Strona główna

Slowo wst9pne


Pobieranie 0.58 Mb.
Strona1/9
Data19.06.2016
Rozmiar0.58 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9
SLOWO WST9PNE

Cieszę się bardzo, że mogę do publikacji pt. „Rozbójnik Boży", wydawanej po raz drugi staraniem moich Współbraci Orionistów, napisać kilka 16w wstępu, powtarzajqc zresztq niektóre aktualne myśli z poprz.Iniego wydania.

Wizja autora, Douglasa Hyde'a, bardzo mi odpowiada. Kreślac bowiem z entuzjazmem postać Ojca ubogich i przyjaciela człowie­ka ,trafił w dziesiatkę". W gęstwinie in formacji i w żywo refero­wanych opowiadaniach naocznych świadków pozwala on poznać duchowe oblicze oraz filozofię działania głównego bohatera ksiaż­ki - Błogosławionego Don Luigi Orione, wielkiego Syna Boskiej Opatrzności.

Czytajac tę ksiażkę, radowałem się w duchu i dziękowałem Panu Bogu, że powołał mnie do Rodziny Oriońskiej i pozwolił jakiś czas spędzić przy boku jej Założyciela, „podgladać" jego święte życie, a także jego wspaniała, szeroka działalność apostolska.

Truizmem jest stwierdzenie, że święci odgrywali zawsze w Koś­ciele wielka i konstruktywna rolę społeczno-religijna. Przez swoje zaangażowanie w życie Kościoła, przez charyzmaty, jakich udzie­la im Duch Święty, byli oni nauczycielami i awangardowymi przewodnikami, wnosili do skarbnicy Kościoła nieprzemijajqce wartości.

Warto tutaj przypomnieć słowa, jakie rok przed beatyfikacja Księdza Orione wypowiedział Jan Paweł II do pana Bruno Bottai, nowo mianowanego ambasadora Włoch przy Stolicy Apostolskiej: ,,Milo mi jest przy tej okazji przypomnieć wspaniałe postaci za­konne Włoch, jak św. Benedykt, św. Franciszek, św. Katarzyna, don Bosco i don Orione, którzy bqdqc nieustraszonymi świadka-

mi ewangelii, usiłowali jednocześnie sterować losy sobie współ­czesnych do przystani pokoju, dobrobytu i pomyślności" (L'Osser­vatore Romano, nr 144, 25/26 VI 1979, s. 2).

Dwa dni po beatyfikacji - dokładnie 28 października 1980 r., na prywatnej audiencji - tenże Papież wyraził radość do jej pol­skich uczestników, że w osobie Księdza Orione ,,...wyniesionej na ołtarze Kościół ma nowy wzór świętości, i to świętości współ­czesnej, zrodzonej w naszych czasach (...), dla naszych czasów..." (całe przemówienie w załączniku).

Twierdzenie, że tak wybitni ludzie zasługują na spopularyzo­wanie w szerokich kręgach społeczeństwa przez opracowanie książ­kowe, jest zbyteczne, chociaż jestem świadom także i tego, że co­kolwiek zrobi się dla nich w tym względzie, będzie to zawsze za mato i niezupełnie tak, jakby należało uczynić.

Polecając w tych krótkich słowach książkę o życiu i działalności Księdza Orione pióra Douglasa Hyde'a życzę, żeby polski Czytel­nik odnalazł w niej wiele treści dla własnych przemyśleń, wiele dobrego przykładu dla osobistego życia i działalności.

Życzę, aby ten „mocarz ducha" - jak go nazwał Jan Paweł II - był dla wszystkich Czytelników wzorem godnego, ludzkiego i chrze­ścijańskiego życia.

Arcybiskup Bronisław Dąbrowski Sekretarz Episkopatu
Warszawa, 20 XI 1987 r.

W Uroczystość Maryi Matki Boskiej Opatrzności

OD TŁUMACZY

Autor „Rozbójnika Bożego" - Douglas Hyde jest Anglikiem. Przyszedł na świat w 1908 r. w rodzinie pastora. Uzyskał wyższe wykształcenie, ale nie poszedł w ślady ojca, lecz przystąpił do an­gielskiej lewicy. Z tym nurtem życia politycznego Anglii był zwią­zany do 1948 r. Odtąd zmienił przekonania i przeszedł na katoli­cyzm, by oddać mu między innymi swoje pióro.

Hyde swego czasu poznał wielkiego pisarza włoskiego Ignazio Silone, który mu dużo opowiadał o swoim przyjacielu - księdzu Alojzym Orione i zafascynował go tym „dziwnym kapłanem". Między innymi od tego pisarza dowiedział się, że ksiądz Orione dopomógł mu w ucieczce przed więzieniem faszystowskim do Szwajcarii, dowiedział się zresztą dużo więcej....

Postać tego księdza rzeczywiście zainteresowała bardzo Hyde'a, tak że w latach pięćdziesiątych przyjechał do Włoch, żeby się bli­żej zapoznać z jego zgromadzeniem i zebrać materiał do biografii.

Podczas zbierania materiałów, zarówno w archiwach, jak i wśród osób, które znały ii stykały się z księdzem Orione, fascynacja oso­bą założyciela Zgromadzenia Księży Orionistów rosła z każdą nową uzyskaną informacją, nowym dokumentem. Następnie Hyde opracował te materiały - przytaczając bardzo często wypowiedzi swoich rozmówców - i ,zatytułował: „God's Bandit - Rozbójnik Boży".

Tłumacze starali się oddać jego myśl możliwie najlepiej, ale częsta niektóre sformuło-wania opuszczali, uważając je za mało istotne dla polskiego czytelnika. Nie uszczuplili jednak w niczym ,,substancji" dzieła - i ksiądz Orione, bohater opracowania, i Hyde, jego autor, pozostali w nim sobą.



PROLOG

W jadalni o kamiennej 'posadzce, mieszczącej się w suterenach Szkoły Zawodowej w Wenecji, furtian podawal mi kolację: chleb, specjalny gatunek sera i czerwone wino. W rzeczywistości nie był to zwykły furtian. Stawiając posiłek na nie heblowanym stole, mówił bez przerwy dźwięcznym basem, a płynnej jego wymowie towarzyszyły żywe, pełne wyrazu gesty. Był niskiego wzrostu, krępej budowy, o potężnej klatce piersiowej, którą śnieżna biel koszuli zdawała się jeszcze poszerzać.

- „Z taką klatką piersiową nadawałby się pan na śpiewaka operowego" - schlebiałem mu.

- „Byłem nim, proszę pana, bylem niegdyś" - odpowiedział. „Już jako chłopiec marzyłem o karierze śpiewaka. Dorastając utwierdziłem się w przekonaniu, że Bóg obdarzył mnie pięknym głosem. Moje nadzieje się spełniły. Zostałem śpiewakiem opero­wym. Zaangażowano mnie da La Scali w Mediolanie, co. jest w ogóle największym zaszczytem dla każdego śpiewaka. Ja oso­biście, będąc mediolańczykiem, uważałem to za największe szczę­ście, jakie mnie mogło spotkać. opiewałem partie solowe w kilku najsłynniejszych operach. Oto tak..." Odrzucił w tył głowę, wy­prężył pierś, a z jego ust popłynęła kaskada dźwięków po pustych korytarzach szkoły.

- „Pan ma jeszcze wspaniały głos! Co pan tutaj rabi? Dla­czego pan opuścił La Scalę?" - zapytałem.

Jego odpowiedź była w doskonalej harmonii z wrażeniami, jakie właśnie odniosłem.

- „Pewnego wieczoru wracałem z opery. Natknąłem się na księdza Orione. Odezwał się do mnie i w tej samej chwili adczu-tem na sobie jego oddziaływanie: wiedziałem, że pójdę za nim choćby na koniec świata. Nie potrafię panu wytłumaczyć, jak się to stało. Opowiadał mi o swojej pracy, a na moje pytanie, czy mógłbym mu być w czymś pomocny, odrzekł, że potrzebuje pala­cza do szkoły, w której chłopcy z ulicy powinni się czegoś poży­tecznego nauczyć. Tę właśnie szkołę otworzył tutaj w Wenecji. Wyraziłem zgodę na to stanowiska, udałem się z nim do. Wenecji i już mnie La Scala więcej nie zobaczyła".

Była po północy, gdy przybyłem do Mediolanu i skoro się zna­lazłem w „Małym Cottolengu" księdza Orione, udałem się na­tychmiast na spoczynek, nie rozejrzawszy się wcale w rozkładzie gmachu i nie zadając sobie trudu dociekania, jakiemu celowi służy.

Następnego ranka wybrałem się na poszukiwanie łazienki i wnet pobłądziłem w labiryncie korytarzy. Nagle otworzyły się szeroko drzwi i wypadł z nich chłopak bez nóg, siedzący na wózku wrot­kowym; szurnął kolo mnie, wpadł do przeciwległych drzwi i zni­knął w pomieszczeniu, gdzie prawdopodobnie była łazienka. Przez otwarte drzwi, z których wyjechał, zobaczyłem wielką salę, gdzie chłopcy bez rąk i nóg dźwigali się z łóżek.

dzieci, 100 osieroconych dziewcząt, 50 dziewcząt upośledzonych umysłowo (część z nich w stopniu głębokim), zniekształconych, pokrzywionych, 100 kobiet chorych psychicznie, 200 kobiet star­szych, zgrzybiałych, nieuleczalnie chorych. Razem 650 osób, o któ­re nikt inny nie chciałby się zatroszczyć. Opiekowali się nimi człon­kowie Zgromadzenia Synów Boskiej Opatrzności i Małych Misjo­narek Miłosierdzia - dwóch zakonów, założonych przez księdza Orione.

Burmistrz Florencji, La Pira, to człowiek miły i nieprzeciętny. Jest pierwszym obywatelem jednego z najpiękniejszych miast świata, pracuje w jednym z jego wspaniałych gmachów, a miesz­ka w celi mniszej. Na umówiony obiad zjawił się na vespie - skuterze młodego człowieka, który akurat wtedy przejeżdżał przed portalem Palazzo Vecchio, gdy burmistrz opuszczał siedzibę urzędu.

Obiad spożywaliśmy przy stole, na podeście klatki schodowej, w pewnym domu przeznaczonym dla małoletnich przestępców. Byli wśród nich skazani za kradzież, których umieszczona tutaj zamiast w więzieniu; młodzi włóczędzy i bezdomni ulicznicy - w sumie 40 młodzieńców między 17 a 21 rokiem życia. Wszyscy oni weszli już w konflikt z prawem i porządkiem społecznym. Mimo to nie stosuje się tu zamków w drzwiach ani surowego re­gulaminu.

Dozór sprawował jedynie niepokaźny, zawsze uśmiechnięty, starszy już ksiądz Secchiaroli ze Zgromadzenia Synów Boskiej Opatrzności. Członkowie tej opornej „familii" w każdej chwili mogli wykończyć go i ulotnić się. To się jednak nie zdarzyło. Między 150 młodocianymi, którzy od założenia dom ten zamiesz­kiwali, znalazł się tylko jeden recydywista. Przeważnie czują się oni tu jak u siebie, kochają ten dom jak ognisko rodzinne, które większość z nich znalazła tu po raz pierwszy w życiu. Niektórzy, mimo że już poprzednio karani, pracują u znanych złotników i jubilerów we Florencji. Z poruczenia księdza Secchiaroli cały dzień mają do czynienia ze srebrem i złotem. Jeszcze żaden z nich nie sprawił zawodu.

I tak zorientowałem się równocześnie, gdzie jest łazienka i jakie jest przeznaczenie zakładu. Był to jeden z sześciu domów księdza Orione dla dzieci - kalek wojennych.

Później, gdy wybrałem się na zwiedzanie domu, spotkałem jego mieszkańców wracających po mszy św. z kaplicy, mieszczącej się w głębi kompleksu zabudowań. Była to gromada niezwykła, od­zwierciedlająca wielorakość wykonywanej tutaj pracy i opieki. Przebywały tu staruszki, młode dziewczęta - kaleki, niewidome, stare, upośledzone umysłowo kobiety, okaleczałe przez wojnę dzieci, często sieroty. Kiedy szedłem dalej szerokim korytarzerru, obok tych odepchniętych i odrzuconych, mijałem jasne pomiesz­czenia obłąkanych dziewcząt, małych ludzkich zwierzątek, oraz przykutych chorobą do łóżek staruszek, które juk nie potrafiły zaradzić swoim potrzebom fizjologicznym.

Pod jednym i tym- samym dachem przebywało 200 kalekich- „Jak on to robi - zapytałem mego towarzysza zajadającego makaron - czym to wytłumaczyć?"

La Pira rozłożył ręce charakterystycznym szerokim gestem.

- „Większości członków jego zgromadzenia udało się z czasem, przynajmniej w pewnej mierze, przyswoić tę lub ową wybitną cechę założyciela. Ksiądz Secchiaroli ma coś z potężnej osobowo­Bci księdza Orione, którego cechowała wielkie umiłowanie czło­wieka. Z tego on właśnie czerpał i w tym leży jego moc. Ponieważ jest silną indywidualnością, może rezygnować z krat i surowych przepisów; nie potrzebuje też uciekać się do pomocy policji".

W wielkim ośrodku robotniczym w Turynie mieszkali liczni robotnicy przemysłowi, zatrudnieni przeważnie w wielkich za­kładach Fiata.

Tam mieli swoje mieszkania i dobre utrzymanie; korzystali z koncertów, kursów artystycznych i muzycznych, bogatego zbio­ru płyt i dokształcenia we wszystkich dziedzinach od ekonomii do filozofii.

„Poza tym - mówił mi kierownik, ksiądz Pollarolo - poma­gamy im przygotować się na dzielnych przywódców środowiska robotniczego, aby jako członkowie rad zakładowych lub związków zawodowych byli gotowi walczyć zdecydowanie, gdy zajdzie po-­trzeba; a także wspieramy ich w osiąganiu właściwego ukierun­kowania ich aktywności przywódczej. Ksiądz Orione żywił prze­konanie, że robotnik powinien walczyć o sprawiedliwość społecz­ną, a społeczeństwo ze swej strony musi dołożyć wszelkich starań, aby podnieść jego godność".

Jako były działacz lewicy rozmawiałem z Ignacym Silone w je­go mieszkaniu w Rzymie. Sławny ten powieściopisarz, członek Niezależnej Partii Socjalistycznej, jako chłopiec również doznał opieki księdza Orione.

„Bardzo pana proszę - nalegał -.jeżeli pan będzie o nim pisał,

niech pan nie zrobi z niego filantropa katolickiego. W ten spo­sób pan go pomniejszy. Naturalnie, opiekował się bliźnimi jak to i inni czynią, dążył do sprawiedliwości społecznej, ale jego nad­zwyczajna sila i moc tkwiła w tym, że we wszystkim, co czynił, polegał wyłącznie i całkowicie na Bogu".

Dnia 7 kwietnia 1949 r. przybył do Londynu ksiądz Paweł Bi­done, kapłan ze Zgromadzenia Synów Boskiej Opatrzności. Nie znal języka angielskiego. Całym jego majątkiem była 10 szylin­gów i karteczka z nazwiskiem i adresem jedynego angielskiego pośrednika, życzliwego człowieka, znanego zakonowi. Przywiózł jednak ze sobą niezłomne przekonanie, że Opatrzność Boska wy­tyczy mu pracę i zadanie.

2 lutego 1952 r., a zatem w niecałe trzy lata po jego przybyciu, wprowadził się pierwszy staruszek do urządzonego przez księdza Bidone domu dla starców w południowej dzielnicy Londynu. Dom był nabyty za wysoką cenę i obciążony pokaźną hipoteką, ale koszta byłyby jeszcze większe, gdyby nie dobrowolna, wydatna pomoc robotników sąsiednich dzielnic.

Po następnych trzech latach otwarto drugi dom. Domy dla star­ców odpowiadały palącym potrzebom, gdyż dola ludzi starych przedstawia się najgorzej w państwach powojennego dobrobytu.

Hojność społeczeństwa angielskiego, która umożliwiła te nie­zwykle osiągnięcia, dowodzi, że ludzkość doszła do przekonania, iż państwowa sprawiedli-wość społeczna, chociażby z woli ludu wypływała, nie zawsze może zaradzić nędzy społecznej. Koniecz­na jest jeszcze obfita nieograniczona chrześcijańska miłość bliź­niego.



SYN BRUKARZA

Gdy Rzymianie budowali drogę prowadzącą przez ich obóz wo­jenny w Pontecurone, nie mogli przewidzieć, że kiedyś grozić ona będzie niebezpieczeństwem śmierci zmotoryzowanym ludziom XX wieku.

Ta sama droga prowadzi dzisiaj, jak niegdyś, przez środek wsi Pontecurone. Tworzą ją tutaj kocie łby, poprzecinane koleinami płaskich płyt odpowiadających dokładnie rozpżętości kół samo­chodów. Kiedy jadący z Mediolanu do Genui, i odwrotnie, z Ge­nui do Mediolanu, spotykają się właśnie na tym spornym odcinku, następuje walka o pierwszeństwo. Slab-si są skazani na kocie łby, zwycięzcy pędzą przez wieś środkiem drogi, wytyczonymi kolei­nami.

W roku 1872, w którym urodził się Alojzy Orione, trasa ta nie znała jeszcze śmiertelnych katastrof; od dwóch tysięcy lat mało się tu ruch zmienił.

Pontecurone jest i obecnie, mimo _ożywionego ruchu samocho­dowego oraz 4 tys. mieszkańców, trzech cegielni, fabryki tkanin z 600-osobową załogą, senną i brudną dziurą w północnej części Piemontu, blisko lombardzkiej granicy. Wtedy musiało być jesz­cze bardziej osowiałe i zaniedbane.

W dobudówce większego domu, na skraju Pontecurone, żyli Wiktor Orione, majster brukarski, i jego żona. Jako brukarz Wiktor był odpowiedzialny za stan okolicznych dróg - znosił głazy z rzeki, obrabiał je, układał, naprawiając drogi, jeśli była potrzeba.

Prosta ludność wieśniacza poważała brodatego Wiktora, byłego garybaldczyka. Znał się na swoim rzemiośle, był solidny i uczci­

wy, wymagający, lecz sprawiedliwy wobec swojej brygady. Po­trafił się unieść i wydawać głośno rozkazy, ale nie był zawzięty ani mściwy i nie zrażał sobie pomocników.

Cechowała go wielka oszczędność. Aby nie tracić grosza na środ­ki lokomocj•i, wyruszał pieszo nocą w niedzielę do oddalonego o 50 km miejsca pracy. W przeciwieństwie do większości swoich ziomków stronił od gospody, a w każdą niedzielę widziano go w kościele na mszy św.

„Przy tak wspanialej kobiecie, jaką była jego 'zona., nie mógł zejść na manowce, choćby mu do tego przyszła ochota - mówił pewien dziewięćdziesięciodziewięcioletni starzec, który go jeszcze pamiętał - nie, żeby był pantoflarzem, na to był za surowy i nie­ustępliwy'. Ta uwaga nie była naganą dla Wiktora, ale pochwałą dla nieprzeciętnego charakteru jego żony.

Cały dzień spędziłem na rozmowach z ludźmi, którzy pamiętali jeszcze rodzinę Orione z czasów, kiedy Wiktor i Karolina wycho­wywali swoje dzieci.

Najbardziej miarodajną i pomocną w moich poszukiwaniach okazała się pani Joanna, dziewięćdziesięcioletnia mała staruszka, spędzająca swoje ostatnie lata w Domu Starców Sióstr Małych Misjonarek Miłosierdzia. Jej jasna twarzyczka, o wesołych czar­nych oczach, odzwierciedlała żywo przeżycia, jakie wywoływały w niej moje słowa. Rozmowa toczyła się gładko i. przyjemnie. Staruszka była realistką. Rzadkie, białe włosy były zebrane w ma­ły kok. Z łatwością przenosiła się pamięcią w przeszłość sprzed 80 lat, kiedy Alojzy był małym -chłopcem, a ona nieco starszą dziewczynką.

- „To była na wskroś uczciwa rodzina - mówiła - a matka Alojzego,, pochodząca z sąsiedniej miejscowości Castel Nuovo, była rzeczywiście bardzo, bardzo dobra. Przystojna, poważna, była świątobliwą kobietą - prawdziwą świętą. Dbała o porządek, była wymagająca, dzieci trzymała krótko, karała rzadko. Jedno słowo mamy wystarczało. Gdy karała, czyniła to gruntownie. Była dobrą gospodynią, dobrą żoną, dobrą matką".

Mimo, że była żoną prostego robotnika, cieszyła się wyjątko­wym poważaniem kobiet w Pontecurone. Staruszka wspominała i o tym, jak Karolina przystawała, by zwrócić sąsiadkom uwagę

! przemówić do ich sumienia, gdy słyszała obmowy lub prze­kleństwa.

- „Czy jej tego nie brano za złe? Była przecież jedną z nich?" - zapytałem.

Staruszka podniosła ręce, otworzyła szeroko bezzębne usta.

- „Bynajmniej, kobiety za bardzo ją poważały, były przeko­nane o jej prawości, nie było można niczego jej zarzucić, wprost ją podziwiano. Tak samo było, gdy zachęcała do udziału we mszy św. Wiedziały, że Karolina nie tylko uczęszcza na mszę św., lecz korzysta z każdego wyjścia z domu, by wpaść do kościółka i po­an-adlić się. Przyjmowano więc chętnie jej uwagi i napominania. Miała silny charakter„ a przy tym dobre serce. Nie, nie - niczego nie brano jej za złe".

Na uwagę o odwiedzinach kościoła mój towarzysz, ksiądz Bi­done, przypomniał sobie anegdotę, która o niej krążyła.

- „Słyszałem, że matka Alojzego ofiarowała Madonnie róże przed jego urodzeniem, aby uprosić dla dziecka szczególne laski. Czy pani wie coś o tym?" Znowu kościste, małe ręce uniosły się w górę.

- „Niech- pan w to nie wierzy, taką ona nie była. W swojej pobożności była prawą i solidną jak we wszystkim.' Do rodzaju kobiet, wyczyniających takie rzeczy, ona nie należała".

A kiedy zaczęła opowiadać o dzieciach i kobietach wiejskich, jak rokrocznie wybierały się w czasie żniw na pola dla zbierania kłosów, stanął mi jak żywy przed oczami mały wiejski światek Pontecurone sprzed 80 lat.

Rodzina Orione brała w tym żywy udział: Alojzy, najmłodsze dziecko, jego brat Albert i żona najstarszego brata Benedykta. Podczas tej wędrówki polami w celu zbierania kłosów dzieci prędko stygły w zapale i zaczynały zabawę, a żona Benedykta korzystała chętnie z chwili odpoczynku.

„Dalej, dalej - popędzała swą gromadkę niestrudzona Karo­lina - to jest chleb, a chleb jest czymś świętym". I znowu po­dejmowano pracę bez niechęci, idąc za dobrym przykładem matki, która siebie nigdy nie oszczędzała.

Dla niej chleb miał jakieś prawie mistyczne znaczenie, a zbie­ranie kłosów była jakby uświęconym obrzędem. Tkwiło to w niej



tak głęboko, że i Alojzemu udzieliło się na całe życie tak dalece, iż w czterech załażonych przez niego zgromadzeniach żyje troska, by nie zmarnowała się nigdy ani kromka chleba.

Pewnego razu, gdy podróżowałem z dwoma wybitnymi człon­kami Zgromadzenia Synów Boskiej Opatrzności z Florencji do Rzymu, przypomniał mi się ten charakterystyczny rys Karoliny. Spożywaliśmy wtedy posiłek, jaki można nabyć - w zgrabnym opakowaniu - we wszystkich pociągach włoskich. Zostało nam po bułeczce. Właśnie zamierzałem moją wrzucić do kosza wraz z opakowaniem i papierowym kubkiem, gdy zobaczyłem, że mai towarzysze swoje resztki starannie zapakowali, by je spożyć później.

Obchodząc tak mieszkańców wsi, wiele razy słyszałem aporovia­d-anie o cudownie dzwoniących kwiatach kampanuli.

Niełatwo jest zbadać życie Włocha, wieśniaka, który już za ży­cia był otoczony nimbem świętości, którego proces kanonizacyjny jest w toku. Fakty trzeba oczyścić z legend, zwykle wydarzenia oddzielić od nadzwyczajności i cudowności.

Pobożny Włoch lubuje się w zdarzeniach cudownych. Tak jak Hiszpan, Irlandczyk, mieszkaniec Ameryki Południowej - nie stracił -on nigdy łączności z epoką pierwotnej żywej wiary; w cu­dach nie widzi przeto nic nieprawdopodobnego, lecz coś, czego można się spodziewać od ludzi współdziałających z Bogiem. Skłon­ny jest w cudach upatrywać dowód świętości. Dla mnie, sceptyka o zupełnie odrębnej mentalności, są one wyłącznie zjawiskiem wtórnym. bycie wewnętrzne świętego, jego samozaparcie, postawa wobec otoczenia i jego działalność decydują o wszystkim. To do­piero stanowi dla mnie kryterium świętości.

Już na długo przed śmiercią Alojzego, bardzo wiele cudów stwierdzonych lub zmyślonych łączono z jego osobą. Z łatwością można by napisać dzieła o niezwykłych wydarzeniach jego życia.

Dlatego z góry postanowiłem wszystkie te cudowne opowiada­nia traktować jak bajkę. Trzymałem się tej zasady tak długa, do­póki ważkie przyczyny nie zmusiły mnie do zmiany zdania. Spo­rządziłem wywiad z Ernestem Sacchi. Leżał w swojej czyste

pościeli, liczył 83 lata i był rówieśnikiem Alojzego Orione. Chodzili razem do szkoły. Signor Sacchi zaraz na wstępie zaczął mi opo­wiadać, jak to mały Alojzy zbierał dzwoneczki polne, układał je w bukiet, a kwiaty w jego rękach wydawały cichy dźwięk dzwonka.

Przerwałem mu energicznie: „Ta historia może być tak samo prawdziwa jak zmyślona. Wobec czasu, który upłynął, w żaden sposób ani ja, ani pan sprawdzić tego nie możemy, lecz pan może mi opowiedzieć coś nieporównanie ważniejszego. Mnie i moim znajomym jeszcze nigdy kwiaty nie dzwoniły. Takie zjawisko czy­ni Alojzego Orione człowiekiem innej kategorii niż my wszyscy, a to do mnie nie przemawia. Przecież był zwyczajnym chłopcem wiejskim. Bawiliście się razem, znał pan jego usposobienie, jego temperament i o tym prcszę mi opowiedzieć".

Z początku pan Sacchi, gdy mu tę jego najefektowniejszą histo­ryjkę popsułem, czul się dotknięty, lecz wnet jako człowiek inteli­gentny zorientował się, o co mi chodzi. Podobnie jak Wiktor Orio­ne i on kierował grupą robotników drogowych. Był fachowcem, który przewodził innym. Pozwoliłem jego pamięci przez kilka chwil wędrować po szlakach bardziej przyziemnych.

Potem zaskoczyłem go nagłym pytaniem: „Czy w szkole i na ulicy Alojzy bil się grubiańsko, czy też w sposób godny?"

Staruszek namyślał się z wysiłkiem: „On bil się rzadko, to- był uczciwy chłopak, bójek unikał. Przy tym jednak był wybuchowy; sprowokowany, bil krótko, lecz mocna, ale szybko uspokajał się. Bójki takie zdarzały się rzadko. Widziałem je chyba raz lub dwa razy".

Badałem dalej: „Pan mówi, że był porywczy, lecz nie zawzięty. Czy znał się na boksie? Czy bil w złości w twarz, kopal w brzuch, rzucał o ziemię. Co w ogóle wyczyniał?"

„Przyczepiał się, ot tak... - Oczy chorego na moment zablysly, gdy w pamięci odżyły lata dzieciństwa, i uczynił ręką gwałtowny ruch uderzenia, palce rozczapierzył jak szpony - drapał i darł. A tego nie powinien był robić, tak się nie walczy, b-o miał dosyć sil, by napastnika p-okanać w inny sposób. Lecz pan rozumie, to się działo tylko w uniesieniu. Nie był bowiem łagodny z natury".

Zmieszał się zaraz, jakby zdradził przyjaciela, jakby uwłaczał sobie mówiąc o Alojzym w ten sposób, zamiast ga bronić. Dla

mnie zaś Alojzy stał się istotą z krwi i kości, ucieleśnił się, użył. Jego temperament, jego rzadkie a pospolite wybryki uczyniły mi go bliższym niż dzwoniące kwiatki.

Opowiadanie pana Sacchi skonfrontowałem ze wspomnieniami dziewięćclziesięcio.letniego Fryderyka Bozzi, którego spotkałem w mieszkaniu jego syna, urzędnika poczty. Ten krępował się mniej niż poprzedni rozmówca, gdyż nie był z Alojzym tak zaprzyjaź­niony jak Sacchi.

„Z natury był skory do lyójek. Nie chcę przez to powiedzieć, jakoby szukał zaczepek, chociaż mial ku temu liczne okazje. Po­dobnie jak matka był prawdziwie pobożny, lecz sprowokowany porywał się do bójki - mówił - byłv to u niego zupełnie natu­ralne jak u każdego normalnego chłopca. Wiedział z gorg, że ma­tka ga za to ukarze, a jednak bil się czasem, gdy tracił panowanie nad sobą. Nie zaczepiał nikogo, ale też nie przepuścił nikomu".

Spotkałem w sumie z pól tuzina mężczyzn i kobiet, pamiętają­cych mniej lub więcej chłopięce lata Alojzego. Ich opowiadania składały się na obraz żywego, miłego, inteligentnego i ułożonego chłopca. Był dobrze zbudowany, mial oczy uderzająca ciemne, gęste brwi, .uszy wydatne, ręce duże. Kobiety zachowały dla niego Sympatię. Jedna z nich mówila z odcieniem melancholii: „Dziew­czętcm się podobał, niejedna się za nim oglądała, lecz on już od najwcześniejszej młodości czul się jak przyszły ksiądz i dziewczę­ta nie obchodziły go, zupełnie".

Jako chłopiec broił razem z innymi, był jednak pobożniejszy od Aich, choć nie „świętoszek". Nie zakrawał na zniewieściałego nie­doł4gę; był wybuchowy, ale nie mial opinii brutalnego zawadiaki.

Mial w sobie coś niezwykłego. To było jasne. Obecnie - w re­trospekcji - wydawało się starcom, z którymi razm•awiałem, że oni zawsze byli przekonani, iż Alojzy dokona kiedyś czegoś nad­zwyczajnego. Gdy dociekałem źródła ich pewności, przekonałem sic;, że nie było to zwykle mędrkowanie po fakcie.

W szkole był najlepszym uczniem; uczył się szybko i dużó; poj­mował prędko. W okresie dojrzewania matka miała na niego prze­możny wpływ. Był najzdolniejszym i najbardziej wyróżniającym się spośród jej trzech synów. Nie faworyzowała go jednak, a o roz­pieszczaniu nie mogło być w tej rodzinie w ogóle mowy. Mój główny świadek, mała dziewięćdziesięcioletnia Joanna oświadczy­ła: „Matka była z niego dumna, kochała go bardzo, nie okazując mu tego; pieszczoty i pocałunki były jej nie znane".

Alojzy odwzajemniał się głębokim przywiązaniem. Cale życie szczycił się swoją matką i zawsze znalazł czas, aby ją odwiedzić i opowiedzieć o swoich sukcesach czy niepowodzeniach.

Od niej też mial to umiłowanie wiejskiego kościółka; dogm Boży był dla niego domem rodzinnym.

Dzwon kościelny w jego rodzinnej wiosce nie był poruszany liną. Aby go wprawić w ruch, trzeba było wspinać się na skrzyn­kowe oszalowanie. Alojzy zgłosił się chętnie do tego zajęcia. Już w pierwszym dniu dzwonił tak długo i gwałtownie, że skarżono się u proboszcza, co zresztą niewiele skutkowało. Mieszkańcy na­dal głośno protestowali z ulicy, a Alojzy udawał, że nie słyszy.

Jako chłopiec dobrze wychowany cieszył sigę uznaniem wśród wieśniaków. Sam zaś darzył szacunkiem wyłącznie tych, którzy

według jego przekonania na to zasługiwali.

Pewnego przedpołudnia miejscowy proboszcz, lekarz i adwokat gwarzyli sobie, siedząc na osłonecznionej ławce. Alojzy przechodził w pobliżu i nie mógł uwierzyć, jak można o tej porze siedzieć bez­czynnie, gdy inni pracują w polu lub przy warsztatach. To było całkiem sprzeczne ze zdaniem matki i ciężko pracującego ojca. Oburzony, wzniecił grubym kijem olbrzymią chmurę pyłu wy­krzykując: „Nie wypada się tutaj w słońcu wygrzewać, gdy cala wieś jest przy robocie!"

Można sobie wyabrazió zdziwione miny wiejskich dygnitarzy. Matka wkrótce się o wszystkim dowiedziała i ukarała go dotkli­wie. Jeszcze pa latach przypominał sobie Alojzy odebrane cięgi, ale uważał, że zdziwienie owych notabli wyrównała otrzymane klapsy.

Wyrażanie się jasne -i dobitne, nawet z pomocą żywej gestyku­lacji, było zawsze cechą charakterystyczną księdza Orione.

W kościele parafialnym był duży krucyfiks z bardzo realistycz­nie - na. modłę włoską - odtworzoną postaci-ą Ukrzyżowanego.

Raz w czasie Wielkiego Postu Alojzy wyszedł na pole, napotkał krzew zwany „spina Christi", naciął z niego gałązek i uplótł pię­kną koronę cierniową. Zaniósł ją następnie do kościoła i włożył na gipsową koronę rzeźby. Do dziś krucyfiks ten, z koroną Aloj­zego, po 70 latach zachowany, znajduje się pod szklem w tamtej­szym kościele. Pobożni mieszkańcy Pontecurone opowiadają zwią­zaną z tą pamiątką historię i uważają to za rzecz naturalną... My zaś, zwłaszcza z naszą mentalnością Anglosasów, od czterech wie­ków oderwani od prawdziwej wiary, skłonni jesteśmy widzieć w tym pewną przesadę - jakby zarodek okrucieństwa w młodym Orione - tak samo jak nas rażą ubrane w habity szkielety w trum­nach, trupie czaszki na biurkach zapracowanych przełażonych za­konnych i mnóstwo innych rzeczy, dowodzących jednak zdrowego ustosunkowania się zarówno do problemu własnej śmierci, jak i do śmierci Boga-Człowieka. W każdym bądź razie pewne jest to, że w życiu Alojzego Orione uderza wręcz coś przeciwnego niż okrucieństwo.

Większą część wolnego czasu spędzał Alojzy w obrębie kościoła. Pragnąc być zawsze pożyteczny, porządkował krzesła po zebra­niu Sodalicji Mariańskiej oraz sprzqtal kościół przed niedzielną mszą św.

Nic więc dziwnego, że mając lat 13 zapragnął rozpocząć przy­gotowanie do stanu kapłańskiego. Ale jak? Pieniędzy nie było. Nie było też widoku na pozyskanie jakiegoś możnego protektora.

Pewnego dnia, gdy śnieg pokrywał ziemię, udał się Alojzy na pielgrzymkę do kaplicy w pobliżu wsi Fogliata. Kaplica była w ruinie, ale znajdował się tam obraz Maryi Panny otaczany przez wiernych wielką czcią. Przed tym obrazem błagał o oświecenie or;,z z prostotą dziecka, którą w całym życiu się odznaczał, zapro­I)„nuwał Matce Bożej umowę: „Daj mi okazję do zbadania mego powołania, a ja odbuduję Ci tę kaplicę". Obiecał i dotrzymał słowa.

Nadarzyła się sposobność wstąpienia do zakonu franciszkanów

dnia 4 września 1885 r. wyruszył z matką do Instytutu św. Anto­

w pobliskim mieście Vogherze, by wstąpić do seminarium, k~ ;iłcącego przyszłych franciszkanów. Całą jego skromną wy­pr .~ xę, zamkniętą w starym blaszanym kufrze, ciągnął osiołek na macym wózku.

Pociągnął za dzwonek klasztorny, który był dla niego sygnałem wejścia w nowe życie, o jakim, choć był prawie jeszcze dzieckiem, marzył dzień i noc.

Otworzył mu drzwi zgryźliwy furtian, obrzucił ekwipunek szy­derczym spojrzeniem i mruknął:

- „Skąd przychodzisz?"

- „Z Pontecurone".

Brat furtian roześmiał się na cale gardło.

-- „Pontecurone, to tam, gdzie wszyscy mają wola".

Potem jeszcze raz obejrzał nędzny kuferek, potrącił go nogą

i szydził:

- „A cóż to takiego?"

Na szczęście w tym momencie zjawił się gwardian i uwolnił przybysza od dalszych upokorzeń. Dzięki uprzejmości gwardiana poczuł się chłopiec wkrótce jak w domu.

Stary budynek klasztorny jest dziś własnością Zgromadzenia Synów Boskiej Opatrzności, które założył właśnie Alojzy Orione.

Odrestaurowany, i do pewnego stopnia zmodernizowany, ma jed­nak dzisiaj wszystkie braki i niewygody starych budowli. Przed 70 laty musiały tam pamować iście spartańskie warunki. Tylko 10 postulantów i 5 braci zajmowała gmach, mogący pomieścić parokrotnie większą liczbę osab. Żyli też w dotkliwym ubóstwie.

Po półrocznym pobycie, w Wielki Czwartek 1886 r., na trzy dni przed terminem obłóczyn, Alojzy ciężka zachorował. Przeziębienie pociągnęło za sobą zapalenie płuc. Nie dziwnego. Alojzy, liczący wówczas 14 lat, dzień i noc przygotowywał się gorliwie modlitwą i nauką do uroczystego aktu obłóczyn, który mial się odbyć w Nie­dzielę Wielkanocną. Aby nie zaspać, kładł się do twardego łóżka, dodatkowa wkładając doń kawałki drewna. Spędzał też większą część nocy klęcząc na kamiennej po-sadzce, podczas gdy inni chłop­cy spali. Tak przeszedł cały chłodny marzec.

W Wielki Czwartek zemdlał w kościele. Zaniesiono go do infir­merii i stwierdzono zapalenie płuc. Zostali wezwani rodzice. Aloj­zy, leżąc w wysokiej gorączce, słyszał na korytarzu płacz matki. Ponieważ był to u jego matki nader rzadki objaw, wywnioskował stąd z dziecięcą logiką, że pewnie musi umrzeć, i przygotował się na śmierć. „Szybko oswoiłem się z myślą o śmierci - wspominał

później - i wcale się jej- nie balem, przejął mnie tylko głośny płacz matki".

Dwa tygodnie leżał ciężko chory. Raz w czasie tych krytycznych dni ma-j-a•cząc widział samego siebie w długim szeregu postulan­tów, którzy jednak nie mieli habitów zakonnych franciszkanów, lecz zupełnie odrębny, nie znany mu strój. W kilka dni później, gdy niebezpieczeństwo minęło, lekarz orzekł, że Alojzy nie nadaje się do surowego życia franciszkańskiego, gdyż ciężka choroba zbyt osłabiła jego organizm. Gdy odzyskał zdrowie, wezwano ponow­nie rodziców, tym razem po to, aby go zabrali do domu.

Przez sześć miesięcy zdawało się, że zbliża się do celu, który przyświecał mu od dzieciństwa. A teraz poczuł się rozbitkiem.

Wyczerpany, slaby i zawiedziony wracał młody Alojzy na swo­im wózku, ciągnionym przez osiołka po kocich łbach z Voghery do Pontecurone.


  1   2   3   4   5   6   7   8   9


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość