Strona główna

Sejmiki 2012 Dobry był poziom artystyczny Sejmiku


Pobieranie 200.4 Kb.
Strona4/4
Data20.06.2016
Rozmiar200.4 Kb.
1   2   3   4

Zespół Obrzędowy GRUSZA z Rzęrzeczyc (pow. częstochowski, woj. śląskie) zaprezentował przedstawienie zatytułowane Zmiana tajemnic. Do gospodarskiego domu przychodzi stara kobieta z mizernym tobołkiem, w którym ma swój dobytek. Najcenniejsza w nim jest stara pierzynka. To matka gospodyni, będąca „na wycugu” i wędrująca pomiędzy swoimi dziećmi. Izba jest odświętnie wysprzątana. Na stole ustawiony ołtarzyk z figurą Matki Bożej, w kwietnym otoczeniu. Niebawem ma się tu odbyć kolejne modlitewne spotkanie Żywego Różańca, podczas którego dokonane zostaną zmiany tajemnic. Zebrane kobiety, po wstępnych modlitwach i pieśniach Maryjnych, dochodzą do wniosku, że losowanie nie jest najlepszym sposobem na tę zmianę. Podchwytują pomysł, by mająca pierwszą tajemnicę – otrzymała drugą, mająca drugą – dostała trzecią… itd. Jesteśmy także świadkami przyjęcia nowej osoby – na miejsce zmarłej. Składa ona zwyczajowe przyrzeczenie wypełniania obowiązków bractwa różańcowego.
Zbierana jest przy tej okazji składka na comiesięczne nabożeństwo. Równolegle toczy się normalne życie – opowieści, zdarzenia. Kobiety opowiadają sobie o cudach czynionych przez św. Walentego, o jego męczeństwie. O uzdrowieniu cierpiącego „na choróbkę” dziecka, które po latach zostało kapelanem wojskowym. Pojawia się też wraz z dzieckiem siostra nieobecnego gospodarza, w sprawie spadku po ojcach. Te wydarzenia mogłyby ożywić statyczność modlitewnego spotkania, nadać mu bardziej wyrazistą teatralną formę, zbudować konflikt. Realizatorzy nie skorzystali z tej możliwości. Uwagę swą skupili na religijnych aspektach przedstawienia, zapominając że intymność modlitwy jest nieprzekładalna na język teatru. Modlitwa odegrana na scenie, odarta zostaje z „sakrum” – niezwykłości, tajemnicy.
A „profanum” w tym spektaklu jest zbyt słabo widoczne i jakby niedokończone.

Przetańczyć zmierzch to spektakl Amatorskiego Teatru im. J. Żmudy ze Stalowej Woli (woj. podkarpackie, pow. stalowowolski). Aktorzy zespołu spotykają się po wielu latach i wspominając przeszłość, przywołują swoje ulubione role. Grają dla siebie i przed sobą, ale grają także przed publicznością. Prywatność i intymność ich osobistych przeżyć stwarza pewnego rodzaju hermetyczność, zamknięty krąg, który nie ułatwia kontaktu z widzem. Oddziałuje jednak nastrój, niepowtarzalny klimat scen, ludzka godność i szczerość. Poszukiwania formalne nie przeszkadzają treści, przeciwnie - podkreślają ją. Piękny jest cykl scen: fotografowania – jako znaku przemijania oraz tej, w której dwóch aktorów o gołąbkowych włosach, posługując się wierszem B. Leśmiana „Dwaj Macieje”, nad tym przemijaniem stawia kropkę. Jesteśmy pogodzeni z życiem. Nadchodzi zmierzch. Czy da się go przetańczyć?

Zatraceniec Amatorskiego Zespołu Teatralnego im. J. Pitoraka z Bukowiny Tatrzańskiej (woj. małopolskie, pow. tatrzański) to przedstawienie pełne inscenizacyjnych pomysłów. Poszczególne role wyraziste i dynamiczne. Marcinkula i Filipek to postaci arcykomiczne. Konflikt jest jasny i prosty. Niestety, niektóre sceny giną w gadulstwie. Należy je po prostu skrócić. Gadanie dla gadania nie posuwa akcji do przodu. Szkoda. Opowieści o Franku alkoholiku i zakochanej w nim Zosi mogłyby się skończyć na ich spotkaniu w dniu wigilijnym. Czwarty akt to temat na kolejny spektakl. Duża praca, świetne aktorstwo, potrzebna jest jednak dyscyplina i precyzyjny scenariusz. Czuwajcie nad ekspresją, drodzy aktorzy. „Zatraceniec” podoba się publiczności a po odpowiednich retuszach, które poprawią tempo i rytm spektaklu, może nie tylko bawić, uczyć ale i zachwycać.

Gminny Zespół Pieśni i Tańca KOZIEGŁOWY z Koziegłów (pow. myszkowski, woj. śląskie) przedstawieniem Wokół osikowego łyka przypomniał ginącą rękodzielniczą tradycję wytwarzania z wiórów osikowych różnorodnych przedmiotów, kwiatów, dywanów, kapeluszy. Pokazano cały cykl produkcyjny od ustrugania z osikowego klocka specjalnym narzędziem – wióra o określonej długości i grubości, po finalny produkt. W scenicznej izbie kilkanaście kobiet zajętych jest pracą: wyrabiają „sztuczki” czyli warkocze, z których zszywane są kapelusze, składają kwiaty – maki i róże, wyplatają dywaniki. Jedna z kobiet pokazuje nowość – pomalowany kapelusz – dotychczas robione miały naturalny kolor drewna. Akcja toczy się leniwie, jak to przy pracy zajmującej ręce. Ożywia się, kiedy pojawiają się opowieści o wydarzeniach we wsi, u sąsiadów. W większości gadki te są pełne humoru. Pojawia też śpiew poprzedzony zachętą: „może byśmy kobiety coś zaśpiewały”. Przedstawienie interesujące od strony poznawczej, przywracające zamierające rękodzieło w Koziegłowach. Nabrałoby ciekawszego, bardziej wyrazistego teatralnie charakteru, gdyby zostało wzbogacone o inne zdarzenia (np. przyjście kupców, targowanie się o cenę). Nie od rzeczy byłoby wprowadzenie większej ilości piosenek. A zespół bardzo dobrze śpiewa.

Widowisko Kiszenie kapusty przygotowane przez Zespół Śpiewaczo-Obrzędowy JAMNICZANKI z Jamnicy-Grębowa (woj. podkarpackie, pow. tarnobrzeski) uwodzi widza nieszablonowym podejściem do wydawałoby się bardzo prozaicznej czynności, jaką jest kiszenie kapusty. Dobre aktorstwo wykonawczyni postaci Jagny, ekspresyjnie wyraziste, przenika przez wszystkie sceny przedstawienia. Mąż Walek, nie mając za wiele do powiedzenia w obecności żony, poddaje się nieustannej krytyce, broniąc równocześnie swoich chłopskich praw. To powoduje spiętrzenia emocjonalne i narastanie napięcia scenicznego. Przybywający do pomocy sąsiedzi poprzez swoje aktorstwo, za każdym razem wnoszą coś nowego, dopełniając sytuacyjnie przebieg akcji. Jasne staje się, że tytułowa kapusta to pretekst do ukazania w szerszym przekroju obyczajowości wsi oraz potencjału tkwiącego w aktorach, którzy odznaczają się sporą wyobraźnią teatralną, doświadczeniem oraz konsekwencją w logicznym zamknięciu całości. Ukoronowaniem dramatycznych sytuacji jest scena, w której trud całodziennej pracy zostaje zniweczony w jednej chwili – ze zbutwiałej beczki wypełnionej kapustą wypada dno. Utrzymanie w humorystycznym tonie widowisko dopełniają równie dowcipne przyśpiewki.



Grupa Obrzędowa TKACZE z Wysokiej (woj. podkarpackie, woj. łańcucki) wystąpiła z widowiskiem Wesele Wysockie. W pierwszej części obserwujemy scenę dialogową pomiędzy rodzicami przyszłej młodej a ostębnikiem, tzn. wysłannikiem narzeczonego, który dobija targu majątkowego dla przyszłych młodych gospodarzy. Dialog prawdziwy w treści, jednak zbyt uładzony – głównie ze strony gospodarza i ostębnika. Rozmowa nabiera dramaturgii i jędrności, kiedy uaktywnia się żona gospodarza, niezadowolona z przebiegu przetargów. Jej upomnienie się o bogatszy posag ze strony rodziców chłopaka ożywa akcję. Druga część przedstawienia pokazuje ginący bardzo piękny zwyczaj wystawiania wiechy na dach domu panny młodej na zakończenie obrzędu weselnego. Ta piękna symboliczna scena, podparta dawnymi, w większości już zapomnianymi, pieśniami o charakterystycznej melodyce, wprawia w stan podniosłości, zadumy, przemyśleń. Wartość tego unikalnego fragmentu wesela osłabia realizacja przebiegu w formie estradowej, to znaczy mało autentycznych i niewłaściwych etnograficznie zachowań: zwroty do publiczności podczas śpiewu, niewłaściwe gesty i ruch młodych dziewczyn, także wyraźnie współczesny wygląd niektórych uczestników wesela (podcięte włosy, wymalowane oczy, usta). Niewłaściwe są też gesty pożegnalne na zakończenie, skierowane do widowni. Elementem wymagającym zmian jest skład zespołu muzycznego: zabrakło tradycyjnych skrzypiec, a pojawiły się obce instrumenty – flet poprzeczny i akordeon, które nigdy nie funkcjonowały w ludowej kulturze muzycznej dawnej polskiej wsi.

Orawska Grupa Teatralna im. dr E. Kowalczyka z Lipnicy Wielkiej (woj. małopolskie, pow. nowotarski) opowiada o zapomnianych obrzędach związanych z wypasem wołów i o zagmatwanym losie Franka. Wszystko zaczyna się w żydowskiej karczmie, w której hyrni Lipniczanie tańczą, śpiewają, gwarzą a przede wszystkim piją. Zgiełk i nadekspresja zacierają znaczenie słów i intencji. Dopiero wyjście
na wypas daje pewien oddech, choć i tu czyhają różne niespodzianki i niebezpieczeństwa. Cesarz powołuje Franka do wojska. Burzliwe dzieje naszego bohatera kończą się ucieczką z wojska i pojawieniem się na hali. Opowieści przeszkadza czasem śpiew, czasem oderwane refleksje o pięknie Orawy. Wolorze to żarliwa ballada teatralna o zwyczajach i pięknie ziemi rodzinnej.



Komisja Artystyczna Sejmiku w Bukowinie Tatrzańskiej postanawia zarekomendować do udziału w Sejmiku Teatrów Wsi Polskiej w Tarnogrodzie następujące zespoły:

  • Amatorski Teatr NAUMIONY z Ormontowic ze spektaklem Marika

  • Zespół Śpiewaczo-Obrzędowy JAMNICZANKI z Jamnicy-Grębowa ze spektaklem Kiszenie kapusty.

Tegoroczny bukowiański sejmik teatrów wiejskich przyniósł wiele interesujących przedstawień. Na podkreślenie zasługuje ich różnorodność tematyczna. Obok tradycyjnie wykorzystujących obyczaje, obrzędy i prace domowe czy polowe, pojawiły się obrazki dramatyczne własnego autorstwa, czy poszukiwania i próby eksperymentowania z językiem i formą teatralną. Dziękujemy autorom, reżyserom i animatorom za ich twórczy wkład w życie i rozwój wiejskiego teatru. Dziękujemy aktorom za ich dokonania. W pamięci naszej pozostanie wiele wspaniale zagranych ról.

Osobne serdeczne słowa kierujemy w stronę gospodarzy sejmiku, którzy nie tylko w przenośni gorąco przyjęli swych gości. Serdeczność, gościnność, staranność organizacyjna, atmosfera wyjątkowego święta – to właściwie codzienność bukowiańskich sejmików. Tak jest każdego roku i każdego roku coraz piękniej.


A zawdzięczamy to Bukowiańskiemu Centrum Kultury Dom Ludowy w Bukowinie Tatrzańskiej, Małopolskiemu Centrum Kultury SOKÓŁ w Nowym Sączu, ich dyrektorom i pracownikom spełniającym z miłością teatralną posługę. Ta przyjaźń dobrze służy teatrowi wsi. Dziękujemy serdecznie, pozostając z nadzieją na kolejne spotkanie w przyszłym roku.

Każdy zespół które brały udział w sejmiku otrzymuje pamiątkowy dyplom zaprojektowany i wykonany przez Pana Franciszka Palkę oraz nagrodę rzeczową w postaci książki pt. Wspomnienie o wielobarwnym ptaku – ufundowaną przez Małopolskie Centrum Kultury SOKÓŁ w Nowym Sączu oraz ciupagę – podarek Bukowiańskiego Centrum Kultury DOM LUDOWY w Bukowinie Tatrzańskiej.


K o m u n i k a t

Komisji Artystycznej

Międzywojewódzkiego Sejmiku Wiejskich Zespołów Teatralnych

Ożarów, 7 – 8 lipca 2012 r
Komisja Artystyczna w składzie:

- Katarzyna Smyk – folklorysta

- Lech Śliwonik – teatrolog

- Edward Wojtaszek – reżyser

obejrzała 9 spektakli, zaprezentowanych przez wiejskie teatry z województw – dolnośląskiego (2), lubuskiego (2) oraz łódzkiego (5) i odbyła warsztatowe spotkania z zespołami. Poniższe opisy przedstawień zawierają pozytywne i krytyczne uwagi, a także propozycje przekazane w trakcie tych rozmów.

Zespół Obrzędowo-Śpiewaczy z Ożarowa (woj. łódzkie, pow. wieluński) zaprezentował widowisko Co za czasy. Zobaczyliśmy współczesną codzienność wiejskiej 4-pokoleniowej rodziny. Od spokojnego spotkania przy kawie rozpoczyna się ta wartka i barwna opowieść, rozgrywająca się w dwóch aktach, na kilku dobrze zagospodarowanych planach, podana żywym językiem podwieluńskiej wioski. Elementy humorystyczne przekonują, że twórcy widowiska mają dystans i do przeszłości, i do siebie, i do współczesnych realiów politycznych i społecznych. Spokój kobiecej pogawędki w upalny czas żniw powoli – może nieco zbyt powoli – nabiera rozpędu i kolorów, a to za sprawą wkomponowanych w scenariusz konfliktów i kontrastów, zapewniających napięcie i dających szansę zbudowania ciekawej teatralnie narracji. Skontrastowano zatem obraz dawnej i współczesnej kawy i spotkań towarzyskich, dawnych i współczesnych żniw, kształt dawnej i współczesnej rodziny, zachowanie dawnej i współczesnej młodzieży wobec dziadków i rodziców, dawne i współczesne filmy czy sposoby na zrobienie interesu np. na własnoręcznie szytych kapeluszach itd. Pomysł ten zrealizowano konsekwentnie i klarownie, by na tym tle pokazać też indywidualne dramaty, na przykład nestorki rodu, prababci, która na przemian modli się i lamentuje nad kończącym się światem, czy dramat babci, której wnuki policja chce odebrać jej synowi, samotnie wychowującemu potomstwo z powodu wyjazdu matki zagranicę za chlebem. Razi niekiedy powtarzanie podanych wcześniej informacji i ten błąd w scenariuszu trzeba naprawić. Spektakl udanie wpisuje się w debatę nad tematami niezwykle ważkimi, dającymi pretekst do przywołania i upamiętnienia niknącego na naszych oczach tradycyjnego systemu wartości.

Teatr Tip-top z Gryżyc (woj. lubuskie, pow. żagański) przedstawił Łotra na pokucie - przypowieść teatralną z morałem, opartą na motywach baśni biblijnej. Tytułowy bohater zostaje ukarany przez Boga za swoje oszustwa i nieprawości. A kara jest nie byle jaka: przez rok żyje i pracuje zamieniony w osła, którego wcześniej ukradł starszemu człowiekowi. Żona go nie poznaje, harówka jest ciężka, a i traktowanie takie, jak na osła przystało. Po odbyciu pokuty zostaje mu przywrócona ludzka postać. Jest nadzieja, że Łotr się odmieni.

Młodzi wykonawcy włożyli dużo pracy w stworzenie atmosfery bliskowschodniej baśni, starannie przygotowali kostiumy, a aktor grający osła zrobił to tak zręcznie, że wzbudził sympatię widowni i doczekał się zasłużonych braw.

A jednak jest kilka elementów, które należałoby poprawić. Scenografia wydaje się nie całkiem szczęśliwa. Składa się z dwu zastawek i ceglanego łuku wykonanego z tektury. Jego uroda pozostawia wiele do życzenia, a wykorzystanie w spektaklu jest niekonsekwentne. Sytuacje budowane są wokół zastawek i prawdopodobnie rezygnacja z owego łuku wyszłaby przedstawieniu na dobre. Kolor zastawek nie waloryzuje kostiumów. Może należałoby je zrobić czarne lub białe.

Konieczna jest też praca z aktorami. Grali z namaszczeniem, pauzowali nawet wtedy, gdy nie było to potrzebne. Całość pozbawiona jest choćby odrobiny uśmiechu, żeby nie powiedzieć poczucia humoru. Ogromną wadą jest fakt, że reżyser nie nauczył młodych wykonawców, jak wielka jest waga słuchania partnera, przez co całe sceny wyglądały, jakby każdy po kolei wygłaszał swój tekst, a nie reagował na to, co mówią i robią inni.



Zespół Środowiskowy WŁYNIAKI z Włynia (woj. łódzkie, pow. sieradzki) pokazał przedstawienie „Śpieszmy się kochać ludzi…”. Jest to spektakl, w którym rozpoznać można charakter pisma zarówno zespołu, jak i autora. Znakomita budowa scenariusza pozwala na sekwencyjne prezentacje krótkich scenek - pozornie ze sobą nie związanych, a w sumie malujących bardzo bogaty obraz społeczności małej miejscowości. Nie jest to obraz budujący. Wręcz przeciwnie – bardzo brutalna diagnoza środowiska. Alkohol, kłótnie, zawiść, głupota, zawzięta konkurencja między sąsiadami, przemoc, wykorzystywanie swojej pozycji, zaczepki, napuszczanie na siebie młodych z powodu konfliktu starych, chore ambicje, niewrażliwość na uczucia dziecka, hipokryzja, interesowność, a można by jeszcze dodać parę problemów, z których każdy starczyłby na pełnowymiarowy spektakl.
A jednak mamy poczucie, że aktorzy nie wyżywają się na portretowanych postaciach, raczej robią wszystko, żeby widzów poruszyć, walczą o ważną dla siebie sprawę.

Najwyższe słowa uznania należą się zespołowi, bardzo licznemu, zróżnicowanemu wiekowo, który świetnie potrafi wykorzystać różnice między aktorami. Przykładem niech będą ściskające za gardło sceny z udziałem najmłodszych i najstarszych aktorek. Znakomicie reżyser bawi się przestrzenią, budując sytuacje na różnych planach, często symultanicznie. Duże wrażenie robi ostatnia scena, kiedy po tragedii, jaką się skończyła dyskoteka, spotykają się wszyscy w pochodzie i wyznaniu winy.

Należałoby może zwrócić uwagę na pewną dysproporcję zadań, jakie spoczywają na dwóch skonfliktowanych rodzinach. Podczas gdy jedna mówi wiele, druga się prawie nie odzywa, a chcąc brać udział w scenie, ucieka się do czegoś w rodzaju pantomimy nie najwyższej jakości. Pewne szczegóły w kostiumach wymagają lekkiego przemyślenia: dbałość o szczegół i konsekwencja podniosłyby przyjemność oglądania tej pracy na jeszcze wyższym poziomie.

Monodram Lis Witalis przedstawiła bardzo młoda aktorka Teatru Bezdomnego im. B. Hrabala z Żarowa ( woj. dolnośląskie, pow. świdnicki). Na scenie wysoka drabina, także drewniane pnie różnej wysokości. Potem pojawią się rekwizyty – miska, patelnia, plastikowy worek… Właśnie „pojawią się”, bo ich wykorzystanie jest i minimalne, i przypadkowe. Z drabiną rzecz wygląda inaczej – jest wykorzystywana, nawet w nadmiarze: wykonawczyni parokrotnie wspina się i schodzi, ale zawsze równie dobrze mogłoby tego nie być, bo nigdy działanie to nie jest konieczne, nie wynika z treści. Pozostaje zatem słowo, czyli opowiedzenie historii. Z tym jest nienajgorzej, bo dziewczyna mówi z pewną swadą, czytelnie przekazuje treść (choć często przeszkadzają dochodzące z głośnika „odgłosy natury”). Ta umiejętność mogłaby pozwolić na poprawny występ recytatorski, ale nie na zbudowanie jednoosobowego teatru. Wniosek więc płynie taki, że postawiono wykonawczyni zadanie ponad siły, kazano zmierzyć się z jedną z najtrudniejszych form scenicznych. Nic dziwnego, że podołała temu zadaniu w niewielkim tylko stopniu. Nie jej wina.

Formę monodramu miała również druga prezentacja Teatru Bezdomnego im. B. Hrabala – spektakl zatytułowany Kyś. Tym razem scena była niemal zupełnie pusta, jedynym rekwizytem jest krzesło. Z głośnika rozbrzmiewa rosyjska pieśń z lat wojny ojczyźnianej Stawaj strana narodnaja…, na scenę wchodzi dziewczyna w czapce-uszatce i w ogóle ubraniem bliższa mężczyźnie. Wolno spodziewać się, że będzie coś o wojnie, może jakieś wspomnienia… Błędne przypuszczenie – wprawdzie bohaterem i narratorem jest bliżej nieokreślony obywatel Rosji o imieniu Benedykt, ale treści w zasadzie nie ma. Jakieś zdania o bohaterze, o mateczce i ojcu, o lesie, o wybuchu… Formy także – raz realistyczny opis, za chwilę niezrozumiała tonacja groteski. Na domiar złego aktorka nieustannie ilustruje słowa zachowaniami i gestami: bohater wciąga powietrze, zadziera głowę, szczerzy zęby – wszystko to musimy oglądać, jakby teatr nie posądzał nas nawet o śladową inteligencję. Ale najgorszy jest główny pomysł „roli” – otóż dziewczyna cały czas mówi „z ruska”: stawia akcenty, „zaciąga”. Tak zniweczone zostały podstawowe zasady teatru jednoosobowego, bo nie wiadomo KTO mówi i O CZYM. Wtedy i widz jest niepotrzebny. Całe przedsięwzięcie trwa pół godziny. Aż pół godziny, bo umiejętności wykonawczyni (wiek późno gimnazjalny) i inwencji reżysera wystarcza na kilka minut. Najwyraźniej przeliczono się z siłami.

*

W omówieniu tych dwóch spektakli wzięły udział wykonawczynie, obecny był reżyser. Na delikatnie krytyczne uwagi Komisji, odrzekł iż wyboru tekstów dokonały i zadecydowały o sposobie wykonania same aktorki. Nie możemy zatem nie przekazać takiej oto opinii – znamy dorobek instruktorski i ambicje twórcze Ryszarda Dykcika, z niepokojem jednak obserwujemy ostatnio, jak bez analizy możliwości swego zespołu porywa się na niezwykle trudny repertuar (np. „Tango”) i takież formy (np. teatr jednego aktora), stawiając tym swoich podopiecznych w sytuacji pewnej porażki. Apelujemy o głębszą refleksję.



Ostatki u Felusioków stały się dla Zespołu Folklorystycznego z Popowic (woj. łódzkie, pow. wieluński) okazją do opowiedzenia o wyjątkowym czasie, tak w skali roku obrzędowego, jak w skali ludzkiego życia. Akcja, umiejscowiona w latach 60. poprzedniego wieku (czasy Gomułki – jak mówi się w spektaklu), rozgrywa się w konsekwentnie i starannie umeblowanej izbie, czego uwieńczeniem może być asparagus – delikatna niczym woal roślina, towarzysząca niegdyś każdej większej rodzinnej uroczystości. Tym razem towarzyszy rodzinie Felusioków, przypominającej czasy wojny, powojennych prześladowań, przesłuchań, więzień UB... Teoria spiskowa – jako piętno tamtych czasów – organizuje jedną z płaszczyzn scenariusza: bohaterowie żyją w przekonaniu, że ściany mają uszy, a babcia wierzy, że monitor telewizora, jak kamera, przenosi jej wizerunek na drugą stronę, z której wyimaginowany ukochany przemawia do niej zalotnie. Jakże trafnie portretuje to współczesną rzeczywistość, kreowaną przez media, w której świat realny nakłada się na świat wirtualny... W widowisku wszystko to staje się okazją do przeplatania strachu, dowcipu i podniosłości, która pojawia się zwłaszcza w scenie czytania listu od syna zaginionego przed 23 laty. Żyje, mieszka za oceanem, a milczał, by chronić rodzinę przed służbami bezpieczeństwa. Teraz korespondencyjnie wraca na łono rodziny - właśnie dziś, w tytułowe ostatki. I – paradoksalnie – tych właśnie ostatków jest w omawianym przedstawieniu najmniej. Przewija się menu ostatkowe, pojawia się opis wywozin, na oczach widzów jedna z kobiet przemienia się w ostatkowego przebierańca, jednakże pozostajemy z niedosytem, co może zachęcić Zespół do pełniejszej rekonstrukcji obrzędowości tego okresu w kolejnych inscenizacjach.

Teatr Zza Boru z Zaboru (woj. lubuskie, pow. zielonogórski) wystąpił ze spektaklem zatytułowanym Ciasting. Jest to obraz małej społeczności wiejskiej w krzywym zwierciadle, z elementami kryminału. Zaczyna się od sceny dogadywania się wójta i przedsiębiorcy. Jeden drugiemu ma coś załatwić. Korzyści mają być obopólne. Czyli od początku jest atmosfera. Za chwilę dowiadujemy się o co chodzi. Przedsiębiorca przybył wraz z ekipą TV, żeby przeprowadzić casting na udział w reklamie proszku do prania. Szukają „świadomej samodzielnej gospodyni”. Rzecz ma się odbyć nazajutrz i jest 6 kandydatek. Bardzo się od siebie różnią: córka wójta
(o którą walczył ojciec w pierwszej scenie) zahukana i jąkająca się dziewczyna w bereciku i grubych okularach, alergiczka-ekolożka pracująca w urzędzie gminy, bibliotekarka – kobieta z trochę innej bajki, Urszula, która przynosi ciasteczka, pięknie śpiewająca dziewczyna i miejscowa bizneswoman czyli sklepowa podchodząca do wszystkiego jak do układu, który można wynegocjować. Zderzenie ekipy TV z małą społecznością, rozbudzone ambicje i wyobrażenia na temat własnej drogi życiowej, wszystko to daje niezwykle ciekawy materiał na przedstawienie. Rywalizacja doprowadziła jedną z uczestniczek do dosypania do ciasteczek środka, który wyeliminowałby rywalki. Szkoda, że z chwilą pojawienia się ciastek na scenie tytuł przedstawienia zdradza intrygę. Szkoda również, że dobry pomysł scenariuszowy (konkurs, ostre spięcie, machinacje) nie został odpowiednio wykorzystany. Sam moment castingu, który dałby olbrzymie możliwości pokazania bohaterek, nie odbywa się na naszych oczach. Można by też wyobrazić sobie kaca, jaki jest udziałem tego środowiska po castingu, zwłaszcza, że w końcu żadna z kandydatek w reklamie nie zagrała.

Należy podkreślić rzetelną pracę zespołu składającego się ze sporej grupy aktorów, szczególnie jeśli chodzi o budowanie postaci i ich zróżnicowanie. Cenne jest też podejmowanie tematu, który porusza problemy małych społeczności.

W Praszce (woj. opolskie, pow. oleski) grupa dorosłych, młodych ludzi zebrała się, aby robić teatr. Spotykają się w miejscowym Domu Kultury, przyjęli nazwę - Twój Teatr, przygotowali przedstawienie Maliczkowie głupoty gadają - o sobie, a konkretnie o miasteczku w jakim mieszkają i jakich setki są w naszym kraju. Pracują zespołowo, w grupie jest reżyser, jest autor scenariusza (Patrycja Ficek), do którego powstania przyczynili się wszyscy członkowie.

Na scenie 4 stoliki, krzesła oraz ekran. Wchodzą aktorzy, witają się, rozglądają, siadają. Na ekranie pojawiają się slajdy – małomiasteczkowe domy, ulice, sklepy. Z głośnika płynie komentarz. Maliczka jest miasteczkiem – Polska B; biblioteki nie ma, ziemi nikt nie uprawia. Panuje tu wiele dziwnych zwyczajów: we wtorek – targ, w środę – wszyscy sprzątają, w czwartek jedzą mielone… Raz w roku jest bal. I właśnie ów „bal” stanie się centrum akcji – spotkań, zdarzeń, rozmów. Najpierw jednak pojawia się dziewczyna z walizką. To Wirginia, uważana – jak się dowiemy – za dziwną osobę, może feministkę, może lesbijkę. Mówi, że boi się życia, ale też, że chce je chłonąć, poznawać. Potem jest bal. Zjawiają się i znikają różne osoby, kilka par tańczy, ktoś zmienia stolik. Jest jeden od początku podpity i śpiący, są miejscowe plotkarki, biorące „na języki” kolejne osoby. Jest zakompleksiona urzędniczka, która uważa że życie zmarnowała (ja, proszę pana, studiowałam…).


Są młodzi, niby „na luzie”, ale szukający ciepła, bliskości drugiego człowieka.

I już po balu. Na ekranie nowy slajd – park nocą. Spotykają się Wirginia i chłopak w okularach. Rozmawiają o swoim miasteczku, o rodzicach, książkach, o dziwnym porządku świata. W gruncie rzeczy mówią o swojej samotności – bez pretensji, bez żalów. Chłopak ryzykuje: jesteś inna, ale to mi się podoba, może będziemy parą. To im się nie uda. Jednak uda się Ani i Dżekowi – oni odważają się mówić o uczuciu, o tęsknocie, nie kryją się za słowami. Wirginia wyjedzie, okularnik nie przyzna się koledze do uczucia, o którym głośno w miasteczku. A zatem – powiada Dżek – Maliczkowie głupoty gadają.

Twój Teatr nie sili się na pełny dramat, na pełne postaci. Spektakl ma budowę sekwencyjną, składa się z kilkunastu scenek, ale nie przypadkowo sklejonych, a skupionych wokół jednej, centralnej sprawy. Aktorzy nie muszą tworzyć tego, czego nie potrafią – psychologicznych portretów. Grają fragmenty – sytuacji, postaci. Nie toczą długich dialogów, mówią tyle ile trzeba w tym momencie powiedzieć. Wszystko jest „akurat”. Oprócz końcowego komentarza. Z głośnika zaczynają rozbrzmiewać irytujące ogólniki, udające socjologiczne głębie: że życie jest niezmierzone, że trzeba dystansować się wobec stereotypów, oderwać od potocznych przekonań. To przykra i niepotrzebna konfrontacja wcześniejszej scenicznej prawdy i tych papierowych „mądrości”. Lepiej tę część usunąć. I może pozostawić otwarte, niedopowiedziane zakończenie – niechaj dopowie je widz.

Sejmikowa widownia wie niemal wszystko o chlebie. Nie zmienia to faktu, że każde widowisko o tym na poły świętym pokarmie budzi zainteresowanie i estymę. Dlatego spektakl o tej tematyce ma w swoim repertuarze każda szanująca się grupa obrzędowa. Nie mógł zatem pominąć jej Zespół Śpiewaczo-Obrzędowy KLICZKOWIANKI z Kliczkowa (woj. łódzkie, pow. sieradzki). Pieczenie chleba u Maciejowy to – pomimo zastrzeżeń co do ustawienia rekwizytów na scenie, wierności niektórym elementom tradycji czy zbytniego eksponowania gospodyni – widowisko ważne i wartościowe, na przykład ze względu na rekonstrukcję prastarych wierzeń i praktyk związanych z przemawianiem do personifikowanego ognia, z modlitwą towarzyszącą człowiekowi od świtu, w tym – modlitwą o chleb, z magicznymi sposobami zapewnienia sobie pięknych bochnów, z przyrządami służącymi do wypieku itd. Skrót, oszczędność, zwarty scenariusz, wyraziste zindywidualizowane postaci – to atuty Pieczenia chleba Kliczkowianek. Widowisko zyskałoby, gdyby działania zogniskowane wokół pieca zostały odsłonięte i pokazane widzom, a zespół lepiej wykorzystał jedną ze swoich najmocniejszych stron – śpiew, proponując więcej pieśni, zwłaszcza że scenariusz stwarza możliwości przywołania najwartościowszych z nich: obrzędowych pieśni weselnych. Ich brzmienie wzbogaca tę inscenizację, a dopełniane zapachem świeżego ciasta, sprawia, że widowisko zapada na długo w pamięć, ocalając od zapomnienia przeogromny świat znaczeń, którego symbolem pozostaje chleb.

* * *

Dobry był poziom artystyczny ożarowskiego Sejmiku 2012. Widowiska obrzędowe udowodniły po raz kolejny wysokie kompetencje zespołów, zarówno w poszukiwaniach repertuaru i jego teatralizacji, jak też w scenicznej realizacji. Trzy spektakle autorskie – oparte na własnych scenariuszach – były śmiałymi i udanymi próbami odniesienia się do naprawdę współczesnych, trudnych problemów. Ważne, że teatry mówiły tu o swoich sprawach, o znanym sobie środowisku, jego kłopotach, wadach, potrzebach. Posiadły dar bacznej obserwacji, dzięki temu w ich wypowiedziach dominował konkret. Były krytyczne, ale nie stawiały siebie w sytuacji osądzającego, czy wiedzącego lepiej – relacjonowały i analizowały wspólną rzeczywistość. Charakterystyczne i cenne, że te teatralne wypowiedzi narodziły się w środowiskach określanych jako „małomiasteczkowe”. Cenne, że te zespoły skupiają młodą inteligencję tych środowisk – ludzi, którzy nie chcą ograniczać się do narzekania, którym nie jest wszystko jedno. Czyżby teatr amatorski wracał do swoich pięknych tradycji, do zadania integrowania elity? Będziemy z uwagą obserwowali takie próby i w miarę możliwości starali się je wspierać.



Niezwykły jest klimat ożarowskiego spotkania. Tu sejmik jest dla każdego ważny, wyczekiwany i przyjmowany z otwartymi ramionami. Wójt gminy jest widzem przedstawień, nie tylko władzą czyniącą honory gospodarza. Panie z Zespołu Obrzędowo-Śpiewaczego zakasują rękawy, szykują poczęstunek, troszczą się o każdy przyjeżdżający teatr. Członkowie Ochotniczej Straży Pożarnej czuwają niezauważenie nad porządkiem. Młodzież z uśmiechem pełni role wolontariuszy
i przewodników. To wszystko sumuje się w jedną, wspólną dobrą robotę. Czynioną
z własnej potrzeby, dla satysfakcji i dla radości innych. Dlatego tak dobrze jest
w Ożarowie. Dlatego gorąco dziękujemy i serdecznie ostrzegamy: przyjedziemy
tu jeszcze nie raz.

Komunikat

Rady Programowej



Sejmików Wiejskich Zespołów Teatralnych 2012
Rada Programowa w składzie: Lech Śliwonik (przewodniczący), Edward Wojtaszek, Jan Zdziarski – na posiedzeniu w dniu 9 lipca 2012 – dokonała kwalifikacji spektakli do Sejmiku Teatrów Wsi Polskiej w Tarnogrodzie. Rada oparła swoje decyzje na dokumentacji sejmików międzywojewódzkich oraz obserwacji sejmikowych przeglądów. Na jesienny sejmik do Tarnogrodu (12 – 14 października 2012) zaproszone będą:

  • Kurpiowski Zespół Folklorystyczny CARNIACY z Czarnej, woj. mazowieckie – Kupiec

  • Zespół ORLANIE z Orli, woj. podlaskie – Wchodne

  • Zespół Teatralny z Ożarowa, woj. świętokrzyskie – Wielkie pranie u Bartosów

  • Zespół Pieśni i Tańca LEŚNIANIE z Kamiennej Góry, woj. świętokrzyskie – Poprawiny

  • Strzyżowski Teatr PRIMA APRILIS ze Strzyżowa, woj. podkarpackie – Moralność Pani Dulskiej

  • Teatr Obrzędowy LUBOMINIANKI z Boniewa, woj. kujawsko-pomorskie – Jak z chłopoka zrobić strażoka

  • Zespół Gościszowanie z Herodami z Gościszowa, woj. dolnośląskie – Pośnik

  • Zespół Środowiskowy WŁYNIAKI z Włynia, woj. łódzkie – Spieszmy się kochać ludzi

  • Zespół Obrzędowo-Śpiewaczy z Ożarowa, woj. łódzkie – Co za czasy

  • Amatorski Teatr NAUMIONY z Ormontowic, woj. śląskie – Marika

  • Zespół Śpiewaczo-Obrzędowy JAMNICZANKI z Jamnicy-Grębowa, woj. podkarpackie

*

W końcu sierpnia tarnogrodzcy gospodarze Sejmiku Teatrów Wsi Polskiej powiadomili, że w październikowym przeglądzie nie może uczestniczyć Strzyżowski Teatr PRIMA APRILIS. Rada Programowa postanowiła zaprosić do udziału inny zespół – brany zresztą wcześniej pod uwagę. W ten sposób w Tarnogrodzie wystąpi

- Teatr Twój z Praszki, woj. opolskie – Maliczkowie głupoty gadają.

1   2   3   4


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość