Strona główna

Poczekajmy jeszcze powiedział, ocierając pot z rzadkich brwi


Pobieranie 210.25 Kb.
Strona1/4
Data17.06.2016
Rozmiar210.25 Kb.
  1   2   3   4
I

     



     - Nie wyjdzie stamtąd, mówię wam - powiedział pryszczaty, z przekonaniem kiwając głową. - Już godzina i ćwierć, jak tam wlazł. Już po nim.
     Mieszczanie, stłoczeni wśród ruin, milczeli wpatrzeni w ziejący w rumowisku czarny otwór, w zagruzowane wejście do podziemi. Grubas w żółtym kubraku przestąpił z nogi na nogę, chrząknął, zdjął z głowy wymięty biret.
     - Poczekajmy jeszcze - powiedział, ocierając pot z rzadkich brwi.
     - Na co? - prychnął pryszczaty. - Tam, w lochach, siedzi bazyliszek, zapomnieliście, wójcie? Kto tam wchodzi, ten już przepadł. Mało to ludzi tam poginęło? Na co tedy czekać?
     - Umawialiśmy się przecie - mruknął niepewnie grubas. - Jakże tak?
     - Z żywym się umawialiście, wójcie - rzekł towarzysz pryszczatego, olbrzym w skórzanym, rzeźnickim fartuchu. - A nynie on martwy, pewne to jak słońce na niebie. Z góry było wiadomo, że na zgubę idzie, jako i inni przed nim. Przecie on nawet bez zwierciadła polazł, z mieczem tylko. A bez zwierciadła bazyliszka nie zabić, każdy to wie.
     - Zaoszczędziliście grosza, wójcie - dodał pryszczaty. - Bo i płacić za bazyliszka nie ma komu. Idźcie tedy spokojnie do dom. A konia i dobytek czarownika my weźmiemy, żal dać przepadać dobru.
     - Ano - powiedział rzeźnik. - Sielna klacz, a i juki nieźle wypchane. Zajrzyjmy, co w środku.
     - Jakże tak? Coście?
     - Milczcie, wójcie, i nie mieszajcie się, bo guza złapiecie - ostrzegł pryszczaty.
     - Sielna klacz - powtórzył rzeźnik.
     - Zostaw tego konia w spokoju, kochasiu.
     Rzeźnik odwrócił się wolno w stronę obcego przybysza, który wyszedł zza załomu muru, zza pleców ludzi, zgromadzonych dookoła wejścia do lochu.
     Obcy miał kędzierzawe, gęste, kasztanowate włosy, brunatną tunikę na watowanym kaftanie, wysokie, jeździeckie buty. I żadnej broni.
     - Odejdź od konia - powtórzył, uśmiechając się zjadliwie. - Jakże to? Cudzy koń, cudze juki, cudza własność, a ty podnosisz na nie swoje kaprawe oczka, wyciągasz ku nim parszywą łapę? Godzi się tak?
     Pryszczaty, powoli wsuwając rękę za pazuchę kurty, spojrzał na rzeźnika. Rzeźnik kiwnął głową, skinął w stronę grupy, z której wyszło jeszcze dwu, krępych, krótko ostrzyżonych. Obaj mieli pałki, takie, jakimi w rzeźni głuszy się zwierzęta.
     - Ktoście to niby - spytał pryszczaty, nie wyjmując ręki zza pazuchy - żeby nam prawić, co się godzi, a co nie?
     - Nic ci do tego, kochasiu.
     - Broni nie nosicie.
     - Prawda - obcy uśmiechnął się jeszcze zjadliwiej. - Nie noszę.
     - To niedobrze - pryszczaty wyjął rękę zza pazuchy, razem z długim nożem. - To bardzo niedobrze, że nie nosicie.
     Rzeźnik też wyciągnął nóż, długi jak kordelas. Tamci dwaj postąpili do przodu, unosząc pałki.
     - Nie muszę nosić - rzekł obcy, nie ruszając się z miejsca. - Moja broń chodzi za mną.
     Zza ruin wyszły, stąpając miękkim, pewnym krokiem, dwie młode dziewczyny. Tłumek natychmiast rozstąpił się, cofnął, przerzedził.
     Obie dziewczyny uśmiechały się, błyskając zębami, mrużąc oczy, od kącików których biegły ku uszom szerokie, sine pasy tatuażu. Mięśnie grały na mocnych udach widocznych spod rysich skór otaczających biodra, na nagich, krągłych ramionach powyżej rękawic z kolczej siatki. Sponad barków, też osłoniętych kolczugą, sterczały rękojeści szabel.
     Pryszczaty wolno, wolniutko zgiął kolana, upuścił nóż na ziemię.
     Z dziury w rumowisku rozległ się grzechot kamieni, chrobot, po czym z ciemności wynurzyły się dłonie wczepione w poszczerbiony skraj muru. Za dłońmi pojawiły się kolejno - głowa o białych, przyprószonych ceglanym miałem włosach, blada twarz, rękojeść miecza, wystająca znad ramienia. Tłum zaszemrał.
     Białowłosy, garbiąc się, wytaszczył z dziury dziwaczny kształt, cudaczne cielsko, utytłane w pyle przesiąkniętym krwią. Dzierżąc stwora za długi, jaszczurczy ogon, rzucił go bez słowa pod nogi grubego wójta. Wójt odskoczył, potknął się o zwalony fragment muru, patrząc na zakrzywiony, ptasi dziób, błoniaste skrzydła i sierpowate szpony na pokrytych łuskami łapach. Na wydęte podgardle, kiedyś karminowe, obecnie brudnorude. Na szkliste, wpadnięte oczy.
     - Oto bazyliszek - rzekł białowłosy, otrzepując spodnie z kurzu. - Zgodnie z umową. Moje dwieście lintarów, jeśli łaska. Uczciwych lintarów, mało oberżniętych. Sprawdzę, uprzedzam.
     Wójt drżącymi dłońmi wysupłał sakiewkę. Białowłosy rozejrzał się, na moment zatrzymał wzrok na pryszczatym, na leżącym koło jego stopy nożu. Popatrzył na mężczyznę w brunatnej tunice, na dziewczyny w rysich skórach.
     - Jak zwykle - powiedział, wyjmując trzos z rozdygotanych rąk wójta. - Nadstawiam dla was karku za marny pieniądz, a wy tymczasem dobieracie się do moich rzeczy. Nigdy się, zaraza z wami, nie zmienicie.
     - Nie ruszone - zamamrotał rzeźnik, cofając się. Tamci z pałkami już dawno wtopili się w tłum. - Nie ruszone wasze rzeczy, panie.
     - Wielcem rad - białowłosy uśmiechnął się. Na widok tego uśmiechu, kwitnącego na bladej twarzy jak pękająca rana, tłumek zaczął się szybko rozpraszać. - I dlatego, bratku, ty też nie będziesz ruszony. Odejdź w pokoju. Ale odejdź prędko.
     Pryszczaty, tyłem, też chciał się wycofać. Pryszcze na jego pobielałej nagle twarzy uwydatniły się brzydko.
     - Ej, poczekaj - rzekł do niego człowiek w brunatnej tunice. - Zapomniałeś o czymś.
     - O czym... panie?
     - Wyjąłeś na mnie nóż.
     Wyższa z dziewcząt zakolebała się nagle na szeroko rozstawionych nogach, zakręciła w biodrach. Szabla, wydobyta nie wiadomo kiedy, świsnęła ostro w powietrzu. Głowa pryszczatego wyleciała w górę, łukiem, wpadła do ziejącego lochu. Ciało runęło sztywno i ciężko, jak zrąbany pień, pomiędzy pokruszone cegły. Tłum wrzasnął jednym głosem. Druga z dziewczyn, z dłonią na rękojeści, zwinnie obróciła się, zabezpieczając tył. Niepotrzebnie. Tłum, potykając się i przewracając na rozwalinach, co sił w nogach zmykał ku miastu. Na czele, w imponujących podskokach, sadził wójt, zaledwie o kilka sążni wyprzedzając ogromnego rzeźnika.
     - Piękne uderzenie - skomentował zimno białowłosy, dłonią w czarnej rękawicy osłaniając oczy od słońca. - Piękne uderzenie zerrikańskiej szabli. Czoło chylę przed wprawą i urodą wolnych wojowniczek. Jestem Geralt z Rivii.
     - A ja - nieznajomy w brunatnej tunice wskazał na wyblakły herb na przodzie ubioru przedstawiający trzy czarne ptaki siedzące w równym rzędzie pośrodku jednolicie złotego pola - jestem Borch, zwany Trzy Kawki. A to moje dziewczęta, Tea i Vea. Tak je nazywam, bo na ich prawdziwych imionach można sobie język odgryźć. Obie, jak słusznie się domyśliłeś, są Zerrikankami.
     - Dzięki nim, zdaje mi się, mam jeszcze konia i dobytek. Dziękuję wam, wojowniczki. Dziękuję i wam, panie Borch.
     - Trzy Kawki. I daruj sobie tego pana. Czy coś cię zatrzymuje w tej mieścinie, Geralcie z Rivii?
     - Wręcz przeciwnie.
     - Doskonale. Mam propozycję: niedaleko stąd, na rozstajach, przy drodze do portu rzecznego jest oberża. Nazywa się "Pod Zadumanym Smokiem". Tamtejsza kuchnia nie ma sobie równych w całej okolicy. Wybieram się tam właśnie z myślą o posiłku i noclegu. Byłoby mi miło, gdybyś zechciał dotrzymać mi towarzystwa.
     - Borch - białowłosy odwrócił się od konia, spojrzał nieznajomemu w oczy - nie chciałbym, żeby jakieś niejasności wkradły się pomiędzy nas. Jestem wiedźminem.
     - Domyśliłem się. A powiedziałeś to takim tonem, jakbyś mówił: "Jestem trędowaty".
     - Są tacy - rzekł Geralt wolno - którzy przedkładają kompanię trędowatych nad towarzystwo wiedźmina.
     - Są i tacy - zaśmiał się Trzy Kawki - którzy przedkładają owce nad dziewczęta. Cóż, tylko im współczuć, jednym i drugim. Ponawiam propozycję.
     Geralt zdjął rękawicę, uścisnął wyciągniętą ku sobie dłoń.
     - Przyjmuję, ciesząc się z zawartej znajomości.
     - W drogę zatem, bom zgłodniał.
     

II

     Oberżysta przetarł ścierką chropowate deski stołu, ukłonił się i uśmiechnął. Nie miał dwóch przednich zębów.


     - Taak... - Trzy Kawki popatrzył przez chwilę na okopcony sufit i baraszkujące pod nim pająki. - Najpierw... Najpierw piwo. Żeby dwa razy nie chodzić, cały antałek. A do piwa... Co możesz zaproponować do piwa, kochasiu?
     - Ser? - zaryzykował oberżysta.
     - Nie - skrzywił się Borch. - Ser będzie na deser. Do piwa chcemy czegoś kwaśnego i ostrego.
     - Służę - oberżysta uśmiechnął się jeszcze szerzej. Dwa przednie zęby nie były jedynymi, których nie miał. - Węgorzyki z czosnkiem w oliwie i w occie albo marynowane strączki zielonej papryki...
     - W porządku. I to, i to. A potem zupa, taka, jaką kiedyś tu jadłem, pływały w niej różne muszle, rybki i inne smakowite śmieci.
     - Zupa flisacka?
     - Właśnie. A potem pieczeń z jagnięcia z cebulą. A potem kopę raków. Kopru wrzuć do garnka, ile wlezie. A potem owczy ser i sałata. A potem się zobaczy.
     - Służę. Dla wszystkich, cztery razy, znaczy?
     Wyższa Zerrikanka przecząco pokręciła głową, poklepała się znacząco w okolice talii, opiętej obcisłą, lnianą koszulą.
     - Zapomniałem. - Trzy Kawki mrugnął do Geralta. - Dziewczęta dbają o linię. Panie gospodarzu, baranina tylko dla nas dwóch. Piwo dawaj zaraz, razem z tymi węgorzykami. Z resztą chwilę zaczekaj, żeby nie stygło. Nie przyszliśmy tu żreć, ale obyczajnie spędzać czas na rozmowach.
     - Pojmuję - oberżysta skłonił się jeszcze raz.
     - Roztropność to ważna rzecz w twoim fachu. Daj no rękę, kochasiu.
     Brzęknęły złote monety. Karczmarz rozdziawił gębę do granic możliwości.
     - To nie jest zadatek - zakomunikował Trzy Kawki. - To jest ekstra. A teraz pędź do kuchni, dobry człowieku.
     W alkierzu było ciepło. Geralt rozpiął pas, ściągnął kaftan i zawinął rękawy koszuli.
     - Widzę - powiedział - że nie prześladuje cię brak gotówki. Żyjesz z przywilejów stanu rycerskiego?
     - Częściowo - uśmiechnął się Trzy Kawki, nie wchodząc w szczegóły.
     Szybko uporali się z węgorzykami i ćwiartką antałka. Obie Zerrikanki też nie żałowały sobie piwa, obie wnet poweselały wyraźnie. Szeptały coś do siebie. Vea, ta wyższa, wybuchnęła nagle gardłowym śmiechem.
     - Dziewczęta mówią wspólnym? - spytał cicho Geralt, zezując na nie kątem oka.
     - Słabo. I nie są gadatliwe. Co się chwali. Jak znajdujesz tę zupę, Geralt?
     - Mhm.
     - Napijmy się.
     - Mhm.
     - Geralt - Trzy Kawki odłożył łyżkę i czknął dystyngowanie - wróćmy na chwilę do naszej rozmowy z drogi. Zrozumiałem, że ty, wiedźmin, wędrujesz z końca świata na drugi jego koniec, a po drodze, jak się trafi jakiś potwór, zabijasz go. I z tego masz grosz. Na tym polega wiedźmiński fach?
      - Mniej więcej.
      - A zdarza się, że specjalnie cię gdzieś wzywają? Na, powiedzmy, specjalne zamówienie. Wtedy co, jedziesz i wykonujesz?
      - To zależy, kto wzywa i po co.
      - I za ile?
      - Też - wiedźmin wzruszył ramionami. - Wszystko drożeje, a żyć trzeba, jak mawiała jedna moja znajoma czarodziejka.
      - Dość wybiórcze podejście, bardzo praktyczne, powiedziałbym. A przecież u podstaw leży jakaś idea, Geralt. Konflikt sił Ładu z siłami Chaosu, jak mawiał pewien mój znajomy czarodziej. Wyobrażałem sobie, że wypełniasz misję, bronisz ludzi przed Złem, zawsze i wszędzie. Bez różnicowania. Stoisz po wyraźnie określonej stronie palisady.
      - Siły Ładu, siły Chaosu. Strasznie szumne słowa, Borch. Koniecznie chcesz mnie ustawić po którejś stronie palisady w konflikcie, który, jak się powszechnie uważa, jest wieczny, zaczął się grubo przed nami i będzie trwał, gdy nas już dawno nie będzie. Po czyjej stronie stoi kowal, który podkuwa konie? Nasz oberżysta, który właśnie pędzi tu z saganem baraniny? Co, według ciebie, określa granicę między Chaosem a Ładem?
      - Rzecz bardzo prosta - Trzy Kawki spojrzał mu prosto w oczy. - To, co reprezentuje Chaos, jest zagrożeniem, jest stroną agresywną. Ład zaś, to strona zagrożona, potrzebująca obrony. Potrzebująca obrońcy. A, napijmy się. I bierzmy się za jagniątko.
      - Słusznie.
      Dbające o linię Zerrikanki miały przerwę w jedzeniu, którą wypełniły piciem w przyspieszonym tempie. Vea, schylona nad ramieniem towarzyszki, coś znowu szeptała, muskając warkoczem blat stołu. Tea, ta niższa, zaśmiała się głośno, wesoło mrużąc wytatuowane powieki.
      - Tak - rzekł Borch ogryzając kość. - Kontynuujmy rozmowę, jeśli pozwolisz. Zrozumiałem, że nie przepadasz za ustawianiem cię po stronie żadnej z Sił. Wykonujesz swój zawód.
     - Wykonuję.
      - Ale przed konfliktem Chaosu i Ładu nie uciekniesz. Choć użyłeś tego porównania, nie jesteś kowalem. Widziałem, jak pracujesz. Wchodzisz do piwnicy w ruinach i wynosisz stamtąd usieczonego bazyliszka. Jest, kochasiu, różnica pomiędzy podkuwaniem koni a zabijaniem bazyliszków. Powiedziałeś, że jeśli zapłata jest godziwa, popędzisz na koniec świata i ukatrupisz stwora, którego ci wskażą. Dajmy na to, srogi smok pustoszy...
      - Zły przykład - przerwał Geralt. - Widzisz, od razu kiełbasi ci się wszystko. Bo smoków, które bez wątpienia reprezentują Chaos, nie zabijam.
      - Jakże to? - Trzy Kawki oblizał palce. - A to dopiero! Przecież wśród wszystkich potworów smok jest chyba najwredniejszy, najokrutniejszy i najbardziej zajadły. Najbardziej wstrętny gad. Napada na ludzi, ogniem zieje i porywa te, no, dziewice. Mało to opowieści się słyszało? Nie może to być, żebyś ty, wiedźmin, nie miał paru smoków na rozkładzie.
      - Nie poluję na smoki - rzekł Geralt sucho. - Na widłogony, owszem. Na oszluzgi. Na latawce. Ale nie na smoki właściwe, zielone, czarne i czerwone. Przyjmij to do wiadomości, po prostu.
      - Zaskoczyłeś mnie - powiedział Trzy Kawki. - No, dobra, przyjąłem do wiadomości. Dość zresztą na razie o smokach, widzę na horyzoncie coś czerwonego, niechybnie są to nasze raki. Napijmy się!
      Z chrzęstem łamali zębami czerwone skorupki, wysysali białe mięso. Słona woda, szczypiąc dotkliwie, ściekała im aż na przeguby rąk. Borch nalewał piwo, skrobiąc już czerpakiem po dnie antałka. Zerrikanki poweselały jeszcze bardziej, obie rozglądały się po karczmie, uśmiechając złowieszczo, wiedźmin był pewien, że szukają okazji do awantury. Trzy Kawki też musiał to zauważyć, bo nagle pogroził im trzymanym za ogon rakiem. Dziewczyny zachichotały, a Tea, złożywszy usta jak do pocałunku, puściła oczko - przy jej wytatuowanej twarzy sprawiło to makabryczne wrażenie.
      - Dzikie są jak żbiki - mruknął Trzy Kawki do Geralta. - Trzeba na nie uważać. U nich, kochasiu, szast-prast i nie wiadomo kiedy dookoła na podłodze pełno flaków. Ale warte są każdych pieniędzy. Żebyś ty wiedział, co one potrafią...
      - Wiem - Geralt kiwnął głową. - Trudno o lepszą eskortę. Zerrikanki to urodzone wojowniczki, od dziecka szkolone do walki.
      - Nie o to mi idzie - Borch wypluł na stół raczą łapę. - Miałem na myśli to, jakie są w łóżku.
      Geralt niespokojnie rzucił okiem na dziewczyny. Obie się uśmiechały. Vea błyskawicznym, prawie niezauważalnym ruchem sięgnęła do półmiska. Patrząc na wiedźmina zmrużonymi oczami, z trzaskiem rozgryzła skorupkę. Jej usta lśniły od słonej wody. Trzy Kawki beknął donośnie.
      - A zatem, Geralt - rzekł - nie polujesz na smoki, zielone i na inne kolorowe. Przyjąłem do wiadomości. A dlaczego, jeśli wolno spytać, tylko na te trzy kolory?
      - Cztery, jeśli chodzi o ścisłość.
      - Mówiłeś o trzech.
      - Ciekawią cię smoki, Borch. Jakiś specjalny powód?
      - Nie. Wyłącznie ciekawość.
      - Aha. A z tymi kolorami, to tak się przyjęło określać smoki właściwe. Chociaż nie jest to określenie precyzyjne. Smoki zielone, te najpopularniejsze, są raczej szarawe, jak zwykłe oszluzgi. Czerwone faktycznie są czerwonawe lub ceglaste. Wielkie smoki o kolorze ciemnobrunatnym przyjęło się nazywać czarnymi. Najrzadsze są smoki białe, nigdy takiego nie widziałem. Trzymają się na dalekiej Północy. Jakoby.
      - Ciekawe. A wiesz, o jakich smokach ja jeszcze słyszałem?
     - Wiem - Geralt łyknął piwa. - O tych samych, o których i ja słyszałem. O złotych. Nie ma takich.
     - Na jakiej podstawie tak twierdzisz? Bo nigdy nie widziałeś? Białego podobno też nigdy nie widziałeś.
     - Nie w tym rzecz. Za morzami, w Ofirze i Zangwebarze, są białe konie w czarne paski. Też ich nigdy nie widziałem, ale wiem, że istnieją. A złoty smok to stworzenie mityczne. Legendarne. Jak feniks, dajmy na to. Feniksów i złotych smoków nie ma.
     Vea, wsparta na łokciach, patrzyła na niego ciekawie.
     - Pewnie wiesz, co mówisz, jesteś wiedźminem - Borch naczerpał piwa z antałka. - A jednak myślę, że każdy mit, każda legenda musi mieć jakieś korzenie. U tych korzeni coś leży.
     - Leży - potwierdził Geralt. - Najczęściej marzenie, pragnienie, tęsknota. Wiara, że nie ma granic możliwości. A czasami przypadek.
     - Właśnie, przypadek. Może kiedyś był złoty smok, jednorazowa, niepowtarzalna mutacja?
     - Jeśli tak było, to spotkał go los wszystkich mutantów - wiedźmin odwrócił głowę. - Zbyt się różnił, żeby przetrwać.
     - Ha - rzekł Trzy Kawki. - Zaprzeczasz teraz prawom natury, Geralt. Mój znajomy czarodziej zwykł był mawiać, że w naturze każda istota ma swoją kontynuację i przetrwa, takim czy innym sposobem. Koniec jednego to początek drugiego, nie ma granic możliwości, przynajmniej natura nie zna takich.
     - Wielkim optymistą był twój znajomy czarodziej. Jednego tylko nie wziął pod uwagę: błędu popełnionego przez naturę. Lub przez tych, którzy z nią igrali. Złoty smok i inne podobne mu mutanty, o ile istniały, przetrwać nie mogły. Na przeszkodzie stanęła bowiem bardzo naturalna granica możliwości.
     - Jakaż to granica?
     - Mutanty... - mięśnie na szczękach Geralta drgnęły silnie. - Mutanty są sterylne, Borch. Tylko w legendach może przetrwać to, co w naturze przetrwać nie może. Tylko legenda i mit nie znają granic możliwości.
     Trzy Kawki milczał. Geralt spojrzał na dziewczęta, na ich nagle spoważniałe twarze. Vea niespodziewanie pochyliła się w jego stronę, objęła za szyję twardym, umięśnionym ramieniem. Poczuł na policzku jej usta, mokre od piwa.
     - Lubią cię - powiedział wolno Trzy Kawki. - Niech mnie poskręca, one cię lubią.
     - Co w tym dziwnego? - wiedźmin uśmiechnął się smutno.
     - Nic. Ale to trzeba oblać. Gospodarzu! Drugi antałek!
     - Nie szalej. Najwyżej dzban.
     - Dwa dzbany! - ryknął Trzy Kawki. - Tea, muszę na chwilę wyjść.
     Zerrikanka wstała, podniosła szablę z ławy, powiodła po sali tęsknym spojrzeniem. Chociaż poprzednio kilka par oczu, jak zauważył wiedźmin, rozbłyskiwało nieładnie na widok pękatej sakiewki, nikt jakoś nie kwapił się wyjść za Borchem, zataczającym się lekko w stronę wyjścia na podwórze. Tea wzruszyła ramionami, udając się za pracodawcą.
     - Jak masz naprawdę na imię? - spytał Geralt tę, która pozostała przy stole. Vea błysnęła białymi zębami. Koszulę miała mocno rozsznurowaną, prawie do granic możliwości. Wiedźmin nie wątpił, że to kolejna zaczepka wobec sali.
     - Alveaenerle.
     - Ładnie - wiedźmin był pewien, że Zerrikanka zrobi buzię w ciup i mrugnie do niego. Nie pomylił się.
     - Vea?
     - Hm?
     - Dlaczego jeździcie z Borchem? Wy, wolne wojowniczki? Możesz odpowiedzieć?
     - Hm.
     - Hm, co?
     - On jest... - Zerrikanka, marszcząc czoło, szukała słów. - On jest... Naj... piękniejszy.
     Wiedźmin pokiwał głową. Kryteria, na podstawie których kobiety oceniały atrakcyjność mężczyzn, nie po raz pierwszy stanowiły dla niego zagadkę.
     Trzy Kawki wwalił się do alkierza, dopinając spodnie, głośno wydawał polecenia oberżyście. Trzymająca się dwa kroki za nim Tea, udając znudzoną, rozglądała się po karczmie, a kupcy i flisacy starannie unikali jej wzroku. Vea wysysała kolejnego raka, co i rusz rzucając wiedźminowi wymowne spojrzenia.
     - Zamówiłem jeszcze po węgorzu, pieczonym tym razem - Trzy Kawki siadł ciężko, brzękając nie dopiętym pasem. - Namęczyłem się przy tych rakach i zgłodniałem jakby. I załatwiłem ci tu nocleg, Geralt. Nie ma sensu, żebyś włóczył się po nocy. Jeszcze się zabawimy. Wasze zdrowie, dziewczyny!
     - Vessekheal - powiedziała Vea, salutując mu kubkiem. Tea mrugnęła i przeciągnęła się, przy czym atrakcyjny biust, wbrew oczekiwaniom Geralta, nie rozsadził przodu jej koszuli.
     - Zabawimy się - Trzy Kawki przechylił się przez stół i klepnął Teę w tyłek. - Zabawimy się, wiedźminie. Hej, gospodarzu! Sam tu!
     Oberżysta podbiegł żywo, wycierając ręce w fartuch.
     - Balia znajdzie się u ciebie? Taka do prania, solidna i duża?
     - Jak duża, panie?
     - Na cztery osoby.
     - Na... cztery... - karczmarz otworzył usta.
     - Na cztery - potwierdził Trzy Kawki, dobywając z kieszeni wypchany trzos.
     - Znajdzie się - oberżysta oblizał wargi.
     - Świetnie - zaśmiał się Borch. - Każ ją zanieść na górę, do mojej izby i napełnić gorącą wodą. Duchem, kochasiu. I piwa też każ tam zanieść, ze trzy dzbanki.
     Zerrikanki zachichotały i równocześnie mrugnęły.
     - Którą wolisz? - spytał Trzy Kawki. - Hę? Geralt?
     Wiedźmin podrapał się w potylicę.
     - Wiem, że trudno wybrać - powiedzial Trzy Kawki ze zrozumieniem. - Sam czasami mam kłopoty. Dobra, zastanowimy się w balii. Hej, dziewczęta! Pomóżcie mi wejść na schody!
     

III

     Na moście była zapora. Drogę zagradzała długa, solidna belka, osadzona na drewnianych kozłach. Przed nią i za nią stali halabardnicy w skórzanych, nabijanych guzami kurtach i kolczych kapturach. Nad zaporą ospale powiewała purpurowa chorągiew ze znakiem srebrnego gryfa.


     - Co za czort? - zdziwił się Trzy Kawki, stępa podjeżdżając bliżej. - Nie ma przejazdu?
     - Glejt jest? - spytał najbliższy halabardnik, nie wyjmując z ust patyka, który żuł, nie wiadomo, z głodu czy dla zabicia czasu.
     - Jaki glejt? Co to, mór? A może wojna? Z czyjego rozkazu drogę blokujecie?
     - Króla Niedamira, pana na Caingorn - strażnik przesunął patyk w przeciwległy kącik ust i wskazał na chorągiew. - Bez glejtu w góry nie lza.
     - Idiotyzm jakiś - rzekł Geralt zmęczonym głosem. - To przecież nie Caingorn, ale Hołopolska Dziedzina. To Hołopole, nie Caingorn, ściąga myto z mostów na Braa. Co ma do tego Niedamir?
     - Nie mnie pytajcie - strażnik wypluł patyk. - Nie moja rzecz. Mnie aby glejty sprawdzać. Chcecie, gadajcie z naszym dziesiętnikiem.
     - A gdzie on?
     - Tam, za mytnika sadybą, na słonku się grzeje - rzekł halabardnik, patrząc nie na Geralta, ale na gołe uda Zerrikanek, leniwie przeciągających się na kulbakach.
     Za domkiem mytnika, na kupie wyschniętych bierwion, siedział strażnik, tylcem halabardy rysując na piasku niewiastę, a raczej jej fragment, widziany z nietuzinkowej perspektywy. Obok niego, trącając delikatnie struny lutni, półleżał szczupły mężczyzna w nasuniętym na oczy fantazyjnym kapelusiku w kolorze śliwki ozdobionym srebrną klamrą i długim, nerwowym czaplim piórem.
     Geralt znał ten kapelusik i to pióro, słynne od Buiny po Jarugę, znane po dworach, kasztelach, zajazdach, oberżach i zamtuzach. Zwłaszcza zamtuzach.
     - Jaskier!
     - Wiedźmin Geralt! - spod odsuniętego kapelusika spojrzały wesołe, modre oczy. - A to dopiero! I ty tutaj? Glejtu przypadkiem nie masz?
     - Co wy wszyscy z tym glejtem? - wiedźmin zeskoczył z siodła. - Co się tu dzieje, Jaskier? Chcieliśmy się przedostać na drugi brzeg Braa, ja i ten rycerz, Borch Trzy Kawki, i nasza eskorta. I nie możemy, jak się okazuje.
     - Ja też nie mogę - Jaskier wstał, zdjął kapelusik, ukłonił się Zerrikankom z przesadną dwornością. - Mnie też nie chcą przepuścić na drugi brzeg. Mnie, Jaskra, najsłynniejszego minstrela i poetę w promieniu tysiąca mil, nie przepuszcza ten tu dziesiętnik, chociaż też artysta, jak widzicie.
     - Nikogo bez glejtu nie przepuszczę - rzekł dziesiętnik ponuro, po czym uzupełnił swój rysunek o finalny detal, dziobiąc końcem drzewca w piasek.
     - No i obejdzie się - powiedział wiedźmin. - Pojedziemy lewym brzegiem. Do Hengfors tędy droga dłuższa, ale jak mus, to mus.
     - Do Hengfors? - zdziwił się bard. - To ty, Geralt, nie za Niedamirem jedziesz? Nie za smokiem?
     - Za jakim smokiem? - zainteresował się Trzy Kawki.
     - Nie wiecie? Naprawdę nie wiecie? No, to muszę wam o wszystkim opowiedzieć, panowie. Ja i tak tu czekam, może będzie jechał ktoś z glejtem, kto mnie zna i pozwoli się przyłączyć. Siadajcie.
     - Zaraz - rzekł Trzy Kawki. - Słońce prawie na trzy ćwierci do zenitu, a mnie suszy jak cholera. Nie będziemy gadać o suchym pysku. Tea, Vea, zawróćcie rysią do miasteczka i kupcie antałek.
     - Podobacie mi się, panie...
     - Borch, zwany Trzy Kawki.
     - Jaskier, zwany Niezrównanym. Przez niektóre dziewczęta.
     - Opowiadaj, Jaskier - zniecierpliwił się wiedźmin. - Nie będziemy tu sterczeć do wieczora.
     Bard objął palcami gryf lutni, ostro uderzył po strunach.
     - Jak wolicie, mową wiązaną czy normalnie?
     - Normalnie.
     - Proszę bardzo - Jaskier nie odłożył lutni. - Posłuchajcie zatem, szlachetni panowie, co wydarzyło się tydzień temu nie opodal miasta wolnego, zwanego Hołopolem. Otóż, świtem bladym, ledwie co słonko wschodzące zaróżowiło wiszące nad łąkami całuny mgieł...
     - Miało być normalnie - przypomniał Geralt.
     - A nie jest? No, dobrze, dobrze. Rozumiem. Krótko, bez metafor. Na pastwiska pod Hołopolem przyleciał smok.
     - Eeee - rzekł wiedźmin. - Coś mi się to nie widzi prawdopodobnym. Od lat nikt nie widział smoka w tych okolicach. Nie był to aby zwykły oszluzg? Zdarzają się oszluzgi prawie tak duże...
     - Nie obrażaj mnie, wiedźminie. Wiem, co mówię. Widziałem go. Trzeba trafu, że akuratnie byłem w Hołopolu na jarmarku i widziałem wszystko na własne oczy. Ballada jest już gotowa, ale nie chcieliście...
     - Opowiadaj. Duży był?
     - Ze trzy końskie długości. W kłębie nie wyższy niż koń, ale dużo grubszy. Szary jak piach.
     - Znaczy się, zielony.
     - Tak. Przyleciał niespodziewanie, wpadł prosto w stado owiec, rozgonił pasterzy, utłukł z tuzin zwierząt, cztery zeżarł i odleciał.
     - Odleciał... - Geralt pokiwał głową. - I koniec?
     - Nie. Bo następnego ranka przyleciał znowu, tym razem bliżej miasteczka. Spikował na gromadę bab piorących bieliznę na brzegu Braa. Ale wiały, człowieku! W życiu się tak nie uśmiałem. Smok zaś zatoczył ze dwa koła nad Hołopolem i poleciał na pastwiska, tam znowu wziął się za owce. Wtedy dopiero zaczął się rozgardiasz i zamęt, bo poprzednio mało kto wierzył pastuchom. Burmistrz zmobilizował milicję miejską i cechy, ale zanim się sformowali, plebs wziął sprawę w swoje ręce i załatwił ją.
     - Jak?
     - Ciekawym, ludowym sposobem. Lokalny mistrz szewski, niejaki Kozojed, wymyślił sposób na gadzinę. Zabili owcę, napchali ją gęsto ciemierem, wilczymi jagodami, blekotem, siarką i szewską smołą. Dla pewności, miejscowy aptekarz wlał do środka dwie kwarty swojej mikstury na czyraki, a kapłan ze świątyni Kreve odprawił modły nad ścierwem. Potem ustawili spreparowaną owieczkę pośrodku stada, podparłszy kołkiem. Nikt po prawdzie nie wierzył, że smoczysko da się skusić tym śmierdzącym na milę gównem, ale rzeczywistość przeszła nasze oczekiwania. Lekceważąc żywe i beczące owieczki, gad połknął przynętę razem z kołkiem.
     - I co? Gadajże, Jaskier.
     - A co ja robię innego? Przecie gadam. Słuchajcie, co było dalej. Nie minął czas, jaki wprawnemu mężczyźnie zajmuje rozsznurowanie damskiego gorsetu, gdy smok nagle zaczął ryczeć i puszczać dym, przodem i tyłem. Fikał kozły, próbował wzlatywać, potem oklapł i znieruchomiał. Dwójka ochotników wyruszyła, aby sprawdzić, czy struty gad dycha jeszcze. Byli nimi miejscowy grabarz i miejscowy półgłówek, spłodzony przez upośledzoną córkę drwala, i pododdział najemnych pikinierów, który przeciągnął przez Hołopole jeszcze za czasów rokoszu wojewody Nurzyboba.
     - Ależ ty łżesz, Jaskier.
     - Nie łżę, tylko ubarwiam, a to jest różnica.
     - Niewielka. Opowiadaj, szkoda czasu.
     - A więc, jak mówiłem, grabarz i mężny idiota wyruszyli w charakterze szperaczy. Usypaliśmy im potem mały, ale cieszący oko kurhanik.
     - Aha - powiedział Borch. - Znaczy się, smok jeszcze żył.
     - A jak - rzekł wesoło Jaskier. - Żył. Ale był tak słaby, że nie zeżarł ani grabarza, ani matołka, tyle że zlizał krew. A potem, ku ogólnemu zmartwieniu, odleciał, wystartowawszy w niemałym trudzie. Co półtorasta łokci spadał z łoskotem, zrywał się znowu. Chwilami szedł, powłócząc tylnymi nogami. Co śmielsi poszli za nim, utrzymując kontakt wzrokowy. I wiecie, co?
     - Mów, Jaskier.
     - Smok zapadł w wąwozy w Pustulskich Górach, w okolicach źródeł Braa i skrył się w tamtejszych jaskiniach.
     - Teraz wszystko jest jasne - powiedział Geralt. - Smok prawdopodobnie był w tych jaskiniach od stuleci, pogrążony w letargu. Słyszałem o takich wypadkach. I tam też musi być jego skarbiec. Teraz wiem, czemu blokują most. Ktoś chce na tym skarbcu położyć łapę. A ten ktoś to Niedamir z Caingorn.
     - Dokładnie - potwierdził trubadur. - Całe Hołopole aż gotuje się zresztą z tego powodu, bo uważa się tam, że smok i skarbiec należą do nich. Ale wahają się zadrzeć z Niedamirem. Niedamir to szczeniak, który jeszcze się nie zaczął golić, ale już zdążył udowodnić, że nie opłaca się z nim zadzierać. A na tym smoku zależy mu, jak diabli, dlatego tak prędko zareagował.
     - Zależy mu na skarbcu, chciałeś powiedzieć.
      - Właśnie że bardziej na smoku niż na skarbcu. Bo, widzicie, Niedamir ostrzy sobie zęby na sąsiednie księstwo Malleore. Tam, po nagłym a dziwnym zgonie księcia została księżniczka w wieku, że się tak wyrażę, łożnicowym. Wielmoże z Malleore niechętnie patrzą na Niedamira i innych konkurentów, bo wiedzą, że nowy władca ostro ściągnie im wędzidło, nie to, co smarkata księżniczka. Odgrzebali więc gdzieś starą i zakurzoną przepowiednię mówiącą, że mitra i ręka dziewuszki należą się temu, kto pokona smoka. Ponieważ smoka nikt nie widział tutaj od wieków, myśleli, że mają spokój. Niedamir oczywiście obśmiał się z legendy, wziąłby Malleore zbrojną ręką i tyle, ale gdy gruchnęła wieść o hołopolskim smoku, zorientował się, że może pobić malleorską szlachtę ich własną bronią. Gdyby zjawił się tam, niosąc smoczy łeb, lud powitałby go jak monarchę zesłanego przez bogów, a wielmoże nie śmieliby nawet pisnąć. Dziwicie się więc, że pognał za smokiem jak kot z pęcherzem? Zwłaszcza za takim, co ledwo nogami powłóczy? To dla niego czysta gratka, uśmiech losu, psiakrew.
     - A drogi zagrodził przed konkurencją.
     - No chyba. I przed Hołopolanami. Z tym, że po całej okolicy rozesłał konnych z glejtami. Dla tych, którzy mają tego smoka zabić, bo Niedamir nie pali się, żeby osobiście wejść do jaskini z mieczem. Ściągnięto migiem co sławniejszych smokobójców. Większość chyba znasz, Geralt.
     - Możliwe. Kto przyjechał?
     - Eyck z Denesle, to raz.
     - Niech to... - wiedźmin zagwizdał cichutko. - Bogobojny i cnotliwy Eyck, rycerz bez skazy i zmazy, we własnej osobie.
     - Znasz go, Geralt? - spytał Borch. - Rzeczywiście taki pies na smoki?
     - Nie tylko na smoki. Eyck radzi sobie z każdym potworem. Zabijał nawet mantikory i gryfy. Kilka smoków też załatwił, słyszałem o tym. Jest dobry. Ale psuje mi interesy, łobuz, bo nie bierze pieniędzy. Kto jeszcze, Jaskier?
     - Rębacze z Crinfrid.
     - No, to już po smoku. Nawet, jeśli ozdrowiał. Ta trójka to zgrana banda, walczą niezbyt czysto, ale skutecznie. Wybili wszystkie oszluzgi i widłogony w Redanii, a przy okazji padły trzy smoki czerwone i jeden czarny, a to już jest coś. To wszyscy?
     - Nie. Dołączyła jeszcze szóstka krasnoludów. Pięciu brodaczy, którymi komenderuje Yarpen Zigrin.
     - Nie znam go.
     - Ale o smoku Ocviście z Kwarcowej Góry słyszałeś?
     - Słyszałem. I widziałem kamienie, pochodzące z jego skarbca. Były tam szafiry o niespotykanej barwie i diamenty wielkie jak czereśnie.
     - No, to wiedz, że właśnie Yarpen Zigrin i jego krasnoludy załatwiły Ocvista. Była o tym ułożona ballada, ale nędzna, bo nie moja. Jeśli nie słyszałeś, nie straciłeś.
     - To wszyscy?
     - Tak. Nie licząc ciebie. Twierdziłeś, że nie wiesz o smoku, kto wie, może to i prawda. Ale teraz już wiesz. I co?
     - I nic. Nie interesuje mnie ten smok.
     - Ha! Chytrze, Geralt. Bo i tak nie masz glejtu.
     - Nie interesuje mnie ten smok, powtarzam. A co z tobą, Jaskier? Co ciebie tak ciągnie w tamtą stronę?
     - Normalnie - trubadur wzruszył ramionami. - Trzeba być blisko wydarzeń i atrakcji. O walce z tym smokiem będzie głośno. Pewnie, mógłbym ułożyć balladę na podstawie opowieści, ale inaczej będzie brzmiała śpiewana przez kogoś, kto widział bój na własne oczy.
      - Bój? - zaśmiał się Trzy Kawki. - Chyba coś w rodzaju świniobicia albo ćwiartowania ścierwa. Słucham i z podziwu wyjść nie mogę. Sławni wojownicy, którzy pędzą tu, co koń wyskoczy, żeby dorżnąć półzdechłego smoka otrutego przez jakiegoś chama. Śmiać się chce i rzygać.
      - Mylisz się - rzekł Geralt. - Jeżeli smok nie padł od trucizny na miejscu, to jego organizm zapewne już ją zwalczył i bestia jest w pełni sił. Nie ma to zresztą wielkiego znaczenia. Rębacze z Crinfrid i tak go zabiją, ale bez boju, jeśli chcesz wiedzieć, nie obędzie się.
      - Stawiasz więc na Rębaczy, Geralt?
      - Jasne.
      - Akurat - odezwał się milczący do tej chwili strażnik artysta. - Smoczysko to stwór magiczny i nie ubić go inaczej, jak czarami. Jeżeli ktoś da mu rady, to ta czarownica, która przejechała tędy wczoraj.
      - Kto? - Geralt przechylił głowę.
      - Czarodziejka - powtórzył strażnik. - Przecie mówię.
      - Imię podała?
      - Podała, alem zapomniał. Miała glejt. Młoda była, urodziwa, na swój sposób, ale te oczy... Wiecie sami, panie. Zimno się człekowi robi, gdy taka spojrzy.
      - Wiesz coś o tym, Jaskier? Kto to może być?
      - Nie - skrzywił się bard. - Młoda, urodziwa i te oczy. Też mi wskazówka. Wszystkie takie są. Żadna, którą znam, a znam wiele, nie wygląda na więcej niż dwadzieścia pięć, trzydzieści, a niektóre, słyszałem, pamiętają czasy, gdy bór szumiał tam, gdzie dzisiaj stoi Novigrad. W końcu, od czego są eliksiry z mandragory? A oczy sobie również mandragorą zakraplają, żeby błyszczały. Jak to baby.
      - Ruda nie była? - spytał wiedźmin.
      - Nie, panie - rzekł dziesiętnik. - Czarniutka.
      - A koń, jakiej maści? Kasztan z białą gwiazdką?
      - Nie. Kary, jak ona. Ano, panowie, mówię wam, ona smoka ubije. Smok to robota dla czarodzieja. Ludzka moc przeciw niemu nie podoła.
     - Ciekawe, co by na to powiedział szewc Kozojed - zaśmiał się Jaskier. - Gdyby miał pod ręką coś mocniejszego niż ciemier i wilcza jagoda, smocza skóra suszyłaby się dziś na hołopolskim ostrokole, ballada byłaby gotowa, a ja nie płowiałbym tu na słońcu...
     - Jak to się stało, że Niedamir nie wziął cię ze sobą? - spytał Geralt, koso spoglądając na poetę. - Przecież byłeś w Hołopolu, gdy wyruszał. Czyżby król nie lubił artystów? Co sprawiło, że tu płowiejesz, zamiast przygrywać u królewskiego strzemienia?
     - Sprawiła to pewna młoda wdowa - rzekł ponuro Jaskier. - Cholera by to wzięła. Zabradziażyłem, a na drugi dzień Niedamir i reszta byli już za rzeką. Wzięli ze sobą nawet tego Kozojeda i zwiadowców z hołopolskiej milicji, tylko o mnie zapomnieli. Tłumaczę to dziesiętnikowi, a on swoje...
     - Jest glejt, puszczam - rzekł beznamiętnie halabardnik, odlewając się na ścianę domku mytnika. - Nie ma glejtu, nie puszczam. Rozkaz taki...
     - O - przerwał mu Trzy Kawki. - Dziewczęta wracają z piwem.
     - I nie same - dodał Jaskier, wstając. - Patrzcie, jaki koń. Jak smok.
     Od strony brzozowego lasku nadjeżdżały cwałem Zerrikanki, flankując jeźdźca siedzącego na wielkim, bojowym, niespokojnym ogierze.
     Wiedźmin wstał również.
     Jeździec nosił fioletowy, aksamitny kaftan ze srebrnym szamerunkiem i krótki płaszcz, obszyty sobolowym futrem. Wyprostowany w siodle, patrzył na nich dumnie. Geralt znał takie spojrzenia. I nie przepadał za nimi.
     - Witam panów. Jestem Dorregaray - przedstawił się jeździec, zsiadając powoli i godnie. - Mistrz Dorregaray. Czarnoksiężnik.
     - Mistrz Geralt. Wiedźmin.
     - Mistrz Jaskier. Poeta.
     - Borch, zwany Trzy Kawki. A moje dziewczęta, które tam oto wyciągają szpunt z antałka, już poznałeś, panie Dorregaray.
     - Tak jest, w rzeczy samej - rzekł czarodziej bez uśmiechu. - Wymieniliśmy ukłony, ja i piękne wojowniczki z Zerrikanii.
     - No, to na zdrowie - Jaskier rozdał skórzane kubki przyniesione przez Veę. - Napijcie się z nami, panie czarodzieju. Panie Borch, dziesiętnikowi też dać?
     - Jasne. Chodź tu do nas, wojaku.
     - Sądzę - rzekł czarnoksiężnik, upiwszy mały, dystyngowany łyk - że pod zaporę na moście sprowadza panów ten sam cel, co i mnie?
     - Jeśli macie na myśli smoka, panie Dorregaray - powiedział Jaskier - to tak jest, w samej rzeczy. Chcę tam być i ułożyć balladę. Niestety, ten tu dziesiętnik, człek widać bez ogłady, nie chce mnie przepuścić. Żąda glejtu.
     - Upraszam wybaczenia - halabardnik wypił swoje piwo, zamlaskał. - Mam przykazane pod gardłem, nikogo bez glejtu nie puszczać. A podobno całe Hołopole już się zebrało z wozami i chce ruszyć w góry za smokiem. Mam nakazane...
     - Twój rozkaz, żołnierzu - zmarszczył brwi Dorregaray - tyczy się tedy motłochu, mogącego zawadzać, dziewek, mogących szerzyć rozpustę i paskudną niemoc, złodziei, szumowin i hultajstwa. Ale nie mnie.
     - Nikogo bez glejtu nie przepuszczę - nasrożył się dziesiętnik. - Klnę się...
     - Nie klnij się - przerwał mu Trzy Kawki. - Lepiej się jeszcze napij. Tea, nalej temu mężnemu wojakowi. I usiądźmy, panowie. Picie na stojąco, szybko i bez należytego namaszczenia nie przystoi szlachcie.
     Usiedli na balach dookoła antałka. Halabardnik, świeżutko pasowany na szlachcica, kraśniał z zadowolenia.
     - Pij, dzielny setniku - ponaglał Trzy Kawki.
     - Dziesiętnik aby jestem, nie setnik. - Halabardnik jeszcze bardziej pokraśniał.
     - Ale będziesz setnik, musowo - Borch wyszczerzył zęby. - Chłop z ciebie łebski, migiem awansujesz.
     Dorregaray, odmawiając dolewki, odwrócił się w stronę Geralta.
     - W miasteczku jeszcze głośno o bazyliszku, mości wiedźminie, a ty już za smokiem się rozglądasz, jak widzę - powiedział cicho. - Ciekawe, aż tak potrzebna ci gotówka, czy też dla czystej przyjemności mordujesz stworzenia zagrożone wymarciem?
     - Dziwna ciekawość - odrzekł Geralt - ze strony kogoś, kto na łeb na szyję gna, by zdążyć na szlachtowanie smoka, by wybić mu zęby, tak przecież cenne przy wyrobie czarodziejskich leków i eliksirów. Czy to prawda, mości czarodzieju, że te wybite żywemu smokowi są najlepsze?
     - Jesteś pewien, że po to tam jadę?
     - Jestem. Ale już cię ktoś wyprzedził, Dorregaray. Przed tobą już zdążyła przejechać twoja konfraterka z glejtem, którego ty nie masz. Czarnowłosa, o ile cię to interesuje.
     - Na karym koniu?
     - Podobno.
     - Yennefer - powiedział Dorregaray, zasępiony. Wiedźmin drgnął niezauważalnie dla nikogo.
     Zapadła cisza, którą przerwało beknięcie przyszłego setnika.
     - Nikogo... bez glejtu...
     - Dwieście lintarów wystarczy? - Geralt spokojnie wyciągnął z kieszeni sakiewkę otrzymaną od grubego wójta.
     - Geralt - uśmiechnął się zagadkowo Trzy Kawki - więc jednak...
     - Przepraszam cię, Borch. Przykro mi, nie pojadę z wami do Hengfors. Może innym razem. Może się jeszcze spotkamy.
     - Nic mnie nie ciągnie do Hengfors - rzekł wolno Trzy Kawki. - Nic a nic, Geralt.
     - Schowajcie ten mieszek, panie - rzekł groźnie przyszły setnik. - To zwykłe przekupstwo. Ani za trzysta nie przepuszczę.
     - A za pięćset? - Borch wyjął swoją sakiewkę. - Schowaj mieszek, Geralt. Ja zapłacę myto. Zaczęło mnie to bawić. Pięćset, panie żołnierzu. Po sto od sztuki, licząc moje dziewczęta za jedną piękną sztukę. Co?
     - Ojej, jej, jej - zafrasował się przyszły setnik, chowając pod kurtę sakiewkę Borcha. - Co ja królowi powiem?
     - Powiesz mu - rzekł Dorregaray, prostując się i wyjmując zza pasa ozdobną różdżkę ze słoniowej kości - że strach cię obleciał, gdy popatrzyłeś.
     - Na co, panie?
     Czarodziej skinął różdżką, krzyknął zaklęcie. Sosna rosnąca na nadrzecznej skarpie eksplodowała ogniem, cała, w jednym momencie, od ziemi aż po wierzchołek pokryła się szalejącymi płomieniami.
     - Na koń! - Jaskier, zrywając się, zarzucił lutnię na plecy. - Na koń, panowie! I panie!
     - Zaporę precz! - wrzasnął do halabardników bogaty dziesiętnik, mający wielkie szanse zostać setnikiem.
     Na moście, za zaporą, Vea ściągnęła wodze, koń zatańczył, zadudnił kopytami po balach. Dziewczyna, miotając warkoczami, krzyknęła przeszywająco.
     - Słusznie, Vea! - odkrzyknął Trzy Kawki. - Dalej, waszmościowie, po koniach! Pojedziemy po zerrikańsku, z łomotem i świstem!
     
  1   2   3   4


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość