Strona główna

Spis treści Twórcy filmu 2 Obsada 2 Krótko o filmie 3 Prasa o filmie 3 o filmie 4


Pobieranie 79.94 Kb.
Data19.06.2016
Rozmiar79.94 Kb.


Spis treści


Twórcy filmu 2

Obsada 2


Krótko o filmie 3

Prasa o filmie 3

O filmie 4

Daniel AUTEUIL 7

Gad ELMALEH 9

Alice TAGLIONI 12

Biogramy twórców 15



Twórcy filmu

Scenariusz: Francis Veber

Reżyseria: Francis Veber

Zdjęcia: Robert Fraisse

Muzyka: Alexandre Desplat

Montaż: Georges Klotz

Producent: Patrice Ledoux,

Francesco Pamphili, Francis Veber

Obsada

François Pignon: Gad Elmaleh 



Pierre Levasseur: Daniel Auteuil

Elena Simonsen: Alice Taglioni

Christine Levasseur: Kristin Scott
Thomas

Emilie: Virginie Ledoyen



Krótko o filmie

Jeden z największych tegorocznych sukcesów we Francji! Ponad 3 miliony widzów w trzy tygodnie!  Najnowsza komedia w reżyserii Francisa Vebera - autora PLOTKI oraz PRZYJACIELA GANGSTERA.
Jedna niewinna fotografia wywołuje prawdziwą lawinę… śmiechu i nieporozumień. Jest  też źródłem wszystkich problemów Pierra. Przyłapany przez paparazzich z top-modelką
i zarazem jego kochanką, znany milioner wpada w wielkie tarapaty. Żona grozi mu rozwodem,
a jego kariera w jednej chwili stanęła pod znakiem zapytania. 
Na szczęście na zdjęciu jest jeszcze ktoś trzeci - przypadkowy przechodzień, z zawodu parkingowy. Mimo że jest szaleńczo zakochany w dziewczynie z sąsiedztwa, przyjmuje od milionera propozycję niecodziennego układu. Czy uratuje reputację Pierra udając żarliwego kochanka supermodelki? Pytanie tylko, jak zniesie noce spędzone w łóżku z piękną Eleną? Serce to nie sługa i niezaplanowane konsekwencje gwarantowane…

Prasa o filmie


Francis Veber i jego komedie niezmiennie wyróżniają się z tłumu innych komedii EUROPEAN FILMS
Zabawny pomysł i odpowiednia liczba gagów - to właśnie film CZYJA TO KOCHANKA? VARIETY

O filmie


FRANCIS VEBER - Reżyser I Scenarzysta
Jak powstał pomysł na film?

Francis Veber – Jest to oczywiście najtrudniejsze pytanie dla twórcy – skąd wziął się pomysł. Czasami coś mnie zainspiruje. Tak było na przykład z filmem „L'Emmerdeur”. Usłyszałem,
że ktoś zastrzelił Martina Luthera Kinga w pokoju hotelowym. Pomyślałem sobie wtedy: „Ktoś musiał być naprawdę odważny strzelając do człowieka w miejscu publicznym, w hotelu, kiedy to pokojówka może wejść w każdej chwili.” Z „Czyja to kochanka?” cała sprawa wydaje się być bardziej złożona. Starałem się sobie wyobrazić jak może się poczuć facet, multimilioner, ożeniony z niebezpieczną kobietą (niebezpieczną w sensie posiadania większej części udziałów w ich firmie), który widzi się na zdjęciu z kochanką, przepiękną modelką, w jednym
z plotkarskich magazynów. A nic nieznaczący przechodzień ujęty jest na tym samym zdjęciu
w tle. Facet w panice mówi do żony: „ona nie jest ze mną - jest z nim!”. Nie wiem jak wszystkie te szczegóły zebrały się w jedna całość, ale pamiętam, że pewnego dnia ta całość była na tyle wyraźna, iż zacząłem ją postrzegać jako niezły scenariusz i pewnie jeszcze lepszy film. Kiedy masz pomysł, koncept albo przynajmniej sam początek filmu, nigdy nie jest się pewnym czy wytrzyma presję czasu. To może być tylko i wyłącznie punkt wyjścia do czegoś większego albo po prostu zwyczajna klapa. A później męczysz swoich bliskich, przyjaciół i domowników opowieścią o tym, co planujesz zrobić. Dopiero z zainteresowania w ich oczach widzisz czy twój pomysł jest tak naprawdę coś wart.
Czy napisanie scenariusza do „Czyja to kochanka?” zajęło Panu dużo czasu?

F.V. – Dla mnie stworzenie scenariusza to najtrudniejsza część robienia filmu. W tym przypadku było to wyjątkowo trudne, bo z pewnym problemem bardzo długo nie mogłem się uporać. A mianowicie - co mogłoby przekonać modelkę do czegoś tak absurdalnego, jak zamieszkanie z przypadkowym, a do tego tak zwyczajnym facetem ze zdjęcia. Wiadomo,
że z jednej strony chodzi o ratowanie z opresji swojego kochanka multimilionera. Kiedy opowiadałem o pomyśle mojemu amerykańskiemu asystentowi, to właśnie było pierwsze pytanie które mi zadał. Odpowiedziałem, że „dostanie za to trzy albo i cztery miliony dolarów”. Przyznał mi rację. Po powrocie do Francji paru przyjaciół też zadało mi to pytanie i ja odpowiedziałem im tak samo. Ale ich reakcją było stwierdzenie, że po prostu zwyczajna z niej dziwka! No i miałem zagwozdkę, bo wychodziło na to, że albo zgodziła się zrobić to z czystej miłości albo przyjęła te pieniądze z wyrachowania i wtedy faktycznie wychodzi na dziwkę.
To był jeden z tych problemów ze scenariuszem, który trwa minimum trzy tygodnie zanim
w mękach wymyśliłem rozwiązanie.
Jako komediowy ekspert dużą rolę przywiązuje Pan do odpowiedniego rytmu swoich filmów. Czy ten rytm widzi Pan już w początkowej fazie pisania scenariusza?

F.V. – Oczywiście, że tak. Proszę pamiętać, że zaczynałem jako scenarzysta, a reżyserem stałem się dopiero po napisaniu osiemnastu scenariuszy. Zdaję sobie doskonale sprawę, że film tworzony jest już w początkowej fazie pisania scenariusza. Jeśli piszesz scenariusz
w odpowiednim tempie i rytmie, nie będziesz miał potrzeby nadrabiania czy dopisywania czegokolwiek podczas zdjęć czy montażu. Idealnie, by film trwający półtorej godziny w czasie montażu miał jakieś dziewięćdziesiąt dwie minuty. Bo takie postępowanie zmusza do ucięcia tych dwóch minut w taki sposób, by z jednej strony przyspieszyć tempo, a z drugiej nie obciąć nic z tak zwanej „bazy”.
Jako że nawet najbardziej perfekcyjny scenariusz może być zrujnowany przez dobór złych aktorów, sam casting też musi być dla Pana bardzo ważny?

F.V. – Milos Forman kiedyś powiedział „casting to przeznaczenie”. Jeśli dobór aktorów, obsady będzie zły, strzelasz sobie samobója już na samym początku. Miałem wielkie szczęście pracować między innymi z takimi aktorami jak Jacques Villeret lub Gérard Depardieu. Odpowiedni aktor wypowiadający kwestie twojego scenariusza to chyba najlepsze, co może się zdarzyć scenarzyście!
A w jaki sposób stworzył Pan postać Françoisa Pignona?

F.V. – Generalnie na podstawie postaci Jacquesa Brela w filmie L'Emmerdeur, a później z filmu na film stawał się czymś w rodzaju alter ego, takiego duszka przynoszącego szczęście. Sama świadomość faktu, że Pignon gdzieś tam na mnie czeka w trakcie pisania scenariusza sprawia, że od razu czuję się bardziej na luzie.
Daniel Auteuil twierdzi, że odgrywanie postaci Pignona jest dość męczące. A jak sprawował się Gad Elmaleh?

F.V. – Gad jest naprawdę wspaniałym Pignonem, bo zrozumiał, że ta postać też nie może być zbyt przerysowana. Musiał więc zapomnieć o postaciach, które odgrywa na scenie teatru,
co przecież nie jest łatwe. Pignon nie jest w końcu tym, który tworzy cały efekt komiczny –
to zadanie należy do innych. Pignon jest trochę jak ci bokserzy, którzy zawsze oddają cios.
W ostatniej rundzie okazuje się, że wygrali, ale też i mocno oberwali za swoje.
Dany Boon to jeszcze jedna nowa postać w Pana świecie...

F.V. - Dany Boon jest doskonałym aktorem. Byłem oczywiście bardzo zadowolony z pracy wszystkich aktorów na planie, ale największą pozytywną niespodziankę sprawił mi właśnie Dany Boon, jako że jego jednego prawie w ogóle nie znałem. Bardzo cenię sobie fakt, że jako reżyser mam możliwość współpracy zarówno z współczesnymi młodymi aktorami na topie, takimi jak Gad Elmaleh czy Dany Boon, ale też i ze znanymi filarami kina francuskiego - Richardem Berrym i Danielem Auteuilem. Jest to naprawdę wspaniałe uczucie.
Dla potrzeb filmu, napisał Pan kilka ról żeńskich, w tym jedną główną…..

F.V. – Rolę Eleny dostała Alice Taglioni, która jest bardzo podobna do Candice Bergen i która sztukę grania w komediach ma opanowaną do perfekcji. Sam byłem tym zdumiony. Nie jestem w żaden sposób uprzedzony do ról kobiet w moich scenariuszach – być może po prostu nie natrafiłem jeszcze na odpowiedni temat. Historie, które dotychczas przychodziły mi do głowy to przede wszystkim historie o kumplach. A tu nagle ma powstać historia miłosna, więc nie pozostało mi nic innego jak tylko zakasać rękawy i brać się szybko do napisania roli żeńskiej.
W trakcie napisałem też role dla Virginie Ledoyen i Kristin Scott-Thomas. W końcu okazało się, że pisanie ról dla kobiet nie jest wcale trudniejsze od pisania stricte dla mężczyzn. Powiedziałbym nawet, że chcę więcej..
W trakcie zdjęć do „Czyja to kochanka?” podobno miał Pan napad niekontrolowanego śmiechu wraz z Alice Taglioni i Danym Boonem. Takie momenty dla reżysera to pewnie sama radość…

F.V. – To prawda, tym bardziej, że obydwoje są naprawdę wyjątkowi. Ja przeważnie w trakcie zdjęć tak się denerwuję, że nie uśmiecham się prawie w ogóle. Właściwie to pamiętam tylko dwie takie sytuacje podczas kręcenia wszystkich moich filmów. Alice zaczęła, Dany przejął pałeczkę a ja się po prostu później dołączyłem!
Pod koniec zdjęć był Pan naprawdę wykończony. Czy zatem film sprawił Panu satysfakcję?

F.V. – Oczywiście, że tak. Kręcenie filmów jest jak narkotyk. W tym tkwi cały problem i całe piękno. Ludzie czasami zastanawiają się, dlaczego reżyserzy kręcą tak dużo filmów. A jest
w tym wszystkim głębszy sens. To jest właśnie ten moment, kiedy ma się absolutną wręcz władzę. Scenarzysta, reżyser to ktoś, kto pracuje sam, w większości wypadków gapiąc się na ścianę - przynajmniej ja tak mam. Tworzę w bólach przez wiele miesięcy. Aż tu pewnego dnia znajdujesz się na planie i raptem wszystko zależy od ciebie – ja osobiście nie znałem tego uczucia aż do 40-tki. Zajmują się tobą na planie, hołubią, a potem pewnego dnia wszystko się kończy. I znów jesteś pozostawiony samemu sobie.
A więc poza ucieczką od samotności, co jeszcze stanowi dla Pana motywację?

F.V. – Przychodzi taki moment w życiu, kiedy człowiek uświadamia sobie, że nie pracuje już dla pieniędzy, ale dla sławy. A sława bywa uzależniająca. Do tego dochodzi jeszcze strach przed klapą, przed zawiedzeniem nie tyle swoich bliskich czy widzów, ile samego siebie. I ta niepewność staje się naprawdę czymś fizycznie bolesnym. A może do tego dojść, bo przecież, kiedy zaczyna się nowy projekt nikt nie myśli już na starcie, że może on stać się całkowitą porażką. Staram się jak mogę o dobry kontakt z publicznością. W komedii uzyskuje się to poprzez śmiech. I tu też trzeba być perfekcjonistą. Kiedy Claude Sautet był u szczytu swojej sławy myślał: „ci idioci sądzą, że ja mam jakąś tajemnice!”. Nie było tu żadnej tajemnicy tylko ciężka, uczciwa praca. Jeśli pofolgujesz sobie, będziesz zbyt pewny siebie i powiesz sobie „po co mi trzeci czy czwarty draft. Producenci i tak dostaną kasę” to pogrążyłeś się z kretesem.
Lubi Pan sprawiać by ludzie się śmieli? Co właściwie z tego Pan ma?

F.V. – Niesamowitą satysfakcję. Któregoś dnia ktoś powiedział: „kiedy oglądam Kolację dla palantów, czuję się lepiej. Pana filmy powinny być sponsorowane przez Narodowy Fundusz Zdrowia.” To chyba najładniejszy komplement, jaki dostałem. Jest wiele osób, które sprawiły, że śmiałem się czy płakałem, zarówno w filmie jak i w literaturze. Ale jeśli chciałbym policzyć tylko tych, którzy sprawili, że naprawdę się uśmiałem, to jest ich już dużo mniej. Czy to Bóg dał mi taki dar rozśmieszania ludzi? Nie wiem, ale jeśli tak, to nie mogę przestać Mu za to dziękować.

Daniel AUTEUIL



Kim jest Levasseur, pana postać?

To mężczyzna na wysokim stanowisku, biznesmen, któremu udaje się z sukcesem prowadzić podwójne życie - zarówno prywatne jak i zawodowe. Ma więc kochankę. Zwariował na jej punkcie, strasznie ją kocha, ona jest piękna, zabawna, inteligentna. Mój bohater lubi też władzę, pieniądze, i ma żonę o silnej osobowości, która wie czego chce. Jest więc między młotem a kowadłem.

Bazując na takiej właśnie zastanej na początku filmu sytuacji, zaczyna się seria niezręczności
i wpadek, które prowadzą do poważnego kryzysu w życiu bohaterów, który dla widza jest oczywiście zabawny.

W filmie „Plotka” grał pan bohatera który nazywał się Francois Pignon. W tym filmie gra pan jego rywala, bo bohater, parkingowy z zawodu, nazywa się tak samo jak Pan w „Plotce”. Jaka jest różnica między tymi postaciami?

Nie czuję takiej presji jak wtedy. Bycie Francois Pignon tworzy pewne napięcie. Kiedy się go gra, czuje się odpowiedzialność, gdzieś z tyłu głowy ma się listę pewnych powinności związanych z tą postacią. Ponieważ Pignon to w filmie nie tylko nazwisko, lecz już cały wachlarz skojarzeń, określony bohater: mały zagubiony w miejskiej dżungli facecik. Nic nie predestynuje go do przygody, którą w tym filmie przeżyje. To rola, która wymaga określonego skupienia, bycia, poddania się pewnym prawom. Generalnie wszyscy aktorzy, którzy grali Pignona wychodzą kompletnie wyczerpani z planu Francisa Vebera. Z drugiej strony, postaci które wchodzą w orbitę Pignona kształtują akcję, jej rytm, mają znacznie większą dawkę swobody. Tak właśnie jest tym razem. Gram postać Lavasseura, w której mogę znacznie silniej wyrażać swoją osobowość, pozwolić sobie na o wiele więcej ekspresji.


Może to nie przypadek, że znowu gra pan w filmie Vebera?

Oczywiście, to już właściwie zwyczaj…choć Pignon jest rolą szczególną. Pomimo, że znam już sposób pracy Francisa Vebera, muszę pozostawać czujny.


To już drugi raz. Czy jest Panu tak samo przyjemnie jak za pierwszym razem grać w jego filmie?

Obsadzenie nas w tych rolach jest już samo w sobie komiczne. Dla aktora to zawsze przyjemność grać swoje skrzypce w symfonii, być jednym z instrumentów w orkiestrze.


Tym razem, dodatkowo, gra Pan z dwoma wspaniałymi aktorkami: Kristin Scott-Thomas
i Alice Taglioni…

Wspaniałe! Nie miałem żadnego prawa przyglądać się castingowi, ani niestety do tego,


by wypróbować obie panie1, mogłem tylko stanąć na wysokości zadania i zrobiłem co mogłem. Znam Kristin Scott-Thomas, która grała już moją kochankę w „Petites Coupures”, wspominam tę współpracę z wielką przyjemnością. Swoją drogą to aktorka, którą ciągle mam ochotę odkrywać na nowo, pomimo, że wiem, że zawsze pozostanie dla mnie osobą tajemniczą. To kobieta, która mnie potrafi rozśmieszyć, która jest piękna, zabawna, inteligentna. I jest świetną aktorką. Jeśli chodzi o Alice Taglioni, nasze stosunki były…jakby to nazwać…na dystans…ale nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa. (śmiech)
Gra pan w tym filmie również z Richardem Berry…

To nasz pierwszy wspólny film. Zaczęliśmy film razem i myślę że to wszystkim przyniosło korzyści. Myślę, że Francis Veber czul przyjemność jaką nam daje praca ze sobą, przerzucanie się uszczypliwościami. Myślę, że nasze wspólne sceny, które na papierze były bardzo śmieszne, są takie również na ekranie. Choć z drugiej strony żałuję, że miałem tak mało scen z Gadem (aktorem, który gra główną rolę - Francois Pignona). Ale tylko my to czuliśmy. Myślę, że widz nie odczuje żalu z tego powodu.


Tak. Tym razem to on jest Pignonem. Czy to dla Pana frustrujące?

Biorąc pod uwagę, że spędziłem trochę czasu interpretując tę rolę, to nie jest bez znaczenia. Czytając scenariusz filmu przez moment miałem wrażenie, że jego słowa to moje słowa. Po chwili wróciłem do czytania mojej roli - Levasseura, ale przyznaję, że na początku odruchowo zacząłem czytać rolę Pignona.


Czy zaskoczył Pana ten scenariusz?

Nie, bo nic co pisze albo robi Veber mnie nie zaskakuje. A szczególnie ilość „bombowych”, wybuchowych sytuacji, które on wymyśla. Wręcz przeciwnie, byłbym rozczarowany, gdyby tego wszystkiego tam nie było.


Przed zdjęciami do filmu Vebera wystąpił Pan w filmie „Ukryte” Michaele Haneke, oraz „Peindre ou faire l’amour” braci Larrieux. Miał Pan potrzebę powrotu do tego gatunku - komedii?

Nie widzę różnicy między filmami tak różnych autorów, jak Michael Haneke czy Francis Veber. To taka sama praca, takie same wymagania. Tylko różne światy. Ale praca aktora jest zawsze tym samym.


Francis Veber przyciąga wielkich aktorow. Czyli praca z nim jest dla was nieunikniona?

Rzeczywiście, jego castingi są ogromne i ciągną się! To trochę tak jak z Woodym Allenem: jeśli chce mieć gwiazdę w roli kogoś kto wyprowadza psa i jest na ekranie 12 sekund, będzie to miał. Ponieważ dla aktora jest zawsze przyjemnością robić coś inteligentnego. Tak jak dziecko nie ma nic przeciwko lodom czekoladowym, tak aktor nie ma nic przeciw dobrej roli. To, co będziemy robić, zależy całkowicie od woli reżyserów, więc kiedy zdarzają się tacy, którzy piszą dla nas wspaniałe role w pięknych historiach, bez dwóćh zdań idziemy na to! To oczywiste!

Gad ELMALEH

Proszę opowiedzieć o Francois Pignonie - Pana postaci…

To dość szczególne zadanie mówić o nim, bo ludzie przecież znają go tak dobrze jak ja. Był bohaterem poprzednich filmów Vebera. Grało go kilku aktorów, i mimo że wszyscy są rożni, to akceptujemy go jako jedną postać. Ale to co najbardziej lubię u niego to fakt, że on się do niczego nie wyrywa. Wszystko samo do niego przychodzi i wychodzi mu. To sytuacje znane


z filmów Chaplina. Pignon jest w centrum historii, w sercu akcji, ale nie jest jej motorem. Albo staje się nim wbrew sobie. To, co go również charakteryzuje, to jego prostoduszność, która jednak wcale nie jest głupotą. To naiwniak, pełen dobrej woli, który nie czuje się jednak najlepiej w swojej skórze. Nigdy nie wie jak się zachować, jak się „ustawić”. Jest w nim łagodność i grzeczność, które ja idealizuję: on jest jednocześnie śmieszny i wzruszający.
Z punktu widzenia gry aktorskiej, Pignon jest tak skonstruowany, że śmieszność nie pojawia się od razu, wyłania się dopiero w silnych, znaczących sytuacjach. Kiedy taki reżyser jak Veber chce osiągnąć na ekranie efekt tak mocny jak na papierze, to praca jest interesująca,
ale trudna.
Czy obawiał się pan pierwszego dnia zdjęciowego?

Oczywiście! Nie wszedłbym na plan z rękami w kieszeniach. Już zanim zaczęły się zdjęcia ludzie pytali mnie na ulicy „ach, to pan jest następnym Pignonem”?

Tę rolę grali już Jacques Villeret, Pierre Richard, Daniel Auteil.
To nie tworzy presji, ale swego rodzaju obawę - na pewno. Powiedziałem sobie: „muszę bardzo się starać, ale najważniejsze, żeby nikogo nie udawać, nie naśladować”.

Potem bałem się zdjęć z powodu Vebera. Słyszałem od ludzi z branży, że to ktoś bardzo surowy, kto robi mnóstwo dubli. Na szczęście zapomniałem o tym wszystkim dość szybko.


Dzięki czemu?

Dzięki temu, że razem wzięliśmy się do pracy. To mnie zafascynowało. Francis nie traktował nas jak maszyny, które mają grać tak, żeby on był zadowolony. Blokowałbym się, gdybym nie wiedział, czego ode mnie oczekuje. Kiedy mówił, że powtarzamy ujęcie, zawsze wyjaśniał mi powód. Ostatecznie, nie tylko zagrałem w tym filmie, ale również zmieniłem głęboko swoje podejście do pracy w filmie.


Scenariusz był również autorstwa Francisa Vebera? Jaki to miało wpływ na pracę na plnie?

To oczywiste, że kiedy się czyta jego scenariusz, można sobie powiedzieć, że się wszystko zrozumiało. To było proste, wyważone, harmonijne. To była niezapomniana lekcja. Powiedziałem mu, że jest „szefem” francuskiej komedii. Kiedy słyszę jak aktor mówi mu:


„nie mogę zmienić mojej kwestii i powiedzieć tego”, chce mi się uśmiechnąć. Bo widzę w jego spojrzeniu, że przewidział taką odpowiedź już na etapie pisania. Czuje się, że przemyślał dialogi we wszystkie strony, wszystkie kombinacje odpowiedzi, fraz, słów dla wszystkich postaci. Ostatecznie, to sprawia, że nie ma się ochoty zmieniać jego tekstu. Ale to przede wszystkim jako aktor wyszedłem z tego filmu odmieniony.

W moich spektaklach kontroluję wszystko. Mogę oceniać co robię w tej samej chwili kiedy to robię. Podczas zdjęć do filmu Vebera, zrozumiałem, że scena może mi się wymknąć, że może mieć sens, który można zobaczyć dopiero zestawiwszy ze sobą kilka scen, a którego przy kręceniu nie widać. Zrozumiałem to dzięki Francisowi.


Jak Francis Veber prowadzi aktorów?

Nie odpuszcza. W niczym. Czy chodzi o sposób w jaki aktor spogląda przez okno, czy o cztery strony dialogu. To dla niego tak samo ważne. A kiedy się staje twarzą w twarz z kimś, kto jest tak wymagający wobec swojej pracy, nie można nie dawać z siebie wszystkiego. Nie może być inaczej.


W tym filmie spotkał się pan z Danielem Auteil. Czy dzwonił pan do niego przed zdjęciami by zasięgnąć rady na temat roli Pignona?

Kiedy przyszedł zobaczyć mnie w teatrze, zadałem mu całe mnóstwo pytań odnośnie sposobu pracy z Veberem. Opowiedział mi jak to było w jego przypadku w filmie „Plotka”. Poradził mi, żeby z reżyserem współpracować, żeby razem z nim budować role. I tak właśnie się stało. Nawet, jeśli to zabrzmi pretensjonalnie, mam wrażenie, że to my razem stworzyliśmy ten film.


Generalnie, postać Pignona we wszystkich filmach nie jest rozpieszczana przez kobiety.

A tu nagle szarpią się o Pana Alice Taglioni i Virginie Ledoyen…

Miałem szczęście grać sceny z nimi i z Kristin Scott Thomas. Wszystkie trzy to bardzo atrakcyjne kobiety, jednak Pignonowi z żadną z nich nie jest łatwo. Mieszka z top modelką,


ale nie może jej nawet dotknąć. Jest taki moment w filmie, kiedy Elena leży w jego ramionach a on mówi: „mam takie samo wrażenie jakbym parkował piękny samochód. Jest doskonały,
ale nie jest mój”. Uwielbiam tę replikę.
W filmie gra pan również z Danym Boonem, którego zna pan dobrze. Jak się Panu z nim pracowało?

Rzeczywiście, znamy się dość dobrze. Może się to wydać dziwne, lecz nasze wzajemne porozumienie w filmie wzięło się z dyscypliny, którą sobie przyswoiliśmy grając na scenie.


Ta dyscyplina nie chroni przed wybuchami śmiechu.
Jest pan przyzwyczajony do śmiejącej się publiczności w teatrze. Czy w kinie nie brakuje Panu tego?

Oczywiście, że chciałbym usłyszeć reakcje publiczności na niektóre sekwencje tego filmu.


Przy wyjściu wmieszam się w tłum, żeby usłyszeć ludzi. Śmiech mnie tworzy, śmiech daje mi pewność, że się udało, że podoba im się to, co zrobiłem. Skłamałbym mówiąc, że tylko praca mnie interesuje. Chcę również być doceniony, kochany, lubiany, i żeby ludzi bawiło to, co robię. I bardzo czekam na to w związku z tym filmem.

Alice TAGLIONI



Kim jest Elena, postać, którą Pani gra w filmie?

To top modelka. To mnie zawsze trochę żenuje mówić „top modelka”, to takie pretensjonalne. No ale tak jest opisana w scenariuszu. Jest zakochana w miliarderze, problemem jest to, że on jest nadal żonaty z kobietą, którą od dwóch lat obiecuje opuścić.


Pani rola jest jedną z pierwszych dużych ról kobiecych, które napisał Veber.

Myślę, że to do mnie w pełni nie dotarło. Bardzo mi pochlebia i jestem bardzo szczęśliwa,


że mogłam z nim pracować. Miałam odniesienie do jego dawnej komedii „Pechowiec” (1981). Jest to jeden z pierwszych filmów, które widziałam jako dziecko. Pomyślałam, że w takim razie postać, której zagranie mi proponuje, będzie pewnie tak samo znacząca, jaką był Perrin
w „Pechowcu”. Poza tym ucieszyłam się, że jest to postać inna niż wszystkie inne kobiety
u Vebera. Moja bohaterka wie, czego chce i nie boi się do tego dążyć. Przy tym nie jest manipulatorką.
Jak przebiegało Pani pierwsze spotkanie z Veberem?

Prawdę mówiąc już 4 lata temu spotkaliśmy się przy okazji castingu do „Plotki”, ale nie wypaliło. Dwa lata potem grałam w pierwszym filmie jego syna Jeana Vebera. Wówczas Francis mnie poznał. Nasze ponowne spotkanie związane z było z filmem „Czyja to kochanka?”. Najpierw były próby, które poszły bardzo dobrze. Zdjęcia również wypadły dobrze, bo z Francisem mamy podobne poczucie humoru, podobny rodzaj wrażliwości, nadajemy na tych samych falach.


Casting i główna rola żeńska w filmie Vebera, chyba robi wrażenie. Jak Pani
to zapamiętała?

Jest chyba podobnie jak wszędzie. Brakuje mi dystansu, by to oceniać. Chyba nie zdawałam sobie sprawy z tego co się dzieje. Przypominam sobie śniadanie z nim i pamiętam,


że powiedziałam mu, że się trochę boję. On od razu mnie zapewnił: „niczym się nie martw, zostaw wszystko mnie.”

Miałam do niego chyba z 500 pytań, ale on na każde odpowiadał tak samo: „niczym się nie martw, zostaw to mnie”. Jego podejście sprawiło że nabrałam pewności, zaufałam mu


i wszystko jakoś się potoczyło. No i jeszcze cała reszta obsady: Daniel Auteil, Gad Elmaleh, Kristin Scott-Thomas, Dany Boon, czy Wirginie Ledoyen - to tak jak gra w tenisa - może
to trochę głupie porównanie - jeśli przeciwnik jest dobry, to będzie dobra gra. A w tym filmie miałam przy sobie aktorów, którzy wysoko ustawili poprzeczkę.
Niektórym aktorom trudno jest odnaleźć się u Webera. Jak to się Pani udało?

Nie było między nami żadnych nieporozumień. Nie robiłam jakiejś specjalnej dokumentacji,


by zgłębić postać Eleny. Czekałam tylko na pierwszy dzień zdjęć, żeby zobaczyć jak to się potoczy. I okazało się, że wszystko, o co prosił mnie reżyser, robiłam tak, jak on chciał. Jednocześnie odpowiadało to moim wyobrażeniom o postaci. Nie było żadnych problemów.
Grała Pani w wielu komediach. Jak by Pani określiła specyfikę pracy z Veberem?

Jeśli chodzi o warstwę tekstu, on często pracuje z aktorem nad intonacją, rytmem, frazą.


To często wiele zmienia. Lubi również szybko pracować. Tak, żeby nie było marnowania czasu, nudzenia się.
Czy mieliście na planie napady śmiechu?

Wcześniej skończyłam zdjęcia w komedii, gdzie śmialiśmy się bardzo dużo, za dużo. Inni powiedzieli mi: „zobaczysz, u Vebera jest rygor, żadnych żartów”.

Kiedy zaczęliśmy kręcić, byłam zdeterminowana, by nie spinać się, ale pracować poważnie.

Ale czwartego dnia kręciłam scenę z Danym Boonem i powiedziałam sobie: „Żadnych ataków śmiechu!”. Bałam się jednak, że nie dam rady się nie śmiać. No i na plan przyjechał Danny, zagrał to, co mu kazał Francis, i wtedy ja dostałam ataku śmiechu. Nie tylko ja - również Danny i Francis. Widziałam jak schodzi z planu, żeby się uspokoić. Oczywiście cały czas jest jakaś struktura, jakaś koncentracja, ale jest też zrelaksowana atmosfera, bo przecież lubimy to,


co robimy. Przyjemnie pracować z reżyserem, który na planie cieszy się z tego, co robi.
Czy przed pracą z Veberem zasięgała Pani w środowisku opinii na temat jego zawodowych przyzwyczajeń?

Tak, miałam dużo szczęścia, bo właśnie wcześniej grałam w filmie i mogłam z nim porozmawiać, co mnie bardzo uspokoiło. Poradził mi nauczyć się na pamięć tekstu.


Czy podczas zdjęć odczuwała Pani jakąś szczególną presję?

Pierwszego dnia tak. Bo grałam z Danielem Auteillem. Na planie byli wszyscy producenci


i obserwowali cały czas czy dobrze mi idzie, czy się sprawdzam. Kiedy asystent reżysera ogłosił koniec zdjęć tego dnia, miałam wrażenie, że jestem balonem, z którego wyleciało całe powietrze.

Innego razu Daniel Auteil powiedział mi: „Brałaś udział w pewnej przygodzie, byłaś jej częścią. Ale teraz trzeba pójść dalej. Witaj!”. Chciał mi przez to powiedzieć, że najtrudniejsze mamy już za sobą i teraz jestem częścią zespołu. Mam wrażenie, że to był rodzaj egzaminu, który musiałam przejść.


A jak się Pani pracowało z Gadem?

Oboje odkrywaliśmy Francisa Vebera. Każde z nas po swojemu, inaczej. Było mi miło dzielić się z nim tymi pierwszymi wrażeniami. Oboje jesteśmy przekonani, że mieliśmy niesamowitą szansę brać udział w tym filmie i że może to pierwszy i ostatni raz, kiedy jesteśmy tak reżyserowani.


Oboje w tym filmie mieliście okazje poznać Karla Lagerfelda…

Tak, choć my się już wcześniej spotkaliśmy. On często robił zdjęcia młodym aktorkom i ja się już przewinęłam przed jego obiektywem. Bardzo mi pochlebiało, że mnie pamięta.


Ale najzabawniejszy jest stosunek Francisa do Karla. Traktował go przez cały okres zdjęć, tak jak ja Francisa. Miało się wrażenie, że to jest relacja uczeń - mistrz, że Francis wybitnie podziwia pracę Karla i jego sukcesy.

Kiedy jednak Francis stał za kamerą, zmuszał Lagerfelda do pracy tak, jak nikogo z nas. A Karl był niewiarygodnie posłuszny.


A jak się Pani grało jego modelkę na wybiegu?

Trudno powiedzieć. Wśród innych jego modelek, które przywykły do takiej pracy, bałam się,


że będę niewiarygodna.
To chyba kokieteria!

No pewnie!


Biogramy twórców



REŻYSER - SCENARZYSTA

FRANCIS VEBER

2002 PRZYJACIEL GANGSTERA (RUBY AND QUENTIN!)

2000 PLOTKA (THE CLOSET)

1998 KOLACJA DLA PALANTÓW (THE DINNER GAME)

1996 THE JAGUAR (LE JAGUAR)

1990 ZWARIOWANE WAKACJE (OUT ON A LIMB)

1989 UCIEKINIERZY (THREE FUGITIVES)

1986 ZBIEGOWIE (THE FUGITIVES)

1983 TRZECH OJCÓW (FATHER’S DAY)

1981 LA CHÈVRE (KNOCK ON WOOD)

1976 ZABAWKA (THE TOY)
AKTORZY
GAD ELMALEH

2005 OLÉ!

2002 KOCIAK (CHOUCHOU)
ALICE TAGLIONI

2005 SKY FIGHTERS (SKY FIGHTERS)

2001 MĘŻCZYZNA MOICH MARZEŃ (JET LAG)
DANIEL AUTEUIL

2005 UKRYTE (HIDDEN)

2004 36 (36 QUAI DES ORFEVRES)

2003 MĘSKIE SEKRETY (APRES VOUS)

2001 MARKIZ DE SADE (HIDDEN)

2000 PLOTKA (THE CLOSET)

1998 DZIEWCZYNA NA MOŚCIE (THE GIRL ON THE BRIDGE)

1995 ÓSMY DZIEŃ (THE EIGHTH DAY)

1992 KRÓLOWA MARGOT (QUEEN MARGOT)
KRISTIN SCOTT-THOMAS

2005 CHROMOFOBIA (CHROMOPHOBIA)

2001 GOSFORD PARK (GOSFORD PARK)

1997 ZAKLINACZ KONI (THE HORSE WHISPERER)

1995 ANGIELSKI PACJENT (THE ENGLISH PATIENT)

1995 MISSION IMPOSSIBLE

1993 CZTERY WESELA I POGRZEB (FOUR WEDDINGS AND A FUNERAL)
RICHARD BERRY

2002 PRZYJACIEL GANGSTERA (RUBY AND QUENTIN)

2000 15 SIERPNIA (AUGUST 15TH)

1995 PRZYNĘTA (The Bait)

1990 ZWARIOWANE WAKACJE (LA BAULE-LES-PINS)
VIRGINIE LEDOYEN

2001 8 WOMEN (8 KOBIET)

2000 NĘDZNICY (LES MISERABLES)

1999 THE BEACH (NIEBIAŃSKA PLAŻA)



1 Aktor żartobliwie nawiązuje do starożytnego zwyczaju pozwalającego Panu spędzać noc poślubną ze świeżo poślubioną żoną jego wasala.


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość