupełnie mi nie przeszkadzało. Dowiózł mnie do Gosprzydowej. Tam spotkałem znajomego, który ugościł mnie czymś do jedzenia i kieliszeczkiem spirytusu. Potem dalej jechałem furmanką do Charzewic. A tam napotkaliśmy inną bryczkę. Okazało się, że jest to powóz mojego szwagra. Ucieszyłem się ogromnie. Zapłaciłem tytoniem woźnicy i przesiadłem się na wysłaną po mnie bryczkę. Długo rozmawiałem i nawet nie spostrzegłem, kiedy dotarłem do miasteczka Zakliczyn. Tam już z daleka rozpoznałem postać mojego młodszego brata Julka. Był to sylwestrowy wieczór, więc zostałem u szwagra wraz z bratem na noc. Właściwie to poszliśmy na taką małą zabawę z dwiema dziewczynami z sąsiedztwa (Majowska). Może się to wydawać dziwne. Zamiast odpocząć czy najpierw zobaczyć się z rodzicami- wybraliśmy się na tańce. Tak wyszło- był Nowy Rok.

Z samego rana przyjechaliśmy do domu. Nikt wcześniej nie spodziewał się mojego powrotu. W miarę jak zbliżałem się do gospodarstwa rodziców słychać było muzykę. Okazało się, że to mój chrzestny Leon i stryk grali w domu na instrumentach. Świętowali rozpoczynający się rok. Nie zapomnę do końca życia twarzy mojej mamy i taty po tych 4 latach i 3 tygodniach mojej nieobecności. Nie obeszło się bez łez.

Zająłem się gospodarstwem. Pomagałem mojemu ojcu. Życie powoli zaczęło powracać do tego sprzed wojny. Zbudowałem swój dom, założyłem rodzinę, ale do końca życia nie zapomnę tego, co przeżyłem. Mając 81 wspominam to niemalże z tak silnymi emocjami jak kiedyś. Chciałbym tylko jednego, by nikt nie zapomniał o tym, co było, o naszej wspólnej historii, choć innej z imienia i miejsca.

Założenie rodziny”
Po powrocie do Polski z mojej wielkiej tułaczki zostałem czule przywitany przez moich, jeszcze żyjących wtedy rodziców oraz rodzeństwo: Adelę i brata Juliana. Wszyscy oczekiwali tego momentu z niecierpliwością od 4 lat i 3 tygodni. Mój starszy brat Władysław powrócił z tej wojennej tułaczki pół roku wcześniej. Zdążył już ustatkować się nieco – znalazł pracę w Prudniku na Opolszczyźnie, na ziemiach odzyskanych.

Kiedy już zacząłem przyzwyczajać się do codziennego i normalnego życia postanowiłem podjąć jakąś pracę. Moja decyzja nie spotkała się z poparciem rodziny. Uważali, iż powinienem zostać w domu. Natomiast Julian jeden z braci rozpocząłby życie na własny rachunek. Wyjechał więc do Prudnika, zatrzymując się u pracującego już tam od dłuższego czasu Władysława. Tak rozpoczął pracę tkacza. Niedługo jednak nacieszył się samodzielnością i urokiem pracy. Został wezwany do wojska do jednostki w Przemyślu. W czasie jego dwu-letniej służby odwiedziłem go dwa razy. Nie zapomnę kiedy ujrzałem go po raz pierwszy w mundurze khaki ogolonego na zero, wychudzonego – podobnie jak jego współtowarzysze. Nie mogłem go poznać tak bardzo wojsko go zmieniło. Mimo wszelkich niedogodności związanych ze służbą awansował na starszego kaprala, a później na podoficera.

W ciągu tych dwóch lat mój status społeczny się zmienił. Ożeniłem się z Zofią Czubą.

Podjąłem wraz z żona gospodarstwo po rodzicach. Nie wiodło nam się najlepiej. Gospodarstwo liczyło jakieś dwa hektary ziemi, z których za wiele nie można było uzyskać. Oddawaliśmy także obowiązkowo produkty z naszej ciężkiej pracy na tej roli w postaci mleka, zboża, mięsa. Wynagrodzenie za nie było minimalne, grosze jak na ówczesne czasy. Nie pozostawało mi nic innego do zrobienia jak tylko pracować dla bogatszych rolników ażeby przeżyć wraz z rodziną. Nie mając żadnego wyuczonego zawodu postanowiłem zapisać się do „Cechu”, gdzie odbywały się szkolenia przygotowujące do zawodu. Nie zajmowały zbyt wiele czasu dzięki czemu nie kolidowały z innymi zajęciami związanymi z prowadzeniem gospodarstwa. Spotkania były raz w tygodniu przez okres jednego roku, po którym zdobyłem dyplom cieśli. Wraz ze mną do Cechu uczęszczał również mój szwagier, który zdobył zawód murarza. Razem później podejmowaliśmy różne zlecenia budując domy, stodoły, stajnie. Nie można było narzekać na brak pieniędzy.

Po pewnym czasie powiększyła się moja rodzina. Żona urodziła mi czworo dzieci: trzech synów i jedna córkę. Było nam ciężko, ale najważniejsze było to ze wszystkie problemy zbliżały nas do siebie. Umacnialiśmy się w najtrudniejszych chwilach wspierani pomocą Łaski Bożej.

Drogi moich dzieci potoczyły się inaczej niż moje.

Najstarszy syn Kazimierz pracuje na AGH (Akademii Górniczo-Hutniczej). Jest również szczęśliwy w małżeństwie z Haliną. Maja troje dzieci; Marysię, Wojtka, Krzysia.

Mój drugi syn Stanisław jest duchownym - kapłanem. Na obecną chwile prowadzi parafię w Brzozowej; jest tam proboszczem.

Córka Danuta mieszka z mężem Antonim w Krakowie. Jest sekretarką w Hucie. Ma troje dzieci: Piotra, Joasię i Macieja.

Natomiast mój najmłodszy syn Zbigniew wraz z żona Haliną mieszają w Nowym Sączu. Maja dwoje dzieci: Ewelinkę i Anetkę.

Życie moich dzieci toczy się ich własnym tokiem. Jednak nie zapominają o domu rodzinnym. Przede wszystkim o ich 80-letnim ojcu. Odwiedzają mnie, gdy tylko mają wolną chwilę. Nie czuje się samotny choć już od 1992 roku jestem wdowcem. Wiem, że mam kochające mnie dzieci i wnuki. Nie poddaję się, bo przecież nie o to chodzi w życiu. Często kiedy jest źle powierzam się Bogu. A kiedy ktoś pyta mnie o to jak się czuję tak mu grzecznie odpowiem:

„Kiedy ktoś zapyta, jak ja się dziś czuję

Grzecznie mu odpowiem, że dobrze, dziękuję

To, że mam artretyzm, to jeszcze nie wszystko

Astma, serce mi dokucza i mówię z zadyszką

Puls słaby, krew moja w cholesterol bogata

Lecz dobrze się czuję, jak na swoje lata.

Bez laseczki teraz, chodzić już nie mogę

Choć zawsze wybieram najłatwiejsza drogę

W nocy przez bezsenność bardzo się morduje

Ale przyjdzie ranek...znów dobrze się czuję

Mam zawroty głowy, pamięć figle płata

Lecz dobrze się czuję, jak na swoje lata.

Z wierszyka mojego ten sens się wywodzi

Że kiedy starość i niemoc przychodzi

To lepiej się godzić ze strzykaniem kości

I nie opowiadać o swojej starości

Zaciskając zęby z tym losem się pogódź

I wszystkich w około chorobami nie nudź

Powiadają, starość okresem jest złotym

Kiedy spać się kładę, zawsze myślę o tym:

- uszy mam w pudełku, zęby w wodzie studzę

- oczy na stoliku, zanim się obudzę

Jeszcze przed zaśnięciem ta myśl mnie nurtuje

- Czy to wszystkie części, które się wyjmuje?”

Ten wiersz ma coś prawdy w swojej treści. Różnie bywa z ta starością, nie każdy jej doczeka. Ja doczekałem i wcale nie żałuje. Osiągnąłem wiele, wychowałem czworo dzieci, doczekałem jak na razie ośmioro wnucząt, z których jestem dumny. Przekazałem wartości stworzyłem tradycje. Co ważniejsze nie pozwoliłem zapomnieć im o historii, bez której nie byłoby nas dzisiaj.









©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość