Strona główna

Tekst zamieszczony w almanachu jubileuszowym: Renata Putzlacher


Pobieranie 13.99 Kb.
Data19.06.2016
Rozmiar13.99 Kb.
Tekst zamieszczony w almanachu jubileuszowym:

Renata Putzlacher



zdjęcia z albumu
Kogo dziś interesują wspomnienia kobiety w wieku średnim, która nie była Miss Gimpla ani Sportowcem Roku? Domyślam się, że poproszono mnie o przysłowiową „garść wspomnień” z innych powodów. I tu chyba sprawię zawód tym, którzy oczekiwali kwiecistych mów, inkrustowanych odpowiednimi cytatami. Jestem wprawdzie autorką ośmiu zbiorków poetyckich, ale na co dzień mam do czynienia raczej z prozą życia, zresztą jak każdy z nas. Lata spędzone w naszym gimnazjum też nie były dla mnie okresem niekończącej się szczęśliwości. Raczej był to czas wzlotów i upadków, który nasza wspaniała polonistka, prof. Daniela Zaremba, nazwałaby zapewne „okresem burzy i naporu”.
Patrząc na tamte czasy z perspektywy minionych lat da się zauważyć, że początek lat osiemdzie­sią­tych był ciut barwniejszy od poprzedniej, normalizacyjnej dekady. Tuż za miedzą Polacy na krótki czas zachłysnęli się wolnością, słuchali słów papieża Jana Pawła II, czytali poezję noblisty Czesława Miłosza. Dla nas był to wówczas owoc zakazany, bo tkwiliśmy nadal w szarej rzeczywistości, której w żaden sposób nie mogły ożywić czerwone gwiazdy, wiszące na każdym słupie i monotonna mowa-trawa towarzyszy, przemawiających na zebraniach, akademiach i w mediach. Gdy 13 grudnia 1981 roku wprowadzono w Polsce stan wojenny, dla nas, pierwszoklasistów (tzw. „bażantów”) były to dosyć ponure otrzęsiny.
Nie byliśmy klasą geniuszy ani outsiderów. Ot, typowa średnia krajowa. Koledzy zapamiętali jednak naszą słynną „Bażantówkę”, którą zorganizowaliśmy rok później dla młodszych kolegów. Mnie przypadł wówczas w udziale zaszczyt napisania scenariusza i nie wiem już, kto wpadł na pomysł, żeby napisać parodię bajki o krasnoludkach. Scenariusz pisałam na maszynie, a ponieważ nie mieliśmy wówczas komputerów ani kopiarek, jedynym dowodem rzeczowym są czarno-białe zdjęcia. Wyglądamy na nich jak obsada „Shreka”. Panowie grali role damskie (niezapomniana była królewna Śnieżka z bujnym zarostem), a my przebrałyśmy się za krasnoludki i pełnymi garściami rzucałyśmy ze sceny ziarno wystraszonym „bażantom”, które uprzednio zamknięto w zagrodzie pod sceną. Gwiazdą programu był heavy-metalowy zespół męski „Baba Dżaga”. Dzięki szalonej muzyce, zwariowanym tekstom i odlotowym przebraniom czuliśmy się wolni i szczęśliwi. Podobny rodzaj szczęścia poczułam nieco później, kiedy zostałam członkinią ZPiT „Olza”.

W latach osiemdzie­sią­tych słuchaliśmy przede wszystkim nowej polskiej muzyki w wyko­naniu zespołów, które nie wydawały się decydentom zbyt groźne. Prawdziwy underground rzadko był wpuszczany na antenę ulubionej radiowej „Trójki”, ale w tamtych czasach najmniejsza aluzja czyniła piosenkę buntowniczą. Gdy więc znane polskie zespoły pojawiały się na legendarnych bystrzyckich „Zlotach”, śpiewaliśmy razem z nimi piosenki, które stały się hymnami naszego pokolenia: „Autobiografię”, „Przeżyj to sam”, „Nie bój się tego”, „Białą flagę”. Wiedzieliśmy, że „Fabryka małp”, to aluzja do systemu, który powoli dogorywał, zresztą każdy tytuł coś mówi o atmosferze tamtych lat.

Gdy patrzę na zdjęcia z naszych „brygad chmielowych”, mam również małpie skojarzenia. Siedzimy sobie piękni i młodzi w ubraniach roboczych wśród pnączy, wiklinowych koszy i szyszek chmielowych i wykrzywiamy się straszliwie lub pokazujemy fotografowi języki. Mnie dodatkowo pokazano później czerwoną kartkę, ponieważ nie oddałam na czas żetonów, które były dowodem na to, że wypełniłam odpowiednią ilość koszy lepkimi szyszkami. Za karę spędziłam resztę wieczorów na pryczy w ponurym baraku (w którym byliśmy zakwaterowani), podczas gdy moje koleżanki i koledzy poznawali wśród pól „malowanych zbożem rozmaitem” tajemnice życia i smak zakazanych owoców. W tej swoistej „celi Konrada” powstały moje pierwsze wiersze.
Również ostatni rok naszej edukacji gimnazjalnej obfitował w wydarzenia polityczne. Na scenie politycznej pojawił się towarzysz Michaił Gorbaczow z hasłami pierestrojki i głasnosti, a my w ramach owej jawności postanowiliśmy pożegnać się z naszym „gimplem” programem kabaretowym. Ochoczo zapraszaliśmy na scenę naszych pedagogów, którzy musieli zdawać na oczach widzów dosyć kuriozalne egzaminy. Nasz gimnastyk zaliczył w ramach lekcji jogi pozycję „kwiat lotosu”, a pani profesor, która uczyła nas chemii, poradziła sobie z roztworem alkoholu etylowego. Jednak nie wszystkich członków szacownego grona pedagogicznego zachwycił nasz luz i polot. Jako autorka scenariusza (który był pracą zbiorową) musiałam potem nadrabiać miną, bo podejrzewano mnie nawet o działalność wywrotową.
Dumając nad hasłem, jakie moglibyśmy zamieścić na naszym pamiątkowym tableau (tradycyjnie obarczono mnie pracą, która wymagała uzdolnień na polu literackim, bo żaden ze mnie plastyk), zauważyłam w gazecie „Rudé právo“ słowa Klementa Gottwalda: „Republice potrzebni są ludzie, którzy coś umieją.” Koledzy nie wiedzieli, czy kpię, czy o drogę pytam. Ostateczny wynik zaskoczył jednak wszystkich, bowiem nasze zdjęcia w ramach tableau są potraktowane dosyć satyrycznie. Dzięki domalowanym kończynom i odpowiednim rekwizytom prezentujemy się pod tym hasłem, które brzmi dumnie, jak banda nierobów i pajaców. Jeden z profesorów zapytał mnie nawet, czy fakt, że jako maturzystka siedzę na palmie kokosowej w charakterze małpy ma świadczyć o tym, że dostałam małpiego rozumu, czy też może liczę na to, że będę w taki oryginalny sposób zarabiać kokosy. Tylko wtajemniczeni wiedzieli, że umiem po prostu naśladować odgłosy moich ulubionych człekokształtnych. Darwin by się uśmiał.

Na ostatnim zdjęciu, które znalazłam w moim albumie z czasów gimnazjalnych, stoimy z odświętnymi minami pod widniejącym na ścianie hasłem: „Praca wszystko przezwycięża.” Zawsze myślałam, że „Amor vincit omnia”, ale wiadomo, poeci zawsze byli chorzy na idealizm. Nota bene w ramach radosnego pomaturalnego świętowania mój profesor-matematyk, który przez cztery lata cierpliwie znosił mój brak wyobraźni tudzież talentu na polu nauk ścisłych, zapytał mnie, co najczęściej robiłam na jego lekcjach. „Pisałam wiersze, panie profesorze” – wyznałam, rumieniąc się, a nasz matematyk zareagował błyskawicznie: „No to mi przynajmniej obiecaj, że coś kiedyś wydasz, Putzlacher.”


Staram się, jak mogę, panie profesorze...


©snauka.pl 2016
wyślij wiadomość